1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Jak być bardziej elastycznym

Jak być bardziej elastycznym

</a>
Elastyczność psychiczna pomaga nam być odpornym na to, co przynosi nam życie. Czyli chroni przed skutkami stresu. Jak ją wzmacniać?

Dobra wiadomość jest taka, że nad elastycznością psychiczną można wewnętrznie pracować. W jaki sposób?

1. Reguluj swoje emocje. Skutecznym sposobem zarządzania bolesnymi emocjami jest świadome rozpoznawanie ich i zmiana emocjonalnych reakcji. Strategia polega na obserwacji swoich myśli i wynikających z nich emocji oraz zachowań w sytuacjach stresowych. Kiedy jesteśmy tego świadomi, łatwiej zastępujemy negatywizmy pozytywnymi reakcjami.

2. Praktykuj uważność. Pobyt w teraźniejszości obniża poziom stresu, ponieważ najbardziej denerwujemy się tym, co ma zdarzyć się w przyszłości albo zdarzyło się w przeszłości. Tym sposobem usztywniamy się, jeśli otworzymy się na tu i teraz pozwolimy dobrym zmianom wydarzyć się bez przeszkód.

3. Otwórz się na pozytywne emocje. Przeżywanie dobrych doświadczeń zwiększa naszą psychiczną odporność. To zdumiewające, jak bardzo boimy się być szczęśliwi, jak często nie pozwalamy sobie na radość. Trzymamy się znanych trudnych emocji takich jak: złość, smutek czy lęk. Praca nad realistycznym optymizmem polega na filtrowaniu niepotrzebnych negatywnych informacji a skupianiu się na pozytywnych. W ten sposób bronimy się przed rozczarowaniami, które przynoszą nam stres.

4. Nie unikaj konfrontacji z sytuacjami stresowymi. Mierzenie się ze stresem działa jak szczepionka i uczy elastyczności psychicznej. Uniki nasilają zdenerwowanie, tymczasem radzenie sobie z trudnościami uwalnia lęk i otwiera nas na zmiany.

5. Angażuj się w relacje z ludźmi. One są najlepszym poligonem, by ćwiczyć psychiczną elastyczność. Każdy człowiek jest niczym odrębny wszechświat, na który reagujemy. Dlatego obcowanie z ludźmi pozwala odkrywać nam siebie w swojej różnorodności. A kiedy jesteśmy bliżej siebie, mniej boimy się życia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Demokrację trzeba odebrać politykom - rozmowa z profesorem Marcinem Królem

Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo. (Fot. iStock)
Gdyby rządzenie przez narzucanie innym swojej woli oceniać racjonalnie, to okazałoby się, że to w ogóle nieskuteczna metoda. Nie motywuje podwładnych do wysiłku, nie mówiąc o współpracy. Dlaczego mimo to ludzie chcą zdominować innych? Jaki widzą w tym sens? – odpowiada profesor Marcin Król, filozof polityki.

Artykuł archiwalny - "Zwierciadło" 2017

Odpowiedź na te pytania jest zasadna tylko wtedy, gdy przyjmiemy, że ludzie są racjonalni w swoim postępowaniu. Jednak od niesłychanie dawna wiemy, że ludzie są przede wszystkim, a co najmniej również, targani namiętnościami. Te namiętności kierują człowiekiem niezależnie od stanowiska, jakie sprawuje, wykształcenia, czasów, w których żyje. Grę namiętności widać u Szekspira, tak było w starożytnym Rzymie, tak jest dzisiaj. U każdego, bez względu na to, czy ten ktoś został kierownikiem poczty, czy wybrano go na premiera, może się ujawnić chęć dominacji nad innymi.

Dlaczego u jednych się ujawnia, a u innych nie?
Jednoznacznej odpowiedzi nie ma. To, czy chcemy dominować, czy nie, zależy po prostu od ludzkiej natury. Jestem głęboko przekonany, że z natury jesteśmy różni, także w pojmowaniu władzy. Churchilla zupełnie nie interesowało dominowanie nad ludźmi ani wtedy, gdy był premierem, wielkim przywódcą, ani kiedy już nim nie był. Jego interesowało załatwianie spraw, które uważał za słuszne dla kraju, a ludzi traktował niesłychanie życzliwie, no, chyba że się zirytował. Z drugiej strony – wybitna postać, zresztą współczesna Churchillowi, czyli de Gaulle, był człowiekiem niesłychanie mądrym, rozsądnym, a jednocześnie miał wielką potrzebę absolutnej dominacji nad innymi. Kiedy na wygnaniu w Anglii zakładał pierwsze biuro Komitetu Wolnych Francuzów, było ich raptem sześciu na krzyż, ponieważ de Gaulle już wtedy tak bardzo chciał dominować, że skądinąd wybitny Jean Monnet, jeden z założycieli wspólnej Europy, nie mógł z nim współpracować, nie wytrzymał jego władczości. Psychologia pewnie szuka przyczyn takich zachowań w dzieciństwie tych osób, ja natomiast myślę, że wpływ na to ma po prostu charakter.

Psychologowie mówią, że winna jest też poniekąd sama władza, która radykalnie zmienia ludzi.
To prawda, znamy takie przykłady, że normalny, spokojny, przyzwoity człowiek, postawiony na ważnym stanowisku, używa tej władzy bez opamiętania. Ale ja chciałbym zauważyć jeszcze inne zjawisko, w pewien sposób wyjaśniające przyczynę władzy, która pojawia się także w bliskich relacjach. Otóż czasami ludzie przejawiają chęć poddania się dominacji tak zwanej silnej władzy, to zjawisko zarówno teoretyczne, jak i praktyczne. W różnych badaniach socjologicznych ludzie przyznają, że lubią silną władzę, natomiast dość krytycznie odnoszą się do słabej. Przy czym słaba władza to według nich ta nienarzucająca jedynie słusznych rozwiązań, tylko proponująca wspólne działania, otwarta na dialog. Natomiast silna narzuca rozwiązania, decyduje, co jest dobre, a co złe. Powstało złudzenie wspierane przez polityków, że silna władza lepiej rządzi niż słaba. Tymczasem nie ma na to żadnych dowodów. Ani w historii filozofii, ani w historii w ogóle. Ta teza jest na pewno nietrafna, natomiast prawdą jest, że istnieje grupa ludzi, którzy chcą być zdominowani, którzy lubią silną władzę, stanowcze decyzje, jednoznaczne sytuacje.

Co im się w takiej władzy podoba?
To, że sami mogą uciekać od decydowania. Tacy ludzie wolą, żeby ktoś im narzucał decyzje, niż żeby sami mieli je podejmować. To, niestety, częste zjawisko. W Ameryce od dawna istnieją ruchy wodzowskie, na przykład tak zwane grupy białych rasistów, na których czele stają samozwańczy wodzowie, a ludzie im salutują, uważając ich za półbogów, od których oczekują wskazówek, co mają robić, jak żyć. To bardzo niebezpieczne zjawisko w życiu społecznym.

Może się bierze z kompleksów?
Trochę tak, ale dla mnie istotniejsze jest to, dlaczego ludzie dają na takie rządzenie przyzwolenie. Oczywiście, część się buntuje, ale znaczna część temu przyklaskuje, i to jest moim zdaniem wyjątkowo groźne w demokracji. Pojawiają się często głosy, które mnie strasznie irytują, a mianowicie, że w demokracji większość ma rację. To nonsens! Demokracja to nie jest kwestia większości, ale reguł, a przede wszystkim wartości, a najważniejsza z nich jest wolność i oprócz niej solidarność, równość, braterstwo.

Większość nie ma racji, tylko ma powierzoną – na pewien czas – przez resztę troskę nad tymi wartościami. Koniec kropka. Większość nie ma prawa narzucać swoich wartości. One są w demokracji wspólne, na tym w ogóle polega demokracja, w przeciwnym razie moglibyśmy po prostu uznać, że ten, kto wygrał i ma większość, robi, co chce, i jest pozbawiony kontroli.
Powoływanie się na to, że coś trzeba przeprowadzić tylko dlatego, że chce tego większość, jest groźne. Ważne, żeby przestrzegać wartości, które są naczelne dla demokracji. Oczywiście, sposoby realizacji tych wartości mogą być bardzo różne, bo na tym polega problem, że nie wiemy dokładnie, jak osiągać wolność, sprawiedliwość, równość, dobrobyt, więc się o to spieramy, natomiast o same te wartości się nie spieramy, bo one stanowią fundament demokracji. Jeżeli większość podejmuje decyzje, które zagrażają wolności, to znaczy, że większość nie ma racji, najzwyczajniej w świecie.

Od władzy, jakiejkolwiek, także w relacjach, powinno się wymagać więcej?
Nie wiem, czy więcej, ale powinno się wymagać przede wszystkim respektowania wartości demokratycznych, o ile, oczywiście, chcemy żyć w demokratycznych państwach, społeczeństwach, rodzinach. W demokracji władza, owszem, ma prawo wpływać na rzeczywistość, rozwiązywać problemy, ale nie ma prawa wpływać na wartości, bo te są wspólne dla wszystkich ludzi szanujących demokrację. Władza nie jest od majstrowania wartościami, władza jest od sposobów dochodzenia do nich, bo na to się zgodziliśmy, przyjmując demokrację.

Dzięki psychologii już wiemy, że autorytarne dominowanie w relacjach międzyludzkich się nie sprawdziło. Jak przełożyć tę wiedzę na skalę społeczną, polityczną?
Napisałem na ten temat książkę „Pora na demokrację”. Uważam, że obowiązujący ostatnio typ ustroju demokratycznego się przeżył, trzeba szukać innych rozwiązań.

Jakich?
Ba, jakbym wiedział, tobym powiedział. To się nie dzieje w głowie kogokolwiek, tylko w ruchach społecznych, które muszą doprowadzić do tego, że demokracja przestanie być instytucjonalna, partyjna, a zacznie być oddolna, bardziej żywa, radosna. To nieprawda, że wybory są świętem demokracji, są zwieńczeniem bezwzględnej partyjnej walki. To smutne, że oddajemy głos i bardzo niewielu z nas czyni to z entuzjazmem. I dopóki nie przywrócimy takim aktom jak głosowanie rzeczywistej wartości, nie tylko racjonalnej, ale i emocjonalnej, innymi słowy – dopóki demokracja nie będzie radością, dopóty nie wiemy, po co ona jest. Dlatego uważam, że trzeba demokrację odebrać politykom, to zresztą już zaczyna się dziać, także w Polsce, czego przykładem jest ruch Razem. Zmiana to kwestia czasu, podejrzewam, że bez miękkiej rewolucji się nie obejdzie, trzeba polityków po prostu przepędzić.

Co pan by powiedział rządzącym?
Żeby pamiętali – można rozumieć to religijnie, a można i nie – że świat jest łez padołem, że mimo różnic musimy żyć razem. Niech politycy nie próbują dostarczać nam szczęścia, niech dostarczą autobusów na przystankach o właściwej godzinie. Władza nie powinna nas uszczęśliwiać, tylko organizować i ułatwiać ludziom życie.

Marcin Król profesor, filozof polityki, historyk idei, wykładowca akademicki, publicysta, przewodniczący rady Fundacji im. Stefana Batorego.

  1. Psychologia

Dr Tomasz Sobierajski i jego prognoza dla społecznych relacji

Ilustracja: iStock
Ilustracja: iStock
Fala rozwodów, a może powrót do tradycyjnych ról w związkach? Solidarność czy jednak granie do własnej bramki? Większy szacunek dla lekarzy, a mniejsze uwielbienie dla piłkarzy? Jak zmieni nas pandemia jako społeczeństwo? Oto krótka prognoza socjologa dr. Tomasza Sobierajskiego.

"Na naszych oczach rozwiewa się jak dym paradygmat cywilizacyjny który nas kształtował przez ostatnie 200 lat: przekonanie, że jesteśmy panami stworzenia, możemy wszystko i świat należy do nas" - napisała Olga Tokarczuk. Jak myślisz, co zmieniło się w tym czasie i co jeszcze się zmieni w naszych relacjach?
Na pewno do tej pory żyliśmy w przeświadczeniu, że nasz dobrostan będzie tylko rósł. Okazało się, że to nieprawda. Zachodni, kapitalistyczny świat w ciągu kilku dni runął jak domek z kart, a dysproporcje pomiędzy bogatymi a biednymi jeszcze bardziej się pogłębiły.

Kto mógł się w tej sytuacji odnaleźć najlepiej?
Ludzie, których styl życia niewiele się zmienił, pracujący w samotności, jak pisarze, artyści czy malarze. A także ci, którzy mają duże pieniądze. Natomiast większość z nas żyła na średniej stopie, miała kredyty, zero oszczędności i była przyzwyczajona do funkcjonowania poza domem. Wydaje mi się też, że najtrudniej było się odnaleźć w tym zamknięciu rodzinom mieszkającym na małych przestrzeniach bez chociażby skrawka ogródka.

A co z osobami żyjącymi w pojedynkę? Przecież samotność jest odczuwalna niemalże tak samo jak ból fizyczny.
Samotność nie jest tożsama z byciem samemu, prowadzeniem pojedynczego gospodarstwa domowego. Czasem samotność może nam dużo bardziej dokuczać w domu pełnym ludzi. Przebywanie z bliskimi 24 godziny na dobę, w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości oddechu i odsapnięcia – to jest niebywale trudne i wyczerpujące. Szczególnie kiedy w tym zamknięciu są z nami dzieci, i to te najmłodsze, którym nie da się jeszcze wielu rzeczy wytłumaczyć i które niesamowicie przejmują emocje swoich opiekunów, także niepokój i lęk. Na to nakładają się jeszcze fazy buntu dziecka.

Czy te ciężkie doświadczenia są w stanie nas czegoś nauczyć? Terapeutka Ewa Woydyłło-Osiatyńska uważa, że cierpienie niczego nas nie uczy. 
Nie mam co do tego złudzeń, że większych – w rozumieniu globalnym – społecznych zmian po izolacji nie będzie. Jako ludzkość nie staniemy się lepsi. Po pierwsze, dlatego że trwało to za krótko. A po drugie, w większości wypadków jednak zbyt mocno nas nie przeczołgało. Szybko będziemy chcieli zapomnieć o tej traumie. Zmiany będą następować dopiero wskutek pogłębiającego się kryzysu ekonomicznego.

Uważasz, że społecznie ta sytuacja nie jest w stanie nas niczego nauczyć? A jednak pierwszy raz to dotknęło nas wszystkich - bezpośrednio i namacalnie.
Z jednej strony ta sytuacja dotyczyła wszystkich, ale w różnym stopniu. Nie każdy stosował się do izolacyjnych zaleceń. Było wiele osób, które uważały, że wirus to kłamstwo i ktoś zarabia na tym pieniądze. Inni spędzali odosobnienie na wyciszeniu, jodze, opalaniu się na tarasie. W tym samym czasie jeszcze inni ludzie tracili pracę i dorobek życia. Nie byliśmy wcale równi i w tym samym stopniu poddani izolacji. Tak jak podczas powodzi jest ktoś, kto ma dom położony niżej i woda zabierze mu wszystko, tak problemem tego, który ma dom na górce, będzie jedynie zalana droga i to, że nie może przez kilka dni pojechać na zakupy.

Wydaje mi się, że generalnie jako Polacy nie potrafimy współpracować, każdy gra do własnej bramki. Obudzi się w nas poczucie wspólnoty?
Nie zgadzam się z tym, że nagle nastąpi przełom w świecie zachodnim i z kultury „ja” gładko przejdziemy do kultury „my”. Niemniej jako Polacy możemy być z siebie dumni, bo niejednokrotnie pokazywaliśmy, że jesteśmy skłonni do pomocy i współpracy. Jeśli coś w Polsce działa pod kątem społecznej solidarności, to tylko dzięki oddolnej pracy ludzi, a nie wsparciu państwa.

Wiele straciliśmy: pracę, wolność, sens, plany, cele, tożsamość, być może kogoś bliskiego. Jak się z tego podnieść i odnaleźć sens w tej sytuacji? 
Jestem zwolennikiem przeżywania żałoby. W sytuacji, w której dotyka nas trauma, powinniśmy dać sobie szansę na to, żeby odreagować. Niestety, świat sprzed pandemii negował żałobę. Uważano ją za nietaktowaną i niefajną. Trzeba było szybko stanąć na nogi, iść dalej, nie myśleć o tym, co złe, szukać nowej szansy, nowej drogi. Nie mogłem już tego słuchać. Przecież my, ludzie, składamy się z emocji. Jeżeli ktoś stracił pracę lub kogoś bliskiego, to mówienie: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, jest jedną z najgłupszych rzeczy, jakie można w takiej sytuacji powiedzieć. To tak, jakby powiedzieć drugiej osobie: „Nie liczę się z twoimi emocjami, z tym, co w tej chwili przeżywasz. Masz wziąć tyłek w troki i zacząć działać”. To jest nieludzkie! Mamy prawo przeżyć żałobę tak, jak chcemy. U jednych potrwa ona krócej, u innych dłużej. To jest nam bardzo potrzebne po to, żebyśmy z nowymi możliwościami, nową energią, nowym myśleniem weszli w kolejny moment życia.

Myślisz, że zmieni się nasz stosunek do dbania o zdrowie?
Pod kątem systematycznego dbania o siebie – nie sądzę. Nawet jeśli będzie już szczepionka na koronawirusa, znajdzie się mnóstwo osób, które nie będą chciały się zaszczepić. Za to docenimy pracę lekarzy, pielęgniarzy, psychologów, ale też kurierów, nauczycieli, artystów. Mniej będziemy cenić na przykład piłkarzy, którzy – jako grupa zawodowa – są w sytuacji pandemii i izolacji właściwie bezużyteczni.

Głodni bliskości rzucimy się do kontaktu z drugim człowiekiem - do kina, na spotkania, na które nie mieliśmy czasu? Czy raczej będziemy izolować się od innych z lęku?
To jest już kwestia osobowościowa, są ludzie, którzy będą jeszcze bardziej głodni dotyku i bliskości. Ale są też germofobicy, z dużym lękiem przed zarazkami, bakteriami, infekcją, którzy będą trzymać innych na większy dystans. Pojawiają się pomysły dotyczące tego, żeby zrezygnować z podawania ręki na powitanie. Nie uważam, że to dobry pomysł, to nasz kod kulturowy, a co ważniejsze, nasza normalność, do której będziemy chcieli jak najszybciej wrócić, żeby znów poczuć się bezpiecznie.

Jak to wszystko wpłynie na nasze relacje rodzinne? Rodziny z dziećmi będą się szykować na rok bez dziadków i grup wysokiego ryzyka w obawie o ich zdrowie?
Myślę, że medycyna przyjdzie nam z pomocą i nauczymy się reguł nowego wspólnego bycia. Ta sytuacja pokazała zresztą, że jesteśmy zwierzętami społecznymi. Inni ludzie są nam bardzo potrzebni do codziennego, higienicznego (w sensie psychicznym) funkcjonowania.

A jeśli chodzi o związki, wspominałeś o tym, że to właśnie rodziny miały teraz najcięższy czas. Sądzisz, że będzie więcej rozwodów, niż dzieci?
To, czy w związku pojawi się kolejne dziecko, zależy do tego, czy w domu jest już jakieś. Uważam bowiem, że funkcjonowanie w izolacji z maluchem jest najlepszym środkiem antykoncepcyjnym. Myślę, że będzie więcej rozwodów. Ale spróbujmy znaleźć w tym jakiś pozytyw. To, że małżeństwo się rozpada, zawsze jest przykre. Jednak na skutek tej izolacyjnej intensyfikacji przeżyć i spędzanego wspólnie czasu zły związek na pewno zakończy się szybciej. Dzięki temu ludzie nie będą się unieszczęśliwiać przez resztę życia.

Co z ludźmi w podwójnych związkach?
Podwójne życie nigdy nie ustaje, to głębsza, charakterologiczna kwestia. Oczywiście są czasem przykre sytuacje, jak w przypadku mojej znajomej, która ma męża i kochanka. Teraz jest w wielkiej rozpaczy, bo jeden i drugi zbankrutował... A jej głównym kryterium wyboru tych panów na towarzyszy życia była grubość portfela. Co za pech!

To idźmy dalej: jak to wpłynie na nasz sposób randkowania, Tindera i inne aplikacje?
Jeżeli ktoś tylko będzie chciał, to zawsze przeskoczy przez płot. Natomiast co na pewno się zmieni, to podejście do wykorzystania nowych technologii, które w izolacji podtrzymują więzi społeczne, a nie prowadzą do ich erozji, jak powszechnie uważano.

Sądzę, że ta sytuacja jeszcze mocniej pogłębi nierówności między płciami. Kryzys dotknie mocniej kobiety, to one opiekowały się słabszymi, rodzicami, dziećmi... Generalnie najbardziej dostanie się tym, którzy są niżej w hierarchii społecznej: kobietom, seniorom, migrantom, ubogim, osobom wymagającym wsparcia...
Ta sytuacja jeszcze mocniej uświadomiła mi, że tylko kobiety mogą zmienić nasz świat na lepsze. Nie ma innej drogi. Niestety, wyczuwam podobne tendencje jak i ty, czyli odgórne polityczne dążenie do cofnięcia ruchu emancypacyjnego kobiet o kilkadziesiąt lat. Być może to dobry moment na czwartą falę feminizmu? Dlatego potrzebujemy teraz niebywale silnej, solidarnościowej pracy kobiet i mężczyzn, żeby tak się nie stało.

Jak myślisz, co może być teraz tym nowym priorytetem, wartością dla społeczeństwa, zarówno dla kobiet, jak i mężczyzn? 
Chciałbym, żeby izolacja spowodowała, że największą wartością staną się dla nas inni ludzie i relacje z nimi. Czyli to, o czym zapomnieliśmy w pogoni za pieniądzem. W czasie izolacji nasze rozmowy z bliskimi – rodziną, przyjaciółmi – wydłużyły się i nie traktujemy tego jako zmarnowanego czasu. Okazało się, że właśnie to daje nam największą siłę.

dr Tomasz Sobierajski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, specjalista z zakresu socjologii zdrowia, socjologii edukacji i wakcynologii społecznej.

  1. Psychologia

Rezyliencja - nasza wewnętrzna siła. Dlaczego warto nad nią pracować?

Wszystkim zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy co z nimi zrobimy. czy powiemy: „Miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo. Jutro będzie spokojniej”. (Fot. iStock)
Wszystkim zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy co z nimi zrobimy. czy powiemy: „Miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo. Jutro będzie spokojniej”. (Fot. iStock)
Rezyliencja to w skrócie elastyczność. Jeśli mamy ją silnie rozbudowaną, świetnie radzimy sobie z przeciwnościami, umiemy podnosić się z upadków i przekuwać porażki w sukcesy. No i lepiej realizujemy swój potencjał. Jeśli nie… Cóż, od dziś możemy zacząć ją budować. Jak? Rozwijając swoje tzw. zasoby mentalne

Jeśli mamy silnie rozbudowaną rezyliencję, świetnie radzimy sobie z przeciwnościami, umiemy podnosić się z upadków i przekuwać porażki w sukcesy. No i lepiej realizujemy swój potencjał. Jeśli nie… Cóż, od dziś możemy zacząć ją budować. Jak? Rozwijając swoje tzw. zasoby mentalne

Rezyliencja - co to jest? 

Czy to kolejny anglicyzm sprzedający nam pod nową nazwą coś dobrze znanego, czyli siłę ducha, inaczej: odporność psychiczną? Nie, to coś znacznie więcej. Rezyliencja oznacza nie tylko umiejętność radzenia sobie z przeciwnościami i stawiania czoła wyzwaniom na naszej drodze życiowej, ale też wykorzystywanie pojawiających się możliwości i szybkie odzyskiwanie sił po trudnych doświadczeniach. To gwarancja życia w poczuciu dobrostanu, wewnętrznego spokoju i harmonii z samym sobą i innymi. Rezyliencja jest naszą wewnętrzną siłą, którą możemy stale wzmacniać. Pokazują to w książce „Rezyliencja. Jak ukształtować fundament spokoju, siły i szczęścia”  neuropsycholog dr Rick Hanson i Forrest Hanson (wyd. GWP). 

Trzy potrzeby: spokój, radość, bliskość

Zacznijmy od tego, że każdy z nas ma wdrukowane w struktury mózgu trzy podstawowe potrzeby. Pierwsza to potrzeba bezpieczeństwa, którą zawiaduje najstarsza, gadzia część mózgu, i której celem jest nasze przetrwanie. Ta potrzeba sprawia, że mózg jest wyczulony na to, co może być groźne, a pomija to, co miłe, dobre i radosne. Kolejna jest potrzeba satysfakcji, w której znajdziemy pragnienia i głód, ale także poczucie, że wystarczy nam to, co mamy. To także system dążenia do przyjemności i osiągania celów. Trzecia to potrzeba więzi – związana z poczuciem przynależności, własnej wartości, ale też serdeczności, empatii, troski. 

Jednak to, czy te potrzeby są zaspokojone, wcale nie zależy od tego, co przydarza się nam w rzeczywistości. Mózg nastawiony jest bowiem na dostrzeganie zagrożeń i zapamiętywanie negatywnych doświadczeń. Wciąż trzyma nas w pogotowiu, budząc głębokie, mentalne poczucie niepokoju, niespełnienia i izolacji. Jeśli do tej biologicznej predyspozycji dołożymy wychowanie, przekaz medialny oraz ludzi wokoło, to niezależnie od tego, jak żyjemy, nasze poczucie dobrostanu może być zachwiane. 

Dlatego Anna Andrzejewska, nauczycielka Treningu Pozytywnej Neuroplastyczności wg Ricka Hansona, swoich klientów pyta najpierw, jak oceniają własne życie. Po to, aby określić, jakiego zasobu mentalnego potrzebują. – Jeśli przyznają, że często odczuwają niepokój, czują się przytłoczeni problemami i są drażliwi – to istnieją podstawy, aby założyć, że ich deficyty związane są z potrzebą bezpieczeństwa – tłumaczy. Gdy zaś przyznają, że bywają niezadowoleni, mają wrażenie ciągłego niedostatku, poczucie, że brak im pieniędzy, rzeczy, sukcesów; jeśli ciągle dokucza im poczucie straty; jeśli są przekonani, że gdy inni odnoszą sukces lub wzbogacają się, to jakby zostali przez nich okradzeni, bo wtedy dla nich mniej tych dóbr zostaje – możemy założyć, że niezaspokojona jest ich potrzeba satysfakcji. Kiedy zaś często czują zazdrość i wyobcowanie,  brakuje im poczucia, że kochają i są kochani, gdy nie umieją być serdeczni, ale także przyjmować serdeczności od innych, a zamiast tego odczuwają niechęć i podejrzliwość – to zapewne nie jest zaspokojona potrzeba więzi. Także więzi z samym sobą.

Co wtedy? Antidotum na te deficyty jest częste skupianie uwagi na małych, codziennych doświadczeniach związanych z zaspokajaniem tych właśnie potrzeb. A więc spokoju, radości i bliskości. – Ale samo doświadczanie nie wystarczy. Cały figiel polega na tym, aby te dobre dla nas doświadczenia zainstalować w strukturach mózgu – mówi ekspertka. – Metoda Hansona pozwala przekroczyć negatywną tendencję i sprawić, by to, co chwilowe, zostawiło fizyczny ślad w obwodach naszego mózgu. 

Na przykład jeśli brak nam poczucia bezpieczeństwa, to gdy w ciągu dnia poczujemy się uspokojeni (np. owinięci kocem z kubkiem gorącej herbaty i książką w swoim pokoju), zatrzymajmy się na tym doświadczeniu. Zauważmy, co dzieje się w nas, kiedy czujemy się bezpieczni. Poczujmy to w ciele. Może rozluźniły się mięśnie ramion, może szczęki nie są już tak zaciśnięte, a może łatwiej się nam oddycha? Żołądek przestał uciskać? – Neurony, które aktywują się w każdym naszym doświadczaniu, łączą się ze sobą. A jeśli damy im czas, a więc gdy zatrzymamy się na tym, co odczuwamy w ciele, na 20 sekund, czyli na około sześć oddechów, to zaczną łączyć się na trwałe, wpisując w naszą świadomość to pozytywne doświadczenie – wyjaśnia Anna Andrzejewska. 

Aby tak się stało, potrzebne są jeszcze dwa warunki. Pierwszy: trzeba się z tego, co czujemy, ucieszyć, bo wówczas dopamina spowoduje, że ten stan zostanie zapisany jako pożądany, i pojawi się chęć, by go doświadczać więcej. Drugi: trzeba to powtórzyć. Mózg uczy się na powtórzeniach. Jeśli sześć razy dziennie damy sobie małe pozytywne przeżycia, po trzech tygodniach poczujemy wyraźną ulgę…

Mózg oszust!

Ćwiczenia, których celem jest zwiększenia poczucia bezpieczeństwa, mogą budzić obawy. Bo gdy odczuwamy wysoki poziom lęku, boimy się spokoju. Mózg, skupiony na tym, by trzymać nas w napięciu, włącza wtedy alarm: „Możesz nie dostrzec zagrożeń!”. Tymczasem spokojni, wcale nie przestajemy zwracać uwagi na rzeczywistość. Odwrotnie, jesteśmy wtedy bardziej świadomi tego, co dzieje się dokoła. 

Rick Hanson na opisanie stanu ciągłego napięcia wprowadził zwrot „strefa czerwona”. Stan, kiedy odczuwamy, że generalnie jest wszystko w porządku z nami i światem – określa jako „strefę zieloną”. Kiedy jesteś w niej, masz wewnętrzne poczucie spokoju, a wówczas możesz być jednocześnie spokojny i czujny. Widzieć rzeczywistość taką, jaka jest, a nie taką, jaką wyświetla negatywna skłonność mózgu. – Poza tym w momencie prawdziwego zagrożenia automatyczne mechanizmy uruchomią się. Nie ma innej możliwości – mówi ekspertka. – Ale oczekiwanie na katastrofę tylko zakłóca radość i obniża jakość życia.  

Wielu osobom skupienie na drobnych doświadczeniach może wydać się trywialne. – Ja także myślałam, że człowieczeństwo wykuwa się jedynie w cierpieniu – opowiada Anna Andrzejewska.  – A tu dowiaduję się, że mój dobrostan może ukształtować ta chwila, kiedy jest mi miło, kiedy rozmawiam z przyjaciółką w letni wieczór na tarasie. 

O jakość życia musimy zadbać sami, bo nasz mózg myśli przede wszystkim o bezpieczeństwie. Trzeba więc, krok po kroku, zbudować takie zasoby, które przyniosą nam dobrostan. Nawet nie zmieniając stylu życia, a jedynie wzmacniając to, co Hanson nazywa 12 wewnętrznymi zasobami mentalnymi. Są wśród nich m.in. odwaga, szczodrość czy siła charakteru. – Trening neuroplastyczności mózgu jest jak kurs kroju i szycia – dodaje Anna Andrzejewska – bo w zależności od tego, co jest nam potrzebne na tym etapie życia, związku czy z powodu wyzwań, z którymi się mierzymy, możemy dobrać praktykę. Bez względu na obecny stan, jesteśmy w stanie zrobić coś, co pomoże go polepszyć.

Jeśli na przykład wiemy, że nasza potrzeba satysfakcji świeci na czerwono, skupmy się na czterech z 12 zasobów mentalnych, które wspierają tę potrzebę, i zacznijmy je rozwijać zgodnie z metodami Hansona. Te zasoby to: uważność (jej wzmocnienie pomaga zapewnić sobie to, czego potrzebujemy, dzięki oddzieleniu rzeczywistości od iluzji), wdzięczność (wspiera poczucie wewnętrznego dostatku, co ułatwia osiąganie tego, na czym nam zależy), motywacja (pomaga kierować myśli i działania tak, aby dodawały nam sił), aspiracja (dzięki niej to, jak odnosimy się do innych i do świata, zacznie być dla nas źródłem siły).  

Weźmy taką wdzięczność. Jeśli chcemy ją praktykować i zbudować obwody odpowiedzialne za ten zasób, nie wystarczy, że wymienimy to, co mamy. Nawet jeśli mamy wiele: mieszkanie, partnera, dzieci, auto, oszczędności… Nie wystarczy myślenie, potrzebne jest uczucie wdzięczności. Powiedzmy, że mamy kolekcję zegarków. To jest fakt. Ale ten fakt trzeba zamienić na doświadczenie, zastanowić się: co dzieje się w moim ciele, kiedy o tej kolekcji myślę? Jakie emocje czuję? I zostać z tym na sześć oddechów. Jeśli będziemy powtarzać to przeżycie, wzbogaci ono nasz wewnętrzny zasób. – W naszym wnętrzu pojawi się zadowolenie, poczucie satysfakcji na głębokim poziomie. Dlatego im silniejszy jest w nas ten zasób, tym mniej potrzebujemy dostawać go z zewnątrz – mówi Andrzejewska. – Mniej jedzenia, używek, wyrazów uznania, pieniędzy... Paradoksalnie mamy wówczas więcej chęci do osiągania ważnych dla nas celów. Bo uczucie satysfakcji jest motywujące. 

Czasem deszcz

– Nie wszystkie doświadczenia muszą być miłe – zaznacza trenerka. – Kiedy pracujemy nad zasobem takim jak odwaga – musimy wyjść poza sferę komfortu. I zrobić coś, co nie musi być przyjemne, ale jest korzystne. Na przykład zabrać głos na zebraniu, mimo że boimy się publicznych wystąpień. Ujawnić swoje uczucia, choć to dla nas bardzo trudne. 

Pamiętajmy też o tym, że im większe wyzwania na zewnątrz, tym więcej zasobów potrzebujemy. Masz chorego w domu, trudną sytuację finansową i jeszcze dziecko zdające maturę? Mówisz: „Nie mam teraz czasu na praktykę!”. Właśnie teraz powinieneś go znaleźć. – Możesz iść do apteki, zaniepokojony stanem bliskiej osoby, ale ucieszyć się na widok kwiatów na kwietniku czy wystawić twarz do słońca na pół minuty. W trudnym czasie szczególnie ważne jest, by zasilać swoje zasoby, by się regenerować, choć na chwilę, każdego dnia – podkreśla Anna Andrzejewska. 

Rick Hanson zaczyna swoją książkę od siły mentalnej, którą jest współczucie. Widzi w niej nie tylko przestrzeń do dostrzeżenia innych, ale także siebie. – Jedyny warunek wymagany w wypadku pracy nad sobą, to stanąć po swojej stronie – mówi ekspertka. – To wcale nie znaczy, by być przeciw innym. Po prostu życzyć sobie samemu dobrze. Stanąć za sobą, zostać swoim przyjacielem. 

Zdaniem trenerki Rick Hanson uczy tego, co sam urzeczywistnia. – Jest człowiekiem emanującym spokojem, ale też zadowoleniem i poczuciem humoru – mówi. – Jest również niezwykle szczodry, zależy mu na propagowaniu wiedzy. Kiedy napisałyśmy do niego z prośbą o przygotowanie kilkuzdaniowego przekazu dla uczestników Treningu w Polsce, przysłał trzyminutowe nagranie, które można obejrzeć na naszej stronie. 

Wszystkim nam zdarzają się trudne sytuacje, ale to od nas zależy, co z nimi zrobimy. Czy powiemy: „miałam beznadziejny dzień”, czy po prostu: „za dużo dziś się działo, jutro będzie spokojniej”. – Dzięki Rickowi Hansonowi zrozumiałam, że największy wpływ mam na siebie w przyszłości. Na przeszłość już nie – puentuje Anna Andrzejewska.  

Anna Andrzejewska certyfikowana nauczycielka Treningu Pozytywnej Neuroplastyczności wg Ricka Hansona, www.neuro-integracja.com.pl

Jak wzmacniać swoją rezyliencję
  • Przyłapuj się na pozytywnych doświadczeniach, jakie uda ci się przeżyć każdego dnia, i staraj się w nich pobyć, poczuć je w ciele. 
  • Jest 12  zasobów mentalnych: współczucie, uważność, uczenie się,  siła charakteru, wdzięczność, wiara w siebie, spokój, motywacja, intymność, odwaga dążenia (cele i marzenia), szczodrość. Wybierz jeden, który chcesz najbardziej wzmacniać. Przynajmniej trzy razy dziennie doświadczaj go i uciesz się tym.
  • Każdego dnia, np. rano i wieczorem, postaraj się poczuć, że: zasadniczo jesteś bezpieczny, zasadniczo jesteś zadowolony, zasadniczo jesteś w więzi z innymi osobami, że przynależysz. Może nie jest idealnie, ale zasadniczo jest w porządku.

  1. Zwierciadło poleca

Polityka dzieli, ale czy musi? Rozmowa z prof. Krystyną Skarżyńską

Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje
Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów. (Fot. Forum)
Co może sprawić, że zamiast się kłócić albo unikać rozmowy, zdołamy się zrozumieć? Zaufanie? Szacunek? Podmiotowość? Profesor Krystyna Skarżyńska poszukuje "okoliczności łagodzących" dla politycznych sporów.

Polityka i sposób jej uprawiania na pewno wpływają na codzienne relacje międzyludzkie. Jak?
Nie mam prostej odpowiedzi na to pytanie. Związki między polityką a emocjami i zachowaniem się obywateli mogą być bardzo różne. Czy jest coś takiego, co widzą wszyscy (choć może inaczej interpretują, zależnie od sympatii i wiedzy o świecie)? Czymś dość powszechnie odbieranym jest ogólny klimat uprawiania polityki – jego dwie „wersje”: względny spokój, kompromis i włączanie do rozwiązywania problemów ludzi z różnych opcji politycznych albo walka z przeciwnikami politycznymi plus protesty różnych grup społecznych. Im bardziej przeciwnik staje się wrogiem i im bardziej rozszerza się krąg osób uznawanych za wrogów, tym wpływ polityki na relacje międzyludzkie, na funkcjonowanie instytucji publicznych, samorządów lokalnych, mediów staje się wyraźniejszy.

I ludzie zaczynają od polityki stronić?
Nie do końca. Polityka zaczyna wtedy dotykać wszystkich obywateli, także tych, którzy nie interesują się nią albo celowo chcą od niej uciec, bo wydaje im się brudna, niemoralna, zakłamana. Można próbować ograniczyć „pole rażenia” polityki, udając się na „emigrację wewnętrzną”, rezygnując z kariery zawodowej, uciekając w Bieszczady (wiele osób tak robiło w trudnych latach PRL), wyjeżdżając z kraju; ale niepokój czy poczucie straconych szans rozwoju, zmarnowanego talentu lub rozbicia rodziny – pozostają.

Wszyscy – chcąc nie chcąc – stajemy się „stronami konfliktu”.
Tak. Dodatkowo gdy jawna agresja słowna, groźby, fałszywe oskarżenia, odbieranie głosu stają się chlebem codziennym – następuje w społeczeństwie wzrost gotowości do posługiwania się agresją w codziennym życiu. „Ryba psuje się od głowy”: skoro władza nie kontroluje swoich wrogich emocji, a media bez oporu je multiplikują, to i ja, zwykły człowiek, też nie muszę uważać na to, co mówię i czy kogoś to boli.

Czy ten proces przekłada się także na relacje z najbliższymi? Polityka w agresywnym wydaniu może dotknąć rodzin?
Może. Ostry konflikt polityczny (zwłaszcza polaryzacja polityczna – podziały w wielu różnych sferach życia) może prowadzić albo do próby wyraźnej separacji od polityki przy rodzinnym stole i w małżeńskim łóżku, albo do gwałtownych kłótni, psujących relacje z bliskimi lub tylko świąteczny nastrój, a czasem powodujących zerwanie kontaktów na długie miesiące.

Bo taka wojenna dyskusja nie jest próbą przekonania do swoich poglądów, ale walką o udowodnienie racji.
Rzadko się zdarza – ale jednak jest to możliwe – spokojna rozmowa z żoną, ojcem czy teściową o tym, dlaczego bliska mi osoba ma tak różne od moich poglądy czy oceny danej partii. To nie jest prawda, że emocje zawsze blokują myślenie. Nowe badania przekonują, że gdy o sprawach wzbudzających emocje zaczynamy myśleć, odwołując się do własnych wartości i kryteriów moralnych, nasze myślenie jest logiczne i może doprowadzić do porozumienia. Moje „obserwacje uczestniczące” pozwalają dodać jeszcze jeden czynnik, od którego zależy, czy rozmowa osób o rozmaitych poglądach politycznych poprowadzi do rodzinnej kłótni,  czy do rozwoju: im w rodzinie więcej wzajemnego szacunku i uznawania podmiotowości każdego jej członka, tym mniejsze jest ryzyko podejmowania rozmów o polityce. Myślę, że tak jest nie tylko w rodzinie…

Także wśród przyjaciół i partnerów w pracy.
Od przyjaciół oczekujemy podobieństwa poglądów w ważnych dla nas  sprawach. Co więcej, im jakaś kwestia jest dla nas bardziej istotna, tym nawet niewielka odmienność poglądu przyjaciela staje się denerwująca, budzi niepokój. Często podejmujemy próbę przekonania przyjaciela do naszego stanowiska, wyolbrzymiając różnice, nawet sprowadzając je do absurdu. Przyjaciela to złości, rozstajemy się w gniewie, trudno potem o poważną rozmowę. To nie jest dobra strategia dla osiągnięcia konsensusu. Zwłaszcza wśród osób, dla których polityka i kwestie ideologiczne są bardzo ważne, stanowią część ich tożsamości.

A w pracy?
Tutaj też bywa różnie. Gdy konflikt polityczny między różnymi grupami społeczeństwa jest rozlany i wszechogarniający, pojawiają się tendencje faworyzowania „swoich” (przy okresowych ocenach, zleceniach ważnych i wysoko płatnych zadań, ustalaniu terminów urlopów itp.). Nie zawsze są to decyzje świadome, choć bywają i takie. Z drugiej strony – wiadomo, że środowiska wewnętrznie zróżnicowane (także pod względem orientacji politycznej) są bardziej twórcze niż środowiska jednorodne. Spojrzenie na rozwiązywany problem z różnych perspektyw światopoglądowych czy politycznych (np. lewicowej i prawicowej, liberalnej i konserwatywnej) często przynosi dobre efekty. Jednak wiele zależy od osobowości i kultury bycia współpracowników – czyli tak jak w rodzinie. Gdy w zespole jest osoba, która codziennie mówi o swojej orientacji politycznej czy preferencji partyjnej i podkreśla jej „wyższość moralną” – trudno o dobrą współpracę.

Dzisiaj jest już tak, że polityka staje się kwestią nie tyle poglądów, ile systemu wyznawanych wartości. Zgadza się pani z taką konstatacją?
W wielu kwestiach poglądy są wyrazem uznawanych przez daną osobę kryteriów oceny dobra i zła (czyli zasad moralnych). Ale czasem wypowiadamy poglądy, które nie są ich pochodną.  Są raczej wynikiem tego, że były często powtarzane w mediach lub przez ważną dla nas osobę, albo wyrażają nasze emocje.

Słowo „dialog” ma dziś jakąś wartość w rzeczywistości politycznej?
Wypracowywanie wspólnych stanowisk wobec konkretnych spraw jest możliwe przy spełnieniu pewnych warunków. Jednym z nich jest uważne słuchanie „drugiej strony”, brak pośpiechu, równe traktowanie wszystkich uczestników sporu (np. dawanie wszystkim tego samego czasu na prezentowanie stanowiska), korzystanie z wiedzy ekspertów. Badania psychologów z Uniwersytetu Humanistycznospołecznego SWPS, prowadzone kilka lat temu, pokazały, że nawet w tak spornych sprawach, jak sposób prowadzenia edukacji seksualnej w szkołach czy miejsce budowania osiedlowej spalarni śmieci, można dojść do porozumienia między ludźmi o skrajnie różnych poglądach na te tematy. Co więcej, nawet w tych grupach, w których nie doszło do uzgodnienia wspólnego stanowiska, uczestnicy debat nabrali przekonania, że warto dyskutować.

Żeby móc z kimś dyskutować sensownie, prowadzić dialog,  potrzebne jest zaufanie – trzeba ufać, że ktoś  nas nie oszuka.
Rola zaufania w życiu społecznym i w polityce to temat rzeka. Ale to nie jest kategoria polityczna, tylko psychologiczna, która dla polityki ma znaczenie i jest w polityce wykorzystywana.

Zaufanie w polityce to coś innego niż w zwykłym życiu?
Jest co najmniej kilka rodzajów zaufania: do bliskich (rodziny, przyjaciół, bliskich znajomych), zaufanie zgeneralizowane (czyli wyjściowa postawa wobec osób, których nie znamy osobiście lub mało znamy, wyrażająca się przekonaniem, że „ludzie w ogóle” zwykle są w porządku, nie mają intencji, by nas oszukać czy w inny sposób skrzywdzić – można więc im ufać), oraz zaufanie do instytucji publicznych (służby zdrowia, szkoły publicznej, administracji, sądów, policji, mediów, partii politycznych). Setki badań prowadzonych w różnych krajach świata wskazują, że zgeneralizowane zaufanie oraz zaufanie do takich instytucji publicznych, jak parlament, partie polityczne, wolne wybory, wiąże się z akceptacją zasad liberalnej demokracji przedstawicielskiej.

Czasami zaufanie zastępuje zrozumienie.
Tak, zaufanie i nieufność – ponieważ są często używanymi, a więc łatwo dostępnymi kategoriami myślowymi – często wpływają na postawy wobec takich ogólnych działań politycznych, co do których ludzie nie mają dużej wiedzy. Polityka prowadząca do wzrostu nieufności i polegająca na straszeniu społeczeństwa przynosi poważne skutki negatywne zarówno dla relacji międzyludzkich, jak i międzygrupowych i międzynarodowych. Daniel Bar-Tal wprowadził do psychologii termin „mentalność oblężonej twierdzy”. Pokazuje, jak emocja strachu, często pojawiająca się w publicznym dyskursie, wywołuje szeroko podzielane przekonania, które są destruktywne dla całego społeczeństwa.

Strach paraliżuje społeczeństwo i uskrzydla polityków...
Oczywiście! Utrwalone poczucie zagrożenia zawęża społeczną perspektywę. Prowadzi do oczekiwania przyszłych zagrożeń na podstawie zapamiętanych ( a czasem błędnie zinterpretowanych) doświadczeń, obniża trafność analizy teraźniejszości, koncentruje uwagę na zagrożeniach, dostrzega je na każdy kroku. Wzmaga to nieufność do potencjalnych przeciwników i w końcu prowadzi do przemocy wobec tych, których za zagrożenie uważa (choć realnych jego oznak nie ma). Politycy nie mogą społecznych zagrożeń lekceważyć, ale nie powinni ich eskalować. Budowanie nadziei społecznych nie polega na myśleniu życzeniowym i nierealistycznym optymizmie polityków; raczej wymaga przedstawiania atrakcyjnych i realistycznych programów osiągania ważnych dla społeczeństwa celów. Niestety, politycy często mają tendencję uważać, że ich osobiste marzenia i cele są powszechnie podzielane. Im dłużej są przy władzy, tym silniej są o tym przekonani.

Krystyna Skarżyńska, prof. dr hab., psycholożka, pracuje w SWPS, zajmuje się postawami wobec agresji w życiu publicznym, rozumieniem wolności i rolą zasad moralnych w polityce. W listopadzie ukaże się jej książka „My. Portret psychologiczno-społeczny Polaków z polityką w tle” (Scholar).

  1. Psychologia

Zemsta czy wybaczenie - co przynosi większą ulgę?

W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, np. poczucie winy. (Fot. iStock)
W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, np. poczucie winy. (Fot. iStock)

Zranieni, zdradzeni, oszukani – reagujemy zwykle na trzy sposoby. Udajemy, że nic się nie stało, odpłacamy pięknym za nadobne lub cierpimy, a potem zwykle po jakimś czasie wybaczamy. Wychowuje się nas w przekonaniu, że ta ostatnia droga jest najwłaściwsza. Ale czy dla każdego i zawsze? O skomplikowane reakcje na krzywdę prof. Piotra Olesia pyta Martyna Harland.

Zemsta czy wybaczenie — co daje większą ulgę, gdy ktoś nas skrzywdzi?
W krótkiej perspektywie czasowej większą ulgę przynosi zemsta. Jednak nie pozwala pozbyć się przykrych emocji, a wywołuje kolejne, na przykład poczucie winy. Daje świadomość rewanżu, z którym człowiek przez krótki czas czuje się dobrze, ale nie daje on satysfakcji. Z kolei przebaczenie wymaga więcej wysiłku, czasu i przepracowania krzywdy, za to uwalnia od ciężaru tzw. negatywnych emocji, które w sobie nosimy.

Psychologowie twierdzą, że dla własnego dobra warto wybaczać innym. Tyle że wtedy akceptujemy wyrządzoną nam krzywdę i nie przywracamy stanu równowagi w życiu...
Krzywda krzywdzie nierówna. Jeżeli ktoś kolejny raz sprawia nam ból i przewidujemy, że to się powtórzy, wtedy rewanż może być adekwatną reakcją. Powstrzymuje kolejne akty cierpienia. Dlatego przebaczenie nie jest receptą na każdą sytuację. Natomiast ściśle wiąże się z naszymi przekonaniami na temat świata, innych ludzi i nas samych. Jeżeli uważamy, że ludzie generalnie są dobrzy, a złe zachowania tylko się im przydarzają, łatwiej nam przebaczać. Przekonania na temat własnej wartości mają krzywoliniowy związek z naszą zdolnością do przebaczania. Jeśli mamy niską samoocenę i myślimy: „Jestem nic niewart”, wtedy trudniej wznieść się ponad własną krzywdę, żeby przebaczyć. Bardzo wysoka samoocena również utrudnia proces wybaczania. Człowiek czuje wtedy poważny dysonans między tym, co się zdarzyło, a tym, na co jego zdaniem zasługuje.

Uczy się nas też, by brać sprawy w swoje ręce, być sprawczym.
Właśnie, istotne są również nasze przekonania na temat świata. Jeżeli uważamy, że świat jest sprawiedliwy, to łatwiej poruszać się w nim, przebaczając. No, chyba że to sprawiedliwość typu oko za oko, ząb za ząb. Wtedy faktycznie bierzemy sprawy w swoje ręce...

Czy takie przekonania kształtują się już w dzieciństwie? Często największym wyzwaniem w procesie terapii jest przebaczenie bliskim.
Pierwsze przebaczenie, na które człowiek się zdobywa, to to w stosunku do rodziny – rodzeństwa, a znacznie później rodziców. Tak naprawdę rzadko kiedy dochodzi do uświadomienia i ujawnienia wszystkich krzywd powstałych w dzieciństwie. Takie urazy najczęściej mają charakter niezawiniony. Przykładowo nadopiekuńczość i ograniczanie dziecka w rozwoju wynikają z lęku, a nie złych intencji rodzica. Biorąc pod uwagę, jak długotrwałe były te działania, a przez to silne i często nie w pełni uświadamiane, bardzo trudno jest nam wybaczyć, niekiedy wymaga to pomocy terapeuty. Jednocześnie intencje sprawcy – w tym przypadku dobre choć nietrafione – oraz to, czy odczuwa skruchę, to warunki istotnie ułatwiające wybaczenie.

A może istnieje dobra zemsta? Mścić trzeba się na bieżąco. Wtedy złość nie narasta i kierujemy ją wobec właściwej osoby, nie przenosimy na innych. W niektórych sytuacjach, jak zdrada w związku, może warto pokazać drugiej osobie swoje emocje i to, że zostaliśmy skrzywdzeni? Lepiej chyba zniszczyć sukienki niewiernej partnerki, niż udawać, że to nas nie dotknęło.
Pomyślałem, że taka zemsta na sukienkach to w ogóle świetna sprawa. Po pierwsze, nie uderza bezpośrednio w człowieka, tylko w rzecz. Poza tym tkwi w tym potencjał do rozpoczęcia czegoś od nowa. Trzeba kupić nowe sukienki. Niezależnie od tego, czy były ukochane, mogą się łączyć z okresem życia, w którym doszło do zdrady. Natomiast jeżeli zemstą byłaby zdrada, wtedy zaczyna być znacznie trudniej.

Z drugiej strony wtedy sytuacja między partnerami się wyrównuje i mogą zacząć od nowa. Wystarczy wyjechać gdzieś na dłużej, partner lub partnerka mogą się tylko domyślać, czy coś się wtedy wydarzyło. Mogło, ale nie musiało...
Bardzo trudno mi odpowiedzieć, czy w takiej sytuacji warto płacić pięknym za nadobne. Ale faktycznie postawienie drugiego człowieka w sytuacji niepewności i domysłów mogłoby mieć sens. Rzeczywiście dzisiaj usilnie dążymy do równowagi, szczególnie w związkach. Moim zdaniem to skrzywienie typowe dla kultury zachodniej, związane z przeakcentowaniem własnego „ja”. Jeśli ty masz czegoś więcej, czy naprawdę znaczy, że ja jestem gorszy? Jeśli ty możesz, to czemu ja nie? Moim zdaniem to błąd myślenia, związek może nie przetrwać takiej próby.

Może samo wyobrażanie sobie zemsty, planowanie jej, oglądanie na ekranie na przykład w filmach Quentina Tarantina, czytanie książek, jak „Hrabia Monte Christo“ Aleksandra Dumasa – wystarczy i przyniesie ulgę?
Kiedy uczymy ludzi, na przykład psychologów i pedagogów, tego, jak zrozumieć emocje innych, rozgrywamy z nimi psychodramy. Stawiamy ich w różnych sytuacjach i pytamy, dajmy na to, w jaki sposób czuje się uczeń, który jest kozłem ofiarnym w klasie. Ktoś staje się na tę chwilę uczniem, a inni mu dokuczają. Tego rodzaju odgrywanie ról w „wyobrażonym teatrze życia” sprawia, że możemy na chwilę poczuć sytuację samotności, odrzucenia czy napiętnowania. To pewnego rodzaju szczepionka przeciwko krzywdzie i agresji. I najskuteczniejszy sposób uczenia ludzi tego, jak zapobiegać wykluczeniu oraz piętnowaniu innych. A może też wybaczania. Oczywiście przy zdrowej osobowości, bez tendencji sadystycznych.

Tyle że zemsta przychodzi nam naturalnie, w przeciwieństwie do wybaczenia.
A przecież tzw. negatywne emocje wywołane krzywdą to ciężar, który niesiemy w sobie. To nas ogranicza i sprawia, że dużo trudniej jest cieszyć się życiem. Czasem wręcz uniemożliwia. To wszystko niszczy człowieka od środka. Rzutuje na inne, bliskie relacje. Jeśli coś nas gnębi, nie jesteśmy otwarci w kontakcie z naszymi bliskimi. Krzywda przypomina kulę lodową. W normalnych okolicznościach pomału się rozpuszcza i z czasem jest coraz mniejsza. Dlatego rzadko zdarza się, żeby człowiek dokonywał zemsty po latach. Może się tak stać w przypadku zbrodni nie do wybaczenia, na przykład gdy ktoś z zimną krwią wymorduje naszą rodzinę i pozostaje bezkarny.

Nie wszystko jesteśmy w stanie wybaczyć. Ale czy można nie wybaczyć krzywdy, a jednak zaznać spokoju?
Są ludzie, którzy na skutek jakiegoś przykrego doświadczenia zamykają niewygodny rozdział swojego życia. Zrywają kontakt ze sprawcą krzywdy. Izolują się od problemu i osoby. Decydują, że nie będą się tym zajmowali. Nie chcą inwestować w to energii. Bo, żeby przebaczyć, trzeba mieć motywację. To trudny i czasochłonny proces.

Czym różni się „wybaczam i akceptuję”, od „wypieram i zapominam”?
Możemy wybaczyć tylko to, co pamiętamy. Tymczasem „wypieram i zapominam” to w języku psychologii tłumienie. Staramy się odsuwać nasze problemy na różne sposoby, czyli nie pamiętać zdarzeń, które wywołały w nas poczucie krzywdy. Faktyczna niepamieć takich zdarzeń sugeruje wyparcie, czyli wymazanie ich z pamięci, usunięcie ze świadomości w podświadomość. Jeżeli krzywda ma charakter gwałtowny i dramatycznym, tak jak na przykład sytuacja gwałtu, wtedy może dojść do wyparcia lub dysocjacji, czyli oddzielenia emocji od zdarzenia. Człowiek reaguje tak jakby to wszystko nie miało miejsca, jeżeli chodzi o emocje. Ma pamięć zdarzeń, czyli wie, a jednak nie czuje. Niedoświadczony terapeuta, rozmawiając z osobą będącą w stanie dysocjacji, może mieć wątpliwości, czy rzeczywiście doświadczyła krzywdy, bo opowiada o tym zdarzeniu, jakby nie była ofiarą.

Trudniej jest też chyba wybaczyć sobie niż innym.
Też tak czuję, dlatego, że sam tak mam. Natomiast jest wielu ludzi, którzy mają odwrotnie. Musimy wziąć pod uwagę dwa motywy organizujące nasze „ja”: motyw zmierzający do budowania pozytywnego obrazu siebie i ten, który buduje obraz prawdziwy. Jeżeli przeważa pierwszy – pozytywny, nie mamy większego problemu z przebaczaniem sobie. Będziemy chronić samych siebie przed prawdą o tym, że skrzywdziliśmy drugiego człowieka, minimalizować jego krzywdę. Natomiast jeżeli silniej działa u nas motyw budowania „ja” prawdziwego – w tym przypadku sprawcy cierpienia – wówczas możemy mieć kłopot z przebaczeniem sobie różnych rzeczy, nawet takich, które inni ludzie już dawno nam wybaczyli.

W takim razie bardziej adaptacyjne są dla nas różowe okulary. A przecież wydaje się, że lepsze powinno być dążenie do prawdziwego obrazu siebie?
Jeśli chodzi o realizację różnych celów życiowych, to faktycznie różowe okulary lepiej się sprawdzają, bo nie mamy problemu z tym, że popełniliśmy masę błędów, na przykład przy wychowaniu dzieci. Wtedy jest nam łatwiej o pozytywny bilans życia. Pracując na oddziale neurologii, miałem okazję rozmawiać ze starszymi ludźmi i niejednokrotnie zadziwiało mnie to, jak często potrafią wskazywać na różne swoje błędy życiowe, które z mojego punktu widzenia nimi nie były. Ktoś może uważać, że był zbyt surowy dla swoich dzieci, ale gdy go zapytamy, co te dzieci robią w życiu, okazuje się, że świetnie sobie radzą.

Dzieci mogły poradzić sobie w dorosłości, co nie zmienia faktu, że taki rodzic przez swoją surowość nie stworzył z nimi wystarczająco dobrej relacji. Stąd poczucie winy. Może w życiu jednak ważne jest przede wszystkim budowanie dobrych relacji z bliskimi?
Trafiła pani w drugie dno tego zjawiska. W samotność. Jeżeli zbudujemy dobrą, bliską i aktywną relację z dziećmi, wtedy mamy dużo mniej miejsca na to, żeby zastanawiać się nad tym, co w życiu nam nie wyszło. Energię do wybaczania można czerpać od innych. Gdy mamy fajnych, wspierających partnerów życiowych, jest nam łatwiej. Trudności stają się mniejsze, kiedy zostają opowiedziane i ujawnione. Jeżeli człowiek jest emocjonalnie nasycony, to najprawdopodobniej łatwiej jest mu zdobyć się na przebaczenie – sobie i innym.

Co najtrudniej jest nam wybaczyć?
Dotknęła pani nowego pola tematycznego, które jest niełatwe i bardzo złożone. Bo trudność z wybaczaniem może iść w kierunku poczucia winy za to, że nie potrafimy przebaczyć. Inny człowiek już dawno by wybaczył, a ja ciągle nie mogę sobie z tym poradzić. Dlatego, że to cały czas było i jest dla mnie bardzo ważne. Być może podważyło fundamentalny porządek świata, jak to, że z żoną ślubowaliśmy sobie miłość i wierność, a potem okazuje się, że to nie przetrwało na zawsze. Osoba, która ma kłopot z wybaczeniem, może mieć później poczucie winy dlatego, że nie potrafi się wznieść ponad swój ból i uczucia. Dla tej osoby krzywda jest nie do przejścia, przynajmniej na jakimś etapie życia.

Największe wyzwanie to wybaczyć sprawy, które dotyczą naszych wartości?
Zwłaszcza tych związanych z wiernością, miłością, godnością, życiem bliskiej osoby. Zastanówmy się, czy i w jakich okolicznościach można wybaczyć to, że ktoś jazdą po pijaku sprawił, że mamy niepełnosprawne dziecko. W jaki sposób można wybaczyć taką krzywdę? To wymaga wręcz heroizmu. I nie są to procesy związane jedynie z życiem psychicznym. Niektórzy uzyskują siłę do tego, żeby wybaczyć, poprzez zaangażowanie w życie duchowe. Jeżeli człowiek ma kontakt ze sferą duchową, niekoniecznie religijną, wtedy jest otwarty na wymiar transcendencji, który pozwala wznieść się ponad swoje uczucia. Gdy przyjmujemy, że istnieje rzeczywistość wyższa, większa, lepsza, to może ona pomóc nam spojrzeć na naszą krzywdę z dystansu i dokonać aktu przebaczenia. To jednak nie dzieje się szybko, proces przebaczania wymaga motywacji, wysiłku i czasu.

Wybaczenie to wyjście poza siebie i własne ograniczenia? Dzięki niemu się rozwijamy?
Rozwój jest efektem ubocznym lub też skutkiem procesu wybaczania. Rozwijamy się dzięki temu, że byliśmy zdolni przekroczyć własne emocje i przebaczyć. Wbrew sobie i swojej naturze.

Co jeszcze daje nam wybaczenie?
Daje ogromne poczucie wolności i uwolnienia: od ciężaru oskarżeń, od tzw. negatywnych emocji, złorzeczenia lub chęci zemsty. Jeżeli potrafimy się uwolnić od bardzo ciężkich, trudnych emocji, związanych z poważną krzywdą, to na nowo stajemy się wolnymi ludźmi.

W jaki sposób nauczyć się wybaczania? Czy są jakieś techniki, które możemy wprowadzić w życie? Co może nam w tym pomóc?
Drugi człowiek. Zjawisku krzywdy sprzyja samotność. Jedną z najważniejszych rzeczy, najbardziej pomocnych jest bliski kontakt z innymi ludźmi. Wtedy mamy szansę poszerzać własny punkt widzenia. To wyzwala nas od schematów. Nie tkwimy w zaklętym kręgu swoich myśli i uczuć. Sam przerabiam to w ciągu ostatnich miesięcy, po śmierci żony. Czuję, że mam mniej możliwości skonfrontowania swoich myśli i uczuć z bliskim człowiekiem. Teraz widzę, że sam fakt rozmowy z drugą osobą sprawia, że nie wpadamy w pętelki własnego myślenia. Od czasu do czasu, gdy z kimś porozmawiam, tak jak teraz z panią, uświadamiam sobie, że jestem w tym miejscu. Wtedy mogę z niego wyjść lub tam pozostać.