1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Tomasz Srebnicki: Gdy on nie może się uwolnić od przeszłości

Tomasz Srebnicki: Gdy on nie może się uwolnić od przeszłości

123rf.com
123rf.com
Bez konfrontacji z własnymi lękami trudno zbudować trwałą relację. Rozmowa o bolesnej przeszłości bywa bardzo pomocna - mówi ekspert SENSu Tomasz Srebnicki – psychoterapeuta poznawczo-behawioralny

Jesteśmy ze sobą szczęśliwi od pół roku. Niewiele wiem o dzieciństwie mojego chłopaka, jest najstarszym z czworga rodzeństwa, gdy miał 11 lat, jego mama rozwiodła się z ojcem, który rozładowywał swoją agresję na najbliższych, czasami bił jego, innym razem matkę - pisze 32-letnia Justyna. - Wiem, że mój chłopak bardzo mnie kocha. Widzę jednak, że odczuwa lęk przed wspólnym zamieszkaniem, małżeństwem. Gdy mówię, że chciałabym, by przeprowadził się do mnie z domu rodzinnego, odpowiada, że boi się zmian. Zastanawiam się, czy nie czuje się odpowiedzialny za już dorosłe, a jakże niesamodzielne, rodzeństwo i swoją mamę. Kiedyś powiedział mi, że obawia się, że może być podobny do swojego taty, bo ma podobną wadę wzroku. Nasz związek zmienia nas oboje na plus – ja przepracowuję swoje traumy z dzieciństwa i poprzedniego związku, on stał się bardziej pewny siebie, radosny, zmężniał. Zdaję sobie sprawę, że na wszystko trzeba czasu, ale bywa, że w mojej głowie pojawia się lęk, jak potoczą się nasze losy, czy będziemy mogli razem być, pobrać się. Nie chcę go naciskać, ale jeśli mogę zmienić własne myślenie, a tym samym być dla niego wsparciem, to proszę o wskazówki. 

Odpowiedź PSYCHOLOGA: Droga Justyno, lęki czy obawy nie stanowią większego problemu tak długo, jak długo nie prowadzą do unikania przyszłości. Bez względu na to, jak trudne dzieciństwo mieliście i jak podobne nosy czy rzęsy macie do swoich rodziców, to waszym zadaniem jest skonfrontować się z tym, czego unikacie, lub z tym, czym staracie się zakrzyczeć swoje lęki. Pamiętaj, że dostarczenie wsparcia często, paradoksalnie, podsyca lęki drugiej strony. Rozwiązaniem pomocnym dla wielu jest rozmowa o bolesnej przeszłości. Istnieje jednak jeden warunek – nie ma ona służyć wytłumaczeniu „dlaczego nie…?” i uzyskiwaniu wspierających słów „rozumiem cię, kochanie”, tylko powinna się odbywać w kontekście przyszłości. Innymi słowy, zamiast „dlaczego nie…?” – „jest mi trudno, ale pracuję nad tym w swoim interesie”. Może warto, abyś zachęciła swojego chłopaka do podjęcia bardzo ważnej dla niego decyzji „na tak” dla przyszłości. Myślę, że warto, aby zrobił to przede wszystkim dla siebie. Pozdrawiam ciebie i jego!
Więcej listów od czytelników znajdziesz w każdym numerze SENSu w rubryce Listy do psychoterapeuty.

Masz problem, z którym nie możesz sobie poradzić? Napisz do naszego eksperta: sens@zwierciadlo.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Zmiana jest podstawą naszego życia – tłumaczy buddyjska mniszka Pema Chödrön

Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Ciągła zmiana to nasza prawdziwa rzeczywistość. Trudno jednak zaakceptować tę prawdę na poziomie emocji (fot. iStock)
Budda nauczał, że istnieją trzy główne cechy ludzkiej egzystencji: nietrwałość, bezinteresowność oraz cierpienie lub niezadowolenie. Według Buddy życie wszystkich istot jest naznaczone przez te trzy cechy. Uznanie ich za prawdziwe poprzez własne doświadczenia pomaga nam odnaleźć spokój w tym, co jest – pisze Pema Chödrön w najnowszej książce „Odważne życie. Jak być nieustraszonym w dzisiejszym świecie”.

Kiedy po raz pierwszy wysłuchałam tego nauczania, wydało mi się akademickie i odległe. Gdy jednak zachęcono mnie do skupienia uwagi – do zaciekawienia się tym, co dzieje się z  moim ciałem i  moim umysłem – coś się zmieniło. Na podstawie własnego doświadczenia mogłam zaobserwować, że nic nie jest statyczne. Moje nastroje zmieniają się nieustannie jak pogoda. Zdecydowanie nie mam kontroli nad tym, jakie myśli lub emocje pojawiają się, ani nie mogę powstrzymać ich przepływu. Po bezruchu następuje ruch, a  ruch wraca do bezruchu. Nawet najbardziej uporczywy ból fizyczny zmienia się, jak przypływy i odpływy, gdy skupiam na nim uwagę.

Nowe nastawienie pojawia się wtedy, gdy zaczynamy dostrzegać, że wczoraj było wczoraj, a teraz już go nie ma; dziś jest dziś i teraz jest nowe. Tak jest – każda godzina, każda minuta się zmienia. Jeśli przestajemy obserwować zmiany, to przestajemy postrzegać wszystko jak nowe. Dzigar Kongtrul Rinpocze
Czuję wdzięczność dla Buddy za wskazanie, że to, z czym zmagamy się przez całe życie, można traktować jako zwykłe doświadczenie. Życie nieustannie przynosi wzloty i upadki. Ludzie są nieprzewidywalni, podobnie jak sytuacje i jak wszystko inne. Święci, grzesznicy, zwycięzcy, przegrani – wszyscy znamy ten ból, gdy przytrafia nam się to, czego nie chcemy. Czuję wdzięczność za to, że ktoś zobaczył prawdę i wykazał, że nie odczuwamy bólu z powodu naszej osobistej niemożności naprawienia sytuacji.

Pierwszą oznaką istnienia jest to, że nic nie jest statyczne i  niezmienne, że wszystko jest ulotne i  nietrwałe. Wszystko jest w toku. Wszystko – każde drzewo, każde źdźbło trawy, wszystkie zwierzęta, owady, ludzie, budynki, to, co żywe i nieożywione, cały czas się zmienia, z minuty na minutę. Nie musimy być ani mistykami, ani fizykami, żeby to wiedzieć. Jednak na poziomie osobistego doświadczenia nie przyjmujemy do wiadomości tego podstawowego faktu. Oznacza to, że życie nie zawsze toczy się po naszej myśli. Oznacza to, że jest strata, ale jest i zysk. Ale nam się to nie podoba.

Kiedyś zmieniałam pracę i dom w tym samym czasie. Odczuwałam niepewność, niepokój, bezzasadność. Pożaliłam się Trungpie Rinpocze, że mam problem ze zmianami, w  nadziei, że powie coś, co pomoże mi w  pracy nad tym. Popatrzył na mnie jakby pustym wzrokiem i powiedział: „Zawsze jesteśmy w procesie zmiany”. A potem dodał: „Jeśli możesz się z tym zwyczajnie pogodzić, nie będziesz miała żadnych problemów”.

Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe) Pema Chödrön, mniszka buddyjska, należy do najwybitniejszych uczniów Czogjama Trungpy. Otrzymała tytuł Aczarii, przeznaczony dla doświadczonych nauczycieli Szambali, którzy swoim życiem potwierdzają mądrość nauk dharmy. (Fot. materiały prasowe)

Wiemy, że wszystko jest nietrwałe, wiemy, że wszystko się kończy. Chociaż tę prawdę jesteśmy w  stanie zaakceptować na poziomie intelektualnym, to jednak w sferze emocjonalnej odczuwamy głęboko zakorzenioną niechęć. Chcemy stabilności, oczekujemy jej. W  naturalny sposób poszukujemy bezpieczeństwa. Wierzymy, że możemy je znaleźć. Doświadczanie nietrwałości w życiu codziennym jest źródłem frustracji.

Każdego dnia wykorzystujemy naszą aktywność jak tarczę chroniącą nas przed fundamentalną niejednoznacznością sytuacji, w  jakiej się znajdujemy. Zużywamy ogromną ilość energii, próbując uchronić się przed nietrwałością i śmiercią. Nie podoba nam się, że nasze ciała zmieniają się z  upływem czasu. Nie podoba nam się, że się starzejemy. Boimy się zmarszczek i zwiotczałej skóry. Używamy kosmetyków pielęgnacyjnych tak, jakbyśmy naprawdę wierzyli, że nasza skóra, włosy, oczy i zęby mogą w jakiś cudowny sposób uciec od prawdy o nietrwałości.

Nauki buddyjskie mają na celu uwolnienie nas od tego ograniczonego sposobu odnoszenia się do rzeczywistości. Zachęcają nas, żeby stopniowo i w pełni zanurzyć się w zwyczajną i oczywistą prawdę o zmianie. Uznanie tej prawdy nie oznacza, że widzimy tylko to, co ponure. Oznacza, że zaczynamy rozumieć, że nie tylko my przestajemy się z tym wszystkim wyrabiać. Już nie wierzymy, że są ludzie, którym udało się uniknąć niepewności.

Inną oznaką istnienia jest brak niezmiennego ja. Jako istoty ludzkie przemijamy tak samo jak wszystko inne. Każda komórka naszego ciała podlega ciągłym zmianom. Myśli i  emocje nieustannie pojawiają się i znikają. Na czym opieramy przekonanie, że jesteśmy kompetentni lub że jesteśmy beznadziejni? Na tej ulotnej chwili? Na wczorajszym sukcesie czy porażce? Trzymamy się utrwalonego przekonania o tym, kim jesteśmy, i to nas paraliżuje. Tymczasem nic i nikt nie jest niezmienne. To, czy zmiany są dla nas źródłem wolności, czy też źródłem straszliwego niepokoju, robi istotną różnicę. Czy mijające dni przynoszą coraz więcej cierpienia, czy też zwiększają naszą zdolność do odczuwania radości? To jest ważne pytanie.

Czasami brak niezmiennego ja nazywany jest brakiem duszy. Te słowa mogą wprowadzać w błąd. Budda nie sugerował, że znikamy albo że możemy wymazać naszą osobowość. Pewien uczeń zapytał kiedyś: „Czy doświadczanie braku niezmiennego ja nie sprawia, że życie traci blask?”. To nie jest tak. Budda zwracał uwagę na to, że twarde przekonania, jakie mamy na swój temat, mianowicie, że jesteśmy niezmienni i oddzieleni od innych, są boleśnie ograniczające. Możemy przez to występować na scenie naszego życia, nie wierząc aż tak gorliwie w  postać, którą gramy.

Kłopot polega na tym, że traktujemy siebie tak poważnie, że nadajemy sobie aż tak absurdalne poczucie ważności. Uważamy, że mamy prawo irytować się na wszystko, poniżać siebie lub myśleć, że jesteśmy mądrzejsi od innych. Poczucie własnej ważności wyrządza nam krzywdę, zamyka w ciasnym świecie naszych upodobań i niechęci. W końcu znudzimy się na śmierć sobą i naszym światem. W końcu nigdy nie znajdziemy zadowolenia.

Mamy dwie możliwości do wyboru: albo zakwestionujemy nasze przekonania, albo nie. Albo zaakceptujemy nasze dotychczasowe wersje rzeczywistości, albo zaczniemy je odrzucać. W  opinii Buddy ćwiczenie się w otwartości i ciekawości, a także w rezygnacji z założeń i przekonań to najlepszy sposób, w jaki możemy przeżyć nasze życie.

Mówiąc wprost, brak niezmiennego ja oznacza elastyczną tożsamość, która przejawia się w dociekliwości, zdolności do adaptacji, poczuciu humoru, chęci do zabawy. To nasza umiejętność odnalezienia spokoju bez wiedzy o wszystkim, bez rozgrywania wszystkiego, bez żadnej pewności co do tego, kim jesteśmy ani kim są inni. (…)

Jak mamy zamiar przeżyć to krótkie życie? Czy będziemy doprowadzać do perfekcji umiejętność walki z niepewnością, czy też będziemy doskonalić się w odpuszczaniu? Czy będziemy uparcie trzymać się przekonania „Ja jestem taki, a ty taki”? Czy też mamy zamiar wyjść poza ten ograniczony sposób myślenia? Czy możemy rozpocząć trening wojownika, aspirując do ponownego połączenia się z  naturalną elastycznością naszego bytu i pomagając innym robić to samo? Jeśli zaczniemy iść w tym kierunku, otworzą się przed nami nieograniczone możliwości.

Nauczanie o  braku niezmiennego ja podkreśla znaczenie naszej dynamicznej, zmieniającej się natury. To ciało nigdy nie czuło się dokładnie tak samo jak teraz. Ten umysł kreuje myśl, która, chociaż może wydawać się powtarzalna, nigdy więcej się nie pojawi. Mogę powiedzieć: „Czyż to nie wspaniałe?”. Ale zazwyczaj nie doświadczamy tego jako czegoś wspaniałego, lecz raczej jako coś denerwującego, co sprawia, że walczymy o swoje. Budda w swej szczodrości pokazał nam alternatywę. Nie jesteśmy uwięzieni w tożsamości sukcesu lub porażki ani w żadnej innej tożsamości, ani w tym, jak widzą nas inni, ani w tym, jak widzimy siebie sami. Każda chwila jest wyjątkowa, nieznana, zupełnie nowa. Dla praktykującego wojownika brak niezmiennego ja jest powodem do radości, a nie strachu.

  1. Psychologia

Zjadaj słonia po kawałku - jak metodą małych kroków zmienić życie?

Słoń symbolizuje ogrom pracy, jakiej wymaga zmiana. (Fot. iStock)
Słoń symbolizuje ogrom pracy, jakiej wymaga zmiana. (Fot. iStock)
Zastanawiasz się nad życiową zmianą? Od razu w ciągu jednego dnia? Przecież nie da się zjeść słonia w całości. Samo myślenie o zmianie stresuje. Dlatego proponuję ci łagodniejsze rozwiązanie, czyli zjadanie słonia po kawałku. To, od której części rozpoczniesz, zależy od ciebie. Pamiętaj tylko, aby nie była zbyt duża i do zjedzenia - radzi life-coach Sylwia Kalinowska.

Nawet jeśli jesteś nieszczęśliwa i zestresowana biegiem swojego życia, to i tak ciągle zmierzasz w tym samym kierunku. Dlaczego więc nie zmieniasz kursu?

Po pierwsze dlatego, że się boisz...
Lęk przed nieznanym jest dla ciebie gorszy, niż obecna nieznośna sytuacja. Po drugie masz przed oczami SŁONIA, czyli ogrom pracy, jakiej ta zmiana wymaga. A to błąd. Czasami wystarczy jeden mały krok, by zmiana się dokonała. W końcu nie musisz zjadać całego słonia, żeby nasycić głód. A badania dowodzą, że ludzie którzy próbują nowych rzeczy, są zdrowsi i szczęśliwsi oraz bardziej angażują się w życie od tych, którzy trzymają się raz obranego w życiu kursu. Na początek możesz wybrać inną drogę do pracy czy szkoły.

Dlaczego zmiana jest tak ważna?
A dlatego, że kiedy wykonujesz coś wielokrotnie i ciągle tak samo z czasem nabierasz rutyny, a twoja uważność się obniża lub spada do zera. Jeśli wkraczasz na nieznany grunt, wszystkie twoje zmysły się wyostrzają, aby zebrać jak najwięcej pomocnych w orientacji informacji. Zmiany, wbrew pozorom, nie utrudniają, a ułatwiają życie. Powodują wzrost twojej ciekawości i znacznie urozmaicają życie.

A teraz weź kartkę A4, długopis i lewą ręką narysuj słonia
(prawą jeśli jesteś leworęczna). Wystarczą tylko kontury: trąba, uszy, głowa, 4 nogi, tułów (podzielony na kilka części), ogonek i kły, które symbolizują coś, czego może nie warto zmieniać. W każdą z tych części wpisz określenie jakiejś części swojego życia, w której chciałabyś dokonać zmiany. Kiedy już to zrobisz, zastanów się od której części chcesz zacząć zjadać słonia. Może to będzie trąba, która symbolizuje na przykład pracę. A następnie w najbliższym tygodniu codziennie dokonaj dwóch małych zmian. Może uśmiechniesz się do szefowej, która cię wczoraj nie doceniła, a może napiszesz CV lub je przeredagujesz. A może sprawdzisz ofertę szkoleń lub zmienisz trasę do pracy.

A pod koniec tygodnia spróbuj podsumować swoje refleksje.
Co przyniosły ci te drobne zmiany? Słonia, jak każde zwierzę, można oswoić i uczynić naszym przyjacielem. Warto odnaleźć w sobie odwagę i zrobić z niej wreszcie użytek. Nie ma odwagi bez lęku. Jeśli odczuwasz lęk przed zmianami, to znaczy że masz w sobie pewną wrażliwość i pokorę. Każda zmian wymaga odwagi, bo idziesz w nieznane. Ale chyba największej odwagi wymaga przyznanie się, że bardzo potrzebujesz wyrwać się wreszcie ze swojej strefy komfortu, by zaznać trochę spokoju i radości życia, by wreszcie żyć w zgodzie ze sobą.

Kiedy ostatnio zastanawiałaś się co jest dla ciebie naprawdę ważne w życiu?
Zrób to teraz. Poświęć na to chwilę. Wypisz 5 wartości, bez których twoje życie nie ma sensu. Jak dawno temu weryfikowałaś swoje poglądy i przekonania? Jak wiele z nich nie ma już żadnego odbicia w rzeczywistości, która cię otacza. Wypisz 5 przekonań na temat życia, którymi się kierujesz? Czy to rzeczywiście prawda?

Oczywiście nie musisz rezygnować z całej swojej strefy komfortu.
Potrzebujesz takiej przestrzeni, w której możesz odpoczywać. Odważne „zjadanie słonia” powinno przejawiać się w poczuciu, że to, co robisz, jest zarazem słuszne i piękne, bo znajdujesz równowagę w życiu, czyli harmonię pomiędzy byciem a działaniem.

  1. Kultura

Aktorka, która wyprzedziła swoje czasy. Marlena Dietrich oczami Tomasza Raczka

Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Marlenę Dietrich kochały miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Fascynująca, odważna, burząca stereotypy, a może skoncentrowana na sobie, żądna wrażeń i niemogąca pogodzić się z upływem czasu? Kochały ją miliony, ale też miliony uważały za zdrajczynię w drogim futrze. Jaka była naprawdę Marlena Dietrich, gwiazda starego kina, a jednocześnie na wskroś nowoczesna kobieta, próbujemy ustalić razem z Tomaszem Raczkiem, krytykiem i publicystą, prywatnie jej wielkim fanem.

Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu 'Destry znowu w siodle' z 1939 roku. (Fot. East News) Marlena Dietrich w jednej ze scen filmu "Destry znowu w siodle" z 1939 roku. (Fot. East News)

Marlena Dietrich (własc. Marie Magdalene Dietrich) urodziła się 27 grudnia 1901 roku w berlińskiej dzielnicy Schöneberg. Międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film "Błękitny anioł" z 1930 roku. Jej najbardziej znane piosenki to "Falling In Love Again", "Where Have All The Flowers Gone" czy "Lili Marlene". Zmarła 6 maja 1992 roku w Paryżu.

W czasach, kiedy Marlena Dietrich była na topie, widzowie po obejrzanym filmie z jej udziałem pytani, co im się najbardziej podobało, odpowiadali: „Nogi Marleny Dietrich”.
W dodatku podobno ubezpieczone na jakieś bajońskie sumy. O niczyich nogach się tyle nie mówiło, co o jej i jeszcze może Josephine Baker. W związku z tym wszyscy chcieli zobaczyć, co jest w nich tak wyjątkowego, że aż tyle kosztują. Rzeczywiście miała piękne nogi, i bardzo długo się nimi chwaliła, nawet jako pani mocno już w latach. Jednak w jej ostatniej  filmowej roli,  filmie „Zwyczajny żigolo” z 1978 roku, już ich nie zobaczymy. W kontrakcie miał się znaleźć zapis, że nie można pokazywać jej od pasa w dół. W scenie, w której występuje, a gra tam epizod szefowej żigolaków, pojawia się w pustej restauracji, staje za fortepianem, który w połowie ją zakrywa i śpiewa tytułową piosenkę „Just a gigolo” tym swoim zduszonym głosem, tak jakby każdy wyraz miał być ostatnim. To było właściwie jej pożegnanie z karierą, ostatni publiczny występ. Wzięła udział jeszcze w dokumencie Maximiliana Schella „Marlene” z 1984 roku, ale jedynie jako narratorka. Od tego czasu aż do śmierci zaszyła się w swoim apartamencie w Paryżu i całkowicie wycofała z życia publicznego.

Mówiono, że – podobnie jak w wypadku jej filmowej rywalki Grety Garbo, która w wieku 36 lat zniknęła z przestrzeni publicznej był to wynik jej niepogodzenia się z upływającym czasem.
Na pewno zdawała sobie sprawę z tego, że jej słynne nogi nie są już takie, jakie chciałaby, by były. Ale poza tym była osobą bardzo inteligentną i nowoczesną, podchodziła do sprawy wręcz marketingowo. Miała świadomość, że w jej interesie jest utrzymać mit pięknych nóg i że dla jej kariery i wizerunku lepiej będzie, jeśli ich już nie pokaże. Myślę, że z jej strony była to czysta kalkulacja.

Kiedy umawialiśmy się na tę rozmowę, powiedział pan, że spośród wszystkich gwiazd złotej ery Hollywood wybrałby pan właśnie Marlenę Dietrich jako tę najbardziej intrygującą, mimo upływu tylu lat. Dlaczego?
Dla mnie ona jest niezmiennie intrygująca i bardzo współczesna w swoim podejściu do kariery i życia. Powiedziałbym nawet, że Dietrich miała kilka żyć, niczym kot. Pewnie nie doliczylibyśmy się aż siedmiu, ale pięciu na pewno. Najpierw była przedwojenną gwiazdą filmową w Niemczech, prawdziwym brylantem w kolekcji aktorek UFA, największej niemieckiej wytwórni filmowej. I zrobiła tam naprawdę porządną, profesjonalną karierę – była po szkole teatralnej, umiała grać na skrzypcach, tańczyć, śpiewać, znała języki obce, nie była tylko piękną kobietą, która świetnie prezentuje się przed kamerą, ale osobą doskonale – oczywiście według europejskich standardów – przygotowaną do tego zawodu. Te jej nogi pojawiły się trochę przez przypadek, w „Błękitnym aniele” Josefa von Sternberga, jej pierwszej znaczącej roli. I wszyscy zwrócili na nie uwagę. W ten sposób zaczęła się jej międzynarodowa kariera. Von Sternberg był nią zachwycony, a że był wtedy już uznanym reżyserem w Hollywood, ściągnął ją tam i kręcili  film za filmem. „Maroko”, „Szanghaj Ekspres”, „Zniesławiona” – stały się głównym elementem jej dorobku filmowego. I tak zaczęło się drugie życie Marleny Dietrich. Bo Marlena niemiecka i amerykańska to były dwie różne aktorki. W Ameryce po raz pierwszy dała się komuś uformować. Tym kimś był Sternberg. Stworzył praktycznie cały jej wizerunek filmowy, łącznie z fryzurą, słynnymi brwiami, sposobem ubierania się, co z dzisiejszego punktu widzenia, kiedy już wiemy, jak silną była osobowością, jest aż zdumiewające. Jej wizerunek nie zasadzał się tylko na tym, jak gra i jak wygląda, ale też – co zależało już tylko od reżysera i operatora – jak jest filmowana, pokazywana. To były te piękne czarno-białe zdjęcia, niesłychanie rzeźbiące jej twarz i sylwetkę.

Jestem prawie pewna, że to właśnie w „Perłach z lamusa”, które prowadził pan z Zygmuntem Kałużyńskim, usłyszałam po raz pierwszy, że Dietrich wiedziała, że ma dość płaską twarz i trzeba oświetlać ją z góry, by tworzyła coś na kształt trójkąta.
I moim zdaniem fakt, że ona się tego nauczyła, był właśnie zasługą von Sternberga. Tworząc jej wizerunek, w pełni świadomie odrzucił to, co w niej było słabsze, a wyeksponował to, co było najlepsze. A ona równie świadomie się na to zgodziła. I z tym perfekcyjnie uszytym wizerunkiem dotrwała do II wojny światowej. Wtedy dopiero pokazała się od zupełnie innej strony, która nie jest wcale typowa dla gwiazd ekranu, mianowicie od strony poglądów politycznych. Powiedziała: „W żadnym wypadku nie wracam do Niemiec, bo jestem przeciwko faszyzmowi”. To była bardzo trudna decyzja dla niej jako Niemki, bo opowiedziała się przeciwko swojej ojczyźnie.

Ale ona opowiedziała się przeciw faszyzmowi…
Pani mówi to z dzisiejszej perspektywy. Jeśli przy niej zostaniemy, to można by pomyśleć: a co w tym heroicznego, że nie popierała Hitlera? Wtedy dla Niemców znaczyło to jedno: opowiedziała się przeciwko ich realnej władzy – faszystowskiej czy nie. Nie dość tego, w Niemczech została jej matka. Dietrich, odmawiając powrotu do Berlina, zamknęła więc sobie jakąkolwiek drogę do kontaktu z nią. Tamta decyzja miała swoje konsekwencje do końca życia aktorki, a nawet jeszcze długo po jej śmierci. Kiedy po raz pierwszy wystąpiła po wojnie w Berlinie, to wcale nie powiedziano jej: „Wiemy, że Hitler i faszyzm były wielką pomyłką i plamą na historii Niemiec – miałaś rację”. O nie, mówiono nadal: „Ty zaparłaś się swojej ojczyzny”. Nie wybaczono jej tego. Bardzo trudno jej było odbudować swoją pozycję w Niemczech. Właściwie do dzisiaj zdarzają się protesty wokół jej grobu na berlińskim cmentarzu.

Czytałam o napisie bezczeszczącym jej grób: „tu leży „k... w futrze”. Dopiero po jej śmierci, w stulecie urodzin, w 2001 roku burmistrz Berlina Klaus Wowereit przeprosił ją za krzywdy, których doznała ze strony rodaków.
Oczywiście ta bardziej światła część społeczeństwa rozumiała jej powody i zgadzała się z nimi, ale byli tacy – w Polsce też by pewnie się znaleźli – którzy nigdy jej tego nie zapomnieli. Krótko mówiąc, wtedy rozpoczęło się kolejne, trzecie już życie Marleny Dietrich. Silnej, świadomej intelektualnie i politycznie osoby, w dodatku odważnej, która jest w stanie podjąć decyzje formujące jej życie, z konsekwencjami ciągnącymi się przez lata. A to nie było typowe!

Gdybym teraz panią zapytał, jakie poglądy polityczne miała Pola Negri albo Greta Garbo – nie wiemy tego, bo wtedy gwiazdy nie zdradzały się ze swoimi sympatiami lub antypatiami politycznymi. A Marlena robiła więcej – jeździła na front śpiewać dla amerykańskich żołnierzy. I tego nie mogli jej zapomnieć rodacy: „Jak to?! Śpiewała dla tych, którzy walczyli z naszymi chłopcami?! Faszyści, nie faszyści, ale to byli nasi chłopcy. A ona śpiewała dla wrogów, którzy ich zabijali”. Uważam, że to był z jej strony wielki akt odwagi. Gdybym miał wymienić współczesną gwiazdę, która byłaby jej największą spadkobierczynią, to wskazałbym na Jane Fondę. Ona wzięła to, co najlepsze, z przykładu Marleny. Może nie ma jej talentu wokalnego, ale ma tę samą świadomość, tę samą odwagę i to samo zdecydowanie, by bronić swoich poglądów.

Skończyła się II wojna światowa. Czy dla Marleny zaczęło się kolejne, czwarte życie?
Próbowała wrócić do filmu, ale to było już niemożliwe. Świat się zmienił. Dla tej Marleny Dietrich, którą była przed wojną, nie było już miejsca. Skończyło się zapotrzebowanie na gwiazdy w starym stylu. Weszliśmy w lata 50., 60., pojawiły się nowe twarze i nowe kariery. Przykładem ich była choćby Brigitte Bardot, bezpośrednia, zwyczajna, bosonoga. A mądra Marlena, kiedy zobaczyła, że jej kariera w Stanach Zjednoczonych się wypaliła, wyjechała do Paryża, który zawsze kochała, a że była poliglotką, mogła sobie na to swobodnie pozwolić. Z Paryża było też bliżej do Niemiec, zaczęła więc jeździć do ojczyzny i odwiedzać matkę, dawać koncerty, od początku oswajać Niemców ze sobą. Zagrała w kilku filmach, w tym w „Wyroku w Norymberdze”, ostatnim dużym filmie ze znaczącą rolą. I cóż, trzeba było wymyślić siebie na nowo. A ponieważ zawsze śpiewała w filmach, wpadła na pomysł, że bardziej płynnym przejściem z tamtej kariery do nowej stanie się estrada. Będzie wychodziła na scenę nadal jako wielka gwiazda, posągowa, niedostępna i odpowiednio oświetlona – do tego wyśpiewująca swoim niesamowitym, seksownym głosem największe standardy (Dietrich nigdy nie miała wielkiego głosu, ale miała ogromny talent posługiwania się nim). I to zaiskrzyło! Tak narodziło się czwarte wcielenie Marleny, z którym objechała cały świat.

W tym Polskę, gdzie koncertowała dwukrotnie.
Zgadza się, i za każdym razem była niesamowicie magnetyczna, fascynująca. Do tego z szerokimi artystycznymi horyzontami. Dowód? Nie wahała się wziąć od młodego muzyka Czesława Niemena piosenki „Czy mnie jeszcze pamiętasz?”, którą usłyszała w Sali Kongresowej, podczas koncertu Czarno-Czarnych, i włączyć ją do swojego repertuaru z nowym tekstem w języku niemieckim. Nawet dzisiaj mało jest artystów światowej klasy, którzy biorą jakąś polską piosenkę, bo zobaczyli w niej potencjał. We wszystkim, co robiła, co mówiła i co pisała Marlena Dietrich, przejawiała się niezwykła umiejętność krytycznego spojrzenia i nazwijmy to po imieniu – inteligencja, która wcale nie jest taka częsta i oczywista u gwiazd.

Dietrich była też trendsetterką. To ona wymyśliła na przykład słynne naked dress, czyli sukienki, które wyglądają jakby się nie miało niczego na sobie, jedynie kryształki i frędzle.
I pajety! Wyglądała w nich zjawiskowo. Widziałem jej ostatni zarejestrowany koncert w Londynie, była ubrana w tak wymagającą suknię, że każdy mankament figury byłby w niej od razu widoczny – podobno zszywano ją na niej przed wejściem na estradę – a prezentowała się bez zarzutu. Myślę, że ona całe życie miała świadomość, że musi być właśnie bez zarzutu, a jeśli zarzuty się pojawią, to nie będzie jej wcale.

To również w pewnym sensie akt odwagi.
Też bym tak to określił. Marlena wiele razy dała wyraz swojej niepokornej naturze, że wspomnę jeszcze o wielokrotnym odrzuceniu zaproszenia Adolfa Hitlera, który bardzo chciał ją ściągnąć ze Stanów do Niemiec i za każdym razem obiecywał, że będzie grała, w czym będzie chciała, a ona za każdym razem mówiła: nie.

Kiedy myślę o filmie, który najbardziej oddaje jej charakter i osobowość jako artystki, wybrałabym chyba „Maroko”, w którym nie dość, że pali papierosa za papierosem, to jeszcze gra w smokingu i całuje kobietę.
Można powiedzieć, że „Maroko” było jej „Casablancą”. Ja wymieniłbym jeszcze „Szanghaj Ekspres”. Oczywiście należałoby się zastanowić, ile w tej kreacji było geniuszu reżysera, a ile jej inwencji, ale na pewno czuła się w tej odsłonie jak ryba w wodzie. Nie była laleczką, która daje się ustawić i wystylizować, ale działo się to przy jej udziale, a od pewnego czasu nawet z jej inicjatywy.

Marlena Dietrich w słynnej 'naked dress' podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo) Marlena Dietrich w słynnej "naked dress" podczas koncertu Deutsches Theater w 1960 roku. (Fot. A.Schorr/BEW Photo)

Dużo się mówiło o jej życiu miłosnym. Miała tylko jednego męża – filmowca Rudolfa Siebera, któremu urodziła córkę Marię i z którym przyjaźniła się do końca, choć wiedli życia całkowicie osobne. Miała też kochanków, w tym tak znanych jak Erich Maria Remarque czy Jean Gabin, oraz kochanki…
Marlena była biseksualna, co na tamte czasy było bardzo ekscentryczne. Powiedziałbym, że jej życie uczuciowo-seksualne ukazywało ją pod jeszcze innym kątem, że to było jej piąte życie. W tej sferze okazała się chyba najbardziej postępowa. Jej córka podsumowała to wprawdzie w swoich wspomnieniach tak, że matka z niej była żadna: zawsze niedostępna, skoncentrowana na sobie i chłodna. Macierzyństwo ewidentnie nie było dla niej przeżyciem artystycznym. A seks – owszem. Ona stale potrzebowała bodźców. Męskie, powiedziałbym nawet: lesbijskie elementy jej wizerunku, jak wspomniany przez panią smoking czy pocałunek z inną kobietą, nie wisiały w powietrzu, tylko odnajdywały uzasadnienie w jej osobowości, co czyniło ją jeszcze bardziej fascynującą. I to dla obu płci. Mężczyźni byli ogromnie zauroczeni Marleną, ale i kobiety ją podziwiały. Niektóre aktorki irytują inne kobiety, a są takie, które kobiety kochają. Zygmunt Kałużyński zawsze powtarzał, że gwiazdą, która stała się sławna dzięki temu, że właśnie kochały ją kobiety, bo mężczyźni mniej zwracali na nią uwagę – była Audrey Hepburn. Dziś przyznałbym mu rację. Natomiast Marlena fascynowała po równo.

Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści 'Łuk triumfalny' (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News) Marlena Dietrich i mężczyźni jej życia: pisarz Erich Maria Remarque, który uwiecznił ją na kartach powieści "Łuk triumfalny" (na pierwszym planie) i reżyser Josef von Sternberg, który stworzył jej filmowy wizerunek. (Fot. East News)

Czytałam, że największe gwiazdy kina miały w sobie właśnie to coś, co przyciągało obie płcie. Na przykład James Dean czy współcześnie – Angelina Jolie.
Angelinę Jolie to bym tu jednak oprotestował. Mam z nią taki problem, że dużo wiemy o jej wydarzeniach miłosno-rodzinnych czy zdrowotnych, nawet o jej zaangażowaniu społecznym, natomiast gdybym miał wymienić jej wybitne role, to nie wymieniłbym żadnej. Dlatego nie nazwałbym jej gwiazdą. Natomiast rzeczywiście może pociągać swoim wyglądem i seksapilem.

Kiedy patrzę na życie Marleny Dietrich, zastanawiam się, czy epoka gwiazd się już ewidentnie skończyła. Czy aktorki wzbudzają dziś takie emocje jak kiedyś? Może – jak powiedziała Catherine Deneuve – stały się zbyt dostępne, zbyt zwyczajne?
Myślę, że obecnie największe emocje, zarówno te pozytywne, jak i negatywne, wzbudzają gwiazdy, które nazwałbym działaczkami. To kobiety z silną osobowością, inteligencją i silnym ego, do tego zaangażowane w sprawy społeczno-polityczne w sposób wyrazisty, biorące udział w marszach, a nawet dające się aresztować. Wspomnieliśmy już Jane Fondę. Do tego grona zaliczyłbym jeszcze Meryl Streep, której poczynania śledzę z zainteresowaniem zarówno kiedy gra, jak i kiedy przemawia. Z całego grona kobiet, o których mówimy, jest ona zdecydowanie najwybitniejszą aktorką. Natomiast młode gwiazdy, moim zdaniem, są dziś głównie celebrytkami: wiemy o tym, w co się ubierają czy jak mieszkają, a rzadko wiemy, jakie mają poglądy. Ale dzisiaj jest miejsce i na takie gwiazdy, i na inne oraz na dziesiątki celebrytek, co więcej – i będzie to najbardziej rewolucyjna koncepcja mojego autorstwa – uważam, że nie tylko nastąpił koniec zapotrzebowania na gwiazdy, do których się ludzie modlą i które uważają za archetypy kobiecości, ale że gwiazdami przyszłości będą… twory wirtualne, wykreowane, nieistniejące w realnym życiu.

Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News) Marlena Dietrich ze swoją przyjaciółką, piosenkarką Edith Piaf. (Fot. East News)

Ma pan na myśli na przykład postaci z gier komputerowych, jak Tomb Raider?
Dokładnie tak. Edward Gordon Craig, wielki reformator teatru, który wraz z kilkoma kolegami wymyślił na początku XX wieku zawód reżysera, powiedział, że żeby teatr mógł zrobić krok dalej, potrzebna jest Nadmarioneta, czyli sztuczny aktor lub aktorka. Bo największym problemem dla sztuki jest fakt, że aktorzy są ludźmi. Nadmarionetka nie dozna kontuzji, nie powie, że się nie rozbierze do tej sceny czy nie powie jakiejś kwestii, bo obraża jej uczucia religijne. Dzisiaj, czyli 100 lat później, okazało się, że teoria Craiga jest możliwa do realizacji – stało się to w „Avatarze” Jamesa Camerona. Moim zdaniem będzie coraz więcej wirtualnych aktorów z „wkładką” ludzką, potrzebną do tego, by odwzorować ludzkie ruchy czy mimikę. I powiem pani, że ja jestem gotowy na taką gwiazdę.

Czyli Marlena, stworzona komputerowo, może powrócić?
Myślę, że jeśli już, to będzie to nad-Marlena, ktoś zupełnie inny, kto nie będzie powtarzał tego, co już było i kto – co najważniejsze – nie będzie się starzał ani umierał.

Tomasz Raczek, teatrolog, krytyk filmowy i publicysta, wydawca Instytutu Wydawniczego Latarnik. Autor programów radiowych, telewizyjnych i internetowych, m.in. legendarnych „Pereł z lamusa”, które prowadził wspólnie z Zygmuntem Kałużyńskim. Obecnie ma swój kanał „Wideorecenzja Tomasza Raczka“ na YouTubie, a w nowo powstałym Radiu Nowy Świat prowadzi program „Raczek Movie”.

  1. Psychologia

Zakochujemy się, dorastamy, rozwodzimy, ktoś bliski umiera. Jak kształtują nas przełomowe momenty w życiu?

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. (Fot. iStock)
Dorastamy. Wybieramy szkołę. Zakochujemy się. Zostajemy rodzicami, pracownikami. Ktoś bliski umiera, ktoś nas rani. Zmieniamy pracę. Rozwodzimy się. Idziemy na emeryturę. W tych przełomowych momentach gorączkowo szukamy odpowiedzi na wiele pytań. Zwracamy się wtedy do wszystkich, tylko nie tu, gdzie mamy najbliżej, czyli do siebie samych.

Anna, dziennikarka, 42 lata, na podwójnym zakręcie: zwolniona z pracy, w trakcie rozwodu. Załamana, pełna lęków. Lamentuje: – Jak tu teraz żyć, jak wychowywać syna, bez pracy, sama jak palec. Radzi się przyjaciół i rodziny.

W odpowiedzi słyszy: „Żadnych kompromisów, graj twardo, wnoś o rozwód z jego winy, o alimenty dla syna i siebie”. Więc Anna walczy, choć bez przekonania. Końca sprawy nie widać. Usilnie szuka też pracy. Wysyła setki CV, chodzi od redakcji do redakcji, od prawnika do terapeuty. Bez skutku. Zaczyna wątpić, czy nadaje się do zawodu. Powtarza na prawo i lewo: – Skoro po raz trzeci z rzędu tracę pracę, to coś ze mną chyba nie tak. Skoro mąż mnie rzucił dla innej, to znaczy, że jestem mało warta. Coraz więcej pije, coraz mniej rozumie, co się z nią dzieje.

Kasia, 19 lat, świeżo upieczona maturzystka w jednym z renomowanych warszawskich liceów. Pięć przedmiotów na poziomie rozszerzonym zdanych na 90–100 procent. Może dostać się na wszystkie kierunki: od politechniki, przez prestiżowe studia na SGH, po uniwersytet. Tuż po ogłoszeniu wyników siedzi i rwie sobie włosy z głowy: Co wybrać, jaki kierunek ma przyszłość? Wydzwania do przyjaciół, krewnych i znajomych. Ktoś pyta: „a co chciałabyś robić?”. Milczenie. Kasia nie wie. Od pierwszej klasy była prymuską ze wszystkich przedmiotów. W liceum trafiła na świetnego geografa, więc polubiła geografię. Takiego kierunku jednak nie wybierze, bo co może potem robić. Po kilku dniach nerwówki wybiera elitarne międzywydziałowe studia matematyczne na UW. Ale szczęśliwa nie jest. No bo może powinna pójść na prawo, iberystykę albo SGH...

Zaplątani w sieci

Większość z nas, tak jak Anna i Kasia, w trudnym momencie życia rozgląda się za podpowiedziami: Jakie rozwiązanie wybrać? Do jakich drzwi zapukać? Kogo zapytać? Po jakie książki sięgnąć? Odpowiedzi szukamy na ogół na zewnątrz. I nic w tym dziwnego, nasze zmysły są bowiem nastawione na percepcję świata zewnętrznego. A poza tym – żyjemy w sieci zależności, zaplątani w niej niczym muchy, bez możliwości wydostania się z pułapki. Ważniejsze staje się dla nas to, co sądzą, co myślą i czują inni, niż to, co sami czujemy i myślimy. A to oznacza, że jesteśmy pozbawieni łączności ze sobą. Ale, co ciekawe, ta łączność kiedyś istniała. Jako dzieci byliśmy bardzo silnie zespoleni i ze swoim ciałem, i ze swoimi emocjami. Jak się cieszyliśmy, to całym sobą. Jak płakaliśmy, to do ostatniej łzy. Jak czegoś nie lubiliśmy, to otwarcie to komunikowaliśmy.

Gdzie się podziały tamte reakcje? Oduczyliśmy się ich w procesie socjalizacji. Nauczyliśmy się natomiast czegoś innego – jak ukrywać szczere myśli i uczucia. Efekt? Jako dorośli zwracamy uwagę przede wszystkim na to, co na zewnątrz: co kto o nas pomyśli, jak oceni, czy kogoś zadowolimy, czy wpasujemy się w obowiązujące trendy i kanony.

Dokąd prowadzi ten proces? Do miejsca, w którym właściwie nas nie ma, istnieje tylko świat zewnętrzny. Już nie słyszymy wtedy sygnałów płynących z głębi naszego ciała ostrzegających, że coś nam uwiera, tylko pędzimy za głośnymi sygnałami z zewnątrz. Już nie wiemy, czego chcemy, co czujemy. Z czym nam dobrze, a z czym źle. Już nie mamy dostępu do tego, co nam w duszy gra. A ten dostęp jest warunkiem naszego zdrowia, szczęścia, życiowej harmonii.

Po burzy przychodzi spokój

To zachęta do zajrzenia pod te wszystkie warstwy, którymi obrośliśmy. Do posłuchania swoich myśli. Odczucia swoich prawdziwych emocji. Zrozumienia siebie. Dlaczego to takie ważne? Bo w przełomowych momentach, w których radykalnie zmienia się nasze życie, nie umiemy rozpoznać swoich prawdziwych preferencji, nie wiemy, co się z nami dzieje ani jak postąpić. Bywamy wtedy zaskoczeni, zdezorientowani, wylęknieni. Jak to? Dzieci wyprowadzają się z domu? Rodzice umierają? Firma upada? Zapominamy o tym, że życie to nieustanna zmiana. A zapominamy między innymi dlatego, że jesteśmy totalnie odcięci od przyrody, która przecież nieustannie pozostaje w ruchu.

Rytm zmian biologicznych to proces niezatrzymywalny, a my też jesteśmy systemem biologicznym i też podlegamy tym zmianom. Tymczasem próbujemy je zatrzymać. Nawet jak w przełomowych momentach strasznie nam źle, niewygodnie, duszno, bronimy się przed zrobieniem kroku naprzód.

Przechodzenie przez radykalną zmianę to, rzecz jasna, nic łatwego. To czasem przejście przez burzę z piorunami. Wieje, leje, błyska się, grzmi. Ale po burzy przychodzi spokój, pojawia się uczucie ulgi. Oczyszcza się atmosfera. Otwiera przestrzeń na nowe. Nabywamy nowych kompetencji. Otwieramy drzwi do innych obszarów życia. Poprawiamy jego jakość. Co nie znaczy, że odtąd nasze życie będzie lepsze. Nie będzie ani lepsze, ani gorsze, może być natomiast bogatsze. Dzięki zmianie możemy więcej dowiedzieć się o świecie i zobaczyć to, czego dotąd nie dostrzegaliśmy. To paradoks – im więcej widzimy, tym bardziej „znikamy”. Im więcej zobaczymy w sobie, tym bardziej jesteśmy ciekawi tego, co na zewnątrz.

Zmiana daje niesamowitą możliwość konfrontacji ze swoimi słabościami, cieniami. Bo w codziennym życiu bazujemy na mocnych stronach, na kompetencjach. Kiedy natomiast przechodzimy przez zmianę, ujawniają się wszystkie nasze słabości. Ale one też nas określają i sprawiają, że ten „obraz” (czyli życie) widzimy w całej pełni, dokładniej. Dlatego tak ważne jest przechodzenie przez ów próg, ten moment podnoszenia nogi. Kiedy bowiem stawiamy ją już po drugiej stronie, kasujemy wiele ujawnionych słabości. I dobrze, bo słabe strony nie będą nas dołować. Ale warto pamiętać, że też się z nich składamy.

Bywa, że dopiero w czasie radykalnej zmiany po raz pierwszy nawiązujemy kontakt ze sobą na jakimś poziomie. Tak jak Joanna, młoda, wykształcona, piękna i w dodatku kobieta sukcesu. Gdy zaszła w ciążę, przyznała: – Nigdy wcześniej nie czułam, że żyję w ciele. Mimo że uprawiałam sporty, chodziłam do kosmetyczki i bardzo o siebie dbałam. Czuję to dopiero teraz, kiedy jestem ociężała, boli mnie kręgosłup i puchną nogi. Wcześniej byłam skoncentrowana na tym, że muszę dobrze i młodo wyglądać. Teraz wiem, że to oczekiwanie nie ma nic wspólnego z prawdziwym życiem. Uświadomiła mi to dopiero ciąża.

Tymczasem ludzie boją się zmiany. Uciekają w chorobę, w nałogi, w wirtualny świat. Wmawiają sobie, że nic się nie zmienia, podczas gdy wszystko wokół staje się inne. Zużywają przy tym dużo energii na zakłamywanie rzeczywistości, co może być niebezpieczne dla psychiki, bo z jednej strony mają poczucie, że nie jest tak, jak starają się sobie wmówić, a z drugiej – to poczucie zagłuszają.

Dlaczego opieramy się zmianom?

Między innymi dlatego, że nie potrafimy spojrzeć na siebie z pozycji obserwatora. Tak kurczowo trzymamy się tego, co zbudowaliśmy, tak mocno jesteśmy przywiązani do wysiłku, jaki włożyliśmy, żeby znaleźć się w tym momencie i w tym miejscu, że na nic innego nie chcemy się otworzyć. Za tą niechęcią skrywa się lęk, żal do rzeczywistości, do ludzi, że przecież tyle zainwestowałam, a tu nagle przychodzi jakiś koniec.

Naciski zewnętrzne, żebyśmy się zmienili, nic nie dadzą. Im większa presja, tym bardziej rośnie opór. Zmniejszy się dopiero wtedy, gdy presja zmaleje, a podskoczy wewnętrzna motywacja. Jak ją wykrzesać? Po pierwsze – spróbować spojrzeć na siebie z możliwie wszelkich stron, perspektyw i zadać sobie pytania: Gdzie jestem? Co na tej zmianie tracę, a co zyskuję? Co mi otwiera, a co blokuje? Czyli przygotować się do niej niejako „operacyjnie”. Czasem, owszem, uznajemy, że zmiany są konieczne, ale nie poprzedzamy ich żadną refleksją, tylko od razu je wprowadzamy. No a później okazuje się, że w naszym życiu zapanował jeszcze większy bałagan.

Decyzję o zmianie dobrze więc poprzedzić sprawdzeniem swoich zasobów, siły, predyspozycji. Bo człowiek przygotowujący się do nowego zadania jest jak aktor pracujący nad rolą. Aktor, zanim wystąpi na scenie czy w filmie, czyta scenariusz, myśli o bohaterze, którym się stanie, ma próby z innymi aktorami. Nie wskakuje w rolę od razu. Gra dopiero wtedy, gdy czuje się przygotowany, gdy pozna świat, w którym przyjdzie mu funkcjonować.

My też powinniśmy przygotować się do nowej roli. A ponieważ żyjemy nie tylko „indywidualnie”, „w sobie”, ale też w relacjach, niejako w układzie współrzędnych – dobrze jest zastanowić się, czy nasz system nas wesprze, czy wprost przeciwnie – będzie nas blokował. I trzeba pogodzić się z tym, że czasem niektóre relacje muszą odejść, że niemożliwe będzie ich utrzymanie. Umiejętność rezygnacji to też wielka sztuka.

Jedną z najważniejszych i zarazem najtrudniejszych zmian w życiu jest moment, kiedy stajemy się rodzicami. Siła dziecka, ale i jego słabości biorą często swój początek właśnie w wychowaniu. Od nas, rodziców, zależy bardzo dużo, na przykład tak zwane style przywiązania dziecka. Może ono, przy naszym współudziale, wykształcić patologiczny albo zdrowy styl przywiązania. Czyli myśleć o życiu jak o walce albo jak o przygodzie, być wrogo nastawione do ludzi albo traktować ich po partnersku. Właśnie dlatego warto przed decyzją o powołaniu na świat dziecka uważnie przyjrzeć się sobie. Czy jesteśmy gotowi wyjść poza swoją pierwszoplanową rolę? Czy potrafimy zrezygnować ze swojej wolności i niezależności? W ogóle warto przyglądać się sobie w każdej sytuacji.

Mój własny scenariusz

Ktoś może mieć obawy, czy zagłębianie się w sobie nie trąci egoizmem. Nie – jeśli czas i energia poświęcone ćwiczeniu „mięśnia” JA są zrównoważone ćwiczeniem innego ważnego „mięśnia” – MY. Wtedy rozwijamy się harmonijnie. (Równowaga, harmonia to w rozwoju osobistym słowa klucze). Natomiast większość z nas wręcz ucieka od ćwiczenia JA. To tak, jakby używać jednej nogi, podczas gdy ma się do dyspozycji dwie.

Kolejnym naszym grzechem jest życie w nieświadomości tego, co się z nami dzieje, jakie są przyczyny naszych stanów, jakie łączą nas relacje z ludźmi i ze sobą. Zagłębianie się w swoje wnętrze nie służy tylko nam. Daje dużo także innym. Kiedy stajemy się świadomi siebie, jesteśmy bardziej tolerancyjni, bardziej otwarci na inność, akceptujący. Potrafimy rezonować nawet ze swoimi wrogami. Nawiązujemy z nimi niesłychaną nić porozumienia, współbrzmienia, jak gdyby mówimy swoim zachowaniem: „Wrogu, ty też jesteś częścią mnie, odnajduję w tobie to, czego nie lubię, i przez to dowiaduję się czegoś o sobie”.

To nie znaczy, że ludzie świadomi siebie nie mają problemów. Mają, ale żyją pełnią swojego potencjału. A gdy się tak żyje, można zrozumieć każdego człowieka. I nie oceniać innych, nie przyklejać im etykietek, tylko zastanowić się, co doprowadziło ich do takiego stanu. Często zapracowuje na to całe społeczeństwo. Bycie w rezonansie z innymi powoduje, że łatwiej dochodzi do wymiany energii i umiejętności. Patrzymy na świat inaczej, ale możemy o tym rozmawiać. Świadome życie owocuje we wszystkich relacjach, także między rodzicami a dziećmi. Zdrowa wymiana zawsze jest dwukierunkowa: dajemy, ale i bierzemy.

Bardzo łatwo skopiować czyjś scenariusz na życie. Efekt może być jednak opłakany – nie osiągniemy tego, o co nam chodzi, choć będziemy mieć poczucie, że zrobiliśmy wszystko. Dlatego piszmy, mniej lub bardziej udolnie, ale po swojemu. Wykorzystując swoje mocne strony, ale i ze świadomością słabych. Od czego zacząć? Od spojrzenia w głąb siebie, w każdej sytuacji i na każdym etapie życia.

  1. Psychologia

Kiedy kochasz za bardzo. Przemoc domowa ma różne oblicza

Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Ktoś kto żyje w sytuacji przemocy domowej sięga po pomoc, kiedy już jest na granicy. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Znamy takie obrazki. Ona nawet w największe upały w bluzce z długimi rękawami. Z grubą warstwą makijażu. Albo tłumacząca: „taka jestem niezdarna, znowu spadłam ze schodów”. Wszyscy wiemy: to przemoc domowa. Bo przemoc to pięść. Tyle że nie zawsze. Przemoc ma też inne oblicze. Trudniejsze do uchwycenia, ale równie raniące.

"Dlaczego nikt nie widzi, że umieram” – tak brzmi tytuł książki Renaty Kim, dziennikarki „Newsweeka”. Książki o przemocy psychicznej. Tu ofiara przemocy nie ma podbitych oczu. Mało tego, często jest uśmiechnięta, radosna. Jak sama Renata. Nikt niczego nie widzi. „Książka powstała między innymi dlatego, że sama przeżyłam taką historię. Opisałam ją, jest wśród innych. Trzy lata mojego życia. Byłam śmiertelnie zakochana i bardzo szybko uświadomiłam sobie, że ten związek mnie niszczy. I bardzo szybko postanowiłam się wyzwolić, ale nie umiałam”. Największą jej obawą podczas pracy nad książką było to, czy czytelnicy zrozumieją. „Bałam się, że nikt poza ofiarami nie będzie wiedział, na czym polega problem. Nie ma spektakularnych dramatów. Nie ma scen, po których robi ci się słabo. Nie opisuję horroru, tylko drobiazgi. Odwołał w ostatniej chwili spotkanie? Skrytykował sukienkę? Jaka tu przemoc? To się zdarza. Nic takiego. Ale czytelniczki świetnie to wychwytują. Dostaję dużo sygnałów, że książka działa, że terapeuci polecają ją swoim pacjentkom”.

Jak w bajce

Najpierw jest cudownie. Spotkałaś tego jedynego. Kogoś, kto cię rozumie. Kto ma takie samo poczucie humoru. Z kim się dobrze bawisz. Ale eldorado szybko się kończy. I zaczyna się testowanie granic. Twoich. Na co sobie pozwolisz? Czy się sprzeciwisz? Czy podporządkujesz? Pojawiają się małe kłamstwa, nie w ważnych sprawach, ale są. Mówisz o tym – dowiadujesz się, że nic takiego nie miało miejsca. Ale to wraca, powtarza się, nabiera intensywności, w końcu zaczynasz wątpić we własną zdolność oceniania rzeczywistości. Kawałek po kawałku jest ci zabierana pewność siebie, poczucie własnej wartości. Na końcu – godność. „Często ofiara ma – na poziomie mniej lub bardziej świadomym, a często nieświadomym – przekonanie, że to wszystko się dzieje, bo ona na to zasługuje – mówi psychoterapeutka Paulina Pawlak. – Niekiedy doświadczała przemocy domowej: fizycznej albo psychicznej. Jeśli czuję, że jestem gorsza, że nie poradzę sobie sama w życiu, to staję się łatwym łupem dla pewnego typu drapieżników. Choć z zewnątrz ofiara to często kobieta sukcesu. A w środku niepewna siebie, prosząca o miłość dziewczynka. Idąca przez całe życie z przekonaniami, które ją krzywdzą”. Mamy w głowach stereotypy, że przemoc w rodzinie dotyczy marginesu społecznego. Zahukanych biedactw siedzących cicho w kącie. A to często – zwłaszcza kiedy mowa o przemocy emocjonalnej – adwokatki, lekarki, psycholożki, pielęgniarki. Osoby wybierające zawody, w których „ja” jest na drugim miejscu. W ich życiu prywatnym bywa podobnie. „Popatrz na mnie – mówi Renata – czy ja wyglądam na ofiarę? Kogoś, kto da z siebie szmatkę zrobić? Tymczasem jestem z domu, w którym była przemoc, pamiętam niepokój: W jakim humorze wróci ojciec? Czy będzie bardzo pijany, czy tylko trochę? Czy zrobi awanturę, czy pójdzie spać? Wyszłam za mąż, pracowałam, praca jest dla mnie tak ważna, bo dawała mi poczucie pewności siebie, ważności, docenienia. To wszystko, co przez lata dostawałam także od mojego dobrego, czułego męża. Tyle że to wszystko przychodziło z zewnątrz, ja sama nie do końca w to wierzyłam”. Weszła w przemocową relację w momencie, w którym przeżywała kryzys. „Zmarli rodzice, z mężem się już psuło, w pracy dużo stresów – i nagle wylazło całe moje trudne dzieciństwo. Zapracowywałam się na śmierć, żeby zasłużyć sobie na zapewnienie, że jestem świetna. Kiedy wszystko się rozpada, mąż odchodzi, dziecko za granicą, jesteś słaba – i pojawia się ktoś, kto mówi, że jesteś cudowna – wchodzisz w to. Ja weszłam”. Jeśli taka kobieta, w dodatku – jak mówi Paulina Pawlak – obdarzona hiperempatią, spotka sprawnego manipulatora, zaczyna się związek oparty na przemocy. Na schemacie siły i słabości. Przemocowcy często w dzieciństwie byli ofiarami i znają tylko jeden sposób postępowania: albo dominujesz, albo jesteś zdominowany. Czarno-białe widzenie. I zaczyna się problem. On powoli wkracza na kolejne ważne dla kobiety terytoria. Jej przyjaciele? Odgradza ją od nich. Zawłaszcza. Pasje? Tylko jeśli robią to razem, ale on coraz częściej jakoś nie ma ochoty. Zaczyna się kontrolowanie. Ma ją na własność, na każde skinienie. Ona w jednej chwili musi zrewidować swoje plany, rzucić wszystko – bo on tak chce. Zaczyna się krytyka. Mówienie o niej jako o „tej, która ma problemy”. Czasem to przemocowiec prowadzi ofiarę do psychologa, terapeuty, psychiatry, „bo to jej trzeba pomóc”, „bo to z nią coś jest nie tak”. Okazuje się więc, że z nich dwojga to on jest ten wspaniały, on jest silny, a do tego się o nią troszczy. „Sprawcy przemocy szczerze w to wierzą – mówi Paulina Pawlak. – Myślą, że są idealni i że wszystkiemu winna jest ofiara. To z nią coś jest nie tak. I potem to ona funkcjonuje z jakiegoś rodzaju piętnem: to ty potrzebujesz pomocy, nie ja”.

Dlaczego nie dasz w pysk

Każda z bohaterek książki Renaty Kim słyszała w pewnym momencie od przyjaciół to samo: no dobrze, ale dlaczego nie dasz mu w pysk, dlaczego nie odejdziesz, dlaczego na to pozwalasz? Paulina Pawlak twierdzi, że ważny jest lęk przed zmianą albo przekonanie, że sama sobie nie poradzę. Doznaję krzywdy, ale to coś mi znanego. A świat zewnętrzny jest zagrażający. Może też działać poczucie winy. Bo w związku są i fajne momenty, więc ofiara myśli: „On chce dla mnie dobrze, był przecież czuły, coś mi dał, pogłaskał, nawet przeprosił. Nie mogę go zostawić”. Gra w niej masa emocji. W dodatku im więcej się w relację zainwestuje, tym trudniej z niej zrezygnować. A kobiety z reguły inwestują dużo. Niektóre – wszystko. Taką mają wizję miłości – oddać całą siebie, roztopić się w tym uczuciu. „Pamiętam, ile razy próbowałam zrywać, a on nie odpuszczał – mówi Renata. – Bo ja byłam mu potrzebna. Mój czas, moje pieniądze, to, że byłam w nim taka zakochana – to go podbudowywało. A mnie się wydawało, że on beze mnie nie może żyć. Spotykaliśmy się, przez pierwsze 15 minut było okej, potem zaczynały się wyrzuty, mój ból, jego lekceważenie. Czułam się coraz gorzej, nie mogłam jeść, spać. Ale kiedy powiedziałam koledze, w jakim jestem stanie, on stwierdził, że patrzy na moje zdjęcia na Facebooku i widzi promienną, uśmiechniętą osobę. Zaczęłam się nad tym zastanawiać – chyba bardzo nie chciałam przyjąć do wiadomości, że dzieje się coś naprawdę złego. Nie chciałam przyjąć do wiadomości sygnałów, które dawało mi moje ciało, bo wtedy musiałabym coś z tym zrobić. A na rezygnację z tej relacji nie byłam gotowa. I ciągle się łudziłam, że będzie dobrze. Codziennie słyszałam, że on mnie kocha. Nic w jego zachowaniu na to nie wskazywało, ale ja się tych słów czepiałam. Ważyłam 43 kg, nie spałam, nie jadłam, paliłam, piłam. Cud, że wypadku nie spowodowałam, nie straciłam pracy, dziecka… Straciłam małżeństwo, choć ono i tak się już wcześniej rozsypywało. Ale kiedy mąż przyszedł i powiedział: »rozwód«, to we mnie żadnej emocji nie było, żadnej chęci walki o ten związek”.

Ilustracja Joanna Gniady Ilustracja Joanna Gniady

Przychodzi w końcu czas, kiedy ofiara już wie, że to ją niszczy, a i tak w tym tkwi. Dlaczego wtedy nie ma odruchu: ratuj się, dziewczyno? Paulina Pawlak: „Trudno dostrzec konkretny moment, to proces, odbieranie poczucia własnej wartości, osłabianie, kawałek po kawałku. Trudno się zatrzymać i stwierdzić: »aha, to złe«. Poza tym to była moja decyzja, mój wybór. Jak przyznać, że się myliłam, że to wszystko trafiało w próżnię?”.

Odpychanie-przyciąganie

Wyjście z nałogu, każdego, czy jest to alkohol, czy narkotyki, jest ekstremalnie trudne. W relacji opartej na przemocy emocjonalnej działa podobny mechanizm – uzależnienia. Te związki polegają na odpychaniu i przyciąganiu. Zawsze po kiju ofiara dostaje marchewkę. Tyle że z czasem jest coraz więcej upokorzeń, coraz mniej chwil dobrych. Ale ciągle są.„Mogłam być nieszczęśliwa – mówi Renata – ale kiedy powiedział: »kocham«, ja o wszystkim, co złe, zapominałam. Umawiał się ze mną, po czym w ostatniej chwili odwoływał. Kiedy pytałam, dlaczego mnie tak traktuje, łaskawie godził się na spotkanie. A ja biegłam”. Bo kiedy jesteście razem – to kolejna charakterystyczna rzecz – uspokajasz się. Wydaje ci się, że masz kontrolę. Wprawdzie on na twoich oczach przegląda Tindera, zaznacza kobiety, które mu się podobają, pisze do nich, ale jest obok. Eksplozje dopaminy i adrenaliny też uzależniają, czekasz na to. I myślisz: „Bez tego moje życie stanie się puste”. A ta myśl przeraża. Renata: „To było we mnie bardzo silne. On zapełniał mój dzień. Pisaliśmy do siebie wiadomości, biegaliśmy razem, wieczorem oglądaliśmy seriale. Ale to, co ja brałam za chęć bycia ze mną, za zaangażowanie emocjonalne, to była z jego strony jedynie chęć wypełnienia sobie czasu. No i dawałam mu poczucie bezpieczeństwa, robiłam zakupy, rozmawiałam z nim inteligentnie”.

„Przemoc” to mocne słowo

Niewiele jest mocniejszych. A tu mamy do czynienia z rzeczami, które z przemocą się nie kojarzą. Ale jeśli wydarza się w ciągu dnia wiele sytuacji, które sprawiają ci ból, bo na przykład on przy tobie ostentacyjnie kogoś uwodzi, kłamie, obwinia ciebie o każde swoje niepowodzenie – w końcu zaczynasz rozumieć, że celowo cię rani. I z premedytacją to powtarza. Renata: „Prosiłam, żebyśmy poszli na terapię. Zgodził się, potem zaczął kręcić, że przecież nie mieszkamy razem, nie ma takich terapii. Kiedy opowiedziałam o tym mojej terapeutce, zobaczyłam zgrozę na jej twarzy: »Nie mediuje się ze sprawcami przemocy«. Wtedy pierwszy raz usłyszałam, co ona do mnie mówi”. Potwierdza to Paulina Pawlak. Według niej słowo „przemoc” ofiara słyszy często dopiero w gabinecie psychoterapeuty. A trafia do niego późno, z reguły dopiero wtedy, kiedy jest już w niej decyzja o rozstaniu. „I kiedy ja to słowo wypowiadam, kiedy nazywam to, co je spotyka – są zdziwione. W szoku – mówi psychoterapeutka. – Za chwilę jest płacz, ale i ulga – bo kiedy to usłyszą, spada z nich poczucie winy. Choć nie zawsze są gotowe, żeby to przyjąć. To zależy od etapu, na jakim jest relacja. Bywa, że ofiara wybucha śmiechem i wychodzi. Nie wierzy. Miałam taką historię. Po kilku miesiącach ta pani wróciła – już była inna. W smutku, rozpaczy. To słowo, którego nie »usłyszała«, gdzieś w niej jednak przez ten czas pracowało i pozwoliło w końcu zrozumieć, co się dzieje. Ale żeby tak się stało, ofiara musi dojrzeć do tego, żeby chcieć się ratować”. Wtedy jest już słaba fizycznie, wręcz wycieńczona, wydaje się jej, że zaczyna wariować, ma myśli samobójcze. Czuje, że dochodzi do granicy, jasno komunikuje to też jej ciało. Albo w końcu słyszy, co mówi terapeuta, albo zaczyna czytać. Blogi, książki. O narcyzach, psychopatach, socjopatach. O mechanizmach manipulacji. I nagle widzi: to jest o mnie.  „Pierwsza książka, którą dała mi terapeutka, to »Kobiety, które kochają za bardzo«. Wtedy zaczęłam rozumieć, o co chodzi ze mną – mówi Renata Kim. – Każda relacja to było dla mnie coś, czemu muszę poświęcić całą siebie. Czas, umysł, ciało, pieniądze. To samo robiłam w małżeństwie. Miałam szczęście, bo mój były mąż to doceniał, nie wykorzystywał tego. Szczęście się skończyło, kiedy weszłam w relację, która prawie mnie zniszczyła. Ale kobieta silna, znająca swoją wartość w taki związek nie wejdzie”.

Czy można pomóc?

Jeśli ktoś jest w środku takiej relacji, nie pomożesz. Musi sam dojść do ściany. Po pomoc i lektury sięga, kiedy już jest na granicy. Wtedy szuka ludzi, którzy powiedzą, że to nie tylko jego doświadczenie, że jest jakiś mechanizm, który kieruje relacjami sprawca–ofiara. Cholernie ważne jest móc się wygadać. Renata Kim: „Bez względu na to, jak bardzo cię irytuje, że ona znowu to samo, zaciskasz zęby i słuchasz po raz kolejny tej chaotycznej opowieści. I myślisz: »Ja też zawsze miałam przy sobie kogoś, kto mnie wysłuchiwał, kiedy byłam w rozpaczy«. To rodzaj zobowiązania”. Paulina Pawlak uważa, że choć związki przemocowe zostawiają w nas trwały ślad, nie zamykają drogi do stworzenia w przyszłości dobrej relacji. Najpierw jednak musi się wydarzyć zmiana na głębszym poziomie. Zmiana przekonań na własny temat. To sporo pracy, czasem na lata. Jeśli się jej nie wykona, można z jednej toksycznej relacji wpaść w drugą. Ale kiedy zmiana się dokona, będziemy silniejsze. I szczęśliwsze.

Najtrudniejszy przypadek

Różne są sposoby na odreagowanie przemocowej relacji. „Zawsze śpiewałam – opowiada Renata Kim. – Kocham to. Kiedyś razem byliśmy w towarzystwie, zaśpiewałam, on mnie skrytykował, a ja kompletnie się zablokowałam. Nie byłam w stanie śpiewać, choć do tej pory nuciłam non stop. Zapisałam się więc na lekcje śpiewu. I wymyśliłam, że zaśpiewam publicznie. Powiedziałam o tym koledze, który jest dyrektorem teatru Druga Strefa w Warszawie. Wyreżyserował przedstawienie. Ja zaśpiewałam wszystkie smutne piosenki, które ćwiczyłam z nauczycielką śpiewu, a między utworami przyjaciółka czytała relacje ofiar przemocy. Na przedstawienie przyszła moja terapeutka, powiedziała mi, że jest ze mnie dumna. Że to dobry koniec terapii. Kilka miesięcy wcześniej wyznała mi, że byłam jej najtrudniejszym przypadkiem. Nigdy nie miała do czynienia z kimś, kto tak kurczowo trzymałby się sprawcy przemocy”.

materiały prasowe materiały prasowe