Bez różowych okularów – koncepcja szczęścia dla pesymistów

Okazuje się, że można być szczęśliwym, jednocześnie ponosząc porażki i zmagając się z trudnymi emocjami. (Fot. iStock)

Swoją drogę do szczęścia nazywa negatywną. Nie przemawia do niego hurraoptymizm ani koncepcja pozytywnego myślenia. Oliver Burkeman, autor książki „Szczęście. Poradnik dla pesymistów”, twierdzi, że można wieść pełne radości i zadowolenia życie, jednocześnie myśląc o śmierci, ponosząc porażki i zmagając się z trudnymi emocjami.

Żyjemy w swoistej dyktaturze szczęścia. Co roku powstają setki poradników na temat tego, jak być szczęśliwym. Dlaczego zdecydowałeś się napisać kolejną książkę o szczęściu?
Od lat piszę o szczęściu dla dziennika „The Guardian”. Z tej okazji testowałem różne poglądy na szczęśliwe życie, obserwowałem regularnie powracające koncepcje, które gwarantują osiągnięcie dobrostanu. Wszystkie zalecają koncentrowanie się wyłącznie na pozytywnych myślach i dobrych emocjach. Dziwnym trafem wszystkie one spalają na panewce albo pojawiają się niezamierzone efekty. W rezultacie okazuje się, że nie da się być szczęśliwym, nie dopuszczając do siebie także negatywnych myśli i trudnych emocji. Taka koncepcja jest nie tylko logiczna z psychologicznego punktu widzenia, ale też stara jak świat, starsza niż pozytywne myślenie, dlatego wydała mi się bardzo obiecująca. I o tym właśnie napisałem książkę.
Nie da się ukryć, że ci, którzy piszą o szczęściu, sami chcą być szczęśliwi. Zdarza się, że kiedy prowadzę wykład, ktoś z publiczności mówi, że według niego pisanie książki było dla mnie pewną formą autoterapii. I mówi to takim tonem, jakby właśnie wyjawiał światu mój sekret (śmiech). Tylko to żaden sekret. Ludzie piszą zwykle o tym, z czym sami się zmagają. Zatem tak, ja też pragnę szczęścia i szukam sposobów na jego osiągnięcie. Już Arystoteles zauważył, że szczęście to jedyne z naszych życiowych pragnień, które jest celem samo w sobie. Mimo to nie jest łatwo osiągnąć szczęście, bo ten stan zależy od wielu czynników, które muszą zostać spełnione, żeby zaistniał. Pamiętajmy, że kiedyś nie zadawano sobie w ogóle pytania: „Czy jestem szczęśliwy?”. Zanim pojawiła się koncepcja indywidualizmu, nie było czegoś takiego jak prawo do szczęścia, każdy żył swoim życiem i jakoś sobie radził. To właśnie połączenie kapitalizmu i indywidualizmu sprawiło, że społeczeństwo zaczęło zajmować się szczęściem jednostki.

W książce „Szczęście. Poradnik dla pesymistów” piszesz o mocy pozytywnego myślenia jako swego rodzaju iluzji, oszustwie, na które wszyscy się zgadzamy.
Intuicyjnie pozytywne myślenie ma sens. Na przykład gdy powiesz komuś, że jest ci smutno, a w odpowiedzi usłyszysz, że warto przeprogramować swój mózg na pozytywne myśli, bo to sprawi, że poczujesz się lepiej – brzmi to jak dobry pomysł. Ale przecież umysł, który chcemy zmienić, to ten sam umysł, który wprowadza zmiany, więc to system zamknięty. W rezultacie kiedy próbujesz wprowadzić zmiany, koncentrując się na pozytywnym efekcie, a to się nie udaje, reagujesz dużo gorzej niż gdybyś dopuścił też negatywny scenariusz, czyli porażkę.

To chyba niezbyt popularne słowo w naszych nastawionych na sukces czasach. Porażka nie jest sexy.
Z jakiegoś powodu ludzie, którzy ponieśli spektakularne porażki, nie piszą autobiografii, a szkoda, bo moglibyśmy się z nich wiele nauczyć. Ten temat jest obrośnięty uprzedzeniami, nie pasuje do koncepcji szczęśliwego życia. Z drugiej strony mówimy przecież, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Chodzi o to, żeby nie wypierać się swoich błędów, nie wstydzić się, że coś się nam nie udało. Bardzo ważne było dla mnie spotkanie z dr. Keithem Seddonem, stoikiem. Jego życie nie było ani lekkie, ani radosne, ale mimo to – dzięki filozofii stoicyzmu – potrafił nadać mu znaczenie.

To najtrudniejsze – znaleźć sens w cierpieniu. Dziś o wiele częściej niż spokoju ducha do szczęścia potrzebujemy określonych rzeczy.
Założenie, że muszę coś mieć, żeby być szczęśliwym, jest zgubne, bo wtedy uzależniam swoje samopoczucie od czynników zewnętrznych. Nigdy nie będę mieć dość, ciągle będzie mi za mało, bo zawsze może pojawić się kolejna nowa rzecz, od której będę uzależniał swój dobrostan. To swego rodzaju fenomen, że mieszkańcy wschodniego Manhattanu są o wiele bardziej niezadowoleni i rozczarowani życiem niż ludzie ze slumsów w Nairobi, gdzie nie ma elektryczności i dostępu do czystej wody. Syty zachodni świat jest oparty na ciągłym porównywaniu się do innych. W tym wyścigu o to, by mieć więcej i lepiej, wszyscy przegrywamy.

Może dlatego, że w dążeniu do szczęścia nastawiamy się na przyszłość, a zapominamy o teraźniejszości…
Reprezentujemy instrumentalne podejście do czasu. Cenimy każdy moment, pod warunkiem że przyczynia się do lepszej przyszłości. Tymczasem teraźniejszość po prostu się dzieje. I chodzi o to, żeby czuć te fizyczne doznania tu i teraz. Nie jest to zbyt odkrywcza myśl, ale bardzo w tym pomagają dzieci – żeby za nimi nadążyć, musisz być obecny. Podobnie działa medytacja. Mój nauczyciel duchowy Eckhart Tolle jest jedyną znaną mi osobą, która cały czas jest osadzona w teraźniejszości. Jego postawa bardzo mi imponuje, choć na razie jest dla mnie nieosiągalna.

Współczesna koncepcja szczęścia wyklucza biedę, chorobę, śmierć. Ty przekonujesz, że nie da się być naprawdę szczęśliwym, nie dopuszczając do siebie myśli o śmierci.
W temacie naszej śmierci jest coś nie do pomyślenia, bo nie możemy sobie wyobrazić własnego niebycia w świecie. Jednocześnie trudno udawać, że jesteśmy nieśmiertelni, całe nasze życie byłoby wówczas formą zaprzeczenia, w tym zaprzeczenia naszego człowieczeństwa. To niesamowite, ile ludzkiej aktywności i wysiłku wynika z potrzeby zaprzeczania śmierci. Na szczęście nowoczesna wersja dobrostanu jest zbudowana ponad tym zaprzeczeniem. Tu nawet nie chodzi o dopuszczenie myśli, że kiedyś będziemy starzy i w efekcie umrzemy, tylko o świadomość, że umieramy od dnia narodzin, że to część naszego życia.

W ramach pracy nad książką pojechałeś m.in. do centrum medytacji schowanego głęboko w sosnowych lasach Massachusetts, odwiedziłeś cmentarze w Meksyku, wziąłeś udział w maratonie przemów motywacyjnych. Co z tego zostało w tobie?
Nadal praktykuję medytację. Niezbyt sumiennie, bo nie jestem ani pracowity, ani systematyczny, ale medytuję co najmniej kilka minut dziennie. Wiem, że to teraz modne i wszyscy to robią, ale jest to modne nie bez powodu. Ze stoicyzmu przyjąłem myśl, że nie musisz mieć ochoty na robienie czegoś, żeby zacząć to robić – po prostu masz to zrobić i koniec. W ten sposób na podstawowym poziomie radzę sobie z prokrastynacją, czyli odkładaniem rzeczy na ostatnią chwilę. Po prostu patrzę na zniechęcające mnie do pracy myśli jak na chmury, które przepływają mi nad głową, widzę je, ale mimo to robię swoje. Zacząłem traktować siebie mniej serio, przestałem też drobiazgowo planować najbliższą przyszłość. Zawsze byłem osobą, która wieczorem sobie mówi: „Dobra, kładę się spać o 21.30, wstaję o 5.00 i przez godzinę medytuję, potem dwie godziny piszę, potem…”. Nigdy się nie udawało, ale zawsze wierzyłem, że się uda. Widocznie to był dobry plan dla kogoś innego. Teraz przyjmuję to, co życie mi przynosi, zwłaszcza jeśli jest to ode mnie niezależne, jak kolka mojego dziecka o 3 w nocy. Myślę sobie wtedy: „No trudno, dziś też pewnie nie będę spał”.

Jakie są reakcje czytelników na twoją książkę?
Ci, co wierzą w moc pozytywnego myślenia, omijają ją z daleka, ale na szczęście mnie nie hejtują, bo wtedy nie byliby już tacy pozytywni (śmiech). Najbardziej powszechne komentarze wśród czytelników są takie, że wreszcie ktoś spisał to, o czym od dłuższego czasu sami myśleli.

Oliver Burkeman brytyjski dziennikarz i pisarz. Prowadzi rubrykę poświęconą rozwojowi „Ta rubryka zmieni twoje życie” (This Column Will Change Your Life) w „The Guardian” oraz bloga oliverburkeman.com. Jego książka „Szczęście. Poradnik dla pesymistów” ukazała się nakładem wydawnictwa Muza.