fbpx

Jak zatroszczyć się o siebie?

Jak zatroszczyć się o siebie?
fot. iStock

Bycie sobą i podążanie za tym, co dla nas ważne, stwarza szansę na to, że nie będziemy nieszczęśliwi. A jednak my, kobiety, bardzo lubimy uszczęśliwiać innych własnym kosztem. Dlaczego tak uporczywie trwamy przy tym bezsensownym nawyku – zastanawia się Hanna Samson

Wiele razy na koniec jakiejś kobiecej opowieści słyszę pytanie: „I co mam zrobić?”. Odpowiedź często wydaje mi się oczywista. Ale co z tego, skoro jest to moja odpowiedź? Nawet nie zamierzam się nią dzielić. „A co chcesz zrobić?” – pytam w takiej sytuacji. I zaczyna się żmudne poszukiwanie odpowiedzi, długie brodzenie przez niepewność i lęki, więc czasem idę na skróty i dopytuję: „A co powiedziałabyś swojej przyjaciółce, gdyby była w takiej sytuacji?”. Teraz odpowiedź zwykle przychodzi z łatwością. Wiemy, co warto zrobić w jakiejś sytuacji, ale same nie potrafimy podjąć decyzji. Lęki, wątpliwości, wyobrażenia, co pomyślą inni, trzymają nas w miejscu i nie pozwalają zrobić tego, co chcemy. Potrzebujemy, by ktoś z zewnątrz nas popchnął, dał nam pozwolenie, zapewnił, że mamy prawo zadbać o siebie, że nasze potrzeby i uczucia wcale nie są mniej ważne niż potrzeby i uczucia innych.

Przez kilka lat pracowałam w Fundacji CEL, gdzie CEL oznacza Centrum Edukacji Liderskiej. „Chcecie z nas zrobić przywódców politycznych czy szefów firm? Czego mamy być liderami?” – pytały czasem osoby, które do nas trafiły, niepewne, czy to miejsce jest dla nich. A myśmy wyjaśniali, że tak, że to właśnie im chcemy pomóc stać się liderami we własnym życiu. Aby mogły naprawdę nim kierować, a nie dryfować lub pozwalać, by inni nim kierowali.

COŚ SIĘ KOŃCZY, COŚ ZACZYNA

„Każdy dzień zachęca cię ku temu, byś zaakceptował rolę lidera w swoim życiu. Często żyjemy przyzwyczajeni do roli obserwatora i pozwalamy innym, by mówili nam, co mamy robić – co jeść, jak się ubierać, jakie produkty kupować, w jakiego Boga wierzyć, a nawet jak być szczęśliwym. Głęboko zakorzenione poczucie zależności od czegoś na zewnątrz, pozwalanie na to, by ktoś inny trzymał ster naszego życia, wydaje się być czymś naturalnym, choć mędrcy za wszelką cenę starają się nam powiedzieć, że nie tędy droga. Nie wierz ślepo w to, co słyszysz, co ci radzą, zawsze sprawdzaj to sam na sobie, stosując w swoim życiu. Eksperymentuj. Niech życie będzie twoim laboratorium”. Ten fragment właśnie wydanej książki „Uszanuj siebie. Wewnętrzna sztuka dawania i przyjmowania” Patrycii Spadaro wydał mi się bliski. Tak, też tak myślę. Życie to zadanie, za które warto wziąć odpowiedzialność.

Wiem, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Czasem nie potrafimy zrobić ruchu, bo w pułapce trzyma nas przekonanie, że nie mamy wyjścia. Albo gdzieś w głębi duszy wierzymy, że musimy trwać w toksycznej lub po prostu kiepskiej sytuacji, bo nic lepszego nam się już nie zdarzy. Jeśli zrezygnujemy z pracy lub ze związku, to może w innej pracy będzie gorzej albo już zawsze będziemy same? Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre. Czasem latami trwamy w tym, co jest, choć buntujemy się przeciwko temu, ale nie chcemy kończyć sytuacji. Bywa, że z obawy przed końcem nie chcemy jej nawet zaczynać.

Ewa, lat 32, uczestniczyła w warsztacie, gdzie kilka kobiet było po rozwodzie, o czym mówiły, przedstawiając się w pierwszej rundce. – Ja to chyba nigdy nie wyjdę za mąż – powiedziała, gdy przyszła jej kolej. – Chyba nie zniosłabym takiej porażki jak rozwód. – Porażki? Ja uważam rozwód za swój największy sukces – zaoponowała jedna z uczestniczek, wywołując dyskusję. Sukces to czy porażka? A może jedno i drugie? A może to zależy od okoliczności?

Wiele osób traktuje koniec jak coś złego, do czego za wszelką cenę nie należy dopuścić. Patricia Spadaro proponuje inne spojrzenie: „Kiedy doświadczysz zakończenia czegoś w życiu, potraktuj to jak uroczystość rozdania dyplomów i rozpoczęcie czegoś nowego. Życie przypomina salę szkolną i pod wieloma względami to, co dobiega końca, jest jak ukończenie pewnego etapu i promocja, mimo że na pierwszy rzut oka może się wydawać całkiem inaczej. W większości przypadków zakończenia przychodzą, ponieważ nauczyłeś się jednej lekcji i jesteś gotów na następną albo też wyczerpałeś wszystkie możliwości, które dotychczasowa sytuacja miała ci do zaoferowania i potrzebujesz zmiany scenerii, by na scenę weszły nowe możliwości. Zakończenia nie tylko są czymś naturalnym, ale i koniecznym”. Jasne, że nie wszystko można i warto kończyć, nawet jeśli jest źródłem cierpienia. Czasem zamiast kończyć, warto zaakceptować to, co jest. Dzięki temu zyskujemy wolność, choćbyśmy nadal były w trudnej sytuacji.

WYBÓR ZAMIAST ZŁOŚCI

Małgorzata, lat 42, matka niepełnosprawnego dwunastolatka, jest zła na cały świat, co widać od progu. Spóźniła się na warsztat, ale nie zamierza za to przepraszać. To i tak cud, że tu jest, bo zwykle nie ma szansy wyrwać się z domu. Syn wymaga stałej opieki, a nikt nie chce jej w tym pomagać. Wiele lat temu musiała zrezygnować z pracy, żeby się nim zająć, ledwie wiąże koniec z końcem, a właściwie nie wiąże, bo mąż odszedł, założył nową rodzinę i płaci bardzo małe alimenty, a ona nie ma jak pracować.

– I to ma być moje życie?! – wykrzykuje ze złością swój sprzeciw. Złość ją przepełnia. Wylewa się z niej w każdym kontakcie, w każdej mini sytuacji, inne osoby odruchowo trzymają się od niej z daleka. – I co mam zrobić? Powiedz mi, jak jesteś taka mądra! – A co byś chciała zrobić? – pytam, choć wiem, że to pytanie może jej się nie spodobać. – A kogo to obchodzi, czego ja chcę? W moim życiu nie ma miejsca na żadne chcenie! Jest tylko „muszę” i „powinnam”! – słyszę żal w jej głosie. – Mnie obchodzi. Co chciałabyś zrobić, Małgosiu? – pytam. Wybucha płaczem. Płacze długo, inne kobiety też mają łzy w oczach, w końcu się uspokaja. – Więc co byś chciała zrobić, Małgosiu? – zaczynam od początku. – Przecież wiesz, że nic nie mogę zrobić – mówi z rozpaczą. – A gdybyś mogła? – Rzuciłabym to wszystko i zaczęła swoje życie od nowa. – To co cię powstrzymuje? – Ja go kocham, nie chcę go zostawić, to mój syn! – wyrzuca z siebie. – No to chcesz się nim opiekować czy wolałabyś rzucić to wszystko? – zależy mi, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Małgosia znów płacze, a grupa razem z nią. – Chcę, ale już nie mam siły. Nikt mi nie pomaga, od lat nie mam czasu dla siebie, rodzina się ode mnie odwróciła, jest obrażona, że nie jestem miła, a jak mam być miła w tej sytuacji, która mnie wykańcza? – przyznaje wreszcie.

Małgosia złości się na innych, że mają lepiej. Zniechęca ich do siebie ciągłymi pretensjami. Skłania do tego, by bronili się przed nią, a nie pomagali jej, choć ich pomoc jest jej bardzo potrzebna. A gdyby tę sytuację udało się Małgosi zaakceptować? „Jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało, otwierając się na jakieś trudne doświadczenie, akceptując to, co jest, możesz łatwiej z niego wybrnąć. Dzieje się tak dlatego, że nie zużywasz już takiej ilości energii, jakiej potrzeba do stawiania oporu, przeprowadzania ataku, ukrywania czegoś lub zaprzeczania czemuś, co się wydarzyło. Teraz możesz przeznaczyć tę samą energię na poszukanie optymalnego rozwiązania” – pisze Patricia Spadaro.

Kiedy uda nam się zaakceptować trudną sytuację, w której jesteśmy, możemy zacząć szukać sposobu zadbania o siebie i swoje potrzeby. Co sprawi, że poczujesz się lepiej? Pytamy o to swoje przyjaciółki albo dzieci, kiedy jest im trudno. A siebie? Siebie też warto o to pytać. Gdybyśmy traktowały siebie tak, jak traktujemy innych, rzadziej tkwiłybyśmy w pułapce.

W gruncie rzeczy życie nieczęsto stawia nas przed wyborami albo-albo. To albo tamto. Znacznie częściej zadanie polega na tym, byśmy zmienili sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Byśmy przestali reagować nawykowo, a zaczęli szukać własnych odpowiedzi.

PROSIĆ I BRAĆ

Niedawno znów spotkałam Małgosię. Nadal jest matką niepełnosprawnego dziecka, ale ma trochę czasu dla siebie i na pracę. – Nie wiem, jak to się stało, ale mój były mąż zaczął mi trochę pomagać. Mama też nie jest już obrażona. Ani siostra. Trzy popołudnia w tygodniu mam wolne, w końcu czuję, że żyję. – To nie stało się samo, Małgosiu. Ty to zrobiłaś – nie mam wątpliwości. – Chyba tak. Przestałam się czuć taka pokrzywdzona, odkąd wiem, że chcę się opiekować swoim synem, a nie tylko muszę. Zaczęłam szanować siebie za swój wybór, już się nie czuję w pułapce. To po prostu jest moje życie.

Małgosia przestała się złościć i nauczyła się prosić o pomoc. Teraz nie tylko daje, ale również bierze. To ważna zmiana.

Patricia Spadaro proponuje w swojej książce, byśmy stawiali siebie na szczycie swojej listy priorytetów. „Nie czekaj do momentu, aż odhaczysz wszystkie inne zadania, które robisz dla innych, zanim zaoferujesz sobie to, czego potrzebujesz. Wyznacz dla siebie czas, aby troska o siebie nie była punktem, który zawsze spychasz na sam koniec listy”.

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie.

Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre.

Hanna Samson, psycholożka, pisarka, terapeutka

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze