1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Psychologia
  4. >
  5. Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Czy czas to dla kobiety wyrok? To, co musimy utracić

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. (Fot. iStock)
Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Fragment książki "To, co musimy utracić" Judith Viorst

Nie ominie nas żałoba z powodu utraty naszych bliskich. Ale czeka nas także żałoba z powodu utraty dawnych form naszego „ja” – wszystkich wcześniejszych sposobów określania samych siebie. Potrzebę definiowania siebie na nowo rodzą zmiany w naszym ciele. Prowadzi do niej wszystko, co przeżyliśmy do tej pory. Kierują wszystkie formy, w jakich postrzegają nas inni ludzie. I jest kilka takich chwil w życiu, kiedy będziemy musieli zrezygnować z dawnego obrazu nas samych i żyć dalej bez oglądania się wstecz.

Różne okresy i fazy w życiu człowieka, ich charakter i wiążące się z nimi zadania, zostały określone i opisane między innymi przez Konfucjusza, Solona, Talmud, Szekspira, Erika Eriksona, Gail Sheehy, Elliota Jaquesa, Rogera Goulda i Daniela Levinsona. Współczesne badania pokazują, że w rozwoju dorosłego człowieka istnieją dające się przewidzieć stadia, chociaż trzeba dodać, że poszczególni ludzie przechodzą przez nie w skrajnie odmienny sposób. Z badań tych wynika też, że w ramach ogólnej struktury, wewnątrz której wypracowuje się odrębny los każdego z nas, mamy do czynienia na przemian z okresami stabilizacji i transformacji.

W okresach stabilizacji nadajemy pewien kształt własnemu życiu – dokonujemy kluczowych wyborów, dążymy do pewnych celów. W okresach transformacji podważamy fundamenty zbudowanej przez nas struktury – stawiamy pytania, badamy nowe możliwości. Każda poważna przemiana to kres poprzedniej formy naszego życia, z którym wiąże się – jak pisze Levinson „pewne zakończenie, proces rozłąki lub utraty”. Następnie mówi: „Zadanie, jakie czeka nas w okresie przemiany rozwojowej, to położyć kres realizacji czegoś w naszym życiu; nauczyć się akceptować straty, jakie to położenie kresu możliwościom niesie ze sobą; zrewidować i ocenić własną przeszłość; zdecydować, które jej aspekty należy zachować, a które odrzucić; rozważyć własne pragnienia i możliwości odnośnie do przyszłości. Musimy wyrzec się sporej części naszej przeszłości, musimy się od niej odciąć, oddzielić ją od naszego życia, odrzucić ją z gniewem i zrezygnować z niej ze smutkiem i żalem. Wiele elementów przeszłości może jednak stać się fundamentem przyszłości. Musimy dążyć do zmian zarówno w nas, jak i w otaczającym nas świecie”.

W trakcie tych zmian z niemowlaka stajemy się dzieckiem, potem nastolatkiem, a następnie wchodzimy w kolejne stadia dorosłości. Pierwsze stadium to transformacja z okresu wczesnej dorosłości, czyli stadium zrywania ze światem poprzedzającym dorosłość, przypadające między siedemnastym a dwudziestym drugim rokiem życia. W trzeciej dekadzie życia podejmujemy pierwszą stałą pracę, obieramy konkretny styl życia i wstępujemy w związek małżeński. Rewizji naszych decyzji dokonujemy pod koniec lat dwudziestych i na początku lat trzydziestych w fazie transformacji lat trzydziestych, kiedy to dopełniamy nasze życie o to, czego mu brakuje, modyfikujemy część własnych postaw i poglądów, a część odrzucamy. Między trzydziestym a czterdziestym rokiem życia stabilizujemy się, angażujemy w pracę, w życie towarzyskie, w życie rodzinne, w życie społeczności lokalnej i tak dalej. Około czterdziestego roku życia dochodzimy do okresu w życiu, będącego pomostem między wczesną dorosłością a wiekiem średnim. Levinson nazywa ten czas okresem przejściowym wieku średniego. Dla większości z nas to czas kryzysu wieku średniego. Ja też miałam taki kryzys:

Co począć mam z kryzysem wieku średniego? Dopiero co rankiem miałam siedemnaście lat. Ledwie zaczęłam tańczyć, a już słyszę Dobranoc, miłe panie. Tak szybko. Jeszcze zastanawiam się, kim zostanę, jak dorosnę, A już trądzik zniknął mi z twarzy i strzyka mi w kolanie; Tak szybko. Dlaczego mam wrażenie, że pamiętam Pearl Harbor? Na pewno byłam wtedy za mała. Kiedy chłopcom, z którymi niegdyś szłam pod ramię, Zaczęły wypadać włosy? Dlaczego nie mogę już chodzić boso po parku i nie przeziębić nerek? Tyle we mnie jeszcze poezji i dlatego zdaje mi się, że to niesprawiedliwe. Podczas gdy myślałam – „Jestem jeszcze dziewczyną” Przyszłość zmieniła się w przeszłość. Czas na szalone pocałunki płynie szybko i pora już na Neskę bez kofeiny. Tak szybko.

Są tacy, którzy wypowiadają się wciąż z niczym niezmąconym optymizmem o tym okresie naszego życia, kiedy nasza skóra i małżeństwo tracą swój blask, kiedy tyle młodzieńczych marzeń zamieniło się w proch i kiedy, mimo iż w głębi serca mamy zaledwie siedemnaście lat, reszta nas dociera powoli do zenitu życia. Życie zaczyna się po czterdziestce – słyszymy wokół; stajemy się lepsi, nie starsi. Jeśli Sophia Loren to przykład wieku średniego, to nie jest tak źle, jak ludzie mówią. Ale zanim zaczniemy dochodzić do pozytywnych sądów, czekających na nas po drugiej stronie szczytu, na który się wspinamy, musimy przyznać się przed sobą do tego, że wiek średni to czas smutku, albowiem – być może nie od razu, lecz kawałek po kawałku, dzień po dniu – tracimy, porzucamy i wyzbywamy się swego dawnego, młodszego „ja”.

Możemy oczywiście starać się wmówić sobie, że nie zmieniliśmy się od czasów studiów, ale będzie to trudne. Ponieważ – czego nie da się ukryć – gdy byliśmy na studiach nie mieliśmy obwisłych powiek, a gdy przestawaliśmy się śmiać, na twarzy nie zostawały zmarszczki. Możemy też próbować przekonywać siebie, że mamy tyle lat, na ile się czujemy, ale ten idiotyczny slogan to jedynie odsunięcie problemu na dalszy plan. Jeśli bowiem dziś przed pójściem do łóżka wypijemy kawę, to obudzimy się o drugiej w nocy i nie będziemy mogli zasnąć. I jeśli przed snem zjemy pizzę, zerwiemy się nad ranem z bólem żołądka. I jak tu czuć się młodo? Możemy wreszcie wmawiać sobie, że w połowie życia jesteśmy bardziej sexy niż kiedykolwiek przedtem. To może być prawdą. Ale musimy się też zmierzyć z inną prawdą, że być może wzbudzamy teraz więcej szacunku niż pożądania. A jesteśmy niezbyt przygotowani na to, by zadowolić się jedynie szacunkiem. (…)

Utrata korzystnego wyglądu w wieku średnim jest o wiele boleśniejsza dla kobiet niż mężczyzn, ponieważ ci mogą mieć zmarszczki, być łysi i posiadać inne piętna czasu, a nadal będą postrzegani jako osoby seksualnie atrakcyjne. Mężczyzna pod pięćdziesiątkę może znaleźć wiele gotowych odpowiedzi na zaloty trzydziestolatek; ma teraz pieniądze i władzę, których nie miał w młodości. I chociaż zestarzał się, może wyglądać atrakcyjniej dzięki swej pewności siebie, zmarszczkom pod oczami i włosom przyprószonym siwizną.

Inaczej sprawa się ma – jak pisze Susan Sontag – z kobietą.

„W życiu kobiety, o wiele bardziej niż w życiu mężczyzny, liczy się atrakcyjność fizyczna. Tymczasem piękno, utożsamiane w przypadku kobiet z młodością, nie dotrzymuje kroku wiekowi. (...) Kobiety stają się seksualnie nie do zaakceptowania znacznie wcześniej niż mężczyźni”.

Dlatego właśnie kobieta boi się starości, bo postępujące lata pozbawią ją jej mocy seksualnej zdolnej zwabić mężczyznę. Jedna z kobiet, która w wieku czterdziestu pięciu lat nie porażała już mężczyzn swym widokiem, przyrównała z goryczą ten fakt do kastracji. Jednak ani ta moc, ani gorączkowe współzawodnictwo o to, by być zawsze najpiękniejszą ze wszystkich kobiet, które właśnie zebrały się w tym pokoju, nie tłumaczą do końca tego, że wiele kobiet przygląda się swemu gasnącemu pięknu ze świadomością nieuchronnego wyroku, jaki wydał na nie czas. Musimy bowiem pamiętać także i o tym, że skoro młodość łączy się z urodą, uroda z atrakcyjnością seksualną, a ta z kolei pozwala zdobyć i utrzymać przy sobie mężczyznę, zatem upływ lat, odciskający swe piętno na urodzie, może wywołać w kobiecie przeraźliwy lęk przed porzuceniem.

„Mój mąż z pewnością przehandluje mnie na młodszy i ładniejszy egzemplarz – tak mniej więcej brzmi okrutna myśl rodząca się w wielu kobiecych głowach. – Żaden inny facet mnie nie zechce i będę musiała spędzić resztę życia w samotności”.

To jeden z koszmarów wieku średniego, które często się urzeczywistniają.

„Większość mężczyzn, gdy się starzeje, przeżywa smutek i obawy – pisze Sontag. – Ale kobiety przeżywają własne starzenie się boleśniej, bo ze wstydem. Dla mężczyzny starzenie się to przeznaczenie, coś, co musi się zdarzyć, bo przecież jest się człowiekiem. Dla kobiety to nie tylko przeznaczenie, lecz także stan całkowitej bezbronności”.

Nawet jeśli kobieta nie zostanie porzucona przez mężczyznę, gaśnięcie urody odbierane jest przez nią – bo rzeczywiście tak jest – jako strata. Odbierane jest jako utrata swej władzy i możliwości. (…)

I być może zaczną nachodzić nas myśli, że teraz będzie już tak zawsze i że będziemy musiały rezygnować ze wszystkiego po kolei. (…) Czujemy się rozbici. Przerażeni. Nie czujemy się bezpiecznie. Zdaje się nam, że „wszystko w rozpadzie, w odśrodkowym wirze”. Nagle naszym przyjaciołom, a może i nam samym, przytrafiają się romanse, rozwody, ataki serca, rak. Niektórzy z nich – mężczyźni i kobiety w naszym wieku! – już zmarli. I kiedy także i u nas pojawiają się bóle i dolegliwości, zaczynamy z konieczności odwiedzać internistów, kardiologów, dermatologów, ortopedów, urologów, stomatologów, ginekologów i psychiatrów, i od każdego z nich oczekujemy uspokajającej porady: „Proszę się nie martwić, będzie pan/pani żył/żyła wiecznie”. (…)

Każdy doświadczany ból i każda zmiana i zmniejszenie się możliwości naszego organizmu to oznaki naszej śmiertelności. I kiedy przyglądamy się, jak łagodnie, a czasem raptownie, podąża ku schyłkowi życie naszych ojców i matek, zaczynamy pojmować, że wkrótce zniknie tarcza oddzielająca nas od śmierci, że kiedy oni znikną, przyjdzie kolej na nas.

Co więcej, gdy nad naszymi rodzicami bierze górę starość, ich potrzeby zaczynają pochłaniać nasz czas i burzyć nam spokój. Zostajemy znowu wplątani w ich życie, a nasze rozmowy z nimi przez telefon obracają się bez przerwy wokół pieniędzy i zdrowia. Nasze dorosłe już dzieci same mogą zatroszczyć się o siebie, ale czy owdowiała mama lub ojciec mogą żyć bez niczyjej opieki? Z niecierpliwością i niechęcią, towarzyszącymi naszej miłości, a czasem biorącymi nad nią górę, a także ze smutkiem i poczuciem winy, zaczynamy przystosowywać się fizycznie i emocjonalnie do rosnącej zależności rodziców od nas.

Gdy wchodzimy w wiek średni, dostrzegamy, że naszym przeznaczeniem jest stać się rodzicami własnych rodziców. Niewielu z nas włączyło dotąd ten fakt do swego życiowego planu. Jako odpowiedzialni dorośli ludzie staramy się zrobić wszystko, co w naszej mocy, chociaż nie ulega wątpliwości, że bardziej nam się podobało, gdy byliśmy rodzicami naszych dzieci.

Ale i to – jak się przekonujemy z rosnącymi wciąż mieszanymi uczuciami – powoli zbliża się do kresu. Dzieci bowiem stopniowo nas teraz opuszczają, wyprowadzając się do innych domów i miast lub wyjeżdżając do innych krajów. Ich życie toczy się tam, dokąd nie sięga nasza kontrola i troska. To prawda, że puste gniazdo ma też swoje dobre strony, niemniej będziemy musieli przystosować się do tego, by stać się na powrót tylko połówką pary, a nie głową tętniącego życiem domu, gdzie w pokoju walają się czyjeś adidasy, nie tą jedyną i szczególną osobą, którą już nigdy nie będziemy, a o której mówi się: „Spytam mamy”.

Gdy stary świat wali się w gruzy, zaczynamy podważać dotychczasowe definicje samych siebie, podtrzymujące nas przy życiu, dochodząc do wniosku, że rozgrabieniu ulec może dorobek całego naszego życia, kwestionując to, kim jesteśmy i czym staramy się być oraz pytając siebie, czy w naszym życiu, jedynym jakie zostało nam dane, nasze osiągnięcia i cele mają jeszcze jakąkolwiek wartość? Czy nasze małżeństwo ma sens? A praca, czy jest czegoś warta? Dojrzeliśmy wewnętrznie, czy sprzedaliśmy się? Czy nasze więzi z rodziną i bliskimi opierają się na miłości, czy są tylko rozpaczliwym uzależnieniem? Do jakiego stopnia wolni i silni pragniemy lub ośmielamy się być?

A jeśli przypadkiem mamy dopiero zamiar zdecydować się na ten śmiały krok, wiemy, że musimy zrobić go teraz, bo w naszym życiu zaczęło się już odliczanie czasu, który nam pozostał. Wiemy, że licznik biegnie nieubłaganie, że możliwości wyboru z każdą chwilą kurczą się i że mimo to, iż wiele jest jeszcze rzeczy, które chcielibyśmy dać i otrzymać, niektóre, cenne dla nas aspekty naszego życia, należą nieodwołalnie do przeszłości. Skończyło się dzieciństwo i młodość i trzeba zatrzymać się chwilę nad nimi i opłakać ich stratę, zanim ruszymy dalej w życie.

Może nam to sprawić pewną trudność. Co prawda Dorothy Dinnerstein twierdzi, że „wyrzeczenie się tego, co nieodwracalnie minęło w naszym życiu, jest z samej swej definicji pozytywne”, i że „wyzbywając się gorącego, pełnego nadziei młodzieńczego podniecenia, otrzymujemy w zamian bogactwo wrażliwości oraz zdolność i swobodę roztaczania opieki nad drugimi, które niesie z sobą wiek średni”; jednak rzadko kiedy udaje nam się pozostawić za sobą własną młodość bez walki. Kiedy staje nam przed oczyma to, co już utraciliśmy w wieku średnim lub co niebawem utracimy, kiedy doświadczamy poczucia skończoności i śmiertelności, tylko garstka będzie w stanie odrzucić młodość w oczekiwaniu na to, co można zyskać w zamian. Wielu zmagać się będzie z problemem straty cały czas.

Dlatego bywa, że ociągamy się, trwamy sztywno w miejscu, zostawiamy rzeczy takimi, jakie są i opieramy się wszelkim zmianom. Albo podejmujemy rozpaczliwe wysiłki, by na powrót stać się młodym. Lub padamy ofiarą dolegliwości psychosomatycznych. Bywa też, że z uporem maniaka odwracamy uwagę od tego problemu, stawiając sobie cele, narzucając rygory i snując plany samodoskonalenia.

Ci, którzy opierają się zmianom, buntują się przeciwko rzeczywistości, jaką niesie z sobą czas, trzymając się kurczowo swej władzy i niezmiennego podejścia do życia. Będą twardo wierzyć w to, że dzieci pozostaną posłuszne ich życzeniom, że ich młodsi koledzy w pracy „co tak sobie plotą piąte przez dziesiąte – jak określił to pewien mężczyzna – zawsze będą pamiętać, gdzie ich miejsce”, że współmałżonkowie nie ruszą – jak to ujął ktoś inny – „w jeden diabeł wie, w jakim nowym kierunku”. (…) Nie potrafią i nie chcą się przystosować do nowej sytuacji i gwałtownie ją odrzucają.

Z kolei ci, którzy poszukują młodości, dalecy są od tego, by sztywno opierać się wszelkim zmianom; oni chcą cofnąć się w czasie. Lubili to, co mieli dawniej, i chcieliby dostać to z powrotem. Z tego powodu część żonatych mężczyzn i coraz większa liczba kobiet znajduje nowych, młodszych partnerów lub decyduje się na romans i skok w bok, by przynajmniej przez chwilę zapomnieć o wiotczejących członkach i piersiach. Inni chcą odzyskać młodość dzięki chirurgii plastycznej, pobytom w uzdrowiskach, wizytom u kosmetyczki i zajęciom z aerobiku. Nie mam tu na myśli podejmowanych przez większość nas w tym wieku prób zrobienia wszystkiego, co się da, by pozostać sprawnym i zdrowym. Myślę o czymś więcej, o tym, że ludzie poszukujący straconej młodości chcieliby odzyskać życie i wygląd sprzed lat dwudziestu.

U osób uskarżających się na różne dolegliwości przygnębienie psychiczne prowadzi do schorzeń somatycznych, łącznie z zawałem serca, a nawet rakiem. (…)

Osoby zajęte samodoskonaleniem odwracają swą uwagę od problemu, wypełniając szczelnie swój czas; biegną zbyt szybko, by zauważyć, co straciły. Nikt nie przeczy, że uczenie się nowych rzeczy i powrót do szkoły mogą być doświadczeniem pozytywnym, jednak gorączkowa aktywność ma swą cenę. Dla niektórych ludzi, angażujących się w zewnętrzne, a nie wewnętrzne formy rozwoju, może to być sposób na uniknięcie konfrontacji z tym, co niesie wiek średni. Taka aktywność może być także szalenie wyczerpująca.

Ozdobiłam już sześć poduszek na kursie koronczarstwa, Czytam Kanta i Jane Austin. Z kursu chińskiej kuchni dla zaawansowanych Wiem, jak przyrządzić wieprzowinę z czarną fasolą. Nie muszę męczyć się dłużej, by odnaleźć siebie, Bo wiem już, czego chcę. Być zdrową, mądrą i bardzo dobrze wyglądać. Na kursie ceramiki uczę się, jak polerować garnki, na lekcjach gitary nowych chwytów, na jodze coraz lepiej wychodzi mi kwiat lotosu. Nie muszę zastanawiać się nad tym, co najważniejsze w mym życiu, Bo już wiem: Dobrze wyglądać, być zdrową i mądrą. I podziwianą. Z byłym mistrzem tenisa ćwiczę serwy Wkuwam koniugacje z greki i daję ujście frustracjom w czasie terapii pierwszego krzyku. Nie muszę pytać samej siebie, czego szukam, bo wiem już, że chcę być atrakcyjna, zdrowa i mądra. I podziwiana. I zadowolona. Rozkwitam na zajęciach z ekologicznej uprawy roślin, Na lekcjach tańca poprawiłam sobie uda, Na zajęciach budzenia świadomości nikt nie jest lepszy ode mnie Pracuję pilnie dzień i noc, bo chcę być atrakcyjną, zdrową i mądrą. I podziwianą. I zadowoloną. I dzielną. 1 oczytaną. I cudowną gospodynią, Fantastyczną w łóżku, Poliglotką, Wysportowaną, Uzdolnioną artystycznie... Halo, czy ktoś mógłby mnie zatrzymać?

Spotyka się także inne, nie tak gorączkowe reakcje, charakterystyczne dla wieku średniego i odzwierciedlające panujący w nas chaos i lęk, ponieważ mimo iż jesteśmy być może u szczytu swych możliwości, wiemy, że znajdujemy się w kleszczach czasu, że nasz „postój na ziemi – jak przypomina nam o tym pewna poetka i wiele stewardes – będzie krótki”. Dlatego wielu z nas może doświadczać przygnębienia lub goryczy: „A więc całe życie to tylko tyle?” Albo bolesnego rozczarowania, zwłaszcza gdy nie udało się nam sięgnąć własnych ideałów i zrealizować zamierzeń. Wielu będzie powtarzać ze znudzeniem i zniecierpliwieniem: „I co dalej?”, jeśli udało nam się je osiągnąć i zrealizować. U wielu innych zaczyna się proces samodestrukcji – piją, łykają pigułki, za szybko prowadzą samochód lub świadomie próbują popełnić samobójstwo. Wielu z nas zazdrości w tym okresie młodszemu pokoleniu – nawet własnym, rozkwitającym teraz seksualnie, synom i córkom. Wielu dręczy poczucie winy z powodu popełnionego zła i zaniedbanego dobra. Albo ogarnia rozpacz; znaleźliśmy się w „głębi ciemnego lasu”, niepewni, czy kiedykolwiek odnajdziemy właściwą ścieżkę.

Psychoanalitycy przyznają, że nie potrafią dokładnie przewidzieć wszystkich reakcji na kryzys wieku średniego. Każdy człowiek posiada jakieś słabe i mocne strony. Jeśli jednak osiągamy ten zwrotny punkt w naszym życiu, nie rozwiązawszy wcześniej najważniejszych konfliktów albo nie ukończywszy wcześniejszej fazy rozwoju, istnieje – ich zdaniem – większe prawdopodobieństwo tego, że w naszych obecnych doświadczeniach powtórzą się lęki z przeszłości i dawne niewłaściwe rozwiązania. (…)

Jeżeli chodzi o naszą pracę, przyjdzie nam być może zaakceptować ze smutkiem ograniczenia i rozczarowania związane z naszymi osiągnięciami. Może się zdarzyć, że pragnąc uzyskać więcej satysfakcji zawodowej, porzucimy dawne zajęcie, by obrać zupełnie nową drogę kariery. I w sercu, i w kalendarzu mniej miejsca rezerwować będziemy na pracę, a więcej na swoje prywatne sprawy i na potrzeby lokalnej społeczności. Niektórzy, zrezygnowawszy częściowo z marzeń o władzy i sukcesie, mogą stać się na tyle wolni, by pomagać w karierze młodszym kolegom i stać się dla nich inspirującym oraz życzliwym nauczycielem i doradcą.

Zdarzyć się może i tak, że kobiety pracujące dotąd całe życie i nie rezygnujące z zawodu, nawet gdy wychowywały dzieci, także dokonają rewizji swojej kariery. Naukowcy nie mogą nam jeszcze powiedzieć zbyt wiele na ten temat, bowiem dla większości zamężnych kobiet z klasy średniej praca zarobkowa nie stanowiła przymusu. Ruch feministyczny radykalnie zmienił punkt widzenia na rolę kobiety i już w połowie lat siedemdziesiątych każda znana mi kobieta w wieku średnim snuła plany zawodowe lub powrotu do pracy po urodzeniu dziecka. U podłoża tego leżały przyczyny zarówno negatywne, na zasadzie: „Muszę mieć pracę, bo gdy spytają mnie na przyjęciu, kim jestem, nie będę wiedziała, co powiedzieć”, jak i pozytywne – kobiety czuły się społecznie uprawnione, a nawet przynaglane do tego, by dać pełniejsze ujście swym zdolnościom i kompetencjom.

Trzeba jednak dodać, że wielu mężów nie uważało powrotu żon do pracy za błogosławieństwo, a niektórzy nadal tak myślą. Co więcej, wielu mężów, których żony od niedawna pracują, czuje się opuszczonych i ma wrażenie, że nikt się o nich nie troszczy i że zostali odstawieni na boczny tor. „Równie dobrze mógłbym mieszkać z kolegą w akademiku” – skarżą się niektórzy z nich. „GDY ONA PRACUJE POZA DOMEM ON, W WOLNYM CZASIE, MOŻE CZUĆ SIĘ WYIZOLOWANY”, głosi nagłówek w „The Wall Street Journal”. Dzieje się tak dlatego, że w czasie, gdy wielu mężów zaczyna zwalniać tempo życia i koncentruje się na domu, uwaga ich żon kieruje się poza domowe ognisko i zaczynają się one skupiać na karierze zawodowej.

Psychologowie nazywają to zjawisko niezgodnością faz lub trajektorią kariery. Jak twierdzą naukowcy, zmiana stosunków między mężczyzną a kobietą wiąże się z tym, że kobiety w wieku średnim stają się bardziej męskie, mężczyźni zaś tracą częściowo swą agresywność i chęć osiągnięcia sukcesu i stają się pod wieloma względami bardziej „kobiecy”. Niezależnie od tego, czy żona podejmie pracę czy nie, to zachwianie równowagi płci może doprowadzić do ostrych napięć w małżeństwie. Z drugiej jednak strony, unifikacja biegunów naszej seksualności jest źródłem ogromnych korzyści dla nas i dla naszych związków. (…)

Mimo wciąż obecnego w nas młodzieńczego zapału w wieku średnim będziemy musieli wyzbyć się wcześniejszego wizerunku samych siebie. Wkroczyliśmy w jesień życia; wiosna i lato są już za nami. I – inaczej niż w kalendarzu – gdy dojdziemy do końca, nie będzie na nas czekał nowy początek.

Albowiem nie potrafimy także zatrzymać czasu. „Udało mi się pogodzić ze stratami wieku średniego, ale wylałam przy tym wiele łez – zwierzyła mi się niedawno pięćdziesięcioletnia przyjaciółka. – Jestem już dojrzała i wystarczająco przystosowana do tego, by darzyć sympatią okres życia, w którym się teraz znajduję. Chciałabym tylko, żeby jakieś nadziemskie moce pozwoliły mi pozostać już na zawsze na tym etapie”.

My wszyscy, którym udało się przeżyć kryzys wieku średniego, także bylibyśmy wdzięczni, gdybyśmy mogli „pozostać na tym etapie” teraz, gdy w dojrzały sposób patrzymy na świat, gdy płonie w nas zapał, przed nami nowe perspektywy, a wokół ludzie, których kochamy i praca, którą chcemy wykonać. Teraz, kiedy zostawiliśmy za sobą dawne „ja”, jeszcze bez zmarszczek i nieśmiertelni, sądzimy, że dość się już napracowaliśmy i chcielibyśmy skończyć już na zawsze z wyzbywaniem się, utratą i zostawianiem za sobą przeszłości.

Jednak to jeszcze nie koniec.

To, co musimy utracić Judith Viorst Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Menopauza – zwierciadło naszego życia

Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Gdy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. (Fot. Getty Images)
Medycyna jest cudowna, ale się zmienia. Są różne mody, różne szkoły. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby wreszcie posłuchać, co chce nam przekazać nasze ciało. Nauczyć się odczytywać sygnały organizmu – twierdzi dr Preeti Agrawal, ginekolożka i specjalistka medycyny integracyjnej.

Ostatnio na Facebooku koleżanka zamieściła swoje zdjęcie z podpisem: „50 lat”. Inna znajoma skomentowała to: „Witamy po stronie mocy”. Uświadomiło mi to, jak bardzo zmienił się ostatnio nasz stosunek do menopauzy w życiu kobiety. Myślimy teraz nie o uderzeniach gorąca i zbliżającej się starości, ale o otwarciu kolejnego etapu w życiu, o wiedzy, mądrości, czasie, który mamy tylko dla siebie. Czy pani w praktyce lekarskiej widzi tę zmianę nastawienia?
Kobiety są oczywiście różne. Świadome siebie i mniej świadome. Takie, które mają kontakt ze sobą, ze swoim ciałem, emocjami – one inaczej wejdą w ten okres niż te, które nie przyglądają się sobie, żyją w pośpiechu, tylko dla innych, „rozdają” całą siebie, a kiedy coś się dzieje z ich zdrowiem, mają tylko jedno rozwiązanie: lekarz i tabletka. Menopauza, a właściwie szerzej, bo także okres przedmenopauzalny, to ważny czas. To, co się wtedy dzieje z kobietą, ja bym nazwała zwierciadłem jej życia. Od początku mojej niemal 28-letniej praktyki lekarskiej starałam się patrzeć szerzej. Poznać pacjentkę, jej historię, jej potrzeby. I do tego dostosować leczenie czy wsparcie. Kiedyś napisałam książkę, której dałam tytuł „Menopauza”. Ostatnio zmieniłam go na „Siła jest w tobie”. Bo to właśnie obserwuję od lat. Menopauza to okres porządków. Oczyszczenia. Wychodzi na wierzch to, co przez lata było tłumione, spychane gdzieś na margines, bo życie szybko płynie, bo nie ma czasu, bo praca, dzieci, dom, bo wszystkim trzeba się zająć. I nagle przychodzi stop. Czas na porządek. Nie tylko fizyczny, ale i emocjonalny. Z drugiej strony miałam też w gabinecie wiele kobiet, które naprawdę o siebie dbały. Zdrowa dieta, aktywność fizyczna, joga. Przychodziły i mówiły: „Nic nie rozumiem, mam kryzys, fatalnie się czuję, nie radzę sobie z emocjami, a przecież się staram, wszystko robię jak trzeba”. Analizujemy to razem i widać, co się dzieje. Otwiera się puszka Pandory, wszystko się wydostaje, żeby się oczyścić, wyrównać, żeby była siła na kolejny etap, żeby można było korzystać z tej mocy, o której mówiła pani koleżanka. Moc, mądrość, to cenne, ale nie przychodzi samo. To nie towar do kupienia, ale nasza inwestycja. Efekt wielu lat życia.

Czyli ten czas wymaga zatrzymania, spojrzenia na siebie, wysiłku, gotowości do zmiany?
Zdecydowanie tak. Kobieta ma 40, 45 lat, coś się zaczyna w organizmie dziać, czasem polipy, mięśniaki macicy, złe samopoczucie. Analizujemy. Trzeba zacząć od ciała. Wprowadzenie regularnej aktywności fizycznej, korekta diety. Czasem wystarczą niewielkie zmiany. Trzeba wyregulować cykl, wprowadzić naturalny progesteron, zioła. Warto uważnie się sobie przyglądać, żeby wychwycić nawet drobne objawy, bo wtedy łatwo je „naprawić”. Dobra menopauza to coś, w co wcześniej inwestowałaś. Jeśli kobieta zajmuje się wszystkimi, tylko nie sobą, to teraz ciało ją prosi, na razie delikatnie: „Zacznij o siebie dbać, to przez menopauzę przepłyniesz. Nie będzie problemów, jeśli zaczniesz patrzeć na swoje ciało, nauczysz się słuchać płynących od niego sygnałów”.

Menopauza to nie tylko uderzenia gorąca czy bezsenność. To też zmiany fizyczne. Starzenie się skóry. Wiele z nas mocno to przeżywa.
Często słyszę od pacjentek: „Będę stara, nie chcę, nie jestem na to gotowa”. Widzę, jak są skupione na fizyczności, na wyglądzie. To zrozumiałe. Teraz medycyna estetyczna daje dużo możliwości i kobiety z nich korzystają. Nic w tym złego. Jeśli im to pomaga, jeśli sprawia, że czują się lepiej psychicznie – oczywiście, niech to robią. Z drugiej strony – żeby ciało dobrze wyglądało, żebyśmy miały siłę i energię, musimy po prostu dbać o siebie. Jest wiele sposobów. Masaże relaksujące, joga, ćwiczenia oddechowe. Bardzo ważne jest też to, co jemy. Musimy inwestować w ciało latami. Nie tylko menopauza je przecież zmienia. Ale trzeba też zdawać sobie sprawę, że przyjdzie w końcu moment, kiedy żadne zabiegi nie będą już tak skuteczne. Od momentu urodzenia zmieniamy się, starzejemy, wyglądamy inaczej. To naturalny proces. Niby to wszyscy wiemy, ale chyba dla większości to jedynie teoria. Chcemy zatrzymać czas. Nie tylko medycyna estetyczna nam w tym pomoże. Jeśli się ćwiczy pranajamę codziennie, to skóra długo będzie naturalnie młoda. Jogini nawet w podeszłym wieku nie wyglądają na swoje lata. Mają młodą skórę. Wiele rzeczy się na to składa. Pewne procesy można opóźniać, ale nie bez końca. Takie jest życie.

Czyli kluczem jest akceptacja?
Tak. Na Wschodzie mówi się, że wartości od zewnątrz kierują się ku wnętrzu. Ale musi być praca, refleksja, zastanowienie. Skóra ma prawo się zmieniać. Będę o nią dbać, ale muszę zaakceptować, że to, co powstało, przemija. To, co nie przemija, to wartości. Cała kultura Zachodu skupiona jest na tym, co na zewnątrz. Na wyglądzie, na skórze, na opakowaniu. Wszyscy się tą zewnętrzną młodością zachwycają i pewnie dlatego nie potrafimy spojrzeć głębiej. Nie widzimy tych wewnętrznych wartości w sobie, nie szukamy ich też w innych. Budowanie mądrości, o którym mówimy też w kontekście menopauzy, to przefiltrowanie rzeczy, które nam nakazuje społeczeństwo. I wybranie tego, co mnie służy, na czym mogę budować swoje poczucie własnej wartości. To wymaga odwagi i świadomości. Tego aspektu duchowego, emocjonalnego nie da się kupić, żaden lekarz nie wypisze na to recepty.

Na to nie, ale na fizyczne objawy menopauzy już tak. A przecież bywa, że się w tym czasie po prostu źle czujemy, źle śpimy, mamy uderzenia gorąca, bóle głowy, wahania nastroju. Tu już lekarz może pomóc?
Kiedy mamy wyraźne objawy, takie jak na przykład bezsenność, można myśleć o suplementacji hormonalnej. Oczywiście dobranej indywidualnie. Nie każdy potrzebuje tego samego i w takiej samej dawce. Trzeba dopasowywać leczenie do pacjenta. Czasem kobieta w pędzie życia po prostu przegapia różne drobne sygnały ze strony organizmu, „budzi się” dopiero, kiedy zaczynają się uderzenia gorąca. Wtedy idzie do lekarza. Zaczynamy się wtedy przyglądać, badamy poziom hormonów, pytam o rodzaj miesiączek, czy są obfite, czy skąpe, jaka jest ich regularność, czy są krótkie, czy długie. I dobieramy kurację. Czasem wystarczą zioła, choćby olej z wiesiołka, czy zmiana diety tak, żeby było w niej więcej fitoestrogenów, dobrych olejów. Albo włączenie jogi – ona świetnie reguluje układ nerwowy. Niektórym kobietom takie zmiany pomogą i nie trzeba robić nic więcej. Ale dla innych to za mało – potrzebują uzupełnienia hormonów. I znowu – możliwe, że wystarczy bioidentyczny progesteron i poprawi się samopoczucie pacjentki, zmniejszą się obfite krwawienia i inne uciążliwe objawy. Zawsze ważna jest dobra dieta. To fundament gospodarki hormonalnej i prawidłowej pracy jelit. Co z tego, że lekarz hormony wypisze – jeśli ty sama niczego w diecie nie zmienisz, będziesz tych hormonów potrzebowała więcej i więcej. Dla prawidłowej pracy hormonów znaczenie ma też nasz stan emocjonalny. Jeśli w tym czasie kobieta mierzy się z trudnymi sprawami – problemami w związku, w pracy czy odejściem z domu dzieci – objawy mogą się pogłębiać. Tylko żeby wszystko właściwie zdiagnozować, trzeba poznać pacjenta. Dziś w medycynie jest niestety tendencja do patrzenia nie na pacjenta, ale na wyniki badań, i to na ich podstawie ustala się leczenie. A jeśli poznamy kobietę, jej problemy, możemy zobaczyć, że nie każda potrzebuje tej samej dawki hormonów. Czasem w ogóle hormonów nie potrzebuje.

Nie należy więc pani do lekarzy, którzy od razu na wstępie zapisują hormonalną terapię zastępczą (HTZ)?
Powiem tak: zapisuję ją zawsze, kiedy jest potrzebna. Jestem zwolenniczką mądrej pomocy, która nie obciąży dodatkowo ciała i będzie działać dłuższy czas. Często trafiają do mnie pacjentki, które od dawna brały HTZ. I nagle ich lekarz orientuje się, że to trwa już pięć czy sześć lat i mówi: „Oj nie, koniec, taka terapia niesie ze sobą ryzyko, już recepty nie wypiszę”. A ciało kobiety uzależniło się już w jakimś sensie od hormonów i nagle koniec, ucinamy to jak nożem. Ja wtedy mówię: „Nie, zrobimy inaczej, możesz brać hormony, ale może przejdziemy na bioidentyczne, dopasujemy dawkę do ciebie, a jak hormon jest naturalny i dawka dobrze dobrana, możesz brać, dopóki potrzebujesz”. Nikt nie zabiera choremu hormonów tarczycy, bo nagle wpada na pomysł, że to za długo trwa. Nikt cukrzykowi nie zabierze insuliny. A może być i tak, że kiedy wprowadzimy w życie inne zmiany, jak dieta czy joga, to za jakiś czas te hormony nie będą w ogóle potrzebne. Ale wszystko powoli. Z głową. Czasem jest na przykład wysokie ryzyko osteoporozy – wtedy hormony trzeba brać dłużej. Ale przy hormonach bioidentycznych to sprawa absolutnie bezpieczna. Jestem zwolenniczką tego, co może pomóc, bo chodzi o jakość życia, o wsparcie dla kobiety.

Co to takiego hormony bioidentyczne? Doktor Christiane Northrup w swojej książce „Mądrość menopauzy” pisze o nich: „idealny projekt natury”.
Stosuję je w swojej praktyce od 25 lat. To hormony, które mają strukturę identyczną jak te wydzielane przez nasz organizm. Są oczywiście progesterony syntetyczne, mające zmienioną strukturę, czasem trzeba z nich korzystać – na przykład kiedy jest obfite krwawienie. Ważne, by pilnować indywidualnego dawkowania.

Jak poza hormonami można sobie pomagać? Joga, co jeszcze?
Masaże relaksacyjne. Uważam, że są bardzo pomocne. Różnego typu: shiatsu, tajskie, ajurwedyjskie, lomi lomi, terapia czaszkowo-krzyżowa, także refleksoterapia, akupresura. To nie tylko relaks. Zaburzenia hormonalne wynikają też ze złego metabolizmu, ze stresu – masaże pomogą w odprężeniu. Do tego ćwiczenia oddechowe, joga, medytacja.

I dieta. Jaka?
Fitoestrogeny to istotna sprawa. Bardzo ważne, żeby przewód pokarmowy prawidłowo pracował, żeby nie było zaparć, żeby oczyszczały się jelita, wątroba. Zwłaszcza jeśli bierzemy hormony, wątroba przecież je metabolizuje, musi być sprawna, nieobciążona. Tak więc dużo błonnika, czyli warzywa, dobre probiotyki, kiszonki, zakwasy, dobre oleje, dobre tłuszcze, soczewica, ryby, jeśli ktoś lubi. Nie pijmy pięciu kaw dziennie, bo to wypłukuje magnez, pilnujmy, by nie jeść zbyt późno, wieczorami, bo to nie wpływa dobrze na metabolizm, a tym samym na gospodarkę hormonalną.

A co z suplementacją?
Są suplementy, które trzeba brać sezonowo – na przykład jesienią i zimą witamina D3, teraz, w czasie obniżonej odporności, witamina C. To coś, co można zalecić każdej kobiecie, nie tylko podczas menopauzy. Ważne są kwasy omega, można je przyjmować w kapsułkach czy w płynie, jak tran. Pomocne w pracy jelit są probiotyki – choć to nie muszą być tabletki, może też być choćby olej z wiesiołka, zioła.

Mówi pani, że czas menopauzy to czas oczyszczenia. Tworzymy nowy porządek?
Tak – i możemy na nim budować coś nowego, dla siebie. Bo często wcześniej kobieta o sobie zapominała. Oczywiście nie zawsze – niektóre z nas mają naturalną, instynktowną zdolność dbania o siebie, mądrego, i nie ma to nic wspólnego z egoizmem. Inne gromadzą wiedzę, nie mają za to kontaktu z własnym ciałem, czytają książki, a nie bardzo umieją czytać siebie, nie dostrzegają własnych potrzeb czy ograniczeń. Bardzo istotne jest, żeby słuchać organizmu, on nas pokieruje.

Chyba kiedyś to umieliśmy, ale zapomnieliśmy…
To ogromny problem. Żyjemy w czasach nadmiaru. Nadmiaru wszystkiego, rzeczy, jedzenia, informacji, bodźców. I widzę pacjentki, które się w tym nadmiarze gubią. Przeczytały 2 tysiące książek, ale nie mają kontaktu z własnym ciałem. Nie widzą siebie. A jak nie czyta się sygnałów płynących z ciała, trudno potem sobie pomóc. Ten nasz wewnętrzny ekspert to przekleństwo. Mówię zawsze: trzeba poczuć. Obudzić świadomość. Wszystko, czego potrzebujemy, jest w nas. Medycyna jest cudowna, ale też się zmienia. Kiedyś była moda na hormony, teraz przyszła na suplementy, na naturę, a my o tym czytamy, uczymy się, szukamy ciągle na zewnątrz. A nikt nam nie mówi, że cały skarb jest w nas. Mamy w sobie najlepszego nauczyciela i terapeutę. Teraz, kiedy przychodzi menopauza, jest czas, żeby doświadczyć tego, co mówi nam organizm. Nie musisz chodzić do dietetyka, żeby wiedzieć, jak masz jeść. On może ci rozpisać teoretycznie idealny jadłospis na cały tydzień, ale skąd ma wiedzieć, czego dziś potrzebujesz? Czy masz dzień ciężki, czy nie, czy wstałaś wyspana, czy po bezsennej nocy? Czy boli cię głowa, czy masz masę energii? Każdy dzień jest inny, ciało pracuje inaczej – musisz się nauczyć to rozpoznawać. Oczywiście mówimy tu o mądrej diecie, nie o słodyczach czy rzeczach niezdrowych, ale podstawową wiedzę przecież każda z nas ma. Nikt poza tobą nie będzie wiedział, co jest dla ciebie teraz dobre. Trzeba nauczyć się to rozpoznawać. To jest dziś najważniejsze. 

Preeti Agrawal doktor nauk medycznych, specjalistka ginekologii i położnictwa oraz specjalistka medycyny integracyjnej; założycielka Integrative Medical Center w Żernikach Wrocławskich, www.imc.wroc.pl

  1. Psychologia

Na czym polega kryzys wieku średniego? Czy każdy musi go przejść?

Kryzys wieku średniego to czas, kiedy do głosu dochodzą marginalizowane części naszej osobowości. (fot. iStock)
Kryzys wieku średniego to czas, kiedy do głosu dochodzą marginalizowane części naszej osobowości. (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Jeszcze nie tak dawno „kryzys wieku średniego” ujawniał się po przekroczeniu czterdziestki. Dziś podobne objawy widać u ludzi o dekadę młodszych. Na czym polega to zjawisko i jak wykorzystać je do zmiany na lepsze?

Pojęcie „kryzys wieku średniego” zostało wprowadzone w 1965 roku przez Elliotta Jaquesa na opisanie zjawiska dotykającego ludzi na półmetku ich życia. Często jest też kojarzone lub równoznaczne z „kryzysem czterdziestki”, chociaż w ostatnich latach zaczęto zauważać podobne symptomy już u trzydziestolatków. Niezależnie jednak od dokładnego wieku metrykalnego, „kryzys wieku średniego” to zawsze czas, kiedy do głosu dochodzą marginalizowane części naszej osobowości. Mocno zaniedbane, mogą stać się źródłem różnych kłopotów, wypadków a nawet chorób, czyli poważnej destabilizacji w życiu. Uświadomione, przyjęte i świadomie przekształcone mogą być natomiast wartościową zmianą dającą poczucie sensu i pełni.

Kto jest w grupie ryzyka?

Kryzys wieku średniego może dotknąć praktycznie każdego z nas. Często mają go osoby posiadające już spory dorobek w różnych obszarach (kariera zawodowa, relacje, rodzina, rozwój osobisty), ale na znacząco różnych poziomach satysfakcji. Problem dotyczy również tych, których życiowa energia była mocno skoncentrowana tylko na jednym zadaniu i mimo, że wynik jest wysoko satysfakcjonujący, to nie rekompensuje poważnych zaniedbań innych obszarów i potrzeb. W tej grupie znajdują się też osoby, u których „linia życia” składa się z wydarzeń, które w większości oceniają oni na poziomie przeciętnej satysfakcji.

Sygnały i symptomy

Brak poczucia satysfakcji lub jej niski poziom odczuwany nawet mimo „twardych dowodów” sukcesu (kariera, rodzina, dziecko, dom) jest sygnałem nadchodzącego kryzysu. A co jest dalej? Zmęczenie, samotność, rozczarowanie, wypalenie. Często depresja, próby rekompensaty lub odreagowania za pomocą różnych gadżetów adekwatnych do płci, statusu, środowiska, indywidualnych upodobań. To czasem działa na chwilę albo nawet na dłużej, ale procesowi świadomej zmiany, związanej z poczuciem pełnej satysfakcji, spełnienia, nie służy. A czemu tak naprawdę służy?

Co zagłuszamy?

Zagłuszamy w ten sposób ważne pytania – czy to, co robię jest tym, czego naprawdę pragnę? Czy to jest to miejsce, w którym chcę żyć? Czy to jest ten człowiek, przy którym chcę być? Czy to jest ta praca?

Pytania, których nie lubimy. Dlaczego? Bo szczera odpowiedź na nie może naruszyć naszą strefę komfortu. Może wywołać smutek, a nawet ból, jeśli zbyt długo ich unikaliśmy i nie jesteśmy na bieżąco w kontakcie z potrzebami i jakościami, które za nimi się kryją. Ale to są dobre pytania, skłaniające do twórczej refleksji na temat miejsca, w którym jesteśmy. Kim jestem, a kim chcę być? Kto we mnie chce zmiany? Często są one pierwszym krokiem do wyjścia z kryzysu, do świadomej zmiany w zgodzie ze sobą.

Czy jesteśmy skazani na kryzys?

Zmianie podlegamy nieświadomie i nieustannie od chwili narodzin, a kryzys towarzyszy każdej zmianie w naszym życiu. Jest normalnym stanem, twórczym i rozwojowym. W łagodnej formie manifestuje się w nastroju (smutek, tęsknota), snach, marzeniach, fantazjach, drobnych symptomach fizycznych (choroba), sygnalizując w ten sposób wewnętrzny konflikt wynikły z zaniedbania dotychczasowych kryzysów.

Jeżeli będziemy w dobrym i szczerym kontakcie ze sobą, uważni na sygnały i otwarci na podążanie za nimi, to te sygnały doprowadzą do satysfakcjonującej zmiany.

Kiedy kryzys jest rewolucją?

Kiedy nie jesteśmy wystarczająco świadomi i uważni na wysyłane subtelne sygnały, naszym życiem zaczynają coraz bardziej rządzić marginalizowane przez nas potrzeby, wcześniej bagatelizowane czy uważane za niepoważne, wstydliwe, fanaberyjne itp. W ten sposób część osobowości, dotąd niewysłuchana, nieuwzględniana, próbuje coraz bardziej przykuć naszą uwagę, nie przebierając w środkach. A im bardziej ta potrzeba jest ważna, a nasza ignorancja większa, tym częściej sięgamy po metodę „cel uświęca środki”. Ale nawet jeśli go osiągamy, to jakże często nasz stan jest bliższy rozczarowaniu niż satysfakcji, a „mosty spalone"!

Jak przekształcić kryzys w twórczy proces zmiany?

1. Nie ignoruj sygnałów. Jeżeli jakiś aspekt twojego życia cię niepokoi, sprawia kłopot, nie satysfakcjonuje, a ty to marginalizujesz, ignorujesz lub w najlepszym wypadku tolerujesz i czekasz aż przeminie, to właśnie zapala się dla ciebie „żółte światło” dla nadchodzącego kryzysu.

Zastanów się: Jakie jakości i potrzeby cię prowadzą? A jakie próbują prowadzić? O co dbasz, a co marginalizujesz?

2. Posłuchaj uważnie tej części siebie, której zwykle nie słuchasz. Zwróć uwagę na to: Co mówi? Jak mówi? Jakie są jej potrzeby? Jakie są jej wartości? Jak się zachowuje? Jaki wnosi nastrój? Kim jest? Może to jest Kobieta Romantyczna? A może Podróżnik? Artystka lub Artysta? Może Zbuntowany Nastolatek? A może Alicja w Krainie Czarów? Czy James Bond?                                                                                                                

Zastanów się: Co wartościowego już wniosła ta postać do twojego życia? Na co ważnego chce ci zwrócić uwagę?

3. Odbierz informację i przekształć ją. Odbierz ważne dla ciebie informacje, żeby je wykorzystać do świadomego przejścia przez proces zmiany w życiu.

Zastanów się: Gdzie i jak możesz je świadomie wykorzystać?

Samemu czy z pomocą?

Jeżeli masz szczery kontakt ze sobą, potrafisz wyznaczać sobie cele z uwzględnieniem informacji sygnalizowanych przez twoje potrzeby – idź tak dalej. Ale jeżeli masz z tym jakąkolwiek trudność lub twój cel, zadanie do wykonania wymaga transformujących zmian osobowości – warto skorzystać ze wsparcia coacha lub terapeuty.

W podjęciu decyzji niech ci pomoże metafora – teraz lecisz jak samolot na jednym silniku, a z dwoma będziesz mógł lecieć albo wyżej, albo szybciej, albo dalej, albo bezpieczniej – w zależności od twoich potrzeb, też tych zaniedbanych.

Agata Gebhardt: coach i mentor relacji osobistych i biznesowych; prowadzi własną praktykę; pracowała w Instytucie Psychologii Procesu i w Ośrodku Poza Centrum w Warszawie.

  1. Seks

Czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Zastanawia się Katarzyna Miller

- Mężczyzna chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Mężczyzna chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
Znajomy mężczyzna mówi, że pragnie tylko, żeby jego partnerka była i go akceptowała. Kobiety jednak nie potrafią po prostu być. Wolą dawać i jednocześnie pouczać, jak się im odwdzięczać. Czy tak jest naprawdę? Trzeba pisać o tym, jak kobiety powinny kochać swoich mężczyzn? – Trzeba, i to bardzo – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Jesteśmy przekonane, że co jak co, ale kochać swoich mężczyzn to my potrafimy. Na początek westchnę ciężko jako doświadczona terapeutka małżeńska. Przede wszystkim nie umiemy bawić się, czerpać satysfakcji z miłości. Nikt nas tego nie nauczył. A jeśli ktoś, tak jak kiedyś Michalina Wisłocka, proponuje nam obrzucanie się poduszkami w łóżku, dziwimy się: „jak to, dorośli mają się zachowywać jak dzieci?!”. Oczywiście, że tak. W każdym z nas jest dziecko i im częściej może się powygłupiać, ujawnić swoje marzenia, tym lepiej dorosłemu. Kiedy w relacji intymnej spotkają się nasze dziecięce aspekty, możemy całkiem skupić się na przyjemności i zabawie.

Ale w tym, żeby w łóżku skupić się na zabawie, często przeszkadzają nam nasze realnie istniejące dzieci. Kiedy stajemy naprzeciw siebie i w oczach zapala się nam: „pragnę cię”, dzieciom mówimy: „idźcie do cioci” albo „idźcie do swojego pokoju”. Nie martwimy się, że coś usłyszą. Dobrze, żeby wiedziały, że rodzice się kochają. Można zrobić kartkę: „Proszę nie przeszkadzać”, bo seks to rzecz ważna, a nawet święta dla pary.

Szanujmy nasze pożądanie. A my co? W sypialni pilnujemy tylko, co wypada, a czego nie. Na dodatek, o zgrozo, mówimy czasem do niego „tatusiu”, a on do nas „mamusiu”. A jak nazywamy jego penisa? Ptaszek, Wacuś, siusiak, Jaś, bo Jaś i Małgosia. Już nawet „chuj”, choć wulgarny, byłby lepszy, bo jest przynajmniej męski. A dla mężczyzny to nader ważne, żeby w naszych oczach jego członek był męski. Ja lubię: tygrys. To piękny zwierz. Nie można go oswoić. Robi, co chce. Jak jest głodny, to głodny, i już. Ciekawe, ile kobiet kocha penisa swojego mężczyzny, jak go nazywa, czy utożsamia go z nim, czy oddziela?

Zapytajmy czytelniczki, może do nas napiszą. Byłoby cudnie! Prosimy… Stosunek kobiety do penisa wpływa na jakość związku. Bo tak jak kobieta potrzebuje zachwytu mężczyzny nad swoją waginą, tak mężczyzna potrzebuje zachwytu kobiety nad swoim penisem. On jest jego integralną częścią, i to do zadań specjalnych.

Zajmując się nim, kobieta zajmuje się mężczyzną, bo on często utożsamia się ze swoim penisem. Kobiety z waginą utożsamiają się niestety rzadziej, częściej z piersiami czy z brzuchem. Mężczyzna odczuwa seks przede wszystkim genitalnie, jeśli więc kobieta kocha jego członek, traktuje jako coś, co do niej pasuje, a seks jako zespolenie – to mężczyzna czuje się kochany.

Ale to chyba nie znaczy, że jest tylko jeden sposób na okazywanie mężczyźnie miłości? Masz na myśli tzw. robienie laski? Nie stworzyliśmy jeszcze innych, fajnych określeń na opisanie czynności, o której można powiedzieć: kochanie jego członka, a nawet kochanie jego samego. Kobietom jest trudno o równowagę między wstydem i bezwstydem. Pytają: „Co to znaczy, że mam go kusić? Czy zakładać ciuchy erotyczne?”.

Dla jednego mężczyzny tak, dla innego nie. Ale tak naprawdę kusić to znaczy samej mieć ochotę. Jeśli ona jest w kontakcie ze swoją seksualnością, nie musi przybierać wyzywających póz. Przeżyli razem superseks w lesie? Wystarczy, że następnym razem powie: „mam ochotę na spacer do lasu”. Mężczyzna potrzebuje poczuć się przez kobietę przyjęty. Dla niego to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu – być w kobiecie, w tym bezpiecznym i ekscytującym miejscu.

 
Czyli znów mówimy o seksie. Na terapii par mężowie często pytają żony: „Dlaczego mnie odpychasz? Czemu mówisz, że mężczyźni chcą tylko tego?”. Staram się wtedy pokazać kobietom, ile tracą, odrzucając męskie pożądanie. W nim jest wiele uczuć, których mężczyźni inaczej nie umieją okazać. Kobiety słuchają mnie, a potem mówią: „to co, ja mam się zmuszać?”. Nie, pogadaj z przyjaciółką, z psychoterapeutką, dlaczego nie chcesz seksu. Kobieta, która czuje się obrażona męską seksualnością, zwykle jest zagubiona w swojej kobiecości. Nie akceptując jej, nie czuje się istotą seksualną. Może dlatego, że jej matka uznawała seks za coś brudnego. Nie sypiała z jej ojcem, a kiedy w filmie były „sceny”, zasłaniała córce oczy? Jeśli tak, to trzeba o tym otwarcie powiedzieć mężowi. Wtedy można przez jakiś czas tylko pieścić się, bez seksu. Nauczyć się też sprawiać sobie inne przyjemności. On zabierze ją do kina, ona pójdzie z nim na mecz, on jej coś pysznego ugotuje, ona pomasuje mu stopy.

Właśnie, my nie wiemy, co sprawia przyjemność naszym mężczyznom. Ja dopiero po 14 latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż interesuje się boksem. Tego wieczoru, kiedy Gołota miał się bić z Adamkiem, byliśmy zaproszeni na przyjęcie. „Ja nie pójdę” – powiedział mój partner. „Ale tam wszyscy będą oglądać walkę” – stwierdziłam. „Skoro tak, to idę”. Szanujmy upodobania swoje i partnera, dajmy sobie i jemu prawo do przyjemności. Jeśli chce grać w piłkę, niech gra. Oczywiście nie kosztem bycia mężem czy ojcem. Ale gdy pozwolimy mu być sobą, zaakceptujemy to, że on nie ogląda naszych seriali, i nie będziemy śmiać się z jego zainteresowań samochodami, poczuje się kochany. To, co nas różni, będzie nas do siebie przyciągać.

Zapytałam znajomego 38-latka, kiedy czuje się kochany. Odpowiedział, że dla niego najważniejsza jest czułość, to, że ona całuje go na dzień dobry, przytula. 20-latek, który ma wzwód jak skała i jedyne, o czym marzy, to seks, może nie zdawać sobie sprawy, że jego pragnienie fizycznej bliskości z kobietą to także pragnienie czułości. Ale im mężczyzna starszy, tym lepiej o tym wie. Niestety i tu pojawiają się problemy. Kobieta chce być przytulana, ale wścieka się, że on to robi tylko, kiedy idą do łóżka. Złości się, że gdy sama go przytula, on odbiera to jako zaproszenie do seksu. Ja postawiłabym ważne pytanie: ile twój mężczyzna ma w waszym związku czułości? Jeżeli mało, przytulanie wywoła w nim łańcuch emocji i reakcji, na końcu których jest wzwód. Jeśli wiele, częściej będzie bezinteresownie czuły. Seks nie jest już wtedy jedyną drogą do bliskości.

Przyjaciel mówi, że chce od kobiety tylko tyle, żeby była i akceptowała go. Ale właśnie to okazuje się nieosiągalne. Moja kuzynka wyrzeka, że jej mąż wciąż coś robi w domu, nawet schody sam zrobił. Ja jej na to, że takiego mężczyznę ozłociłabym. Donosiłabym mu jedzenie i mówiła: „cudnie to robisz, kochany”. W międzyczasie zaciągnęłabym go do łóżka, wychwaliła i wycałowała. Ale jeśli ktoś potrzebuje pretekstu, by mieć pretensje, to go znajdzie. Nasze matki miały o wszystko pretensje, więc i my mamy. Jeśli w dzieciństwie nie dostałyśmy bezwarunkowej miłości i nadal jej pragniemy, wciąż rozliczamy za to partnera. Mówię swoim klientkom: mamy złe nawyki, ale mamy też rozum. Używajmy go więc nie tylko w pracy, lecz także i w domu. Ale tu zamieniamy się w dzidzie, które marzą, by mężczyzna odgadywał i spełniał ich oczekiwania, lub ksantypy.

Na wakacjach widziałam, jak młoda kobieta przyniosła swojemu mężczyźnie słoik z robakami. Nakopała ich, żeby miał jak wędkować. Jakoś mnie to zasmuciło. Bo czy ona lubi szukać w ziemi robaków? Ja nie lubię. Każdy musi mieć swój świat, inaczej stajemy się dla partnera nudni. Ale są kobiety, które zaprzedają mężczyźnie duszę. Mówią: „wszystko mu dałam i dlaczego on mnie nie kocha?”. Na co panowie odpowiadają: „Ale ja nic od ciebie nie chciałem. Tylko żebyś była ze mną szczęśliwa”.

Bo oni chcą od kobiet właśnie tego, żeby były z nimi szczęśliwe. To cała tajemnica. Nie można być dla partnera mamuśką, bo przestanie nas pożądać. Żadnych takich: „najedz się, ubierz ciepło, usiądź sobie wygodnie”. To ty masz usiąść wygodnie, a on niech postoi. Jeśli kobieta wciąż daje, a nie umie brać, mężczyzna przestaje czuć się ważny. Nie może uszczęśliwić swojej kobiety, nie może poczuć się przy niej prawdziwym mężczyzną.

Jak okazywać miłość komuś, kto nam jej nie okazuje? Jeśli chcesz nauczyć go, by okazywał więcej uczuć, sama to rób. Tak jak lubisz. Bo mężczyźni bardziej się wstydzą niż my. Potrafią dużo, kiedy zaleją ich hormony. Ale potem, gdy ona już jest jego, i wciąż narzeka, czują się bezradni. Są nauczeni, że mają coś robić. No to on fuknie: „co ty taka chodzisz zła?!”, i wydaje mu się, że już coś zrobił, powiedział, że widzi coś niedobrego.

Ona – obrażona – nie odpowie mu, bo uważa, że powinien się domyślić: „kiedyś zabierał mnie na romantyczne spacery, to i teraz powinien”. Ale on nie będzie tego robił sam z siebie. On już sobie ciebie wychodził. To nie znaczy, że masz ze spacerów zrezygnować. W miły i otwarty sposób powiedz mu, że ci na nich zależy. Uciesz się, gdy na ten spacer pójdziecie. Całuj go, przytulaj, głaszcz i chwal. Ale nie udawaj. Kobieta daje mężczyźnie poczucie ugruntowania w ziemi, w świecie. I to jest prawda, że oni wszystko robią dla nas. Tylko my tego nie umiemy odczytać.

A gdybyśmy umiały, to czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Miłości, domu? Chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on. A tak nie może być. Obie płcie muszą być równie ważne. Moja wersja jest taka: ty masz tron wyższy, a ja szerszy. Ty jesteś chudy i wysoki, a ja niska i gruba. Takie trony są na naszą miarę. Kiedy sobie to uzmysłowiłam, przestałam walczyć z nim o władzę i zaczęłam go naprawdę kochać.

Weszłam kiedyś do sali, w której było pełno gości, a ponieważ mój mężczyzna przyszedł pierwszy, rozejrzałam się za nim. I nagle, tak jakby ktoś włączył reflektor, zobaczyłam go, tam gdzie stał, było jaśniej. Poczułam: to tego właśnie człowieka kocham. Po co mi pretensje, że kładzie na stole kluczyki od samochodu? Czy to takie istotne? On jest ważny. Jest mój. Mój osobisty.

  1. Psychologia

Etapy życia kobiety - co wnosi każdy z nich?

Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. (fot. iStock)
Etapy życia kobiety niekoniecznie zależą od wieku. Odchodzą i powracają, uczą. Nie ma faz lepszych lub gorszych. Na każdym etapie rozwoju odkrywamy inny kawałek siebie.

Przez pierwszych trzydzieści parę lat my, kobiety, jesteśmy w rolach, które często zbytnio nas „zagarniają”. Jesteś przed trzydziestką, a czujesz, jakby twoje życie nie należało do ciebie: zapracowana, nadmiernie oddana mężowi, dzieciom albo korporacji, gubisz po drodze sens tego wszystkiego i uwiera cię własna dusza. Około 35. urodzin wchodzisz w etap matkowania… własnej tożsamości. Kierowana potężną energią od środka, nabierasz dystansu do swojej fizyczności, ról, które odgrywasz. W twoim życiu krystalizuje się perspektywa ,,ja”, zadajesz sobie pytania: „kim jestem poza tymi rolami?”, „czego chcę?”, „dokąd zmierzam?”. Jeśli w naturalny sposób zaakceptujesz ten etap, perspektywa ,,ja” zacznie ustępować miejsca ,,byciu dla świata”, czyli służeniu ludziom swoją mądrością i życiowym doświadczeniem.

29-letnia Iwona została szefową zespołu w dużej agencji reklamowej. Kilka dni później zachorowała na grypę. – Nie pamiętam już, kiedy byłam tak poważnie chora – mówi. – Gorączka około 40 stopni nie spadała mi prawie przez tydzień. W malignie miałam wizję siebie jako małej dziewczynki, która zgubiła się w supermarkecie. To było przerażające doświadczenie.

Po chorobie Iwona długo nie mogła dojść do siebie. Minął miesiąc, a praca, która do tej pory tak ją cieszyła, przestała dawać dobrą energię. – Nie pomagały przepisane przez lekarza witaminy ani ziołowe preparaty na wzmocnienie. Po raz pierwszy zaczęłam zastanawiać się, czy moje życie ma sens. Najpierw prestiżowa szkoła średnia, potem elitarne studia, praca w korporacji, czasami po 12 godzin na dobę. Nie miałam czasu na poważny związek, na przyjaciół. Nie wiedziałam nawet, czy kiedykolwiek chcę mieć rodzinę, dzieci. Przyjaciółka namówiła ją na wzięcie bezpłatnego urlopu i samotny wyjazd w góry. Iwona wiedziała, że potrzebuje czasu, by zrobić bilans swojego życia i zastanowić się, co dalej.

Zatrzymaj się w biegu

Jolanta Włoch, psycholożka, terapeutka: Choroba pojawia się często na pewnym etapie rozwoju kobiety jako eskalacja wewnętrznego kryzysu. Jakby ciało było ostatnim głosem zmuszającym do zatrzymania się w biegu, wsłuchania w wewnętrzne potrzeby.

Współczesny świat zerwał z naturalnym przechodzeniem ludzkiego życia przez jego kolejne fazy: od długiego dzieciństwa, przez dojrzewanie połączone z oczekiwaniem na przywileje dorosłości, poprzez dojrzałość, aż do starości przygotowującej do śmierci. Teraz od dzieci szybko oczekuje się samodzielności, realizacji zadań, a równocześnie, dużo wcześniej niż kiedyś, dopuszcza się je do obszarów dawniej zarezerwowanych dla dorosłych (moda, zarabianie i posiadanie pieniędzy, kontakt z „dorosłymi” tematami w telewizji, internecie). Wcześniej też zaczyna się faza młodości, w której niemal wszystko już wolno (dochodzi do inicjacji seksualnej i alkoholowej). Zaczyna i zdaje się nie mieć końca, jakby broniła się przed przejściem w dojrzałość. Na randki bez zobowiązań, shopping i imprezki z zarywaniem nocy chodzą zarówno gimnazjaliści, jak i 40-latkowie.

Teresa Raczkowska, psycholożka, psychoterapeutka: Rozwój to scalanie wszystkich aspektów naszej osobowości. Żeby być w dobrej relacji ze światem, nie trzeba wyrzekać się samej siebie. Najczęstsze przeszkody stojące na drodze rozwoju wynikają z: braku akceptacji kobiecości przez matkę, oczekiwania szybkich rezultatów, przekonania o braku wpływu czy znaczenia naszych działań z powodu doznanych porażek oraz niezrozumienia, a przez to niechęci do samych siebie i ucieczki od tego, co w nas prawdziwe.

A tymczasem na każdym etapie życia, bez względu na wiek, warto raz na jakiś czas się zatrzymać, odsunąć wszystko, co zagłusza, i odkryć swoje miejsce błogości – czyli z czym lub kim i kiedy jest ci naprawdę dobrze, szczęśliwie, autentycznie.

38-letnia Agnieszka przyszła do gabinetu z powodu alkoholizmu męża, ale szybko okazało się, że nie to jest jej największym problemem. – Przez 15 lat małżeństwa byłam praczką, kucharką, pielęgniarką, terapeutką, ale mam tego dość – powiedziała. – Chcę wreszcie zacząć żyć swoim życiem, dbać o siebie, realizować marzenia, wyleczyć zęby, kupić sobie modny ciuch. Coraz mniej mnie obchodzi, czy on przestanie pić. Czy jestem wstrętną egoistką?

Kobieta w kryzysie

Ewa Klepacka-Gryz, psycholożka, terapeutka: Doskonale rozumiem obawy Agnieszki. Dla wielu z nas, od dzieciństwa wtłaczanych w rolę altruistek (uległych, podporządkowanych, zależnych), wewnętrzna potrzeba zadbania o siebie to proces, który trudno zaakceptować. Każdego tygodnia przychodzą do mnie kobiety około czterdziestki, które z przerażeniem odkrywają, że coś się w nich zmieniło, że przestały być takie jak dawniej, że stary scenariusz na życie przestał się sprawdzać, a nowego jeszcze nie mają...

Męskie kryzysy zwykle przychodzą ze świata: strata pracy, bankructwo firmy, konflikty w małżeństwie. W takich chwilach mężczyzna rzuca się w wir działania, analizuje sytuację, opracowuje strategię, zawsze ma plan B. Nasze kobiece kryzysy czają się w duszach, wywodzą się z wnętrza i w końcu, jeśli je bagatelizujemy, materializują się w zewnętrznym świecie. Mężczyźni po czterdziestce, po czasie pogoni za młodością (szalonym romansie z młodą sekretarką, kupnie sportowego samochodu) w końcu godzą się z upływającym czasem, zaczynają czerpać satysfakcję z tego, co udało im się osiągnąć, a od życia oczekują stabilizacji i spokoju. Kobiety mają odwrotnie. Budzą się nagle jak księżniczki ze stuletniego snu, mniej lub bardziej zbuntowane.

Maria jest znaną aktorką. Wkrótce skończy 55 lat. Wygląda na osobę znacznie młodszą. – Wie pani, w tym zawodzie wygląd to podstawa – tłumaczy. – Mówią, że masz tyle lat, na ile się czujesz. A ja niczego nie czuję, jestem w środku pusta. Kiedy gram na scenie, podziw fanów odejmuje mi lat. Gdy wieczorem wracam do wielkiego, pustego mieszkania, dopadają mnie demony realnego życia. Mąż, starszy o 20 lat. Jedyne, czego pragnie od życia, to spokojnie doczekać śmierci. Córka, niby dorosła kobieta, nie zasypia bez kilku drinków i ciągle jest na moim utrzymaniu. Na drugim końcu Polski mam kochanka, młodszego od mojej córki, który oczekuje ode mnie seksu, a ja nie wiem, czy tego chcę.

Kilka miesięcy temu odezwał się do mnie dawny narzeczony. Trzydzieści lat temu planowaliśmy wspólne życie. Tydzień przed ślubem zniknął. Dlaczego pojawił się właśnie teraz?

W pogoni za młodością

Ewa Klepacka-Gryz: Maria kompletnie pogubiła się w życiu. Nie wie, kim jest, czego potrzebuje, dokąd zmierza. Nieustanna walka z upływającym czasem przysłania jej prawdziwe pragnienia. Pod maską scenicznego makijażu ukryła prawdziwą twarz. Dramat tej sytuacji polega na tym, że ukrywa ją także przed sobą. Dopóki nie będzie gotowa skonfrontować się ze swoimi demonami, zatrzymać się w gonitwie za umykającą młodością, pomieścić w sobie swój ból, rozczarowania i cierpienie, żaden terapeuta jej nie pomoże.

Jolanta Włoch: Zgodnie z fazami życia kobiety, według Joan Borysenko, autorki książki ,,Księga życia kobiety”, rozwój nigdy się nie kończy i każda faza życia ma swój sens i urok. Nie warto trzymać się kurczowo i w nieskończoność młodości, bo kiedy będzie czas na smaki dojrzałości i starości? Gdy dziś patrzę na swoją twarz, na której jest milion zmarszczek, cieszę się z każdej z nich i nie zamieniłabym dojrzałej fazy życia na żadną wcześniejszą. Każda z moich zmarszczek na twarzy i duszy przyczynia się do bycia szczęśliwą kobietą. Mojej rocznej wnuczce życzę właśnie takiego harmonijnego, niespiesznego przechodzenia przez wszystkie fazy kobiecego rozwoju.

Recepta na zmiany

Kiedy pewnego dnia dysonans pomiędzy wyglądem, samopoczuciem i powinnościami obudzi cię o czwartej nad ranem – ogarnie cię paniczny lęk. Coś ci podpowie, że zabrnęłaś w ślepą uliczkę i dalej tak być nie może. Wewnętrzny głos szepcze: „stój, zatrzymaj się, posłuchaj, co ci w duszy gra”. Role, jakie narzuciło ci życie: bycie matką, perfekcyjnym pracownikiem, gospodarną żoną – sprawiają, że nie wiesz, kim naprawdę jesteś. Na dodatek dobija się do ciebie twoja przeszłość; pojawia się dawny narzeczony, wracają niezrealizowane marzenia, wątpliwości, czy twoje małżeństwo albo praca, ta sama od lat, to na pewno to, o co ci w życiu chodzi. Nagle ożywa w tobie bunt nastolatki; chcesz tańczyć, myślisz o zmianie zawodu, partnera, miejsca zamieszkania. Właśnie owa potrzeba zmian najbardziej cię przeraża. Co się dzieje? Tkwisz w teraźniejszości i pragniesz zmian, jednocześnie bardzo się ich bojąc.

– Tymczasem rozpoznanie, kim jesteś, i akceptacja własnych potrzeb są warunkiem rozwoju – mówi Jolanta Włoch. – Odpowiedz sobie choćby na proste pytania, np. „Czy jesteś introwertyczką czy ekstrawertyczką?”. Czyli: czy lepiej czujesz się sama ze sobą lub w kameralnym gronie, czy wśród bardzo hałaśliwego tłumu? Czy potrzebujesz wciąż nowych bodźców, bo inaczej się nudzisz, czy też możesz spędzać kolejne wakacje w tym samym odludnym miejscu, z książką? Jeśli jesteś – jak ja – introwertyczką z małą potrzebą stymulacji, nie powinnaś żyć w stylu ciągle głodnej wrażeń ekstrawertyczki, bo się unieszczęśliwisz.

Jeśli rozpoznasz, który etap, bez względu na metrykę, właśnie przechodzisz, znajdziesz się bliżej siebie. Twoi przyjaciele jadą całą bandą w Himalaje? Jeśli jesteś „z innej bajki”, miej odwagę z tego zrezygnować.

Dla świata czy dla siebie?

Mężczyzna określa swoją wartość poprzez sprawczość, działanie w świecie zewnętrznym, natomiast kobieta – poprzez relacje.

Kiedy jesteś małą dziewczynką, to matka (przekonaniami czy zachowaniami) pokazuje ci, jak to jest być kobietą. Przez pierwszych 20 lat życia szukasz autonomii, a podstawowe pytanie, jakie sobie zadajesz, to: „Czy chcę być miła, grzeczna i uległa (tak jak chciała matka) czy raczej autentyczna?”. Przez kolejnych 10 lat szukasz partnera na życie, który nauczy cię, jaką masz być kobietą dla niego (bo matka właśnie tego nauczyła cię oczekiwać od mężczyzny). Dodatkowo próbujesz odnaleźć swoją tożsamość zawodową – dobry pracownik, czyli jaki? Spełniający bez sprzeciwu polecenia szefa czy kreatywny, twórczy, niezależny? W imię dbania o relacje twój wewnętrzny system wartości często zostaje wystawiony na bolesne próby, no bo czy masz być wierna sobie czy innym? Dopóki nie znajdziesz kompromisu w tej sprawie, wewnętrzny głód domagać się będzie zaspokojenia, a lęk przed nieznanym zakłóci twój spokój. Zaczniesz sama siebie sabotować, pojawią się wątpliwości: ,,Czy ja nie zwariowałam?” i rozdźwięk pomiędzy tym, kim jesteś, a kim chciałabyś być.

Rozwój kobiety nie jest wyznaczany metryką urodzenia, wyglądem, stanem posiadania, stażem w związku czy ilością ról do spełnienia. Czasy, kiedy dokładnie było określone, co wypada 20-latce, a czego nie powinna robić 40-latka, na szczęście powoli odchodzą do lamusa. Na każdym etapie życia i rozwoju poznajemy, odkrywamy inny kawałek siebie. Jak pisze Joan Borysenko w „Księdze życia kobiety”, rozwój zmierza do ostatecznego końca, czyli do odkrycia własnej tożsamości.

Od nigredo do coniunctio

Rozwój kobiety to – według Moniki Gajdzińskiej, autorki książki ,,Jestem kobietą. Prawdziwe historie. O związkach, nadziejach, marzeniach, odwadze i przyjaźni” – alchemiczny proces przemiany. Na początku drogi jesteś prima materią – pierwotną materią, która wymaga obróbki, uszlachetnienia. Nie wiesz jeszcze, jaka jest twoja osobista droga, rola w większym planie.

Kiedy jesteś na to gotowa – pojawia się ZMIANA. Wydarza się coś, co wywraca życie do góry nogami (choroba, śmierć kogoś bliskiego, bolesny rozwód, utrata pracy). To (zgodnie z alchemicznym nazewnictwem) faza podgrzewania materii, czernienia – faza nigredo. Nie masz pojęcia, co ze sobą zrobić. Płaczesz, dopada cię depresja, czujesz, że jesteś w sytuacji bez wyjścia. Wtedy najlepiej nie robić nic, cierpliwie poczekać.

To kryzys – moment, kiedy stare przestaje działać, a nowe jeszcze się nie pojawiło. Ważne, byś powstrzymała się od działania na oślep, nie wybierała pierwszego lepszego rozwiązania. Jeśli wsłuchasz się w siebie, pozwolisz sobie na przeżycie wszystkich emocji, nawet tych najtrudniejszych, pojawi się kolejna faza – faza albedo (wybielenie, srebrzenie).

Z pustki zacznie wyłaniać się nowy porządek. Jeśli całą sobą poczujesz, że nadeszła odpowiednia pora, że jakaś propozycja czy nawet najbardziej zaskakujący pomysł jest tym, czego potrzebujesz, by odbić się od dna – działaj. Wkroczysz wtedy w fazę rubedo – czerwienienia.

Zaczniesz wprowadzać w życie wielką zmianę. Podejmiesz nową pracę, otworzysz się na nową miłość, zaczniesz malować, wyjdziesz do ludzi. Jeśli wytrwasz na tej drodze pomimo chwil zwątpienia, może uda ci się osiągnąć ostatnią fazę alchemicznego procesu – fazę coniunctio, czyli najczystszego złota.

Umów się na darcie pierza

Kiedy świat przestaje cię rozumieć, ba, ty sama siebie nie rozumiesz, szukaj… innych kobiet!

„Kobiety zawsze spotykały się i dzieliły doświadczeniem” – pisze Monika Gajdzińska – „Ta potrzeba jest częścią naszej natury. W wielu z nas do dzisiaj pozostała tęsknota za bliskością płynącą z godzin spędzanych wspólnie przy darciu pierza, opiece nad dziećmi, codziennych obowiązkach i pracy”.

  1. Psychologia

Przestańmy walczyć z przemijaniem! - apeluje Wojciech Eichelberger

Już niedługo będziemy wiecznie młodzi, piękni i szczupli. Dzięki tabletkom nie osiwiejemy. Manipulacja genami zlikwiduje nam zmarszczki. A żywność nowej generacji sama nas odchudzi. Raj. Czy jest więc powód, by stawać w obronie starości? – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Wyobraźmy sobie lustro. A w nim przeglądają się razem wnuczka i babcia. Obie wyglądają tak samo dzięki manipulacji genami odpowiedzialnymi za starzenie się, chirurgii plastycznej i neofarmakologii. Ciekawe, jak to wpływa na ich relacje? Wiecznie młoda babcia i jej naturalnie młoda wnuczka – obie na tym tracą. Babcia traci możliwość bycia starą, mądrą, bogatą w życiowe doświadczenie kobietą. Doświadczającą przemijającego życia jako źródła miłości, radości i zachwytu. Wnuczka traci szansę na relację ze świadomą popełnionych przez siebie błędów i tego, co jest w życiu najważniejsze, matką swojej matki. Rzecz nie w powierzchowności, lecz w tym, że „wyliftowana” babcia poświęca większość czasu zabieganiu o wygląd i atrakcyjność, zamiast odkrywać swoją przyrodzoną mądrość.

A więc babcia na tym traci? Paradoksalnie, walcząc o wieczną młodość, tracimy życie. Umysł zajęty obsesyjną, beznadziejną walką z przemijaniem nie zazna ani zachwytu, ani radości, ani miłości, a tym bardziej spokoju. W dodatku rozdygotana, rozkapryszona i rozgoryczona nieuchronną porażką w walce z siłami natury babcia dzidzia jest często ciężarem dla otoczenia.

Wnuczka może być dla niej rywalką? Oczywiście. Tak jak w bajce o złej macosze, dla której odpowiedź lusterka na pytanie, kto jest najpiękniejszy na świecie, była najważniejszą sprawą w jej życiu. Więc gdy w końcu dowiaduje się, że najpiękniejsza na świecie jest jednak jej dorastająca pasierbica, postanawia ją zabić. Baśnie i mity wskazują na to, że wojna starości z młodością ma długą historię. Ostatnio się nasiliła na skutek agresywnego marketingu usług upiększająco - odmładzających. I tylko babcia prawdziwie pogodzona z życiem może swoim przykładem pokazać wnuczce, o co w tym wszystkim chodzi. Nie może tego zrobić babcia, która wygląda oraz myśli jak wnuczka. Taka budzi w dziewczynie politowanie.

Starość ma być wartością? Dziś widzi się w niej tylko obciążenie, np. młodzi muszą pracować na emerytury starych. Może dlatego chcemy za wszelką cenę ukryć upływ czasu, by nie poczuć się tym ciężarem? Starość ma głęboki sens i bardzo ważną rolę do odegrania. Wytyka wcześniej popełnione błędy, każe płacić niezapłacone rachunki, uczy pokory wobec życia, porządkuje system wartości, skłania do głębszej refleksji i poszukiwania prawdziwej tożsamości. Dlatego to tak ważne, by starzy przekazywali młodym swoją życiową mądrość. Pytanie tylko: skąd ją mają brać, skoro chcą żyć jak młodzi, myśleć jak młodzi, kupować to samo i tak wiele jak młodzi? Nie ma nic złego w uczeniu się od młodych tego, co przydatne. Ale nie należy dewaluować życiowej wiedzy i doświadczenia. Jeśli starzy nie zaczną cenić lekcji przemijania, to zagrozi nam wszystkim pandemia niedojrzałości, nieodpowiedzialności i niepohamowanej chciwości. Trzeba jednak przyznać, że docenienie własnej starości to dziś zadanie trudne. Starość jest bowiem kontrkulturowa i dlatego dewaluowana, spychana na społeczny i ekonomiczny margines. W państwowych rachubach znajduje się w rubryce czynników spowalniających rozwój gospodarczy. Starzy są bowiem marnymi konsumentami. Przy obecnych emeryturach nie da się na nich zarobić. W dodatku potrzebują mniej, a nie więcej, podążają raczej w stronę świątyni niż hipermarketu, wolą się wyzbywać, niż nabywać, nie dążą do odległych ambitnych celów – raczej zwalniają, odkrywając na nowo wartość tego, co bliskie, małe, znane i zwyczajne.

Może jednak podążanie ku świątyni da się pogodzić z korzystaniem z tego, co oferuje najnowsza antystarzeniowa technologia? Na przykład dzięki kosmetykom trójwymiarowym będzie można zmieniać kształt nosa czy ust… Może wracamy do raju? A co tam – idźmy na całość! Po co w ogóle żyć w tym kruchym, zużywającym się ciele? Film science fiction „Surogaci” przedstawia wizję rozwiązania naszych cielesnych problemów. Każdy może kupić sobie zdalnie sterowanego mózgiem, idealnie prezentującego się i supersprawnego surogata. Wyobraźmy sobie – sami leżymy wygodnie na skomputeryzowanym fotelu, który przekazuje surogatowi nasze mózgowe impulsy i zwrotnie transmituje nam do mózgu to, co odbierają jego elektroniczne zmysły. A surogat żyje za nas: pracuje, uczy się, gotuje, wychowuje dzieci, flirtuje i kocha się z innymi surogatami. Kiedy dzieje się coś, co użytkownikowi nie odpowiada, to w każdej chwili można go wyłączyć. Nie choruje. Nie starzeje się. Jest niezniszczalny i nieśmiertelny.

W przeciwieństwie do nas. Nam za drzwiami domu zagrażają choroby, terroryści, pijani kierowcy, trąby powietrzne, a nawet kiełki z bakteriami zabójcami... Może więc dobrze mieć surogata? Propaganda zagrożenia jest tak silna, że znaczna część z nas już dziś z ulgą zdecydowałaby się na zakup surogata, a jeszcze chętniej zainwestowała w surogaty dla dzieci. Ale film ma morał, który mówi, że lekarstwo bywa gorsze od choroby. Użytkownik surogata, chcąc chronić i przedłużyć swoje życie, w rezultacie je marnuje. Leżąc całymi dniami na fotelu sterowniczym, śni swoje życie, zamiast je autentycznie przeżywać. A czyż nie po to się rodzimy, aby doświadczać? By – czerpiąc lekcje z naszych radości i cierpień, wzlotów i upadków – szukać szczęścia i satysfakcji, a nade wszystko uwolnić się od lęku przed stratą, rozstaniem, przemijaniem i śmiercią? Jeśli tak, to unikajmy pokusy posiadania surogata. Bo gdy on będzie żyć za nas, gdy zaczniemy unikać ryzyka, bólu, przemijania, uczynimy nasze życie podróbką. „Lekarstwo” nieuchronnie przyniesie więcej cierpienia niż życie, od którego za jego pomocą próbujemy uciec.

Czyli zamiast na lifting lepiej postawić na duchowość? Dojrzewanie i prawdziwy wewnętrzny rozwój sprowadzają się do tego, abyśmy urealniali nasze istnienie, doświadczali go takim, jakie jest. Kluczowe jest tu zrozumienie i zaakceptowanie tego, że wszystkie istnienia, w tym także nasze ciało, są nietrwałe i przemijają. Dopiero przyjęcie do serca tej trudnej prawdy skłoni nas do zadawania sobie pytań o naszą prawdziwą tożsamość. Jeśli będziemy szukać odpowiedzi, to prędzej czy później zrozumiemy, że nasze ciało było i jest tylko doskonałym surogatem/awatarem. Nie ma więc sensu obsesyjnie chronić go przed życiem i zużyciem za pomocą elektronicznych wynalazków i przedłużek.

Tym bardziej że zatrzymanie urody i młodości wymaga pieniędzy, czasu, starań. Ale też napędza gospodarkę. Duchowość jest kontrkulturowa i dlatego, podobnie jak starość, się ją dewaluuje. Odkrywanie duchowej tożsamości uwalnia ludzi od lęku, a więc od potrzeby nabywania produktów mających zapewnić bezpieczeństwo, wieczne zdrowie i młodość. Duchowość nie służy konsumpcji. Powszechny wgląd w to, co naprawdę ważne, spowodowałby więc niewyobrażalny kryzys ekonomiczny. Ale przecież nie bez powodu prorocy, święci i oświeceni wszystkich wyznań i tradycji ostrzegają, że życia, które ma sens, nie da się kupić.

Ale wiele kobiet, ja chyba trochę też, wierzy w to, że będą szczęśliwe, jeśli pozbędą się zmarszczek i cellulitu. Będziesz szczęśliwa, gdy przyjmiesz zmarszczki, a nawet cellulit za rzecz naturalną. I nie będą cię one w żaden sposób upokarzać, boleć ani dziwić. Spędzając zbyt wiele czasu w gabinecie kosmetycznym, trudno odnaleźć w życiu poczucie sensu. Jeśli będziemy dbać wyłącznie o utrzymywanie ciała w doskonałej formie, skażemy się na przegraną. To nie znaczy, że nie powinniśmy tego robić. Ale dbać, to nie kontrolować, poprawiać, traktować jak przedmiot. Ciało wie, co mu jest potrzebne. Wystarczy się w nie wsłuchać.

Ciało staje się produktem, gdy musi służyć temu, by nienasycone, zagrożone ego lepiej się czuło. Gdy musi sprostać wzorcom popkultury. Ego nieustannie wymaga promocji i potwierdzenia, więc ulepsza ciało tak, jakby było witryną sklepową. Witryna może być piękna, ale jak wejdziesz do takiego sklepu, to okaże się, że jest tam pusto, zimno i ciemno. Więc nie w tym rzecz. Ważnym drogowskazem duchowego rozwoju i dojrzewania jest przekraczanie zarówno ciała, jak i ego. Ani jedno, ani drugie nie stanowi naszej prawdziwej tożsamości. Gdy ciało wyzwolone od ocen i nadmiaru kontroli uwolni cały swój potencjał, starość stanie się tak samo cudowna jak młodość albo i bardziej.

Ale to trudne, bo nasz duch wciąż jest zwodzony obietnicami składanymi ciału. Np. taką, że będziemy szczupli, choć będziemy jeść do woli, bo pojawi się żywność, po której nie będziemy tyć. I taka, której sam zapach sprawi, że poczujemy się syci. Czy to cud w czasach epidemii rozmiaru XXL? Raczej nie. Kultura konsumpcyjna zmierza do tego, byśmy przestali decydować o sobie i stali się całkowicie zewnątrz-sterowni. Obiecuje się nam, że wszystkim zajmie się inżynieria spożywcza, inżynieria genetyczna, koncerny farmaceutyczne i kosmetolodzy. Nie widzimy więc powodu, by ćwiczyć cnoty charakteru, uczyć się panować choćby nad łakomstwem, a co dopiero nad umysłem i emocjami. Tak się nam wszystko ułatwia, byśmy nie chcieli już korzystać z tego, co nazywamy wolną wolą, byśmy nie rozwijali zdolności do samodzielnego, krytycznego myślenia. Moim zdaniem warto jednak zadbać nie o zapas odchudzającego jedzenia, ale o to, by nasze dzieci miały okazję ćwiczyć swój charakter, wolę i umysł. Wpływać na ich postawy i przekonania własnym przykładem.

Do walki z technologią staje też ewolucja. Są badania, które mówią, że kobiety będą niskie, krępe i do tego neurotyczne. Bo takie mają najwięcej dzieci i są faworyzowane przez mężczyzn, gdyż nie robią kariery i siedzą w domu. Nie można wykluczyć, że ten typ kobiet osiągnie tzw. przewagę ewolucyjną. Wiadomo, że aby kobieta była płodna, nie może żyć w bezustannym napięciu, bo wtedy jej organizm wydziela za dużo testosteronu, a to nie sprzyja zajściu w ciążę i jej utrzymaniu. Nie może też być zbyt chuda, bo tkanka tłuszczowa jest magazynem estrogenu związanego z płodnością. Na razie jest coraz więcej kobiet, o których Maria Awaria śpiewała: „są kobiety jak rakiety”. Wygląda na to, że ten typ korporacyjnej wojowniczki ma mniejsze szanse na płodność. W tych badaniach jest jednak wyraźny ślad męskiego szowinizmu – założenie, że kobieta, żeby być płodna, musi być gruba, niezbyt mądra i mieć problemy emocjonalne. Nie sądzę, żeby na tym polegała przyszłość tej połowy ludzkości.

Zobaczymy, kto silniejszy: ewolucja czy technologia. Z ewolucyjnego punktu widzenia wskaźnik dzietności można interpretować jako wskaźnik tego, czy cywilizacja podąża w dobrym kierunku. Jeśli on spada, to znaczy: nie tędy droga. Natura nie wspiera tego kierunku rozwoju. Skoro w krajach cywilizacyjnie zaawansowanych poziom dzietności spada, to być może warto potraktować to jako sygnał ostrzegawczy, że wbrew dobrym intencjom zeszliśmy na manowce.

Wojciech Eichelberger psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.