Jak być razem mimo różnic?

fot. iStock

Dlaczego odmienność partnera na początku nas pociąga, a z biegiem lat odpycha? Zamiast wzbogacać, konfliktuje? Zamiast urozmaicać życie, staje się źródłem problemów? Jak pięknie się różnić, a raczej – jak się do siebie zbliżać, mimo że tyle nas dzieli? A może kluczem do szczęścia jest związanie się z kimś, kto pochodzi z tej samej bajki? Poszukajmy odpowiedzi.

Olga (lekarka) i Borys (grafik) mają dziesięcioletni staż małżeński i poważny problem: czy coś poza dziećmi i kredytem jeszcze ich łączy. Ona – krucha, nadwrażliwa introwertyczka ze skłonnością do depresji, domatorka. On – typ twardziela, wysportowany, towarzyski. Olga pochodzi z wielodzietnej rodziny katolickiej, Borys jest jedynakiem z rozbitego domu. Poznali się na kursie tańca, gdzie ona przełamywała nieśmiałość, a on dawał upust rozpierającej go energii i szukał nowych znajomości. Od razu wpadła mu w oko: ładna, zgrabna, delikatna. – Wydawała mi się wtedy dziewczyną z kosmosu, nawet nie wiem, kiedy się zakochałem – przyznaje dziś. Ona mówi po namyśle: – Pokazał mi świat, którego nie znałam i który wydał mi się fascynujący.

Teraz dziwią się: jak mogliśmy nie widzieć, że jesteśmy tak inni? Olga żali się: – Mąż nawet nie stara się mnie zrozumieć, nie pomaga mi w domu, tylko imprezuje. Borys nie pozostaje dłużny: – Mam dosyć życia pod jej presją, wymagań, rozliczania, utyskiwania.

Coraz mniej w ich domu radości, życzliwości, seksu, coraz więcej wrogości.

Kiedyś mieli podobne poglądy polityczne, religia też ich nie dzieliła, bo oboje nie praktykowali. Teraz ona chodzi ostentacyjnie do kościoła, on na manifestacje KOD-u. Gdyby ktoś zapytał ich, czy jest jakiś powód, dla którego chcą jeszcze być razem, ona odpowiedziałaby: „dzieci”, on dodałby: „i tańce”. Bo jeszcze – siłą rozpędu – chodzą co tydzień potańczyć.

Nie łudź się, że go zmienisz

Jest takie powiedzenie: między mężczyzną a kobietą istnieje za duża różnica płci. Opisał ją szczegółowo John Gray w serii książek o Marsjanach i Wenusjankach. Według niego dzieli nas przepaść. Z kolei Henry Dicks, w latach 60. prekursor psychodynamicznej terapii par, zauważył, że różnice między partnerami (podobieństwa również) istnieją na trzech poziomach. Pierwszy, zwany publicznym, dotyczy rasy, religii, narodowości, wykształcenia, zamożności, czyli aspektów, które kiedyś brały pod uwagę klany rodzinne czy swatka. – Kandydat na współmałżonka miał być z tego samego kręgu kulturowego i społecznego – mówi Zofia Milska-Wrzosińska z Laboratorium Psychoedukacji. – Jeśli nie był swój, nie było szansy na związek. Tak jak w świetnym filmie „Papusza” Joanny i Krzysztofa Krauzów. Romską poetkę i Jerzego Ficowskiego łączy wrażliwość, stosunek do świata, ale dzieli przepaść kulturowa, przez którą nie tylko nie mogą się związać, ale nawet zrozumieć w najistotniejszych dla każdego z nich sprawach.

Psychoterapeutka zauważa, że współcześnie rola tego czynnika znacznie się zmniejszyła.

Kiedyś małżeństwa typu Kopciuszek, czyli śliczna dziewczyna o złotym sercu, ale z nizin społecznych, i książę – mężczyzna o wysokiej pozycji, który ją z tych nizin wyciągał – były dość rzadkie. Teraz jest ich więcej, a ponadto pojawiają się pary typu świniarczyk i królewna, to znaczy mężczyzna o niskim statusie materialnym i społecznym oraz wykształcona, majętna kobieta, często od niego starsza. On zjawia się w jej domu jako fachowiec, naprawia zmywarkę albo montuje szafę, ona wzywa go ponownie, dostrzega w nim mężczyznę i tak rodzi się między nimi relacja, czasem typu pan Sułek i pani Eliza z kultowego słuchowiska radiowej Trójki „Kocham pana, panie Sułku” Jacka Janczarskiego. Zdarza się, że królewna ma wobec świniarczyka aspiracje, chce go za pomocą ciągłego strofowania przesunąć w górę hierarchii społecznej, on niezbyt to dobrze znosi i związek się rozpada.

Czasem różnice kulturowe są tylko pretekstem do walki. Para 30-latków, Francuz i Polka, w czasie konsultacji terapeutycznej przywołali najbardziej ich zdaniem typowy dla nich spór: on nie mógł znieść tego, w jaki sposób ona przyrządzała sałatę. A konkretnie – że mieszała ją z sosem pół godziny przed podaniem, zamiast tuż przed. Ona odpowiadała, że ułatwia sobie życie, bo „sama przez cały dzień zajmuje się dzieckiem i nie ma głowy do tych ę, ą fanaberii”. – Spór o sałatę tak naprawdę był kłótnią o brak bliskości, wystarczającej obecności męża – mówi Zofia Milska-Wrzosińska.

Drugi poziom, na którym ujawniają się różnice i podobieństwa między partnerami, to poziom uwewnętrznionych wartości. Czyli to, co każdy człowiek traktuje jako najważniejsze, jeśli chodzi o widzenie świata, siebie, o normy, moralność, stosunek do dóbr kultury, ekologię itp. – Wiele osób myśli, że kiedy razem pomieszkają, urodzi się dziecko, to wartości i upodobania partnera się zmienią – mówi psychoterapeutka. – Może i się zmienią, ale raczej w tym samym kierunku. Jak przed ślubem pije trochę, to po będzie pił dużo. Jak jest zazdrosna, to stanie się zazdrosna obsesyjnie. Jak ma skłonności do emocjonalnego wycofywania, to się odgrodzi murem. Jak zdradził już przed ślubem, to po ślubie raczej nie przestanie. Dynamika par bywa różna, ale zakładanie, że partnerowi coś przejdzie, jest ryzykowne.

Wiele kobiet w obliczu odmienności niepostrzeżenie upodobnia się do partnera. Taki przykład: Ania w liceum ma chłopaka wioślarza. Na początku mu kibicuje, ale szybko sama zaczyna interesować się wioślarstwem, a nawet próbuje swoich sił w tym sporcie. Potem idzie na filologię słowiańską, tam poznaje poetę, zarzuca sport i od tej pory interesuje się sztuką, próbuje pisać. Po studiach wychodzi za mąż za biznesmena, podejmuje szkolenie z księgowości i pomaga mężowi w prowadzeniu biznesu. I jest w tym dobra, podobnie zresztą jak w każdej z poprzednich ról. Zofia Milska-Wrzosińska: – Upodabnianie się do otoczenia (w psychologii nazywane funkcjonowaniem as if, czyli „jak gdyby”, a potocznie efektem Zeliga) wprawdzie oddala takie osoby od doświadczenia tego, jakie jest ich prawdziwe „ja”, ale daje komfort przystosowania.

Przyciąga nas to, co wypieramy

Różnice z pierwszego i drugiego poziomu są do przejścia, ale przy założeniu, że ludzie spotkają się na poziomie trzecim, psychologicznym. – Nie chodzi tu jednak o spotkanie się dwóch podobieństw albo dwóch różnic – wyjaśnia psychoterapeutka. – Na przykład dwie osoby z tendencją do lękowego wycofania, mimo że są przecież pod jakimś względem podobne, nie mają szans na związek, ponieważ każda obawia się zainicjować i podtrzymywać kontakt. Podobnie dwie osoby bardzo emocjonalne, ekspresyjne mogą mieć trudność w wytrzymaniu ze sobą. Czasami z zewnątrz wydaje się, że partnerzy bardzo do siebie pasują, ale po bliższym poznaniu okazuje się, jak wiele ich dzieli. Każdy z nich osobno może bardzo dobrze funkcjonować społecznie. Ale gdy skonfliktowani siadają naprzeciwko siebie, zachowują się jak osoby zaburzone, tak jakby w parze funkcjonowali na znacznie mniej dojrzałym poziomie. W bliskich relacjach wzbudzają się rozmaite urazy z przeszłości i nagle reagujemy nie jak dorośle myśląca kobieta, ale jak mała, krytykowana przez wymagającego ojca dziewczynka.

W ogóle trudno powiedzieć, co w parze jest różnicą, a co podobieństwem. W podejściu psychodynamicznym zakłada się, że osoba, która nie akceptuje jakiejś części siebie, na przykład pragnienia bliskości czy agresywności (w psychologii nazywa się to częścią „odszczepioną”), szczególnie żywo reaguje na ludzi, którzy ją ujawniają.

Według tej teorii Olga i Borys są parą, w której ona odszczepiła część emocjonalną, impulsywną, ale to nie znaczy, że tej części w sobie nie ma. Wybrała partnera, który emocje przeżywa w nadmiarze, niejako zastępczo za nią. On odwrotnie – wybrał uporządkowaną, spokojną partnerkę, która utożsamia to, co on kiedyś przyjął za nie swoje, czyli stabilność, przewidywalność, kontrolę. Na początku byli sobą zachwyceni. Na niego działały kojąco jej spokój i równowaga. Ona cieszyła się jego żywotnością, spontanicznością. Każdego z nich przyciągnęło w tym drugim coś, z czym się w sobie pożegnali i teraz radośnie to witają w drugiej osobie.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Tyle że ten zachwyt może się stopniowo ulatniać, bo jednak niegdyś z jakichś powodów musieli te cechy w sobie odrzucić, więc prędzej czy później mogą odrzucić je i w partnerze. Bywa też tak, że wybiera się partnera, który unika tego samego co my. Przychodzą do mnie białe małżeństwa, które nigdy nie miały relacji seksualnej. Ona mówi, że nie może uprawiać seksu, a on z uśmiechem, że już od dziesięciu lat się na to godzi, bo nie będzie kobiety przymuszał. Widać tu rodzaj nieświadomej zmowy – ci ludzie najwyraźniej boją się tego samego.

Czasem uzupełnianie się polega na tym, że partnerzy toczą swoistą grę. Na przykład taką: ona przez długie lata zarabia więcej, ale nie zajmuje się rachunkami, robi to jej mąż. Ona zachowuje się jak głupiutka kobietka, która nie orientuje się w finansach, a on jak ktoś kompetentny w tej dziedzinie.

Ale to nieprawda, że ona nie potrafiłaby kontrolować rozliczeń, z kolei on niekoniecznie sobie z tym świetnie radzi. Jednak oboje mają psychologiczne powody, by odgrywać farsę na własny użytek.

Między autonomią a związkiem

Kluczowe dla par jest nie to, jak bardzo się różnią czy jak bardzo są podobni, tylko czy chcą się do siebie zbliżyć i utrzymać bliskość po latach. Bo na początku znajomości większość par nie ma z tym problemu, są zakochani, przeżywają rodzaj unii, czują się wyjątkowi jako związek, a partnera widzą jako idealne dopełnienie. Różnice pojawiają się potem. A ściślej: pojawia się spostrzeganie różnic, bo one istnieją od początku, tylko nie chce się ich widzieć. Psychologowie zgodnie podkreślają, że różnice i podobieństwa to nie są kryteria określające perspektywy związku.

– Jednym z fundamentalnych dylematów człowieka jest to, jak zachować równowagę między autonomią a byciem z drugim człowiekiem. Bo jeśli się jest skrajnie autonomicznym, to gubi się związek, a jeśli związek jest zbyt symbiotyczny, to gubi się siebie. Trzeba zachować oddzielność, bo inaczej partner zaczyna być jak własna ręka. Ręka jest niezbędna, jednak trudno się nią fascynować – mówi psychoterapeutka.

Według niej mówienie, że nie można żyć bez partnera, jest sygnałem potencjalnego zagrożenia związku. Bo jeżeli nie istnieję bez drugiego człowieka, to co mam mu do zaoferowania? Tylko pewien rodzaj bezradnej zależności, zawieszenia na nim, nic więcej. Cała sztuka polega na tym, żeby od dziecięcej zależności przejść do tego, co się nazywa dojrzałą wzajemnością.

I jak już tę dojrzałość osiągniemy, co niektórym się udaje, to, czy jesteśmy podobni, czy różni, nie ma większego znaczenia.

Związek nie jest statyczny, każdy z nas się zmienia, zmieniamy się też wobec siebie. Dlatego początkowe podobieństwa i różnice mogą być złudne i przelotne. To, że na początku oboje lubią na przykład życie towarzyskie, chodzenie do kina czy aktywność obywatelską, niczego na przyszłość nie gwarantuje.

Zofia Milska-Wrzosińska: – Nie spotkałam się ze zjawiskiem, żeby ustabilizowane, dobrze funkcjonujące pary bardzo różniły się w poglądach politycznych. Owszem, mamy teraz do czynienia ze wzmożeniem emocjonalnym w obszarze światopoglądu, ale raczej między rodzicami a dziećmi czy w rodzeństwie. Natomiast w parach te różnice na ogół są wtórne. Jeżeli stają się zarzewiem kłótni, to oznacza, że są do czegoś używane, czyli że jedna ze stron stosuje je jako broń, ale tak naprawdę nie chodzi o poglądy, tylko o wyrażenie złości na partnera, o pokazanie, że jest beznadziejny, bo nie chodzi na demonstracje albo chodzi nie na te, co trzeba.

A Olga i Borys?

– Jeżeli kiedyś się zakochali, to znaczy, że jest w nich jakiś potencjał do bycia razem. Inaczej w ogóle by na siebie nie zareagowali. Nie ma różnic niemożliwych do przejścia. Choć czasem bycie razem może być skomplikowane. Na przykład jeśli ona lubi seks późnym wieczorem, kiedy on już głęboko śpi, a on o szóstej rano, kiedy jej nie da się dobudzić bez awantury. Ale bycie w związku to uczenie się różnic między partnerami i próba radzenia sobie z tym, co nas dzieli. Ta próba może się powieść albo nie, ale jej podejmowanie jest wpisane w życie pary. Musi być jednak między ludźmi wystarczająco dużo pozytywnych emocji. Zbadano nawet ile: 4:1, czyli na pięć kontaktów cztery pozytywne, wtedy ten jeden negatywny nie działa niszcząco. Szansa na porozumienie istnieje w każdej parze, bo nieprzypadkowo coś skłoniło dwoje ludzi ku sobie. A to, co ich wzajemnie przyciągnęło, równie dobrze może stać się uciążliwą przeszkodą, jak i wielką szansą. Wszystko w ich rękach.

Spotkajmy się w łóżku

Jak na seks wpływa to, że jesteśmy pod wieloma względami podobni albo różni?
– Alina Gutek pyta seksuolożkę Izabelę Jąderek.

Trudno wyobrazić sobie porozumienie, gdy ludzie mają skrajnie odmienne wartości i potrzeby: kiedy na przykład dla niej priorytetem jest dziecko, a dla niego – kariera. Nie znaczy to jednak, że gdy już na wstępie widzimy duże różnice, należy się wycofać. Z całą pewnością trzeba otwarcie rozmawiać o swoich potrzebach. Tymczasem ludzie na początku znajomości w ogóle nie poruszają tych tematów, na przykład co to znaczy dla nich zdrada. A potem ona dziwi się, gdy partner przyłapany na oglądaniu pornografii mówi: „To dla mężczyzny normalne”. Ona natomiast uważa, że niedopuszczalne są nawet żarty na ten temat. Dzisiaj, kiedy dużo ludzi pozostaje w relacjach poliamorycznych, warto jasno powiedzieć: „Nie godzę się, żebyśmy sypiali z innymi osobami”. Albo wprost przeciwnie: „Nie jestem teraz gotowy na monogamię”. To zaoszczędza rozczarowań, ale także daje więcej jasności. Jeśli mimo różnic chcemy być razem, trzeba zrezygnować z jakiegoś kawałka swoich oczekiwań na rzecz partnera. Wielce prawdopodobne, że on zrobi to samo. Potwierdzają to badania nad relacjami – jeśli ustępuję, to druga osoba również jest w stanie dla mnie z czegoś zrezygnować.

A jeśli się uprę, że zmian nie chcę, to ona zrobi tak samo. Trudno na takim oporze budować poczucie bezpieczeństwa i zaufanie.

Inny problem dotyczy wyjścia z rutyny życia seksualnego: gdy jedna strona chce urozmaicenia, a druga nie. Najważniejsze, żeby nie wywierać na partnera presji. Warto jednak, aby ten, kto uznaje różne formy urozmaicenia w seksie za coś dziwnego, zastanowił się, z czego to wynika: z wychowania, wpojonego światopoglądu, stereotypów? I żeby nad tym popracował. Warto redukować coś, co nas ogranicza, na rzecz tego, co nas rozwija. Strona proponująca owe urozmaicenia powinna z kolei wykazać się delikatnością, zrozumieniem. Przychodzi do mnie do gabinetu para 40-latków, są razem 12 lat. Ona – ognista, świadoma swego temperamentu, domaga się: „Nie traktuj mnie nabożnie, ale jak kobietę z potrzebami”. On chce kochać się tak jak zawsze i nie wie, jak jej sprostać, nie rozumie jej potrzeb. Mówi, że to, co u nich nie działa, to seks. Ona problem widzi inaczej – najbardziej przeszkadza jej to, że mąż nie ma zainteresowań, że zajmuje się nią, a nie sobą, że nie przejmuje inicjatywy. W ogóle nie ma mowy o seksie! Dopiero po moim pytaniu przyznała, że też nie jest z tym dobrze. Potencjał do bycia razem w tej parze istnieje. Ale żeby związek się nie rozpadł, on powinien zastanowić się, co go ogranicza, czy patrzy na żonę jak na kobietę, czy tylko jak na matkę swoich dzieci. I poszukać czegoś, co może jej dać. Ona również powinna wytłumaczyć, co się w niej zmieniło, jakie teraz ma potrzeby.

Związek opiera się na intymności, zaangażowaniu, namiętności, z czego namiętność zwykle wygasa najszybciej, ale to nie znaczy, że nie można jej wzniecać. Para ma zadanie nieustannie pracować nad pożądaniem. Badania wskazują, że trzeba dbać o wolną przestrzeń, żeby można było za kimś zatęsknić, o sposób spędzania czasu, zainteresowania, o to, żeby nadal być atrakcyjnym w oczach drugiej osoby. Być nie tylko przyjacielem, który pogłaszcze, ale także kochankiem, do którego rwie się ciało.

 

 

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »