Priorytety – jak je wyznaczać i dążyć do nich konsekwentnie?

Priorytety - jak je wyznaczać i dążyć do nich konsekwentnie?
Zamiast tworzyć drobiazgowe listy rzeczy do zrobienia, lepiej skupić się jedynie na kilku wybranych celach. (Fot. iStock)

Zamiast tworzyć drobiazgowe listy rzeczy do zrobienia, lepiej skupić się jedynie na kilku wybranych celach. Jak wyznaczać priorytety i dążyć do nich konsekwentnie? Jak nie przesadzać z planowaniem? Jak skutecznie przestawić się w nowym roku na właściwy tor? – psycholog sportu Dorotę Pietrzyk-Matusik pyta Julia Wollner.

Często mam wrażenie, że tonę w drobiazgach – rachunkach, mailach, skarpetkach do prania. Na ważne rzeczy, które powinny być moimi absolutnymi priorytetami – jak rodzina, związek czy przyjaźń – pozostaje mi okropnie mało czasu. Jak to zmienić w nowym roku?
Sam fakt, że zdajesz sobie sprawę, jakie rzeczy są dla ciebie najważniejsze, to już bardzo dużo! Nie wszyscy umieją wskazać swoje priorytety, a pytanie o nie powinien zadać sobie każdy. Dopiero po ich określeniu możemy przygotować jakikolwiek plan, co często robimy właśnie na początku roku. Wiedząc, co jest dla nas istotne, będziemy w stanie podejmować świadome decyzje, wpisując do kalendarza konkretne działania. Warto pamiętać, że za każdym razem, kiedy mówimy czemuś „tak”, równocześnie mówimy „nie” czemuś lub komuś innemu. Dam ci przykład. Ja wykonuję wolny zawód i, podobnie jak mój mąż, mam nienormowany czas pracy. Telefon dzwoni ciągle. O 16, kiedy dzieci kończą szkołę, jadę do gabinetu. Mogłabym pewnie nadrobić wspólny czas w weekendy, ale one często są wtedy u dziadków, bo ja jeżdżę na zgrupowania. Jeśli w wyniku chwili zastanowienia nie uświadomię sobie, jak bardzo moje bliźniaczki są dla mnie ważne, i że tylko przez jeden rok będą miały 6 lat – nie podejmę pewnych kategorycznych decyzji. W moim przypadku należy do nich następujące postanowienie: kończyć pracę na tyle wcześnie, by zdążyć przeczytać dzieciom bajkę do snu, i mieć przynajmniej jeden dzień w tygodniu zupełnie wolny, tylko dla nich.
W praktyce oznacza to, że muszę nauczyć się odmawiać, gdy dzwoni klient z prośbą o późne spotkanie. Jeśli jednak jestem wewnętrznie przekonana, że chcę spędzić ten czas z dziećmi, i na tym się skupię, to dam radę odeprzeć pokusę pracy wieczorami. Czasem się to nie udaje – wówczas staram się ukraść trochę czasu z innej kupki: jeśli pracuję w niedzielę, to biorę wolny jeden dzień powszedni. Wcześniej jednak muszę zawrzeć odpowiednią umowę sama ze sobą.

Umowa ta może dotyczyć jednak różnych spraw, prawda? Nie dla każdego przecież najważniejsze są dzieci czy mąż; priorytetem może być też praca albo coś jeszcze innego – podróże, zabawa, zdrowie…
Oczywiście, i stąd właśnie konieczność wsłuchania się w siebie, by ten priorytet zrozumieć i nazwać. Moim sposobem na usłyszenie własnego, prawdziwego, wewnętrznego głosu jest zadanie sobie pytania, co stanie się, jeśli którąś z ważnych dla mnie rzeczy zaniedbam. Co stanie się, jeśli nie odbędę cotygodniowej randki z mężem, a co, jeśli odmówię klientowi spotkania we wtorek, a zaproponuję środę? Muszę zobaczyć nie tylko, co ma obiektywnie gorsze konsekwencje, ale także: co bardziej boli mnie samą? Co mocniej mnie uwiera? Nasze potrzeby są różne. Trzeba więc zbadać, która dziedzina życia jest w danym momencie najistotniejsza dla mnie i tylko dla mnie, bez względu na to, jakie są priorytety ludzi wokół.

Jak z priorytetami radzą sobie twoi klienci – sportowcy? W ich zawodzie, który ma tak silny wpływ na życie codzienne, musi to być szczególnie trudne.
Rzeczywiście nieustannie stają przed niełatwymi wyborami. Co bowiem robić, gdy żona rodzi, a ja akurat mam rok olimpijski i powinienem non stop trenować? Rozwiązania są bardzo różne. Jedni zabierają rodziny do ośrodka przygotowań olimpijskich, aby móc choć kilka chwil dziennie spędzić razem; inni potrzebują wyraźnego podziału dom–praca i odcięcia jednej sfery od drugiej grubą linią, bo tylko wtedy potrafią się skupić. Bez względu na wprowadzone rozwiązania, reguła jest ta sama – jeśli coś szwankuje w jednej ważnej sferze, to napięcia pojawiają się także w drugiej. Trzeba więc nieustannie szukać równowagi, a jednocześnie uczyć się łączyć różne dziedziny życia. Weźmy za przykład okres wyjątkowych stresów w pracy. Może zamiast chować złe emocje przed dziećmi, kiedy wracamy do domu zmęczeni, źli i sfrustrowani, spróbujmy po prostu szczerze z nimi o tym porozmawiać. Podkreślić, że nie złościmy się na nie; wyjaśnić, że w życiu zdarzają się niełatwe chwile, które mogą wpływać negatywnie na nasze samopoczucie.

Wspomniałaś o trudnych uczuciach, takich jak złość i frustracja, a mnie od razu przychodzi na myśl kwestia emocji pokazującej, że w moim życiu równowagi brakuje. Mówię o poczuciu winy. Mogłabym być lepszą mamą, mogłabym osiągać lepsze wyniki w pracy… Mogłabym też schudnąć kilka kilogramów i nauczyć się nowego języka. Kiedy zaczynam o tym wszystkim myśleć, po chwili mam wrażenie, że jestem do niczego.
To, że mamy poczucie winy, można pozytywnie wykorzystać – jest to przecież znak, że mamy wewnętrzną potrzebę zmiany i doskonalenia. Uświadomiwszy to sobie, trzeba jednak iść dalej, skupić się na wprowadzeniu wybranej zmiany, a nie na poczuciu winy – koncentracja tylko i wyłącznie na wyrzutach sumienia nie poprowadzi nas do rozwoju, tylko zablokuje i ograniczy, wywołując lęk i smutek. Warto więc dać sobie przyzwolenie: „OK, nie jestem doskonała, chcę być lepsza, ale wiem, że jest to proces, droga, którą muszę przejść”. Starajmy się wykorzystać pojawiający się stres jako coś, co popchnie nas do przodu, a nie sparaliżuje. Nie trzeba być idealnym, warto być wystarczająco dobrym, próbując jednocześnie być coraz lepszym.

Brzmi rozsądnie, ale wrócę do moich skarpetek, maili i rachunków do opłacenia. Nie wiem, kiedy mam starać się być lepszą mamą albo doskonalić warsztat dziennikarski, skoro już teraz na nic nie mam czasu.
Czasu mamy wszyscy tyle samo, i zwykle jest go za mało. Można go jednak rozciągnąć, a na pewno – lepiej wykorzystać, starając się o dobrą organizację. Nie chodzi tu tylko o szczegółowe rozplanowanie kalendarza – wcale nie każdemu służy długopis i rozpiska godzinowa; niektórych taki dokładny plan jeszcze bardziej blokuje. W pierwszej kolejności warto zastanowić się, które elementy codzienności rzeczywiście MUSIMY zrobić, a które CHCEMY. W gruncie rzeczy, gdy dobrze przyjrzymy się wszystkim naszym aktywnościom, zorientujemy się, że tych pierwszych, jak zapłacenie podatku czy składki 
ZUS, wcale nie jest tak wiele. Dużo więcej codziennych działań to rzeczy, które CHCEMY zrobić. Warto uświadomić sobie tę różnicę i fakt, że mamy wybór. Organizacja to więc nie tylko skrupulatnie rozpisany planner, ale także, a nawet przede wszystkim, nastawienie wewnętrzne.

Pamiętam taką sytuację sprzed kilku tygodni: jak zwykle miałam tego dnia długą listę pilnych rzeczy do zrobienia. Nagle jednak zadzwoniła do mnie mama z informacją, że tata musi iść do szpitala. Zupełnie niespodziewanie znalazłam czas, by pojechać tego dnia do rodziców.
To właśnie to: nastawienie („bardzo chcę coś zrobić, więc znajdę na to czas”) i świadomość priorytetów („rodzice są dla mnie ważniejsi, niż napisanie artykułu, o którego przełożenie mogę poprosić redakcję”). Świadomość priorytetów i nastawienie pozwalają kształtować czas.

Mówi się często, że w walce o priorytety pomaga zapisywanie: rzeczy do zrobienia, planu dnia. Mam jednak wrażenie, że ty od tego uciekasz – powiedziałaś, że zbyt szczegółowy plan działania może być paraliżujący.
Miałam na myśli rozpisywanie dnia w każdym detalu, które może nas zablokować – dla osób, które tak reagują, lepszy od tradycyjnego plannera może być coraz bardziej popularny bullet journal. Radą dla wszystkich, bez względu na preferencje, jest natomiast to, by zapisywać umowy, które zawieramy sami ze sobą. Po angielsku mówi się słusznie: „Ink it, dont think it”. 
Nasz umysł lubi pewne rzeczy przeinaczać, mamy też tendencję do targowania się ze sobą. Przykład? Stwierdzam, że do sylwestra powinnam schudnąć 
10 kg i w związku z tym zdecydowanie mniej jeść już od teraz. Gdy mija połowa czasu zaplanowanego na dietę, okazuje się, że nic nie schudłam, więc szybciutko zamieniam 10 kg na 5, stwierdzając, że i to będzie dobre. Koniec końców konstatuję, że w zeszłorocznej, luźnej sukience wyglądam przecież całkiem nieźle i nie będę się zamęczać dietami. Póki czegoś nie zapiszemy, to będziemy to przeinaczać, bo kontrolować własne myśli nie jest łatwo.

Mówimy o tym, co możemy, a czego nie możemy kontrolować, wspomnijmy też o tzw. strefie wpływu.
Rzeczywistość możemy podzielić na kilka stref: pełnej kontroli, wpływu bezpośredniego, wpływu pośredniego i strefę, na którą wpływu nie mamy w ogóle. O ile tylko moją decyzją jest, czy zjem, czy nie kolejną czekoladkę, o tyle nie mam wpływu (a przynajmniej ograniczony) na to, jak szybki jest mój metabolizm. Przy ustalaniu priorytetów i planowaniu drogi do celu trzeba pamiętać, że są rzeczy, które nie podlegają kontroli. Jeśli zdamy sobie z nich sprawę już na samym początku, oszczędzi nam to sporo stresu i rozczarowań. Skuteczne działanie możliwe jest wyłącznie w mojej strefie wpływu; to w jej ramach powinniśmy planować i koncentrować uwagę. To, na co wpływu nie mamy, należy po prostu zostawić w spokoju, odpuścić. W tym kontekście polecam książkę „Magia olewania” Sarah Knight.

A może powinniśmy w ogóle przestać planować? Guru minimalizmu Leo Babauta w swojej słynnej książce „Skup się. Prosta droga do sukcesu” namawia do pozbycia się celów, wyrzucenia list zadań, planów i koncepcji na życie. Być może własną drogę znajdziemy tylko w pełnej wolności, a wewnętrzny głos usłyszymy tylko po odcięciu się od wszelkiego szumu?
Myślę, że Babauta trochę przesadza. Być może odbieram to tak dlatego, że pracując w środowisku sportowym, nie mogę wyobrazić sobie, by moi klienci nie mieli jasno określonych celów i rozpisanej drogi do ich osiągnięcia. Natomiast warto zaznaczyć, że nasze priorytety mogą się zmieniać, ewoluować. Można też coś zupełnie przewartościować.

Jesteś zwolenniczką radykalnych zmian czy metody małych kroczków?
Zdecydowanie tej drugiej opcji, choć oczywiście są sytuacje, kiedy pewne przekonania czy przyzwyczajenia trzeba zburzyć u podstaw. Klasycznym i dość skrajnym przykładem jest tu alkoholizm, kiedy kategorycznie, jednym ruchem, trzeba „wyłączyć” zależność: jestem smutny – muszę się napić. W większości innych przypadków od rewolucji lepsze są drobne posunięcia. Powód jest prosty: zbyt gwałtowna zmiana może sprawić, że poczujemy się przytłoczeni. Wrażenie, że coś nas przerasta, jest demotywujące.

Czytałam gdzieś, że wprowadzając zmiany do swojego życia, warto przeprowadzić tydzień testowy; zobaczyć, czy dany priorytet rzeczywiście nim jest, jak się z tą zmianą czuję, czy nie myliłam się, uznając, że to w tej chwili rzecz dla mnie najważniejsza.
To też jest metoda małych kroczków, a także kwestia umowy, o której wspominałam wcześniej. Jeśli obiecamy sobie, że coś, co jest dla nas trudne, będziemy robić przez tydzień, a jeszcze lepiej przez 2–3 tygodnie (bo wtedy już zaczyna kształtować się nawyk), jest mniejsza szansa, że pomysł porzucimy, niż wówczas, gdy umowa zostaje podpisana od razu na trzy lata. W tym drugim wypadku pierwsze potknięcia na początku mogą nas zdemotywować na tyle, że zapragniemy zerwać układ bezpowrotnie. Metoda małych kroków pomaga także radzić sobie z poczuciem straty, które towarzyszy każdej zmianie.
Dajmy na to, chcę schudnąć i podejmuję decyzję o odstawieniu czekolady. Jeśli bardzo ją lubię, z całą pewnością będę odczuwać pewien rodzaj rozpaczy za nią. Nastawienie, że muszę ją ograniczyć, a nie wyeliminować zupełnie, uspokaja; dodatkowo, jeśli najpierw będę przyglądać się tej eliminacji tylko przez tydzień, cała kwestia będzie dla mnie mniej przerażająca. Kto wie, może zamiast eliminować czekoladę, wystarczy ograniczyć ją o połowę, a do tego dołożyć regularne bieganie?

Powiedzmy, że mam już jakiś zarys tego, co bym chciała w nowym roku zrobić, wiem, co jest dla mnie ważne. Teraz drugi etap – jak w tym wytrwać do następnego grudnia? Psychologowie twierdzą, że jedynie 8 proc. osób, które podjęły jakieś postanowienia wraz z początkiem roku, po upływie sześciu miesięcy wciąż będzie się ich trzymać. Jak się znaleźć w tej grupie?
Moim ulubionym narzędziem jest stosowanie wyobrażeń, czyli wizualizacji. Swoich zawodników proszę, by wyobrazili sobie zakończenie swojej kariery. Muszą zwizualizować przyjęcie na swoją cześć, podczas którego mówi się o ich życiowych osiągnięciach, o całokształcie dokonań. Co chcieliby usłyszeć?
Co daje nam to ćwiczenie? Otóż pozwala postawić się w sytuacji osiągnięcia celu. Jak będę się z tym czuł? Co mi to da? Czy będę chciał czegoś więcej? No i co dalej? Możemy wyobrazić sobie poczucie satysfakcji, ale także, już bez zapędzania się w myślenie o coraz lepszych wynikach, wrócić do pytania o priorytety. Dlaczego w ogóle zacząłem to robić? Czy sport uprawiam po to, by zostać mistrzem świata, czy to rezultat jest dla mnie najważniejszy, czy też może po prostu sama czynność sprawia mi przyjemność? Pływaków pytam, dlaczego poszli po raz pierwszy na basen; tenisistów, dlaczego zdecydowali się złapać za czyjąś rakietę. Pozwala to uświadomić sobie, że bardzo często najważniejsza jest droga, a nie cel. I takiego podejścia życzę nam wszystkim na nowy rok.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
?>