fbpx

Razem, ale bez ślubu

Razem, ale bez ślubu
- Taki związek daje mi wszystko, czego potrzebuję od relacji z mężczyzną: poczucie wolności i przynależności - mówi jedna z bohaterek artykułu. (Fot. iStock)

Coraz więcej młodych ludzi decyduje się na nieformalne związki. Razem mieszkają, podróżują, zakładają firmy, biorą kredyty, rodzą dzieci, ale małżeństwo? Co to, to nie! Wygląda na to, że życie bez ślubu to nie moda, ale trwała tendencja. Z czego wynika? Z wygody czy trzeźwego osądu? Niedojrzałości młodych czy z ich racjonalnego podejścia do życia?

Agata (34 lata) i Jerome (40 lat), czyli precz z fikcją

Przestronne, nowocześnie urządzone mieszkanie w starej kamienicy na Mokotowie. Agaty. Jerome ma swoje w Paryżu. Właśnie szykują się do urlopu na Teneryfie. Jerome (właściciel firmy informatycznej w Paryżu) jedną ręką pakuje walizkę, drugą miesza kaszkę dla rocznego Jasia. – Nadrabia zaległości, bo widzi synka co dwa tygodnie – śmieje się Agata (menedżerka w dużej firmie konsultingowej w Warszawie). Najbliższe trzy tygodnie spędzą razem i będzie to dla całej trójki prawdziwe święto. W ogóle każde ich spotkanie jest świętem. Na co dzień Agata z Jasiem mieszkają w Warszawie, Jerome w Paryżu.

Jak długo są razem? Agata zastanawia się dłuższą chwilę. 14, może 15 lat? Nie brali ślubu, to i nie ma pretekstu do liczenia. Wakacyjna szalona miłość, która według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinna szybko się skończyć. Dlatego na początku w ogóle nie rozmawiali o ślubie. Nie wiedzieli, czy będą razem miesiąc, rok, może dwa, a już nawet przez myśl im nie przeszło, że zostaną długodystansową parą. Zostali i dalej nie widzą potrzeby legalizowania związku. Bo po pierwsze – wylicza Agata – mieszkają na odległość i na razie to się nie zmieni, więc ślub byłby czystą fikcją. Po drugie, Agata pochodzi z rozbitego domu. Była wtedy dzieckiem, ale pamięta doskonale traumę związaną z rozwodem rodziców. Krzyki, płacz mamy, rozprawy w sądzie, walka o alimenty. Obserwowała także małżeństwa kuzynów i znajomych. Scenariusz zawsze był podobny: huczny ślub, kilka sielankowych miesięcy, a potem skakanie sobie do oczu, czasami rozstanie. Gdy więc dorosła, postanowiła: małżeństwo nie wchodzi w grę, przenigdy, trudno potem się rozwieść. Teraz myśli inaczej. Nie zakłada, że się rozwiodą, raczej – że będą ze sobą całe życie. Ale jest też przekonana, że związek formalny tego nie utrwali.

Trzeci powód jest pragmatyczny. Agata, ilekroć ma podjąć jakąś decyzję, zadaje sobie pytanie: „po co?”. Po co dokładać sobie kolejnych spraw, które i tak sobie dokłada? Ale bierze je sobie na głowę dlatego, że chce, że ją interesują. Ślubu nie chce, nie ma dla niej żadnej wartości dodanej. A już najbardziej mierzi ją sama myśl, że miałaby chodzić po kościołach, prosić księży, spowiadać się, że ma już dziecko. Owszem, jest wierząca, a nawet praktykująca, ale po swojemu.

Twierdzą zgodnie, że narodziny synka nic a nic nie zmieniły w ich stosunku do małżeństwa. Agata nie ma poczucia, że wstrzymując się od podpisania formalnego aktu, wyrządza Jasiowi jakąś krzywdę. Owszem, przyjście na świat dziecka postawiło ich w nowych rolach, są nie tylko partnerami, ale matką i ojcem, poznali się od innej strony, inaczej układają sobie codzienne życie, tak naprawdę cały świat im się przewartościował. Ale nadal liczy się dla nich treść, czyli to, co ich łączy, a nie forma. I to jest bodaj najważniejszy powód kontestowania formalnego związku. Agata zżyma się, kiedy słyszy: „Jeżeli mężczyzna kocha, to prosi o rękę i wspólnie ogłaszają światu, że są razem”. – My nie musimy ogłaszać tego światu, ogłosiliśmy to sami sobie. Może taki gest coś robi innym ludziom, mnie nie robi nic. Walczymy o związek cały czas. To nie jest tak, że wzięliśmy ślub i już niech to się toczy. Co za różnica, czy ten papierek jest, czy go nie ma.

Agata się nie zgadza, że z papierkiem trudniej wyjść ze związku. Guzik prawda. Był kiedyś taki moment, że chciała zerwać z Jerome’em, bo miała dosyć związku na odległość. I co? Wcale nie było jej łatwo tego zrobić. A nawet musi przyznać, że było koszmarnie trudno. Jerome nie odpuszczał, ale to nie on jej udowodnił, że powinni być razem. Sama sobie udowodniła, że to jest ktoś, bez kogo nie może żyć. Zwraca uwagę na jeszcze jeden powód wstrzymywania się od ślubu: – Nikt na nas w tej sprawie nie naciska. Rodzice Jerome’a mają to gdzieś. Moja mama swoje przeszła. Cieszy się z wnuka i z tego, że jestem teraz szczęśliwa. A co będzie potem? Obydwie dobrze wiemy, że każdy związek może się wypalić, takie jest życie. Dlatego dla mnie bardzo ważna jest też praca, samowystarczalność, niezależność finansowa. Na razie nie jest źle. Dobrze zarabiam, stać mnie na nianię i wyjazdy do Paryża. Jerome poczuwa się do odpowiedzialności i jak trzeba coś kupić, na przykład wózek, to kupuje. Finansuje też wakacje i większe rodzinne inwestycje. Ale nie liczymy, co kto i ile wniósł. Nie zawieszamy się na sobie, jesteśmy razem, bo chcemy, a nie dlatego, że z jakichś powodów musimy. Małżeństwa kojarzą mi się z określeniami: „posiąść kobietę”, „pojąć ją za żonę”. Dla mnie brzmi to tak, jakby kobieta stała się zakładnikiem mężczyzny, jego własnością. A ja nie mam najmniejszego zamiaru odgrywać takiej roli.

Jerome uśpił Jasia, przygotowuje kolację. Co myśli o ślubie? To samo co Agata. No, może z tą różnicą, że widzi pewne pozytywne strony formalnego związku. Na przykład taką, że wiadomo, kto po kim co dziedziczy, że płaci się mniejsze podatki. Ale w sumie wszystko można uregulować. Po chwili dodaje z uśmiechem: – Pewnie kiedyś weźmiemy ślub.

Agata: – Jak załatwisz wszystkie formalności, to nie ma sprawy, bo ja nie mam zamiaru użerać się z urzędnikami. Ale ten fakt na pewno niczego między nami nie zmieni. Na pewno nie na lepsze, a boję się, że może na gorsze. Więc po co to robić?

Joanna (27 lat) i Marcel (29 lat), czyli żyć po swojemu

Modne wegańskie bistro w centrum Warszawy, pora lunchu. Joanna, radca prawny, zamawia zupę z soczewicy i nastawia budzik w Iphonie. Za godzinę musi być w pracy (znana kancelaria prawnicza).

– Moje życie jest uporządkowane jak w wojsku – śmieje się. – Wstaję codziennie o 6.30, potem jogging, lekkie śniadanie i o 9.00 praca. Bywa, że do domu wracam o 22.00, najczęściej o 19.00. Czasem pracuję nawet w weekendy. Ale coś za coś. Nieźle zarabiam, mogliśmy więc z Marcelem wziąć kredyt na mieszkanie i samochód, stać nas na podróże, które są naszą pasją.

Joanna mówi to spokojnym głosem, w którym słychać dumę. Zanim powie o powodach jej awersji do instytucji małżeństwa, musi zacząć od rodzinnego domu. Pochodzi z lubelskiej wsi, z wielodzietnej rodziny (dwa plus pięć). Od dziecka wiedziała, że nie chce żyć tak jak mama. Czyli siedzieć w domu, a tak naprawdę od rana do nocy tyrać. Sprzątać, gotować, zajmować się dziećmi, znosić fanaberie ojca, jego wieczne rozkazywanie, zaglądanie do kieliszka. Nie, nie bił mamy, ale pomiatał nią, szydził z niej, terroryzował ją psychicznie, a to według Joanny jest o wiele gorsze od przemocy fizycznej. Nie może zrozumieć, dlaczego mama, mimo że odchowała dzieci, nadal trwa w tym związku i dalej jest całkowicie zależna od ojca. Na jej prawnicze oko wygląda to jak ubezwłasnowolnienie, bo mama musi się prosić o każdą złotówkę, sama nie podejmuje żadnej decyzji, nie ma prawa nawet zagłosować w wyborach tak, jak chce. Małżeństwo rodziców uświęcone sakramentem to związek władcy i niewolnicy. – Jak po tym wszystkim, na co się napatrzyłam, chcieć zostać mężatką? – pyta retorycznie.

Nie myśli więc o małżeństwie, choć znają się z Marcelem pięć lat, a rodzice zarówno jej, jak i jego, każdą rozmowę zaczynają od pytania: „Kiedy ślub?”. „Jeszcze nie pora”, odpowiadają. A kiedy ta pora nadejdzie? Może nigdy. Bo właściwie do czego im ten ślub potrzebny? Mieszkają razem, w dodatku we własnym mieszkaniu, na które zaciągnęli kredyt. Wspólnie, bez żadnych problemów, banki wręcz prześcigają się w ofertach skierowanych do młodych i nie wymagają papieru z urzędu stanu cywilnego, dla banków liczą się przede wszystkim zarobki. – No a pożyczka bardziej wiąże niż sakrament – mówi całkiem poważnie Joanna. – Zwłaszcza ta duża sprawia, że nie można tak z dnia na dzień się rozstać, choć bez przesady, rozstanie ze wspólnym kredytem wcale nie jest jakoś szczególnie trudne. Moja przyjaciółka właśnie przez to przechodzi. Odeszła od partnera, a kredyt razem z mieszkaniem wzięła na siebie. Będzie go spłacać z nowym chłopakiem.

Joanna widzi coraz więcej pozytywów życia bez ślubu. Już sam ten fakt sprawia, że w związku utrzymuje się ekscytujący dreszczyk emocji, owa niezbędna nuta niepewności, która każe ludziom bardziej się o siebie starać.

A z korzyści bardziej praktycznych? Odpadają astronomiczne wydatki na ślubną ceremonię. W razie rozstania nie trzeba włóczyć się po sądach. A kiedy pojawi się dziecko, samotna matka może liczyć na wiele przywilejów, choćby na miejsce dla dziecka w żłobku i przedszkolu. – Mam jedno życie i chcę je przeżyć po swojemu, czyli bez ślubu. Taki związek daje mi wszystko, czego potrzebuję od relacji z mężczyzną: poczucie wolności i przynależności. A w dodatku mogę w pełni rozwijać się zawodowo, realizować swoje pasje. To chyba całkiem spora nagroda za odwagę niepoddawania się presji otoczenia – kwituje Joanna.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze