fbpx

Urok chwili – rozmawiamy z profesorem Tadeuszem Gadaczem

Urok chwili - rozmawiamy z profesorem Tadeuszem Gadaczem
Nic nie jest takie samo. Każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. (Fot. Getty Images)

Życie zostało nam dane po to, żeby je przeżywać, żeby czerpać z niego radość – mówi filozof prof. Tadeusz Gadacz.

Dobry moment na rozmowy o radości życia?
Dla mnie nie do końca, jestem mocno przygnębiony.

Co pana tak przygnębia?
To, co się dzieje dookoła nas. Przyglądam się ludzkim postawom i one nie napawają mnie optymizmem. Oczywiście, trudne sytuacje, a z taką mamy do czynienia, są wyzwalaczami zarówno pozytywnych, jak i negatywnych postaw, trochę jak na wojnie. Z jednej strony nagle budzą się solidarność społeczna, chęć pomocy, otwarcia na innych, a z drugiej strony – chciwość, chęć szybkiego dorobienia się, oszukiwanie, manipulowanie, hipokryzja.

No to z czego tu się dzisiaj cieszyć, panie profesorze?
Każdy musi znaleźć swoją własną miarę, bo każdy jest inny. Od wielu lat zastanawiam się nad tematem umiejętnego życia. Sformułowałem kiedyś taką tezę, że każdy powinien realizować siebie w swojej jednorazowości, bo każdy człowiek jest „jednorazowy”, czyli niepowtarzalny, każdy ma inne pasje, które powinien rozwijać nawet w takich sytuacjach jak ta.

Niektórych pasji rozwijać się nie da, bo wprowadzono różne ograniczenia.
To prawda, ludzie, którzy uwielbiają podróże, a są zamknięci, prawdopodobnie cierpią z tego powodu. Ale już ci, którzy lubią czytać, a nie są obciążeni domowymi obowiązkami, mogą oddać się czytaniu. Problem jednak polega na tym, że potrzebujemy równowagi we wszystkich sferach życia. Bo według mnie człowiek jest splotem przeciwieństw. Nieustannie się miota między potrzebą miłości i sprawiedliwości, wolności i odpowiedzialności, samotności i relacji społecznych, między duchowym i materialnym wymiarem życia, kontemplacją i działaniem.

Jak tę równowagę odnaleźć?
Każdy musi szukać w innym miejscu, bo równowaga nie jest jednoznacznie zdefiniowana. Czasami bardziej potrzebujemy wycofania, czasami bardziej relacji, innym razem potrzebujemy kontemplacji, namysłu, a jeszcze innym – zaangażowania. Prowadzę kilku doktorantów i po paru miesiącach doskonale wiem, komu dać wolność, bo będzie sam pilnował pracy, od kogo muszę więcej wymagać, a komu wyznaczyć dokładny harmonogram pracy. U moich doktorantów, tak jak i u każdego z nas, granica między odpowiedzialnością a wolnością przebiega w innym punkcie. Nie da się tu powielać żadnych schematów – że inni tak robią, to ja też tak muszę.

Rozmawiałam ostatnio z młodą lekarką, która do tej pory pracowała na kilku etatach, a gdy wybuchła epidemia, postanowiła zająć się dziećmi. I odkryła, że jej powołaniem jest bycie matką, że to daje jej niewyobrażalną radość.
Trudne okoliczności rzeczywiście zmuszają nas do przemyślenia zarówno celów życia, jak i hierarchii wartości, obecnie widać to bardzo wyraźnie. Nagle jesteśmy w stanie zrezygnować z samorealizacji dla ratowania życia i dla poczucia bezpieczeństwa, uświadamiamy sobie na przykład, że nie musimy jeździć tyle razy do centrów handlowych! Tutaj należy przypomnieć zasadę, którą sformułował wielki polski filozof Władysław Tatarkiewicz w traktacie „O szczęściu”, mianowicie że każdy człowiek powinien mieć wiele źródeł szczęścia, nie tylko jedno.

Czyli że powinno się je zdywersyfikować.
Tak, bo gdy ma się jedno, to w sytuacji kryzysu nagle wszystko się wali. A gdy jest ich więcej, to można pomóc sobie, otwierając się na inną perspektywę.

Pana nauczyciel, ks. prof. Józef Tischner, powiedział, że szukamy ziemi obiecanej daleko, a ona znajduje się pod nogami. Czy tak nie jest też z radością życia?
W odpowiedzi na pani pytanie przytoczę ładną metaforę niemieckiego socjologa i filozofa Georga Simmela, do którego często się odwołuję. Otóż Simmel powiedział, że każdy człowiek, rodząc się, ma swoje własne drzwi, przez które powinien wejść w świat. I jeżeli przez te drzwi nie przejdzie, to one zostaną zamknięte, a wtedy będzie musiał przechodzić przez cudze. Wtedy taki ktoś nie żyje autentycznie, nie odkrywa siebie, tylko gra role, które wdrożyli mu inni: rodzice, tradycja, nauczyciele.

Źródłem radości, na szczęście ostatnio rehabilitowanym, jest natura. Wszyscy na potęgę kupują teraz działki! Coś zmienia się na dobre?
Miejmy nadzieję. Olga Tokarczuk w swoim genialnym wykładzie noblowskim powiedziała, że humanizm pojmowany jako panowanie człowieka nad światem przeszedł radykalny kryzys. Człowiek to wcale nie brzmi dumnie w kontekście obozów koncentracyjnych i gułagów, a potem niszczenia klimatu. Musimy zacząć myśleć o człowieku z zupełnie innej perspektywy.

Co pan proponuje?
Niektórzy wprowadzają perspektywę posthumanizmu. Nie chodzi o to, żeby ogłosić śmierć człowieka, tylko żeby szukać równowagi między światem zwierzęcym, roślinnym a nami samymi. Musimy zacząć inaczej myśleć o swoich potrzebach. Czy kapitalizm musi rozwijać się tak jak do tej pory, mnożąc nasze potrzeby? Czy idąc do supermarketu, musimy wybierać mikrofalówkę spośród stu rodzajów, wystarczą przecież cztery. Po co produkować tyle metalu, plastiku, niszczyć środowisko, a wszystko dla wyimaginowanych potrzeb? Albo mnożyć przedmioty, których nie będziemy w stanie nawet skonsumować? Potrzebna jest nam równowaga nie tylko między światem przyrody a nami, ale także między intelektem a rozumem.

To znaczy?
Intelekt to władza myślenia, pozwala nam rozwijać nowoczesną technikę, a rozum to władza, która pozwala nam żyć we wspólnocie, rozumieć innych. Intelekt jest sposobem myślenia poza dobrem i złem, tak samo komputery i nowe technologie nie są ani dobre ani złe. Natomiast rozum kieruje się wartościami. Jeżeli stworzymy sztuczną inteligencję, to nie możemy dbać tylko o to, by była sprawna, ale i o to, by poprawiała dobrostan ludzi.

Dla wielu Bóg, duchowość to ważne filary człowieczej kondycji, źródło sensu i radości życia. A dla pana?
Różnie można rozumieć wymiar religijny, sama pani użyła słowa „duchowość”, które ma odmienny sens niż religia rozumiana w tradycji obrzędowej, ludowej, gdzie bywa traktowana czasem w sposób magiczny. Słyszałem głosy, że koronawirus to boża kara. Zazdroszczę tym, którzy umieją przejrzeć boże wyroki. Dla mnie, oczywiście, niezmiernie ważny jest duchowy wymiar życia, tylko że ja odnajduję go w pięknie sztuki, natury, w wartościach, relacjach. To jest mój dobrostan.

Boga widzi pan w tym, co nas otacza?
Także w tym, co ludzie robią ludziom. Bardzo bliskie jest mi sformułowanie Nietzschego, zupełnie niezrozumianego myśliciela, który powiada, że królestwo Boże to nie jest „Tam”, tylko stan serca. Bo to ludzie ludziom stwarzają niebo i ludzie ludziom stwarzają piekło.

Psychiatra Viktor Frankl, więzień obozu koncentracyjnego, w swojej genialnej książce „Człowiek w poszukiwaniu sensu” pokazuje, że dobro może objawić się w najbardziej dramatycznych warunkach.
Nie wiem, jak zachowałbym się w tak ekstremalnych sytuacjach, w jakich znalazł się Frankl. Ale zgadzam się z nim, że nawet w tych najgorszych momentach można dostrzec dobro. Ja raczej staram się myśleć kategoriami nie tylko dobra, ale i nadziei. W tym roku nie mogę pojechać nad Morze Śródziemne, co jest dla mnie dotkliwe, bo lubię ciepło, pogodę, słońce.

I jak pan sobie z tym brakiem radzi?
Na przykład tak, że pijąc sok pomarańczowy, zamykam oczy i wyobrażam sobie, że siedzę nad morzem. Mam nadzieję, że jeżeli nie za rok, to za dwa lata tam pojadę. A gdy siedzę przy komputerze i piszę książki, to mam nadzieję, że one w czymś komuś pomogą.

Nadzieja to życiodajna siła?
Zdecydowanie tak. Przypuszczam, że obozy koncentracyjne udało się przeżyć ludziom, którzy mieli nadzieję, natomiast ci tej nadziei pozbawieni nie mieli motywacji, by walczyć.

Przeżył pan śmierć dwojga dzieci tuż po ich narodzinach. Co pana z tej traumy uratowało?
Dla mnie zawsze perspektywą ocalającą z bezpośredniej traumy były książki, myślenie, nauka. Tamtego dnia, gdy miał urodzić się mój pierwszy syn, tłumaczyłem książkę żydowskiego filozofa Franza Rosenzweiga „Gwiazda zbawienia”. Przetłumaczyłem zdanie wypowiedziane przez żonę Hioba: „Przeklnij go i umieraj”, postawiłem kropkę i pojechałem do szpitala, gdzie dowiedziałem się o śmierci syna. Wróciłem i tłumaczyłem dalej. Zawsze żyję życiem takim, jakie ono jest, i szukam równowagi między nim a różnego rodzaju samorealizacją. Zawsze ratuje mnie też nadzieja. Bo czym różni się człowiek, który ma nadzieję, od marzyciela? Załóżmy że obydwaj chcą zbudować dom. Marzyciel przegląda kolejne „Muratory” i wyobraża sobie, jak ten dom będzie wyglądał, ale nie wykonuje żadnego działania, żeby to się ziściło. Natomiast ten drugi zaczyna od tego, że dzwoni do architekta, zamawia projekt i działa.

Przywołał pan Hioba, więc zapytam, dlaczego jedni mają taką siłę, żeby się podźwignąć jak Hiob, a inni nie mają jej wcale? Hiobowi pomogła wiara, Bóg mu wszystko wynagrodził.
Nie wiem, dlaczego w jednych ludziach są siły życia, a inni ich nie mają. A co do mojej religijności – powiedziałem to już kiedyś: „Do tej pory to ja mówiłem do Boga, natomiast po doświadczeniu śmierci dzieci zwróciłem się do Boga: »Teraz ty mów do mnie«”. Stwierdziłem, że wierzyć to znaczy trwać w milczeniu Boga. Niedługo po tym, jak to powiedziałem, zmarły niedawno Jerzy Pilch napisał do mnie mejl, że całe życie szukał tego zdania. Po śmierci dzieci zmieniłem perspektywę, przestałem wchodzić w relację z Bogiem, a jednocześnie nie zamknąłem drzwi. Uważam, że to jest to minimum, które człowiek może zrobić, żeby móc dobrze spać. No i minęło parę lat i narodził się mój trzeci, zdrowy, syn Samuel. Podarował mi kolejne życie. Ma siedem lat, uczy mnie radości z zabawy klockami, jazdy na hulajnodze.

Wszyscy szukamy radości życia w drugim człowieku.
Człowiek musi mieć punkt odniesienia, życie nie ma sensu, jeśli nie jest życiem dla kogoś. Nie twierdzę, że to nie może być życie dla Boga. Może, tylko to życie musi być absolutnie autentyczne, bo jeśli nie jest, to wtedy ludzie szukają innych sposobów samorealizacji, często w hipokryzji, udawaniu. Ja nigdy nie udawałem, zawsze starałem się być uczciwy wobec siebie. Zapragnąłem żyć dla kogoś i to pragnienie zrealizowałem. Nie wykluczam jednak takiej możliwości, że ktoś może tego kogoś, dla kogo żyje, znaleźć w sobie.

Urok chwili - rozmawiamy z profesorem Tadeuszem Gadaczem
Ilustracja Arobal

To nie będzie egoizm czy narcyzm?
Nie, to jest miłość siebie. Zakłada ona budowanie równowagi nie na relacji z innymi, tylko ze sobą samym. Ludzie, którzy są sami, nie zawsze są samotni. A to, że ktoś przebywa nieustannie w towarzystwie, nie oznacza, że nie jest samotny, może być dokładnie odwrotnie. To trochę tak jak z Sokratesem, który szedł ulicami Aten i mówił do siebie, a nie było wtedy jeszcze zestawów głośnomówiących. Zapytany, co robi, odpowiedział, że rozmawia sam ze sobą, bo od czasu do czasu chce porozmawiać z kimś inteligentnym. Jeśli ktoś ma takie bogactwo życia w sobie, takie zainteresowanie nauką, samorozwojem i jeśli to mu wystarcza, to wcale nie przeczę, że może być szczęśliwy. Radość może wynikać nie tylko z życia dla Boga, dla dzieci, ale także z życia dla siebie. I nie traktuję tego jako egoizmu i narcyzmu, ale jako pełnowartościowe życie.

Może to pytanie zbyt błahe dla profesora filozofii, ale jestem bardzo ciekawa, co panu sprawia taką niekłamaną radość. Jakie rytuały, zajęcia? A może małe radości to nieistotne zastępowacze, bo prawdziwe życie toczy się gdzie indziej?
Mam swoje ulubione zajęcia i nie są to zastępowacze. Narzucono nam narrację, w myśl której jesteśmy tu za karę, w zasadzie po to, żeby odpokutować winy, że kołyska to właściwie trumna, a trumna to kołyska. Ta narracja powoduje, że żyjemy jakimiś wyimaginowanymi ideałami, odwracamy się od ludzi, świata. A życie zostało nam dane po to, żeby je przeżywać, żeby czerpać radość z tych chwil, które się zdarzają. Możemy traktować życie jak turyści, którzy jeżdżą z miejsca do miejsca, szukając nowych wrażeń. A można usiąść na Piazza Navona z kieliszkiem wina i przyglądać się kotom leniwie przeciągającym się na słońcu. I to też jest życie.

A jakie są te pana ulubione zajęcia?
W czasie pandemii posadziłem, zresztą po raz pierwszy w życiu, truskawki i pomidory. Teraz chodzę sobie do ogrodu i się przyglądam: które rośliny zakwitły, które mają owoce, a które trzeba podlać. Mieszkam w takim miejscu, że mogę w każdej wolnej chwili pójść w góry, do lasu. Dookoła zieleń, cisza, tylko ptaki śpiewają i owady brzęczą. Ta sama okolica, a za każdym razem odkrywam w niej coś innego.

Ktoś by powiedział: „nuda”.
To ja odwołałbym się do wykładu noblowskiego, tym razem Wisławy Szymborskiej, w którym polemizowała z Koheletem, z jego słynnym: „Nic nowego pod słońcem, jest tak samo”. Szymborska powiedziała: Nie, nie jest tak samo, każdy promień słońca jest inny i każdy ptak, który siada na gałęzi, i każdy dzień. Na to samo drzewo można patrzeć codziennie z innej perspektywy. Francuski filozof i teoretyk muzyki Vladimir Jankélévitch nazwał to zjawisko urokiem chwili. I dał takie przykłady: urok chwili to zapach glicynii o północy i ciastko zanurzone w herbacie.

Żeby doświadczyć uroku chwili, trzeba się zatrzymać?
Trzeba zmienić oczy. Duński filozof Kierkegaard zapytał: „Dokąd biegną ci szybkobiegacze? Przypominają oni pewną kobietę, która z pożaru wyniosła tylko pogrzebacz”. Czyli zrobiła coś absurdalnego, bo pogrzebacz przydałby się tam, w spalonym domu. Niektórzy nic więcej nie wynoszą z pożaru życia. Nie bądźmy jak ona.

Tadeusz Gadacz, prof. dr hab., filozof i religioznawca, pracuje na Wydziale Nauk Humanistycznych AGH i Collegium Civitas.

  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze