Wartości w kolejności, czyli co tak naprawdę jest dla mnie ważne

Zmieniając wartości, można całkowicie zmienić życie. (Fot. iStock)

„Co jest dla mnie naprawdę ważne?” – takie pytanie warto zadać sobie przed wejściem w nowy rok. I odpowiedzieć na nie najuczciwiej, jak się da. Więcej niż raz. Najlepiej wiele razy, dzień po dniu. Tak przynajmniej sugeruje terapeutka holistyczna Kinga Roszczyniała.

Nawet jeśli nie zastanawiamy się specjalnie nad wartościami, one wciąż nam towarzyszą, wpływają na naszą codzienność. Inaczej przecież wygląda życie człowieka, który najwyżej ceni sobie spokój, i takiego, który na pierwszym miejscu stawia zabawę, przygodę, rywalizację… Kiedy kierujemy się swoimi wartościami, łatwiej nam budować to, co nazywamy szczęściem. Wiemy, co dla nas ważne, i trzymamy się tego. Jesteśmy spójni, transparentni. Rzeczywistości nie pozostaje nic innego jak dopasować się do tego obrazu. Ale czasem wartości mogą nas wyprowadzić w pole: gdy nie sprawdziliśmy, o co nam tak naprawdę chodzi. Czy chcemy właśnie takiej konfiguracji…

Rozmawiałam niedawno na ten temat z przyjaciółką, która zawsze stawiała na pierwszym miejscu wolność. Każde długoterminowe zobowiązania traktowała jako wystąpienie przeciwko tej wartości. Związek? Może jednak nie. Stała praca? Brr… No i żadnych umów lojalnościowych – lepiej przepłacić, ale móc w każdej chwili zrezygnować z usług. Rzecz w tym, że to niepodległościowe podejście zaczęło ją cokolwiek ograniczać. Kiedy mi o tym opowiadała, zatrzymała się przy tym słowie, wręcz potknęła o nie. OGRANICZAĆ?! Przecież chodziło jej o wolność! Tymczasem narzuciła sobie sztywne zasady, w pewnym sensie pozbawiła się swobody wyboru.

Moje, twoje, niczyje

Jakkolwiek się to może wydać dziwne, zwykle słabo znamy własne wartości – do takich wniosków dochodzę w rozmowie z Kingą Roszczyniałą, terapeutką holistyczną. – System wartości zostaje nam narzucony odgórnie – przez środowisko, w którym się wychowujemy. Najczęściej dostajemy gotowy „rozkład jazdy”: szkoła, studia, potem mamy znaleźć pracę, partnera, postarać się o dziecko, a najlepiej dwoje. To wszystko ma nam dać spełnienie. Realizujemy ten plan niejako automatycznie, nie zastanawiając się, czy jest zgodny z naszym systemem wartości – mówi Kinga Roszczyniała.

Trudno się dziwić, że czujemy się zagubieni, przeżywamy kryzysy. Odkrywamy na przykład, że studia nie były do niczego potrzebne. A już na pewno nie ten kierunek. – Presja jest duża: rodzina, nauczyciele, znajomi, telewizja… Wciąż dostajemy gotowe pomysły na to, co zapewni nam szczęście, i na podstawie tych komunikatów budujemy w dużej mierze nasze wartości – twierdzi terapeutka. Przyznaje, że w swojej pracy spotyka sporo osób, które – jeśli już zaczną zgłębiać temat wartości – mają kłopot ze wskazaniem tych wiodących. – To kwestia odpowiedzi na kluczowe pytanie: „Co jest tak naprawdę moje?”. Czy w moim systemie wartości rodzicielstwo rzeczywiście zajmuje tak wysokie miejsce? Czy to przestrzeń, w której chcę się spełniać? Co właściwie jest dla mnie wyznacznikiem spełnienia?

Trudno przyjąć, że możemy nie wiedzieć takich rzeczy… Że potrzebujemy sesji, analiz, medytacji, by dotrzeć do tak, wydawałoby się, oczywistych prawd o sobie. Zdaniem Kingi Roszczyniały największym problemem jest to, że nie umiemy słuchać siebie, odwoływać się do własnego wnętrza. – Wzrastamy w przeświadczeniu, że inni wiedzą lepiej. Takie przekonanie zaszczepili nam rodzice, którzy decydowali, co i ile mamy zjeść, kiedy wolno się bawić, a kiedy trzeba iść spać. To, że możemy nie czuć jakiejś potrzeby albo nie mieć na coś ochoty, było bez znaczenia. Otrzymywaliśmy komunikat: „Nieważne, czego chcesz. Ja wiem lepiej”. Pod wpływem takiego treningu zaczynamy ignorować wewnętrzne komunikaty, impulsy, przestajemy zaglądać w siebie. Wyrastamy z radarem wystawionym na zewnątrz – czekamy, żeby ktoś powiedział nam, co dla nas dobre. Jaką pracę wybrać, jaką dietę stosować, gdzie mieszkać. I czym jest szczęście.

Kinga Roszczyniała przekonała się, że na niepewny system wartości czy brak jasności celów pomaga proste ćwiczenie: przez co najmniej miesiąc wypisuj dokładnie, czego chcesz w każdym obszarze życia. Praca, rodzina, relacje, rozwój – już samo wytyczenie tych obszarów przybliży cię do tego, co jest ci drogie. A potem pisz wszystko, co przyjdzie ci na myśl. Czego chcę dla siebie? Ale tak naprawdę? Rób to ćwiczenie codziennie. Za każdym razem od początku. – W pierwszej fazie tego procesu możemy się czuć pomieszani: trzeba będzie przebić się przez zlepek pragnień i fantazji różnego pochodzenia. Tego chciała mama, tego tata, tego babcia, a tego już sam nie wiem kto – jeden wielki koncert życzeń. Ale po jakimś czasie, zwykle są to 2–3 tygodnie, pewne rzeczy zaczną odpadać. Aż zostanie to, co rzeczywiście ważne – zapewnia terapeutka. – Przy okazji nabywamy umiejętność koncentracji na sobie. Uczymy się siebie. Zyskujemy większą autonomię.

Chcę i nie chcę

W swojej pracy Kinga Roszczyniała często kieruje ludzi w stronę uczuć. Trudno ci sprecyzować własne cele, odkryć predyspozycje? A czego chciałbyś doświadczać w danej przestrzeni – w pracy, w relacji? Radości? Przyjemności? Czułości? A może poczucia wsparcia, docenienia, obfitości? Poczuj to! – Uczucia nie stworzą od razu konkretnego obrazu naszego życia, ale będą budowały pewną jakość, popychały nas delikatnie w określonym kierunku. To najsilniejsza energia, jaką możemy wykorzystać do kreowania upragnionego życia. Sama myśl – energia mentalna – jest za słaba. A uczucia mają moc, by postawić nas na właściwej drodze. Tworzą bazę, pozwalają wygenerować konkretne inspiracje, pomysły. Są prawdziwym paliwem dla kreacji w każdej dziedzinie. Najgorzej, kiedy nie wiemy, czego chcemy, i jeszcze koncentrujemy się na niezadowoleniu: to nie jest dobry motor napędowy – ostrzega terapeutka. Podczas sesji nierzadko weryfikuje z klientami ich motywację do działania. Ich intencje i wartości. Odkrywa powody, dla których czasem tak kurczowo się ich trzymają. W analizach związku porównuje systemy wartości partnerów – to dużo mówi o ich dopasowaniu. Wspiera ludzi w realizacji celów, a te – podkreśla – zawsze rodzą się z wartości. – Kiedy znamy nasz system wartości, cele tworzą się same. Rodzi się pragnienie działania, doświadczania… Możemy spełniać nasze pragnienia z czystymi intencjami – twierdzi Kinga.

A co, kiedy nasze wartości wchodzą ze sobą w konflikt? Pamiętasz moją przyjaciółkę, która chciała wybić się za wszelką cenę na niepodległość? Obok wolności bardzo wysoko ceniła sobie miłość. Tyle że niespecjalnie umiała pogodzić jedno z drugim. Rezultat? Odpychała (mniej czy bardziej świadomie) mężczyzn. Kinga Roszczyniała nie ma wątpliwości: takie konflikty rozgrywają się tylko na poziomie wyobrażeń. – Wszystko zależy od naszej wizji, w tym wypadku związku miłosnego. Jeśli postrzegam go jako ograniczenie, będę go unikać. A można przecież stworzyć związek, który da nam duże poczucie wolności. Sama mam taki: oboje jesteśmy bardzo zaangażowani w pracę, w rozwój i – choć mieszkamy pod jednym dachem – nie spędzamy razem zbyt wiele czasu. Też mam dużą potrzebę wolności. I też wysoko stawiam miłość. Ważna jest dla mnie obecność drugiej osoby, wspólna przestrzeń, ale nie zniosłabym, gdyby ktoś siedział mi na głowie. Powtarzam: to nie kwestia kompromisów, tylko wyobrażeń. Gdybym zakładała, że miłość ogranicza, z moimi potrzebami samorealizacji nigdy nie weszłabym w związek – opowiada terapeutka.

Inny częsty konflikt związany z wartościami polega na tym, że zabiegamy o coś i jednocześnie to odpychamy – właśnie z powodu wyobrażeń, traktowanych jako prawda ostateczna. Weźmy sukces: jeśli kojarzy się nam z krytyką, zazdrością czy ryzykiem odrzucenia, nasze dążenia będą blokowane. – Za wszystkim stoją pewne nawyki myślowe, ja je nazywam wyobrażeniami. Opowiadamy sobie jakąś historię na zadany temat i głęboko w nią wierzymy. Na szczęście można zmienić ten obraz: sukcesu, związku, życia, czegokolwiek. Zacząć budować nowe wyobrażenia – że ludzie mnie wspierają, doceniają, cieszą się, gdy mi się wiedzie… To sprawi, że lęki opadną, zaczną się wyzwalać inne emocje. Siła, która wywoływała odpychanie naszego celu, przestanie działać – zapewnia Kinga Roszczyniała. I poleca wypisywanie wszystkich pozytywnych skojarzeń, jakie pojawią się w związku z daną sytuacją, pragnieniem, wartością – to pozwala je odczarować. Na przykład: co mi da sukces, relacja, obfitość? Jakie będę mieć z tego przyjemności, korzyści? Pisz, pisz, pisz – jedną listę za drugą. Aż podświadomość „załapie” – przekona się, że warto pozwolić na urzeczywistnienie.

Przeznaczenie i elastyczność

Jest takie ćwiczenie coachingowe: wybieramy 10–12 wartości, którymi się kierujemy, po czym ustalamy ich ważność – kolejne miejsca na liście. Jeden z najsłynniejszych trenerów świata, Tony Robbins, poszedł znacznie dalej. W książce „Obudź w sobie olbrzyma” opowiada, jak zmienił swój system wartości. Znów kluczowe okazało się pisanie i refleksja. Dokonał cennego odkrycia: pod wpływem swojej wartości numer jeden – pasji – często nadwerężał zdrowie. Uznał, że jednak ono jest ważniejsze. Brał pod lupę jedną wartość po drugiej, pytał „Jakie korzyści odnoszę z umieszczenia jej na tym miejscu w hierarchii?” i „Ile mnie to kosztuje?”. Wreszcie zadał sobie przełomowe pytanie: „W jakiej kolejności muszę ustawić własne wartości, bym mógł osiągnąć moje ostateczne przeznaczenie?”. Przepisywał listę wiele razy – przekonany, że nowe wartości życiowe to największa zmiana, jaką można sobie wyobrazić.

Kinga Roszczyniała potwierdza: zmieniając wartości, można całkowicie zmienić życie. I możesz to robić za każdym razem, kiedy uznasz to za słuszne. Może właśnie teraz? Na pewno co jakiś czas przyda się weryfikacja tej mapy, choćby w momencie wchodzenia w nowy rok. – Nasz rozwój to niekończąca się podróż, fascynująca przygoda. Niech więc to, co nazywamy szumnie „pracą nad sobą”, będzie miękkie, elastyczne: dzisiaj mam taki system wartości, ale za rok mogę być w innym miejscu i podejmować działania zgodne z innymi priorytetami, z nowymi pomysłami na siebie – mówi terapeutka. I przypomina ćwiczenie z pierwszej części tekstu – to, w którym przez co najmniej miesiąc miałeś odpowiadać na pytanie „Czego chcę?”. Możesz je sprowadzić do wypisywania kluczowych dla ciebie wartości – lista za listą, codziennie…

Moja przyjaciółka zrobiła to ćwiczenie. Stopniowo wolność traciła u niej kolejne pozycje, wreszcie wypadła z rankingu. Jak to możliwe? Po prostu stwierdziła, że nie musi już stać na straży swojej wolności, że już bardziej wolna być nie może. Chyba że chciałaby się nakręcać do walki z różnymi systemami, strukturami. Tylko czy nie jest to walka z wiatrakami? Czy warto? No właśnie – wszystko zależy od systemu wartości…