Jak pomóc dziecku zbuntowanemu

Jak pomóc dziecku zbuntowanemu
123rf.com

Problemy szkolne są nieodłącznie związane z problemami dorastania. A my często chcemy rozwiązywać je z pozycji siły i wyższości. Nie rozumiemy, że za każdym buntem dziecka stoi jakaś niezaspokojona potrzeba. Co nastolatek mówi nam poprzez swoje nieraz szokujące zachowanie? – tłumaczy psycholożka Małgorzata Ohme.
Nasze dziecko nagle stawia sobie irokeza i zakłada glany. To znak, że powinniśmy być czujni?

Bardzo często rodzice, a zwłaszcza dziadkowie, stereotypowo oceniają nastolatków. Takim atrybutem upadłej, „złej” młodzieży są według nich irokezy na głowie, glany do kolan, krzykliwe ubrania. Oceniając dziecko po wyglądzie, zapominamy, że chęć wyróżniania się to jeden z wyznaczników poszukiwania tożsamości.

Z czego wynikają takie oceny?

Z niezrozumienia, dlaczego dziecko tak się zachowuje. Wszyscy mówią o buncie, a jeżeli jest bunt, to musi być skierowany przeciwko nam. Nie rozumiemy natomiast, że za każdym buntem stoi jakaś potrzeba – wyrażenia czy uzyskania czegoś. Rodzice nie zastanawiają się, co nastolatek chce powiedzieć poprzez fryzurę, trzaśnięcie drzwiami. Nie odczytują tych znaków, reagują lękiem, boją się, że ich dziecko zejdzie na złą drogę, jeśli czegoś nie dopilnują.

A nie powinni się bać?

Powinni, bo żyjemy w czasach pełnych zagrożeń, poza tym dorastanie to dla dziecka newralgiczny czas, ze względu na swoją wrażliwość i rozchwianie staje się ono podatne na manipulacje. Jednak warto pamiętać, że bunt ma inne funkcje. Za nim kryje się potrzeba separacji, stawania się samodzielnym, próba przekształcenia się w dojrzałego człowieka. Często te dzieci, które najbardziej się buntują, wyrastają na wybitne jednostki. Im dziecko ma większą potrzebę separacji, potrzebę stanowienia o sobie samym, tym burzliwiej będzie przechodziło okres dojrzewania.

Jak reagować na tak mocno wyrażaną potrzebę stanowienia o sobie?

Ważne, aby być obecnym rodzicem. Próbować zrozumieć sygnały, które dziecko wysyła nam poprzez swoje zachowanie. Jak pali, to po coś… Jak ubiera się na czarno i pisze smutne wiersze, to coś tym wyraża. Wsłuchajmy się w to, co mówi. Rozmawiajmy nie tylko o „negatywnym” zachowaniu, ale o potrzebach dziecka. Podsuwajmy mu inne rozwiązania, bo czasem najzwyczajniej nie wie, jak uzyskać to, czego pragnie. I zawsze pamiętajmy, że dorastanie jest trudne dla nas, rodziców, ale jeszcze trudniejsze dla młodych.

Co takiego się dzieje, że ten okres jest tak dla wszystkich trudny?

Nastolatki zostają zaskoczone wielością zmian: w swoim organizmie, potem psychice, emocjach. Po stronie dorosłości, w którą wkraczają, wita ich chaos. Zaczyna się od dojrzewania biologicznego: buzują hormony, zmieniają się proporcje ciała. Dwunastolatek nie rozumie tych zmian, nie jest najczęściej na nie przygotowany. Przeżywa huśtawkę nastrojów, czuje się zagubiony. W ślad za dojrzewaniem biologicznym idzie dojrzewanie psychiczne. W głowie pojawiają się pytania: co się ze mną dzieje? Kim jestem? Dokąd zmierzam? Dziecko wchodzi na kolejny poziom rozwoju. Pytania o tożsamość mają pomóc mu ułożyć sobie jakoś wszystkie te zmiany na poziomie ciała, oswoić je.

Potem jest już lepiej?

Po tak zwanym etapie rozproszenia przechodzi się do następnego – tak zwanego lustrzanego, czyli do poszukiwania wzorców. Bo to naturalne, że jak człowiek nie wie, co się z nim dzieje, to szuka jakiegoś idola, z którym mógłby się identyfikować, przejąć trochę jego cech, a wszystko po to, żeby lepiej samemu się poczuć ze sobą. Nastolatka myśli: Może jestem Kasią Nosowską, może Britney Spears? Ja nazywam ten okres wchodzeniem do przebieralni – to czas bezkrytycyzmu, wybierania na oślep. Wchodzi się w różne kostiumy. Te przymiarki pozwalają człowiekowi dowiedzieć się czegoś o sobie. I ta wiedza zawsze jest cenna.

Gdzie jest w tym wszystkim miejsce rodziców?

Rodzice powinni przeformułować swoją rolę. Kiedy dziecko jest młodsze, stoimy na straży porządku. Małe dziecko kłóci się o różne rzeczy, ale na ogół nie podważa naszego autorytetu. Nastolatek krytykuje nas z byle powodu. Trzeba zejść z piedestału, pogodzić się, że nie jesteśmy już we wszystkim autorytetem. Im bardziej traktujemy nastolatka z pozycji siły i wyższości, tym większy jest jego bunt, nie tyle przeciwko temu, co mówimy, ile przeciwko temu, jacy jesteśmy. A na ogół jesteśmy nadal wszystkowiedzący.

To kim powinniśmy być?

Konsultantami, kimś, na kogo można liczyć w potrzebie, ale kto nie jest natarczywy.

Niektórzy rodzice stają się kumplami swoich dzieci. Ubierają się tak jak syn czy córka, mówią ich językiem. To dobry pomysł?

Często rodzice zachowują się w ten sposób, bo sami dobrze nie przerobili okresu swojego dorastania. A jeżeli człowiek w młodości się nie nabuntuje, nie popodgląda, nie nazłości, to gdzieś taka potrzeba będzie w nim drzemać. I kiedy stanie się rodzicem dorastającej córki, może przeżyć regres, ponieważ będzie chciał przejść z nią etap poszukiwania tożsamości, którego jako nastolatek nie przeszedł. Bycie kumplem własnego dziecka to nie jest jednak dobra droga. Dzieci potrzebują rodziców. Potrzebują bezpiecznego portu, do którego można dopłynąć, który zawsze istnieje. Jak rodzic jest kumplem, który zakłada glany takie same jak kolega, to dziecko nie ma dokąd z tego świata glanów wrócić, nie ma do kogo przyjść po radę. Jeszcze trudniej przyjść do rodzica autorytarnego, bo to świadczyłoby, że przyznaję się do tego, że jestem dzieckiem, że nic nie wiem. Natomiast jeżeli rodzic stoi trochę z boku, obserwuje, to dziecku łatwiej porozmawiać, bo czuje, że ojciec czy matka nie chcą mu niczego udowadniać z pozycji siły, tylko że zależy im na rozmowie. Wtedy łatwiej też przychodzi dziecku przyznanie się do błędu.

Wielu rodziców stara się dzisiaj pomóc nastolatkowi w przejściu przez ten burzliwy okres, zapewniając mu to, czego sami nie mieli, i to, co mają rówieśnicy. To źle?

Na pewno nie o taką pomoc chodzi. Kupując dzieciom markowe ubrania i okupując to często ciężką pracą, tak naprawdę idziemy na łatwiznę. Prościej jest podarować najnowszy model komórki, niż znaleźć czas, żeby usiąść, spokojnie pogadać i wytłumaczyć, że sens życia nie sprowadza się do posiadania najnowszych gadżetów. Nie mówić tego rozkazującym tonem, bo dziecko tylko wpadnie w złość. Warto dyskretnie podsuwać mu alternatywy, inspirować. To wymaga naszej pracy, poszukiwań i zaangażowania, a wielu rodziców ma trudność ze znalezieniem czasu dla dziecka. Kiedy zachęcamy je ogólnikowo: „zrób coś fajnego, zamiast siedzieć na telefonie całymi dniami”, to ono często nie ma pojęcia, co mogłoby zrobić, i rozumie ten komunikat jako nakaz odrabiania lekcji. Ale kiedy podsuniemy mu książkę, zapiszemy się razem na jakiś sport, zajęcia artystyczne, muzyczne i będziemy na nie regularnie chodzić, dziecko zrozumie, że jest wiele ekscytujących możliwości spędzania czasu.

Kontrolować nastolatka czy ufać?

Ważne, żeby na wszystko się umawiać. Bo jeżeli będziemy narzucać mu swoje reguły, na pewno wzbudzimy tylko sprzeciw. Dlatego powiedzmy dziecku: nie podoba mi się twoje zachowanie, martwię się o ciebie, wiem, że dzisiaj może tego nie rozumiesz, że możesz się zezłościć, ale bardzo chciałabym, abyśmy ustalili pewne zasady, co w naszym domu wolno, a czego nie wolno. Siadamy i najlepiej spisujemy na kartce wszystkie ustalenia. Nasze i nastolatka. On: chcę, żebyście pukali do mojego pokoju. Uprzedzali, kiedy wracacie do domu, nie krytykowali kolegów. My: chcemy, żebyś informował nas, gdzie jesteś i o której wrócisz. Nie możesz wracać później niż o 22.00. Jeżeli znajdziemy u ciebie papierosy, odbierzemy ci przywileje. Jeżeli mimo naszych sprzeciwów urządzisz w domu pod naszą nieobecność imprezę, następnym razem poprosimy sąsiadkę, aby cię kontrolowała. Ważne, żeby zasady były jasne, przypominane wielokrotnie, a najlepiej właśnie spisane. Szczególnie wtedy, gdy rodzice i dzieci są silnymi indywidualnościami i często dochodzi do konfliktów.

A co wtedy, gdy dziecko domaga się czegoś, na co nie możemy przystać?

Jasno mówimy: nie możemy się na to zgodzić. Albo jeśli to wyjątkowa sytuacja, szukamy kompromisu. Bo np. dziecku bardzo zależy, by móc wrócić do domu o 23.00, mimo że wcześniej uznaliśmy za nieprzekraczalną granicę godziny 22.00. Dobrze jest narysować skalę, na której widać różnice zdań, i miejsce, gdzie możemy się spotkać.

Co dalej z umową?

Każdy z nas podpisuje się i dostaje swój egzemplarz. I kiedy potem się kłócimy, wyciągamy ją, żeby sobie przypomnieć, na co się umówiliśmy. Odwołujemy się wtedy do umowy, a nie do autorytetu czy siły. To wymaga jednak od rodziców czasu i konsekwencji. Dlatego prościej jest nakazywać. Pamiętajmy jednak, że dziecko walczy o kontrolę nad własnym życiem. Nie dlatego, żeby nam zrobić na złość, tylko żeby w końcu się od nas odseparować, zacząć żyć własnym życiem.

Co zyskujemy jako nienarzucający się konsultanci?

Fajną perspektywę, że po tym trudnym okresie dziecko stanie się samodzielne i odpowiedzialne. Czyż nie o to między innymi chodzi w wychowaniu? Wszyscy znamy dorosłe dzieci uczepione rodziców, od których nigdy się nie oddzieliły. Trzeba pamiętać, że w okresie dorastania dzieci bardzo nas potrzebują, choć czytamy ich zachowania dokładnie odwrotnie – że nas nie chcą. Bardzo często bunt nastolatka to zakamuflowane wołanie o pomoc. Nie czekajmy, aż będzie za późno. Z zaangażowaniem każdego dnia pielęgnujmy więź z dzieckiem. Zdarza się, że rodzice wyrzucają córce, że się nie rozwija, a nie mają pojęcia, jakie książki czyta, w jakim świecie funkcjonuje. To tak, jakby chcieć zrozumieć, co to jest świnka Pepe, o której opowiada pięciolatek, nie znając bajki. Muszę choć raz obejrzeć z nim tę bajkę, żeby zrozumieć, o co synkowi chodzi. Muszę choć raz zagrać w grę komputerową, która tak pochłania syna, żeby zgłębić, dlaczego. Najgorsze, co możemy zrobić, to powiedzieć krótko: nie.

Małgorzata Ohme psycholog dziecięca, psychoterapeutka, pracownik naukowy w Katedrze Psychologii Klinicznej Dziecka Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie.