fbpx

Wymyśliłam sobie ciebie

Wymyśliłam sobie ciebie
(Fot. iStock)

Zakochani idealizujemy partnera, a potem przeżywamy rozczarowanie. Czy tak musi być? Czy można od początku widzieć prawdziwego człowieka i uniknąć pomyłki? Co dzieje się z nami, kiedy minie faza zakochania, i jak należy wtedy postępować – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Czasem, kiedy się rozstajemy, trudno nam powiedzieć, jaki właściwie był nasz partner. Bo zakochane stworzyłyśmy sobie jego wyidealizowany obraz. Tak daleki od oryginału, jakbyśmy wymyśliły sobie zupełnie innego człowieka niż ten żyjący obok nas. No a potem… ogromne rozczarowanie. Rozstanie albo życie obok siebie, a nie ze sobą. Co zrobić, żeby uniknąć takiego scenariusza?
Na tym właśnie polega czar zakochania, że nasz wybrany wydaje się nam rycerzem bez skazy. Wymyślamy sobie, jaki jest wspaniały, bo pierwszym etapem romantycznej miłości, podkreślam – romantycznej – zawsze jest idealizowanie! Zakładamy różowe, a nawet bardzo różowe okulary. Widzimy tylko zalety i lekceważymy wady. Czasem już samo to, że w naszym życiu singla po wielu nieudanych związkach lub bez związków zjawił się ktoś, uznajemy za niesamowite. A jeśli oboje przeżywamy ten rodzaj uniesienia, to nawzajem umacniamy się w tym, że nasze spotkanie jest cudem. Wynajdujemy wszystko, co w nas jest podobne. Oboje lubimy narty i czereśnie! Byliśmy w dzieciństwie chorzy na świnkę! Znajdujemy także dowody na to, że kieruje nami przeznaczenie, a nasza miłość ma jakiś wielki cel. Gdyby tego całego oczarowania i czarowania nie było, to byśmy się w ogóle ze sobą nie splątali…

Musimy odlecieć, żeby miłość mogła się narodzić?
Oczywiście! Spotykamy wielu ludzi, jednych lubimy mniej, innych bardziej. Dostrzegamy ich wady oraz zalety. Ale nie dostajemy przy nich amoku i nie latamy na randki, zapominając o przyjaciółkach czy pracy. Zakochani tak właśnie postępują, bo są w stanie kompletnego „oszołomstwa”. Endorfiny buzują. Większość ludzi uwielbia ten stan właśnie dlatego, że rzeczywistość wydaje się piękniejsza, wszystko jest możliwe! Nic nas wtedy nie martwi, bo nic nas nie obchodzi – oprócz tej jednej, jedynej osoby, o której tak naprawdę niewiele wiemy…

I tak sobie tylko latamy?
Parę miesięcy albo i ponad rok. Dłużej nie, choć gdy para widzi się tylko od święta, to taki stan może trwać i kilka lat. Ale kiedy zamieszkają razem, to te ich zachwyty niechybnie osłabną. No bo wtedy okaże się, że on otwiera okno, bo mu gorąco, a ona je zamyka, bo wciąż jej zimno! Ona kładzie się wcześnie, a on późno. Ona lubi mieć w domu kwiaty, a on mówi: „Po co naniosłaś tyle zielska?”. Ona proponuje: „Chodźmy w niedzielę na obiad do moich rodziców…”.

A on wścieka się i mówi, że nie pójdzie, bo wystarczy, że ona wciąż tam bywa!
Trafiła do mnie taka para, która po okresie zakochania zaczęła przeżywać ogromny konflikt z powodu jej przywiązania do rodziców i jego ogromnej niechęci do jego własnych. To, że ona prawie codziennie odwiedzała matkę, zaczęło mu przeszkadzać dopiero, kiedy zostali małżeństwem. Zapytał: „Co ty tak ciągle latasz do tych swoich rodziców?”. No, ale to nie pomogło, więc zaczął się irytować i nakręcać: „Wszystko, co jest w niej głupiego, to po nich! Jak nie będzie się z nimi spotykać, to będzie taka, jak sobie wymarzyłem! Taka, jak tego chcę!”.

A nie jest tak, że po wizycie u rodziców, teściów często dochodzi do kłótni?
Oczywiście, bo rozmaite problemy emocjonalne wynieśliśmy właśnie z rodzinnego domu. Ale przecież nie wystarczy tylko do rodziców „nie latać”, by te problemy zniknęły!
Mój pacjent coraz bardziej się pieklił, a że nic z tego nie wynikało, to w końcu powiedział żonie: „Albo oni, albo ja!”. Postawił ją w strasznej sytuacji! I okazał się nieprawdopodobnie apodyktyczny. Tak jak był na początku nieprzytomnie w niej zakochany, tak potem stał się nieprzytomnie na nią wściekły.

Oboje byli sobą „rozczarowani”? Pomylili się, biorąc ślub, zwiodły ich różowe okulary?
Patrząc powierzchownie, można tak sądzić. Jednak tak naprawdę stało się dokładnie to, co miało się stać…
Zacznijmy od tego, że nie przez przypadek zakochujemy się w tej właśnie osobie. Psychoanalityk Carl Gustav Jung powiedziałby, że do pełni swojego rozwoju każdy człowiek potrzebuje obu aspektów płci. Kobieta pierwiastka męskiego (siły, pewności, zimna, ciemności), mężczyzna – kobiecego (delikatności, czułości, ciepła, jasności). Dlatego kobieta zakochuje się w tym mężczyźnie, w którym dostrzega to, czego jej samej brakuje do pełni kobiecości. A mężczyzna zakochuje się w kobiecie, w której dostrzega to, czego jemu brakuje do pełni męskości.

Ale to psychologiczna wersja mitu o połówkach jabłka. A dziś chcemy być całymi jabłkami, bez uzupełniania się drugim człowiekiem!
Właśnie żeby być „pełnym jabłkiem”, czasem musimy coś przepracować, zyskać te braki psychiczne, których wychowanie nam nie dało. Jung widział powód naszego zakochania właśnie w tym pragnieniu dopełnienia siebie o nasze brakujące cechy. W naszym marzeniu o pełni.

Skąd zatem rozczarowanie zamiast „uzupełnienia”? Może to jednak nie było trafione zakochanie?
Absolutnie trafione! Jej był potrzebny niezależny i silny aspekt mocy, aby uniezależnić się od rodziców. A on tej niezależności miał aż nadto! Bo jemu właśnie brakowało umiejętności serdecznego bycia w rodzinie. Ten mężczyzna nienawidził swojego ojca, a na matkę był wściekły, bo go nie broniła przed agresją ojca. I dlatego ze swoją rodziną zerwał kontakty. Był niezależny, samodzielny i silny. Wierzył, że samo niekontaktowanie się z nimi wystarczy, aby uwolnić się od dziedzictwa wyniesionego z domu, wystarczy, by być innym niż jego ojciec tyran. Dlatego od żony także oczekiwał zerwania z rodziną.
I ona się w nim zakochała, bo potrzebowała właśnie więcej niezależności od rodziny. Ale dokonanej nie pod przymusem, dlatego nadal do nich chodziła, a jej małżeństwo zawisło na włosku.

Mogli dać sobie dokładnie to, czego potrzebowali, dlaczego tak się nie stało?
Idziemy w miłość po to, aby rozwiązać dylematy i problemy, które nie zostały rozwiązane w naszej rodzinie. Ale dlatego nie zostały rozwiązane, że nikt ich rozwiązać nie umiał, więc nikt nas nie nauczył, jak to zrobić. A sam fakt bycia w związku nie wystarczy. Konfrontuje z problemem, ale nie jest narzędziem do poradzenia sobie z nim. Na szczęście ta para zamiast się rozstać, trafiła do mnie, czyli do psychoterapeutki, która takie narzędzie mogła im dać.

Czyli zakochujemy się „z sensem”, a czujemy się rozczarowani, bo to z własnym problemem nie jesteśmy w stanie sobie poradzić?
Tak, problemem podstawowym jest brak miłości. Temu mężczyźnie brakowało tego, żeby jego matka stanęła w jego obronie, nie pozwoliła ojcu go bić, obrażać, poniewierać nim. Pragnął, żeby wściekłość męża była dla niej mniej ważna niż dobro syna. Ale matka tego nie zrobiła, nie pokazała mu, że jest dla niej ważny, że go kocha. A więc on wymagał tego od swojej żony, żeby pokazała swojej rodzinie, że wybiera jego i tylko jego.

Chciał, żeby jego żona zrobiła to, czego nie zrobiła matka, bo wtedy poczułby się kochany?
Chciał od żony dostać to, czego nie dostał od matki. Pomogłam mu dostrzec, że jego wściekłość na żonę bierze się z wściekłości na własnych rodziców. Powoli, powoli zaczął to do siebie dopuszczać… Dostrzegł też, że z powodu swojego nieprzerobionego dziedzictwa stał się apodyktyczny i zimny jak jego ojciec. Przeraził się, że gdyby pojawiły się dzieci, mógłby być ojcem takim, jakim był jego ojciec…

A co dzięki terapii zrobiła jego żona?
To, czego pragnęła, czyli uniezależniła się od rodziców, stanęła na własnych nogach. Zdała sobie sprawę, że nie jest już córeczką, ale partnerką. To była praca dla niej: mniej z rodziną, a więcej z nim.

Kobiety w Polsce często mimo ślubu dalej latają do mamuś… A mąż? Ma być, ale kobieta nadal jest dzieckiem swojej rodziny. Dlatego kiedy mówi: „Chodź ze mną do moich rodziców”, mężczyzna mówi: „nie”. Bo tych rodziców jest za dużo.

Mamusie przychodzą do domów córek i wprowadzają swoje porządki: „To nie powinno być tak poukładane. To powinno być na wierzchu, a to w szufladzie. Przecież kupiłam wam komplet garnków, dlaczego go nie używacie?”. A wtedy córka, która już nie jest córeczką mamuni, ale dorosłą kobietą, może powiedzieć: „Nie będę nic zmieniać, to nasz dom, a garnki kupiliśmy inne”.

Trudno tak mamie czy teściowej powiedzieć….
A trzeba! „Dziękujemy bardzo za garnki, ale używamy tych, które sami kupiliśmy”. Tej kobiecie udało się przeciąć pępowinę, a temu mężczyźnie udało się przestać być despotą i uznać, że można mieć serdeczne kontakty z rodzicami.

Dzięki temu oboje wnieśli w tę miłość to, czego potrzebowali. Każde z nich trochę swojego oddało i zgodziło się wziąć trochę tego, co miał partner.

W miłości właśnie o to chodzi?
Zawsze. I warto to zrobić, bo po to na siebie natrafiamy. Właśnie to jest nam potrzebne do rozwoju. Tyle tylko, że nie mamy do tego narzędzi. Tak jak ta para.

Miłość nie jest więc ślepa! Tylko czasem potrzebne są narzędzia, żebyśmy mogli rozwinąć się jako ludzie i nauczyć się kochać?
Miłości brakuje prawie wszystkim. Ale też słowo „miłość” jest koszykiem, do którego wrzucamy wszystkie nasze niezaspokojone potrzeby i uczucia. A czego tak naprawdę nam brakuje? Potrzebujemy, żeby najpierw rodzice, a potem partner czy partnerka, nas widzieli. Nas, a nie swoje oczekiwania wobec nas. To jedna z najważniejszych rzeczy w miłości: żeby ktoś mnie widział, żeby mnie słyszał, żeby wiedział, co jest dla mnie ważne, i rozumiał, dlaczego pewne rzeczy zrobię, a innych nie zrobię nigdy. Nie dostajemy tej uważności i akceptacji w domu, jeśli rodzice wychowywali nas tak, żebyśmy byli tacy, jak oni sobie tego życzą. No i potem mamy mężczyznę, który mówi: „Wiesz, chciałbym, żebyśmy siebie traktowali bardzo uważnie, z szacunkiem i z wyjątkowością”. Tyle tylko, że on chce, żeby to ona tak traktowała jego. On jej już nie. Podobnie kobieta oczekuje od mężczyzny, aby był wrażliwy na jej potrzeby i emocje, ale ona na niego już nie musi!

Chcemy tylko brać, a nie dawać?
Nie umiemy inaczej. Brakuje nam dobrego wzoru uważności na drugiego człowieka, jeśli jako dzieci żyliśmy w domu, gdzie było mniej niż więcej: zrozumienia, ciepła, serdeczności i praw. I odwrotnie: potrafimy widzieć i rozumieć drugiego człowieka takim, jakim rzeczywiście jest, jeśli sami dostaliśmy uważność i czułość. To jest ten dobry wzór. To też narzędzie, którego może nam brakować. Jeśli je mamy, po prostu czujemy, czy z tym mężczyzną będzie nam dobrze, bo to człowiek zrównoważony, odpowiedzialny, jak coś powie, to zrobi. Jak nie chce czegoś, to też powie wprost. Miło mówi o kobietach, fajnie traktuje swoją matkę! Dogaduje się z ojcem! Nie patrzymy na to z listą w ręku, ale po prostu wiemy, że możemy z nim być, bo będzie dobrym partnerem i dobrym ojcem dla naszych dzieci.

Taka lista to fajna rzecz! Zwraca uwagę na to, co szczególnie ważne, a co mogłybyśmy zlekceważyć, jak na przykład relacje łączące naszego ukochanego z jego matką.
Tak, ale żeby z takiej listy skorzystać, to znów: trzeba umieć rozpoznać, czy ta relacja jest dobra, czy zła. A to znaczy, że trzeba było doświadczyć dobrej relacji z własną matką, a więc mieć wzór do porównania. Taki wzór to jedno z tych narzędzi, których nam brakuje. Bez nich nie umiemy rozeznać, co jakie jest i czego tak naprawdę potrzebujemy. Dlatego tworzymy masę zmyśleń, marzeń, iluzji o tym, jaki jest ten, kogo chcemy kochać, czym jest miłość, no i czego od niej potrzebujemy. Marzenia nie wynikają z doświadczenia czy z wiedzy. Są odtrutką na brak miłości, brak dobrych doświadczeń i dobrych wzorów.

Im mniej uważności, akceptacji, czyli miłości, dostaliśmy, tym więcej w dorosłym życiu tworzymy iluzji, fantazji i idealizacji?
Iluzje powstają np. tak: mama i tata się kłócą, krzyczą na siebie, w powietrzu wisi groza. Dziecko cierpi, boi się, że dom się rozpadnie, czuje niebezpieczeństwo i często, żeby osłabić siłę tych uczuć, zaczyna uprawiać magiczne myślenie: „W moim domu nigdy tak nie będzie, ja będę rozumiała moje dzieci i mojego męża, będzie bezpiecznie”. Jeśli rodzice nie pogodzą się mądrze, nie wytłumaczą córce całej sytuacji, tylko, jak to zwykle bywa, wrócą do codzienności, to dziecko nie nauczy się, jak dobrze kończyć konflikty. No i kiedy spotyka „miłość” i dostaje od partnera zachwyt, uwagę i troskę, to ten niby-dorosły, ale wewnątrz ciągle dziecko, cieszy się, że jego marzenia właśnie się spełniają. Ale przy pierwszym konflikcie czy różnicy oczekiwań popada w ten znany z domu rodzinnego stan: lęk, napięcie i ogromne rozczarowanie, bo przecież miało być zupełnie inaczej. I nawet już było! I wtedy ma pretensje do partnera: „Ty mnie nie kochasz”.

Oskarża partnera, bo sam nie ma narzędzi do poradzenia sobie z konfliktem?
Właśnie. Te narzędzia, które są nam potrzebne, to nauka rozwiązywania konfliktów, nazywania emocji, posługiwania się nimi, komunikowania się. Jeśli tego nie umiemy, uciekamy w magiczne myślenie, w marzenia, w idealizacje. A wymarzyć możemy wszystko! „Idealne” uczucia, sytuacje, dobra materialne… Wszystko po to, żeby zagłuszyć to wewnętrzne napięcie i zagrożenie. No np.: chcemy ślubu na wyspie i chcemy jeszcze tę wyspę dostać w prezencie! Tak miała jedna z aktorek i my też tak chcemy, bo to cudowny dowód miłości! No i rozczarowanie mamy jak w banku, nawet gdyby jakiś milioner nam to dał! Bo wcale nie chodzi o ślub i wyspę, tylko o to, żeby ten drugi człowiek nas widział, poznał i zaakceptował razem z naszymi wariactwami. Aby trochę ustąpił ze swojego, a ja ze swojego, i żeby w ten sposób powstała trzecia jakość, czyli „my”.

Życie od A do Z
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze