1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dlaczego zdradził? Jakie są powody zdrady według mężczyzn?

Dlaczego zdradził? Jakie są powody zdrady według mężczyzn?

Mężczyźni często tłumaczą zdradę tym, że seks z ich stałą partnerką stał się nudny. Chcieliby go urozmaicić, ale napotykają na opór, więc szukają pań, które chętnie spełnią ich zachcianki. (Fot. Getty Images)
Mężczyźni często tłumaczą zdradę tym, że seks z ich stałą partnerką stał się nudny. Chcieliby go urozmaicić, ale napotykają na opór, więc szukają pań, które chętnie spełnią ich zachcianki. (Fot. Getty Images)
Wiele kobiet przez to przeszło. Żyły w wydawałoby się szczęśliwym związku z mężczyzną, którego bardzo kochały, a on nagle... któregoś pięknego dnia je zdradził. Na początku była złość, poczucie krzywdy a potem przychodziła refleksja i pytanie „dlaczego zdradził?”. A jak sami mężczyźni tłumaczą zdradę?

1. Bo seks stał się nudny lub w ogóle go nie ma

Wielu mężczyzn uważa, że długoletnie relacje potrafią wyssać z kobiety popęd płciowy. Kiedy mężczyzna inicjuje pieszczoty, jego ukochana zaczyna wymigiwać się bólem głowy lub innymi dolegliwościami. Po kilku nieudanych próbach, pod pretekstem „zostania dłużej w pracy”, szuka pocieszenia w ramionach innej.

Niektórzy mężczyźni tłumaczą swoje zdrady tym, że seks z ich stałą partnerką stał się po prostu nudny. Chcieliby go urozmaicić, ale napotykają na opór. Dlatego szukają pań, które chętnie spełnią ich marzenia erotyczne.

Są też panowie, którzy wręcz nie wyobrażają sobie, aby ich stała partnerka robiła w czasie seksu coś, co zrujnuje w ich oczach jej obraz „grzecznej dziewczyny” (doskonale obrazują to słowa Roberta de Niro, który w jednym z wywiadów powiedział: „przecież jej usta całują moje dzieci na dobranoc”). Dlatego swoje fantazje erotyczne realizują z kimś innym.

2. Bo ona mnie zdradziła

Tak, zdarzają się takie sytuacje, kiedy to kobieta z jakiegoś powodu dopuściła się zdrady. Mężczyźni reagują na tę wiadomość różnie, ale zdarzają się tacy, którzy postanawiają odpłacić pięknym za nadobne. Jest to dla nich jedyny możliwy sposób, aby wyzbyć się złości i tym samym potwierdzić swoją męskość.

Niektórzy mężczyźni zdradzają w kolejnych związkach, gdy wcześniej zostali zranieni przez nieuczciwą kobietę, którą bardzo kochali. W ten sposób chcą odegrać się na całej populacji kobiet.

3. Bo zdrada jest ekscytująca i jest wyzwaniem

Dla niektórych mężczyzn seks jest jak polowanie – oni uwielbiają wyzwania i lubią czuć dreszcz emocji związany z pościgiem za kolejną „ofiarą” i jej zdobyciem. Dla innych zdobycie nowej kobiety to jak spróbowanie nowego smaku lodów po latach trzymania się jednego.

4. Bo zdrada podnosi moje ego

Nic tak nie podnosi samooceny mężczyzny jak uwaga innych kobiet, które dają mu do zrozumienia, że jest dla nich atrakcyjny. Dzieje się tak wtedy, gdy jego partnerka stale go krytykuje i wytyka błędy. Kilka miłych słów, czuły dotyk sprawiają, że taki mężczyzna łatwiej daje się omamić, wydaje mu się, że znowu wrócił do gry.

5. Bo nadarzyła się okazja

Większość mężczyzn nie potrafi powiedzieć „nie”, kiedy nadarza się okazja na seks - takie są fakty. Choć mężczyźni nie są stale bombardowani seksualnymi propozycjami, to czasami otwierają się przed nimi pewne perspektywy. Czy to była dziewczyna przypomni o sobie po kilku latach i zaproponuje niezobowiązujący seks, czy frywolna małolata będzie kręciła się ponętnie obok niego na parkiecie w klubie – mężczyzna z chęcią wykorzysta tę okazję, bo będzie w niej upatrywał jedyną szansę, która się właśnie pojawiła w jego życiu i kto wie, kiedy nadarzy się druga. Dlatego wydaje im się, że nie mogą tego zmarnować.

6. Bo moja partnerka wciąż gdera

Większość mężczyzn przynajmniej raz w życiu spotkało na swojej drodze kobietę, która spowodowała, że czuli się jak kompletne zero. Była dokuczliwa, zrzędliwa, kłótliwa i do tego cały czas dążyła do konfrontacji, co przyprawiało o ból głowy. Zdrada z inną kobietą jest ucieczką od domowego piekła i działa lepiej niż aspiryna.

7. Bo kobiety pozwalają na zdradę

Niektórzy mężczyźni nie widzą problemu w tym, że zdradzają, ponieważ ich kobiety wybaczają im skoki w bok. I rzeczywiście tak jest – wiele pań robi to z obawy przed samotnością albo decydują się na to dla dobra wspólnych dzieci.

8. Bo partnerka przestała o siebie dbać

Wielu mężczyzn tłumaczy swoją zdradę tym, że ich długoletnie partnerki przestały o siebie dbać. Nie chodzą już na siłownię, ubierają się w domu w rozciągnięte dresy, nie depilują nóg. Innymi słowy – panie tracą urok i seks z nimi nie jest już tak atrakcyjny. Dlatego mężczyźni, wybierając kochanki, szukają wśród młodych i ładnych kobiet.

9. Bo już jej nie kocham

Niestety czasami w długich związkach uczucie wypala się. Jednak myśl o rozstaniu dla mężczyzny może okazać się zbyt bolesna lub niemożliwa z wielu powodów. Dlatego trwają w takim związku, ale szukają pocieszenia i czułości w ramionach innej kobiety.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Dojrzały seks – mądrzejsza i głębsza forma miłości

Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy. (Fot. iStock)
Jest przejawem mądrości, głębszego sposobu kochania. Teraz ważniejsza od ilości staje się jakość zmysłowych doznań.

Eros, syn bogini nieba, jest niebiański i czcić go powinny państwa i ludzie zwyczajni, bo on do pracy nad sobą zmusza, on udoskonala tych, którzy sami kochają, i tych, co sobie miłość zyskać potrafili – pisał Platon w „Uczcie”. Moc Erosa do dziś nie straciła na sile i uniwersalności. Wciąż nas porywa, sprawia, że pragniemy drugiego człowieka bardziej niż czegokolwiek. Ślepniemy na jego wady i go idealizujemy. Uzależniamy się od jego bliskości i chcemy spędzać z nim każdą chwilę. I przeżywamy stany wielkiego, gwałtownego szczęścia. Ale to jedna strona. A druga? Eros jest rozedrgany, miotany skrajnymi emocjami, w których od miłości do nienawiści czasem tylko jeden krok. Jest niepohamowany i dziki. Świetnie się sprawdza jako łóżkowy „zapalnik”, lecz nie rozumie, że drugi człowiek to odrębna istota, która może chcieć czegoś innego, potrzebować własnej przestrzeni. Jest zaborczy i zazdrosny, nie tylko o czyn, ale nawet spojrzenie, gest, myśl. „Miłość takie rzeczy z ludźmi wyprawia, że nieszczęśliwym każe się martwić rzeczami, którymi by się nikt nie martwił, a szczęśliwym chwalić każe takie, którymi się cieszyć nie warto” – to też Platona.

Eros i Philos

Dziś już wiemy, że to kwestia skomplikowanej „kąpieli chemicznej”, wręcz „chemicznego jaccuzzi”, w którego oparach wirują komórki mózgowe – organizm zakochanych produkuje fenyloetyloaminę, hormon sprawiający, że uzależniają się od przyjemności, jaką niesie obecność kochanej osoby. Wzbudza też uczucie całkowitego odrealnienia: zakochani bujają w obłokach, świat wydaje się im piękniejszy, znikają problemy... I podejmują różne dziwne decyzje. Dodatkowy efekt: wyostrzeniu ulegają zmysły, a więc kontakt fizyczny sprawia im ogromną przyjemność. Co więcej, seks jest wtedy szczególnie obfity i satysfakcjonujący, bo w stanie zakochania obie płcie spotykają się w miłości, także fizycznej. Kobiecy organizm produkuje wówczas nieco więcej testosteronu, a to zwiększa apetyt na seks. Z kolei „zmiękczony” działaniem wydzielanej obficie dopaminy mózg mężczyzny skłania go do zachowań pełnych ciepła i czułości, tak bardzo lubianych przez partnerkę.

– Na początku związku seks rodzi się z pożądania – mówi Anna Gawkowska, psycholożka i terapeutka. – Pierwsze miesiące iskrzą od libido, co zaspokaja apetyt na przygodę, potrzebę ekscytacji i silnych przeżyć. Przyspieszone bicie serca, pożądanie, popęd, ekscytacja, motyle w brzuchu, drżenie rąk i nóg… Przyjemne, intensywne i odrywające od zmartwień szarej, nudnej rzeczywistości. Łatwo się od takiego stanu uzależnić i zacząć go gloryfikować. Mało w nim jednak świadomości, refleksji i przeżycia na poziomie duchowym.

To cudowne preludium, ale tylko preludium. Bo kiedy partnerzy są ze sobą dłużej, wszystko się zmienia. Stan zakochania jest stanem wyjątkowym i nietrwałym. Naukowcy uważają, że po mniej więcej dwóch latach (u szczęśliwców ten okres wydłuża się czasem do czterech) mózg uodparnia się na fenyloetyloaminę, pożądanie słabnie, a z nim miłość zmysłowa. Ale może to i lepiej? Eros ustępuje wtedy miejsca (według typologii Platona) Philosowi – mądrzejszej i głębszej formie miłości. Gdy kochanków łączą już nie tylko szalone porywy serca, namiętność i przekonanie, że bez tej drugiej osoby świat przestałby istnieć, pojawiają się inne wartości – może mniej intensywnie przeżywane, lecz równie, lub nawet bardziej, satysfakcjonujące.

– Na tym etapie związku partnerzy są ze sobą nie dla chwili przyjemności, lecz dla obopólnego pożytku – mówi Gawkowska. – Nie tylko się kochają, także szanują siebie i swoją odrębność. Zaczynają się przyjaźnić, ale zmysłowość i erotyka nadal działają między nimi, tyle że gdzie indziej tryska źródło potrzeby zbliżenia: w zażyłości, bliskości, intymności, przywiązaniu, cieple i bezpieczeństwie. To wcale nie jest gorsze niż pierwsze porywy serca, bo ten rodzaj seksu zaspokaja głębsze potrzeby: pozwala nasycić się kontaktem. Jest wypadkową mocnej więzi i bliskiej relacji, mniej sprowadza się do cielesnej przyjemności – jest bardziej znaczący.

Ciepło i zaufanie

W dojrzałej relacji umiemy ze sobą rozmawiać, rozumieć się i rozwiązywać problemy, więc nie przenosimy ich do sypialni i seks nie musi już być używany jako oręż w walce czy moneta przetargowa. Partnerzy poznali się i dotarli, przestają wstydzić się siebie nawzajem, zachowują się swobodnie, bo w pełni akceptują swoją fizyczność. Dobrze znają swoje potrzeby, oczekiwania, czułe miejsca, mapy rozkoszy. A wtedy łatwiej sprawiać sobie nawzajem przyjemność. Odmienność takiego seksu polega między innymi na tym, że chociaż mniej „pełnego” kontaktu seksualnego, to więcej kontaktu w ogóle – i to jest wspaniałe. Nagle to, kto zrobi zakupy, może być rodzajem gry wstępnej… Takie podejście doskonale służy kobietom, dla których seks jest ukoronowaniem związku: rozmów, wspólnej codzienności, usłyszanych od partnera komplementów, ale także... wyniesionych przez niego śmieci czy zmytych po kolacji naczyń. W zorganizowanym kiedyś konkursie na najpiękniejsze zdanie miłości pierwsze miejsce zajęło: „Ty śpij, kochanie, ja ją przewinę”… Potrzeba bliskości z partnerem jest u kobiet tak wielka, że chętnie oddadzą za to nieco namiętności.

– Najważniejsze, że nie musimy niczego cenzurować ani nikogo udawać, co często się zdarza na początku związku – podkreśla psycholożka. – Wzajemne zaufanie pozwala nam czerpać dodatkową przyjemność z seksu. Może już nie jest tak dziki i nie uprawiamy go tak często, ale osiąga inny wymiar. Mądrzy szczęściarze uczą się delektować codzienną bliskością i akceptują fakt, że ekscytacja musi kiedyś opaść. Bo ile można się spalać w poszukiwaniu nowych podniet, przeprowadzaniu coraz bardziej ryzykownych eksperymentów… – Dojrzały seks to nie tylko stosunek, ale także dotyk, pieszczota, nagość, spojrzenie, subtelna gra między partnerami. Odkrycie, że „dookoła seksu” jest całe mnóstwo subtelnej erotyki, która może otworzyć długoletnim parterom drogę do nowych rozkoszy – uważa Anna Gawkowska.

Dojrzewa relacja, a wraz z nią dojrzewają również kochankowie. Nie są już tak łapczywi i stale siebie głodni. Młodzi ludzie mają zwykle problem z nasyceniem się partnerem, bo jeszcze nie potrafią tego zrobić, a amplituda ich emocji jest duża – miłość przeplata się z nienawiścią, a to bywa czasem bardzo męczące. Ponadto wydaje się im, że są nieśmiertelni, że cały świat do nich należy, że nic się nie kończy – więc nie dbają zanadto o relację. I kiedy napotkają na jakiś problem, często zamiast go rozwiązać… zrywają ze sobą i zaczynają nowy związek, wchodzą w inną relację, bo to wydaje się najłatwiejsze. Mądry kochanek zdaje sobie sprawę, że nowy partner nie odmieni jego życia, dopóki sam nie zmieni czegoś w sobie.

Ani młodzi, ani gniewni

– Młodzi idą na ilość: mężczyźni przechwalają się, ile to mieli partnerek, a kobiety, ilu facetów się w nich kocha – mówi psycholożka. – Kiedy dojrzeją, wolą jeden wypróbowany związek niż sto przygodnych partnerów. Teraz ważniejsza staje się jakość. Dojrzały seks jest nastawiony zarówno na branie, jak i dawanie. Młodzieńczy bywa bardziej egoistyczny.

Dorosły człowiek znajduje w sobie już tak mocne oparcie, że nie musi się wciąż gimnastykować i potwierdzać swoją wartość poprzez zewnętrzne objawy typu: „mam superdziewczynę, która uważa mnie za superkochanka i chce ze mną być”. Potrafi związać się z kimś dla czystej przyjemności bycia z tą osobą.

– Dla łóżkowej satysfakcji bardzo ważne jest to, że w miarę dojrzewania rozprawiamy się ze swoimi zahamowaniami – tłumaczy Gawkowska. – Każdy ma swoje kompleksy, granice, które zostały nam świadomie lub nieświadomie wpojone przez środowisko, w jakim dorastaliśmy. To wszystko ulega weryfikacji pod wpływem doświadczeń i kolejnych związków. Badamy teren i odkrywamy obszary, na których czujemy się bezpiecznie i komfortowo. Przekonujemy się, że sfery „zakazane” nie są wcale takie straszne i takie zakazane. Rozwijamy się i zmieniamy. Kobieta w wieku dojrzałym czerpie z seksu więcej korzyści niż wtedy, kiedy wchodziła w świat erotyki. Zwłaszcza, że aby pokonać zahamowania, potrzebuje współpracy, pomocy, doświadczenia i czułości partnera. A z tym bywa czasem problem, bo akurat wtedy, kiedy ona pragnie być delikatnie i z wyczuciem przeprowadzana przez kolejne bramy, jej partnerem najczęściej jest równolatek – jurny i buzujący od testosteronu młody mężczyzna, który możliwie najkrótszą drogą „dochodzi do bazy”. Jeśli przy okazji zapomni zadbać o przyjemność i komfort kobiety, pokonywanie zahamowań może okazać się trudne.

– Dojrzały seks daje to, do czego służy: pragnienie przyjemności, bliskości i cielesnego bycia ze sobą – podkreśla psycholożka. – Przestajemy traktować łóżko jako zaspokojenie pozaseksualnych potrzeb, nie szukamy za jego pośrednictwem dowartościowania.

Zdrowa, świadoma swoich atutów i wad osoba może być sama albo z kimś w dobrym związku. Uprawia seks, bo chce, a nie dlatego, że musi. Nie uważa też, że ten dobry jest wyłącznie spontaniczny, spada nagle i znienacka. Wie, że planowanie miłosnego zbliżenia może przedłużać rozkosz i zwiększać na nią apetyt. Ma też zupełnie inny stosunek do eksperymentów niż kilka czy kilkanaście lat wcześniej, kiedy chciała spróbować wszystkiego, co nowe i ma w dodatku walor zakazanego owocu. Eksperymenty niosą dużą dawkę ekscytacji, zarówno pozytywnej, jak i negatywnej. Oba rodzaje są pobudzające i sprawiają, że człowiek czuje, że żyje. Dojrzały kochanek mniej ich jednak potrzebuje. Już zasmakował wielu przyjemności, rozkoszy, poznał swoje czułe miejsca i granice. Już wie, co lubi i z całej palety możliwości wybiera to, na co ma ochotę. A jeśli jest coś, czego do tej pory nie zasmakował, a pragnąłby, łatwiej poprosi o to kochankę, bo jest pewien jej miłości, życzliwości i akceptacji. Wie, że nawet nieudany eksperyment nie wpłynie na stałość czy jakość ich relacji i że w każdej chwili uszanowane zostanie jego „nie”. To dodaje mu odwagi.

  1. Psychologia

Zakazany romans – dlaczego kobiety pożądają żonatych mężczyzn?

Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Choć zakazany owoc jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. (Fot. iStock)
Zakazany owoc jest słodki i chrupki. Ceną za posmakowanie była utrata raju! A jaka może być cena zakazanego romansu przyjaciółki?

Oscar Wilde mawiał, że najlepszym sposobem na zwalczenie pokusy jest jej ulec – bo kiedy się opieramy, dusza choruje z pożądania, a niedostępne nabiera na atrakcyjności. Justyna w pełni popiera opinię Wilde’a. Od lat podkochuje się w mężach i partnerach przyjaciółek.

– Czasem mam z nimi romanse, czasem nie, ale jeśli kogoś pragnę, podziwiam, uwodzę – to prawie zawsze jest to czyjś mąż. Wolni faceci mnie nie kręcą. Czemu? Nie wiem – wyznaje.

Dziwne? Z pozoru. Antropolog i badaczka ludzkich zachowań, Helen Fisher, w swojej książce „Anatomia miłości” opisała to zjawisko. Fakt, że „cudzy” mężczyźni wydają się kobietom ponętni, nie jest wcale rzadkością, a raczej… normą!

– Pociągają nas mężowie innych kobiet, ponieważ są „sprawdzeni” – mówi Joanna Twardo-Kamińska, seksuolog i psycholog. – Wiele kobiet, widząc, że mężczyzna jest pożądany przez inne, zaczyna uważać go za atrakcyjnego. To ewolucyjna część postrzegania: wydaje nam się, że fajne osoby są na rynku matrymonialnym najszybciej rozchwytywane i tworzą dobre związki.

Bo, paradoksalnie, im bardziej udany związek obserwujemy, tym bardziej pociągający wydaje się mężczyzna. To tak, jakby inna kobieta dawała mu certyfikat wysokiej jakości. Twardo-Kamińska: – Mamy tu do czynienia z mechanizmem projekcji: ponieważ przyjaciółka wybrała danego mężczyznę, to musi coś w nim być. Nie wiemy dokładnie, co to takiego, więc przypisujemy mu cechy pożądane. Idealizujemy.

To fajne, mieć romans z ideałem. A czy można skuteczniej nakarmić kompleksy i poczuć własną atrakcyjność? Zdaniem seksuologa Justynie romanse dają poczucie bezpieczeństwa. Żyje w świecie fantazji i to jej wystarcza. – To, że dziewczyna nie robi kroku dalej i nie myśli o stałym związku, wynika prawdopodobnie z lęku przed bliskością i odrzuceniem – mówi Twardo-Kamińska. Podobnie rasowe łowczynie – są zainteresowane mężczyzną, dopóki go nie podbiją. A żonaci faceci to idealny cel: można ich upolować, skonsumować i pójść dalej. Choć łowczynie wydają się drapieżnymi kocicami bez skrupułów, tak naprawdę są, podobnie jak Justyna, uciekającymi od bliskości, pełnymi lęku rozbitkami. Co można im poradzić?

Twardo-Kamińska: – Najlepiej terapię, dzięki której nauczą się wchodzić w prawdziwe relacje i odkryją, czemu od nich uciekają. Bo kiedy czterdziestka zastanie łowczynię w pustym mieszkaniu, satysfakcja z dotychczasowych trofeów nagle okaże się mniejsza niż poczucie pustki i samotności.

Wbrew wszystkim

Zośka zbliża się do czterdziestki. Przez kilka lat była sama, zraniona po nieudanym związku. Niedawno pojawił się Adam. Powoli i cierpliwie torował sobie drogę do jej serca i łóżka. – To wspaniały mężczyzna, dba o mnie i naprawdę mnie kocha – mówi Zośka. – W łóżku – ideał: czuły, namiętny otwarty na moje potrzeby. W dodatku kręci nas to samo.

Dobrze im razem. Zośka pierwszy raz jest szczęśliwa, a jednak ukrywa ten romans przed światem. A już najbardziej przed najbliższymi. Dlaczego? – Adam jest byłym mężem mojej starszej siostry. Wprawdzie rozwiedli się 15 lat temu, ich dziecko już jest dorosłe, a siostra jest od lat z kim innym, ale moja rodzina i tak wpadłaby w histerię na samą myśl, że sypiam z Adamem. Nikt, dosłownie nikt tego nie zaakceptuje – zwierza się Zośka. Dlatego to sekretny romans. Ale Zośka nie ma zamiaru rezygnować z Adama. Wprost przeciwnie! Desperacko pragnie z nim i sypiać, i żyć…

Zdaniem Twardo-Kamińskiej możemy mieć tu do czynienia z efektem Romea i Julii. – Zjawisko to polega na tym, że obiekt pożądania jest atrakcyjny właśnie dlatego, że stanowi tabu i nie wolno nam się z nim związać – wyjaśnia seksuolog. – Nie mogąc z nim być, pragniemy go z całych sił. Możemy go też idealizować. Nie widzimy jego wad, przypisujemy mu różne zalety, wiele interpretujemy na korzyść. Im bardziej świat staje między nami, tym bardziej pragnienie rośnie. Ono karmi się oporem rzeczywistości.

Zośka łamie swego rodzaju tabu. To może podniecać, dawać zastrzyk energii, nastrajać do walki o „swoje”. Ale czy kochankom się uda? Twardo-Kamińska uważa, że obiektywnie nic nie stoi na przeszkodzie: oboje są wolni, mają poukładane życie, pozamykane poprzednie związki. Nie ma nic złego w tym, że kobieta wiąże się z byłym mężem siostry, jeśli tamta relacja jest zakończona. Co więcej, to mógłby być bardzo udany związek, bo Zośka i Adam znają się od lat, wiedzą o sobie dużo, przyjaźnią się. Odpada więc element niepewności i zaskoczenia. – Ale to może się okazać za mało. Otóż efekt Romea i Julii ma też drugi komponent: kiedy już przełamiemy bariery i jesteśmy razem; gdy wreszcie dane jest nam funkcjonować w związku ze wszystkimi jego blaskami i cieniami, Romeo… rozczarowuje. Dlaczego? Bo okazuje się tylko człowiekiem. Ale przede wszystkim dlatego, że znika przeżywanie tęsknoty i pragnienia – cała emocjonalna huśtawka, która towarzyszyła walce o miłość. A bez tej ekstazy nawet seks, choć udany, staje się równie codzienny jak reszta – podsumowuje seksuolog.

Krzyżowy ogień uczuć

Karina czuje, że się strasznie zaplątała. Ona i jej mąż, Jarek, co roku wyjeżdżali do Włoch wspólnie z zaprzyjaźnioną parą małżeńską. Tak było weselej i taniej. Podczas ostatnich wakacji między Kariną a mężczyzną z drugiej pary zaiskrzyło. I to jak! Nie opanowali tego, nawet nie próbowali – toskańskie wieczory uderzyły im do głów. Ukradkowy, wakacyjny romans przetrwał jesień i zimę. Kochali się coraz bardziej.

– A seks? Seks był naprawdę nieziemski! Pełen pasji i zatracenia w sobie nawzajem, że na samą myśl o nim kręciło mi się w głowie. Nigdy z nikim tak mi nie było, należałam tylko do niego – wspomina Karina. Postanowili być razem. Pierwsze miesiące: ekstaza. A potem… porażka. Pretensje, wyrzuty sumienia, kłótnie i awantury – a do tego obustronne poczucie, że spaprali sobie życie… Nie wytrzymali nawet roku.

– Zadziałała tu odwrócona teoria niedostępności i zasada reaktancji – tłumaczy seksuolog. – Pierwsza: kiedy już coś zdobędziemy, to nam powszednieje i przestaje przedstawiać wartość. Druga: ludzie mają tendencje do zawyżania wartości i podążania za tym, do czego mają utrudniony dostęp. Obie dotyczą nie tylko życia seksualnego, ale także dóbr materialnych... Potrzebujemy odmienności, ekscytacji. Wiele osób nie potrafi docenić tego, co ma i szuka czegoś, co zapewnia silne bodźce.

Bardzo łatwo wpaść w tę pułapkę. Dlatego lepiej się zatrzymać i pomyśleć: „Co z tego, że inny mężczyzna jest bardziej przystojny? Dobry seks to dobra relacja – a tę buduje się latami”.

– Zamiast gonić wrażenia, lepiej jest docenić fakt, że partner też ma wiele zalet, np. jest opiekuńczy, w łóżku uważny, wrażliwy – radzi Twardo-Kamińska.

Dojrzały kochanek

Młodość jest atrakcyjna? Nie dla każdego. Na pewno nie dla Krystyny. Jako 20-latka związała się z dwa razy starszym od siebie kochankiem. – Byliśmy niedopasowani życiowo, co innego nas interesowało, ale łóżko wszystko rekompensowało – opowiada Krystyna. – W sypialni dogadywaliśmy się idealnie. Wprowadzał mnie w świat seksu i dawał mi dokładnie to, czego potrzebowałam. Po prostu uwielbiałam się z nim kochać.

Dziś jest związana z Jackiem, swoim rówieśnikiem – też ma 26 lat. Kocha go, ale… jest zafascynowana jego 40-letnim ojcem! Ilekroć go spotyka, czerwieni się, jąka i spuszcza oczy – jak pensjonarka. To jego twarz i ciało sobie wyobraża, gdy zamyka oczy, kochając się z Jackiem.

Krystyna nie jest wyjątkiem. Kobiety, które pociągają nawet sporo starsi mężczyźni, wchodzą w relacje z młodszymi, bo tak chcą rodzice, tak wypada… Ale nie są szczęśliwe – podziemny strumyczek pożądania płynie w innym kierunku.

– Niektóre koncepcje psychologiczne wiążą fascynacje kobiet starszymi parterami z tzw. deficytem ojca – tłumaczy seksuolog. – Element seksualnej ekscytacji odgrywa tu rolę, ale nie jest pierwszorzędny. Takie dziewczyny uwielbiają towarzystwo starszych mężczyzn, lubią pławić się w ich cieple i opiekuńczości, podziwiać życiową mądrość i doświadczenie. Partner symbolizuje ojca, którego brakowało im całe życie.

– Należy jednak podkreślić, że to tylko jedna z teorii. Część kobiet preferuje starszych partnerów, bo są bardziej odpowiedzialni, dają poczucie bezpieczeństwa i w związku z tym są dla nich atrakcyjni – zaznacza seksuolog.

Co można poradzić kobiecie zapatrzonej w dojrzałych mężczyzn? – Niech wiąże się ze starszymi mężczyznami, jeśli jest z nimi szczęśliwa. Relacje, w których partner jest starszy, nawet dużo, są społecznie akceptowane – uważa Twardo-Kamińska.

Mniejsze zło

Anka ma swój mały sekret: podkochuje się w kuzynie. Niby to tylko krewny drugiego stopnia, ale jednak. – Nie odważyłabym się iść z nim do łóżka – wyznaje Anka. – Ale na samą myśl, że mogłabym się z nim kochać, dostaję gęsiej skórki.

To, czego nie wolno, kręci, ekscytuje i podnieca. Im bardziej zakazane, tym bardziej ekscytujące. Jedni oprą się chętce łamania tabu, ale inni nie. – Silniejszą potrzebę łamania barier mają… grzeczne dziewczynki – uważa seksuolog. – Te, od których przez całe życie wymagano, by były poukładane, miłe i potulne. Te, które zawsze wracały do domu przed 22.00. Mogą odczuwać impuls, by się wyrwać z tego ugrzecznionego świata. Instynkty nie zostają bowiem przez takie wychowanie usunięte, a jedynie wyparte – i pewnie kiedyś dojdą do głosu. Może się to objawiać właśnie pokusą łamania tabu.

Program dla grzecznych dziewczynek? Jeśli chcecie się uchronić przed pokusami robienia czegoś musicie być choć trochę niegrzeczne na co dzień. Bo choć zakazany owoc (a w tym wypadku seks) jest wspaniały i porywający, niezwykle bogaty w doznania i nigdy się nie nudzi – to cena, jaką możemy zapłacić za taką przygodę, jest bardzo wysoka. Może nią być społeczne odrzucenie i samotność, na jaką nas skaże. Dlatego szukajmy wrażeń, łamiąc drobniejsze zakazy. Film tylko dla dorosłych? Dzika przejażdżka motocyklem? Taniec w klubie do rana? To zdrowe sposoby na to, by rozładować napięcie pomiędzy grzeczną a tą dzikszą częścią nas samych.

  1. Psychologia

Zdrada – szukanie bliskości poza związkiem to alarm

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego samego, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. (Fot. iStock)
Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste.

Kiedyś wspólnota religijna, rodzina wielopokoleniowa zaspokajały naszą potrzebę przynależności, jasno określonej tożsamości, a teraz tę potrzebę przerzucamy na partnera, chcemy dostać to od niego w gratisie. Zbyt dużo na nim wieszamy. Marzymy, by ktoś, kogo wybraliśmy, wyrównał nam wszelkie straty, żeby nas dopieścił, sprawił, że poczujemy się nareszcie docenieni. Dodatkowo zaciera się definicja związku, formalizacja tego, że jest się razem, nie jest już konieczna, mamy seks przedmałżeński, bez ślubu możemy mieć wspólne dzieci. Wierność, obietnica wyłączności stają się więc często ostatnim wyraźnym wyznacznikiem związku. Nic dziwnego, że zdrada partnera tak mocno nas dotyka.

Z badań socjologicznych wynika, że choć potępiamy zdradę bardzo stanowczo, to jednocześnie powszechnie ją praktykujemy. Ta „schizofrenia” bierze się z potrzeby myślenia o sobie jako o lepszych, niż jesteśmy. Boimy się prawdy, szczególnie jeśli w przeszłości byliśmy nieuszanowani przez rodziców i wychowawców. Obawiamy się, że może mieli rację, a zdrada byłaby przecież tego potwierdzeniem. Poza tym człowiek dorosły choć wie, że musi liczyć na siebie, marzy, że jego partner zdejmie z niego część odpowiedzialności za życie, da więcej bezpieczeństwa, wsparcia. I jak on zdradza, to odczuwamy wtedy wielką samotność, stajemy twarzą w twarz z okrutnym losem.

Zdrada zupełnie niepotrzebnie jest odbierana jako potwierdzenie, że jest się nieudanym. Przecież zdradzającemu chodzi o niego same- go, a nie o inną osobę. On to robi dla siebie, nie przeciwko komuś. Niekoniecznie ze względu na kochankę, bo ona się po prostu trafia. Zdradzający szuka balsamu na serce, nie tyle innej osoby, ile innego siebie – ciekawszego, młodszego, bardziej frapującego, zadowolonego z siebie, żyjącego pełnią. Gdy ktoś zaczyna nas ekscytować, to my się sobie samym bardzo podobamy. Oczywiście, jeżeli w tej fascynacji możemy liczyć na wzajemność. Warto więc to samobiczowanie ukrócić i skończyć z odnoszeniem zdrady do siebie. Nie ma też sensu pytać o jej szczegóły, zamiast tego lepiej pytać o to, co ona znaczy dla naszego związku.

Na początku naszą reakcją na zdradę są żal, złość, strach, zazdrość i chęć ukarania winnego, ale jak już się trochę ogarniemy, to nie ma co zachowywać się wsobnie w stylu: „Co ty mi zrobiłeś?!”. No, nie tobie, raczej sobie. Jeśli nie zaczniemy rozumieć partnera czy partnerki, to znów będziemy żyli obok siebie, a nie razem.

Ludzie, którzy są ze sobą blisko, którym ze sobą ciepło i dobrze, nie zdradzają się, bo nie mają takiej potrzeby. Stwarzają sobie razem bogaty świat, są spełnieni erotycznie i emocjonalnie. Niewierność pojawia się, kiedy w relacji czujemy się samotni lub nieszczęśliwi.

Mamy tendencje do interpretowania zdrady w kategorii okrutnego sprawcy i niewinnej ofiary. Ale to nie takie proste. Czy ktoś, kto nie lubi siebie ani swojego partnera, rzeczywiście może się nazwać ofiarą zdrady? Albo ktoś, kto odmawia seksu partnerowi, i on zaspokaja swoje potrzeby gdzie indziej? Zawsze podkreślam, że kobieta, z którą zdradza cię twój partner, jest taka sama jak ty.

Sama diagnoza kryzysu, mówienie, że w związku jest źle, że jest mi smutno czy pusto przy tobie, zazwyczaj niespecjalnie do ludzi trafia, niestety.

Tak wynika z mojego doświadczenia i doświadczeń moich pacjentów. Reakcja to zwykle: „O co ci chodzi, przecież wszystko jest dobrze!”. Często dopiero zobaczenie rywala czy rywalki działa oprzytomniająco, ponieważ utrata związku staje się realna i nie ma co udawać, że wszystko jest okej. Następuje wtedy mobilizacja. I kobiety, i mężczyźni, kiedy robią skok w bok, najczęściej mówią, że ktoś się nimi zachwycił. To wcale nie musi być lepszy seks ani tak zwany lepszy model. To może wynikać z pragnienia aprobaty, ciepłych słów. Dobrze jest więc częściej okazywać sobie nawzajem więcej aprobaty. Jednak zacznijmy od siebie, ponieważ człowiek z siebie niezadowolony nie daje nikomu ciepła, bo nie ma z czego.

Jak świat światem ludzie z różnych powodów wchodzili w związki „nieoficjalne”. Czasem para, która sobie pasuje przez wiele lat, stopniowo się rozchodzi. Jeśli się nie dostarcza materiału związkowi, jeżeli ludzie się zajmują osobno zupełnie różnymi sprawami, to wtedy w tej swojej osobności mogą spotkać kogoś innego, kto stanie się bliski. Szukanie bliskości poza związkiem może być sygnałem alarmowym, że oddalamy się od siebie, że nie zaspokajamy w związku swoich potrzeb. Bywa też tak, że dochodzi do rozstania, bo ktoś spotyka lepszego dla siebie partnera, ciekawszego, bardziej odpowiedniego, i odchodzi. I gdy zdrada kończy związek, i wtedy, gdy on dalej trwa – można na nią spojrzeć konstruktywnie. Bo ona daje nam refleksję, że związek jest z jakichś powodów niedobry i albo trzeba go zmienić, albo pożegnać. W obu wypadkach kochance męża należą się kwiaty, że nawiążę do tytułu mojej książki. Gdy przyspieszyła koniec niedobrego związku, ale też gdy relacja przetrwa. Bo to znaczy, że jest na tyle ważna, że opłaca się budować nowe podwaliny, żeby już nie powtórzyć tego, co było. Najciekawsze jest to, że można zacząć być z tą samą osobą trochę jak z nową. Zdrada bywa katalizatorem zmian w związku, co oczywiście, nie znaczy, że jest przyjemnym doświadczeniem.

  1. Seks

Flirt – od zabawy do zdrady

Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. (Fot. iStock)
Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. (Fot. iStock)
Rozmawiając o flircie i zdradzie poruszamy się w bardzo delikatnej materii, bo każdy człowiek ma prawo postrzegać te zachowania inaczej.

Czym jest flirt?

Flirt jest starą jak świat zabawą dwojga ludzi prowadzących zalotną rozmowę, żartobliwą i nieco dwuznaczną, której towarzyszą kokieteryjne gesty i spojrzenia. Flirtując, gramy ze sobą w „Ja cię gonię, ty uciekasz, ale zaraz będzie zmiana ról” dotąd, dopóki nas to bawi. Zachowana jest równowaga sił, której już wyraźnie brak, gdy tylko jedna ze stron ewidentnie uwodzi drugą. W każdej chwili jedno z grających może się całkowicie wycofać z zabawy. Granice we flircie są wyznaczane i respektowane, nikt nikogo nie naciska, nie ma obietnic, zobowiązań, wielkich słów, deklaracji, nikt nie obraża się, gdy dostanie sygnał „stop”. Flirt to ulotna chwila, która niczego nie zmienia, kontakt jest bezpieczny dla samych flirtujących i ich stałych partnerów. Zagraliśmy swoje role i po skończonym spektaklu wracamy do normalnego życia – można przestać „wciągać brzuch”.

Flirtując, pokazujemy się od najlepszej strony, nasz rozmówca robi to samo i obydwoje przyjmujemy to za dobra monetę, nie doszukujemy się w sobie wad, słabych stron, nie zwracamy uwagi na fakty, bo nie mamy wobec siebie żadnych planów. Bawimy się chwilą, która nie ma dla nas żadnego znaczenia poza tym, że przez moment jest miło, bo dogłaskaliśmy swoje „ego”, byliśmy przez moment szalenie atrakcyjni, jak żywcem wyjęci z brazylijskiej telenoweli. W dłuższym, stałym związku, choćby nie wiem, jak wielka była miłość, wzajemna akceptacja i zrozumienie, jak wiele by było komplementów i czułości, to ludzie znają się jak „łyse konie”, jest śmietanka, ale wiemy że pod nią jest mleko. We flircie spijamy samą śmietankę.

Kto flirtuje?

Na pewno ci, którzy lubią „adrenalinę”, nudzą się, gdy jest za spokojnie, zbyt monotonnie, czyli ci, którzy wciąż potrzebują nowych doświadczeń. Ci, którzy lubią zwracać na siebie uwagę. Ci, który mają wysoką potrzebę uznania, akceptacji. Flirt zaspokaja wszystkie te potrzeby. W stałym związku MUSI być jakaś rutyna, bo trudno sobie wyobrazić żyjącą pod jednym dachem parę (na dodatek mającą dzieci), która działa bez planu, żyje chwilą, rzuca się „na spontanie” w coraz to nowe aktywności. Trudno też oczekiwać, że partner będzie nas nieustannie chwalił, nagradzał i adorował – niestety dostajemy czasem „po nosie”, bo dajemy do tego powody, bo jesteśmy tylko ludźmi. W stałym związku nie możemy nic na dłuższą metę udawać, jesteśmy po prostu sobą i fajnie, że nie musimy cały czas „wciągać brzucha”, bo kto by to wytrzymał?

Subiektywne postrzeganie

Jeśli mamy stałego partnera, to nie my sobie, ale ON daje nam lub nie wolność do flirtowania. Nawet jeśli my wiemy, że to co robimy, jest całkowicie bezpieczną zabawą, ale gdy kochamy naszego partnera i jest on najważniejszą dla nas osobą, której absolutnie nie zamierzamy opuścić, to musimy się zastanowić, jak odbierze nasze zachowanie. Są ludzie, którzy z rozbawieniem przyglądają się swojemu partnerowi grającemu w grę „Czarujmy się nawzajem”, śmieszą ich „wciągnięte brzuchy” flirtujących. Są też tacy, którzy wręcz lubią na tę zabawę patrzeć, bo miło im, że ICH partner jest dla kogoś na tyle atrakcyjny, że ten dla niego „wciąga brzuch”. Ale są też tacy, którzy czują się przestraszeni, zagrożeni, zranieni. Za każdą z tych postaw wobec flirtu stoi cała złożoność naszej psychiki. Można by analizować jakie cechy, jakie doświadczenia, jakie potrzeby sprawiają, że jedni aprobują flirt partnera, a inni nie, ale w codziennym życiu nie ma to żadnego sensu. Ważne jest dostrzec reakcję partnera na naszą zabawę, potraktować serio to co do nas mówi i jego: ”Nie flirtuj” przyjąć jak jedenaste przykazanie. Bez głupiego gadania: ”O co ci chodzi? Nie przejmuj się” – jakby mógł, to by się nie przejmował…

Krok do zdrady

Po „zdefiniowaniu” flirtu różnica między nim a zdradą jest chyba tak oczywista, że nie muszę opisywać, czym jest zdrada. Ona zawsze rani i tyle. Proste kryterium krzywdy, które lubię stosować, spycha zdradę do kategorii zachowań zakazanych. Mądrzej to kryterium brzmi: „Moje prawa kończą się tam, gdzie zaczynają się czyjeś prawa”, więc nawet jeśli marzę o opychaniu się „śmietanką”, czyli zaspokajaniu wszystkich moich zachcianek, to muszę patrzeć, czy innym nie zostanie samo mleko, na dodatek skwaśniałe tak, że aż trujące. Zdrada zawsze jest krzywdą dla partnera, nawet jeśli dla nas była nic nie znaczącym epizodem: wynikiem chwilowej ciekawości czy efektem utraty rozumu po nadużyciu alkoholu. Partnerowi, który dowiaduje się o zdradzie, rujnujemy poczucie bezpieczeństwa i poczucie własnej wartości – podstawowe potrzeby każdego człowieka. Żadne tłumaczenia, że „skok w bok” był incydentem bez konsekwencji nic nie dają, bo zdradzający może nie odczuwać konsekwencji (jeżeli jest „nieprzemakalny moralnie”, czyli za nic ma zasady i normy), ale zdradzany poczuje je zawsze.

  1. Psychologia

Mężczyzna udający dominującego władcę – takiemu panu już dziękujemy

Są mężczyźni, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, co zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. (Fot. iStock)
Są mężczyźni, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, co zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. (Fot. iStock)
Granie dominującego władcy jest udawaniem kogoś, kim w głębi nie jesteśmy. Cóż to za siła, skoro trzeba cały czas udowadniać, że się ją ma? – mówi Benedykt Peczko w rozmowie z Renatą Arendt Dziurdzikowską.

Nie daj Boże o coś go zapytać: będzie tłumaczył i wyjaśniał od stworzenia świata i nie da sobie przerwać. Bo mężczyzna zna się na wszystkim. Kroczy, zasiada i przemawia. Naucza. Poucza. Niewerbalnie komunikuje: słuchaj mnie, ja wiem, wiem, co jest dla ciebie dobre. Pozwala. Albo nie pozwala. Czasem dochodzi do absurdalnych sytuacji, bo on arbitralnie zarządza pieniędzmi, które ona zarabia. Zna się nie tylko na finansach, komputerach i motoryzacji, wie także, jak urządzić dom, jakie leki są właściwe i jaki styl życia przyniesie szczęście rodzinie. Uwielbia, gdy go słuchać i potakiwać, wtedy rośnie. Tylko że my, kobiety, już nie chcemy słuchać, już nie chcemy dmuchać w jego ego, wzmacniać męskiej pychy. Patriarchalny, dominujący macho na pierwszy rzut oka ma niewiele wspólnego z naszymi współczesnymi, wrażliwymi mężczyznami. A jednak ta sztywna struktura trzyma się mocno.
To mi przypomina odgrywanie roli pana domu, przestarzałe czasy. Dawno temu pan domu to był jakiś właściciel ziemski albo właściciel fabryki. Służba mówiła: „Pan jeszcze nie wrócił”, ale mówiła też: „Pani jest w salonie”.

Symbolicznym wyrazem dominacji jest sposób, w jaki mężczyzna zachowuje się w sytuacji, gdy kobieta prowadzi samochód: łapie się za głowę, blednie, syczy, kurczowo przywiera do fotela. Te zachowania nie mają nic wspólnego z rzeczywistością: kobiety są bardzo dobrymi kierowcami, jeżdżą bezpieczniej niż mężczyźni, powodują mniej wypadków. On potrzebuje być ważny, bardzo. Jakie to męczące.
Potrzebuje czuć się autorytetem. Nie wydaje mu się, że cokolwiek narzuca – myśli, że tak jak on uważa, jest dobrze, i nie ma się czego czepiać. Jeżeli życie rodzinne układa się tak, jak on chce, zyskuje trochę spokoju.

Kontrolowanie daje spokój? Ostatnio słyszę o młodym mężczyźnie, który upiera się przy zakupie pomarańczowych kubków!
Zawsze to jakiś rodzaj stabilności, porządku: mówię i tak jest. Świat wydaje się wtedy chociaż trochę opanowany i przewidywalny. Gdy mężczyzna powie: „U mnie w domu wszystko chodzi jak w szwajcarskim zegarku”, może mieć poczucie wewnętrznego komfortu. Niestety na krótko.

Współczesny świat jest wysoce nieprzewidywalny. Jest tak pełen zmian, zaskakujących zwrotów, że poczucie bezpieczeństwa mężczyzny jest bardzo ograniczone. Lokowaliśmy pieniądze w funduszach inwestycyjnych, graliśmy na giełdzie, zaciągaliśmy kredyty w przekonaniu, że damy radę spłacać raty: wszystko pod kontrolą, raty rozłożone na lata, stała wysokość spłat. I nagle kryzys, mnóstwo ludzi straciło pracę. Przykład trywialny, a jednak dotyczy bardzo poważnej kwestii. Jaki sygnał płynie ze świata w związku z tym kryzysem? Nie możemy być pewni jutra, przyszłości naszej rodziny, przyszłości zawodowej. Mężczyzna, który nie jest w stanie przewidzieć, co go spotka jutro, żyje w potwornym stresie i to jest bardzo głęboko zakorzeniony lęk o charakterze egzystencjalnym – będę czy nie będę, będziemy czy nie będziemy…

Co ja mam do dania mojej rodzinie, skoro wszystko jest takie niepewne?
I może rodzina, dom są ostatnim bastionem, gdzie mogę powiedzieć, jak to ma być; i tak ma być. To mi daje namiastkę poczucia kontroli i bezpieczeństwa. Nawet gdyby nie było kryzysu, i tak zmiany w świecie postępują w oszałamiającym tempie, zmienia się rynek, konkurencja, opcje polityczne. Zmieniają się przepisy, przychodzi jeden rząd, dyktuje swoje pomysły, przychodzi następny, dokonuje wymiany pomysłów na własne. Mamy globalne ocieplenie, świńską grypę, a ledwie skończyła się ptasia. Jak się w tym wszystkim znaleźć? Jak zabezpieczyć rodzinę wobec tych zewnętrznych wyzwań?

Ale jest też inny aspekt tego tematu; ostrzejsza wersja męskiej dominacji. Mam na myśli mężczyzn, którzy czują wewnętrzny przymus, aby sprawować władzę. Dystansują się od uczuć, ponieważ to zabezpiecza ich przed wewnętrznym smutkiem i lękiem. Cały czas są jakieś wyzwania, trzeba udowadniać sobie i światu, że jest się najlepszym, że mogę, dam radę, nic i nikt mnie nie pokona. Także w domu. Ten narcystyczny styl można rozpoznać po tym, że trudno się zatrzymać i rozluźnić. W tym przypadku bardziej niż świat zewnętrzny zagraża ten świat, który nosimy w sobie. Podstawowym etapem pozytywnej zmiany byłoby tutaj oczywiście otwarcie się na swój smutek, lęk, poczucie bezradności, złość na różne czynniki zewnętrzne, które powodują, że moje życie nie wygląda tak, jakbym chciał; że mam bardzo ograniczoną kontrolę nad tym, co się dzieje, bo wiele rzeczy nie zależy ode mnie.

Im twardsza skorupa siły i omnipotencji, tym w środku więcej niepewności i bezradności. To takie straszne przyznać się, że czasami czuję się bezradny, słaby, zrozpaczony?
Mężczyzna czuje, że oczekuje się od niego siły; że jeśli zasypią jedną jaskinię, to on ma być tym, który znajdzie drugą, jeśli w tym rewirze upoluje już wszystkie zwierzęta, ma pójść łowić gdzie indziej. Dramat mężczyzn polega na tym, że na ogół nie doceniają swojej siły, dlatego tak bardzo muszą się starać, żeby udowadniać, że ją mają. Nie doceniają tego, jak wiele różnych aspektów może mieć siła. Wydaje nam się, że gdy puścimy kontrolę, stracimy autorytet i szacunek kobiety. Umiejętność przyznania się do tego, że nie na wszystko mam wpływ i czasami sobie nie radzę, jest przejawem potężnej siły. Słaba jednostka tego nie zrobi. Słabi bardzo często próbują w sposób beznadziejny do końca udowodnić, że są silni, ale prawdziwie silny nie musi niczego udowadniać. Tak bywa, że małe psy szczekają, duże i silne nie muszą. Cóż to za siła, skoro trzeba cały czas udowadniać, że się ją ma? Cóż to za autorytet, który cały czas musi sam siebie potwierdzać i o siebie walczyć?

Mężczyzna, który się spina, autorytarny, nie zapewnia rodzinie bezpieczeństwa.
Traci mnóstwo energii na to, by wszystko szło po jego myśli; a i tak nie idzie. Sztywność utrudnia elastyczne nadążanie za zmianami, które się dokonują. Jesteśmy istotami dynamicznymi. Nasi bliscy zmieniają się, zmieniają się też ich potrzeby. Im bardziej bronimy status quo, chronimy swój wizerunek kogoś, kto wie najlepiej i sobie poradzi, tym bardziej tracimy elastyczność, a co za tym idzie – poczucie stabilności, bezpieczeństwa. Zarówno w świecie, jak i w domu z każdą chwilą pojawia się mnóstwo nieprzewidzianych, nowych elementów. Walka z nimi to jak walka z wiatrakami, zawracanie kijem Wisły. Mężczyźni szarpią się, próbując tę rzekę zawrócić, może nawet jakąś tamę wybudują i zatrzymają nurt, ale to są doraźne działania okupione potwornym wysiłkiem.

Gdy mężczyzna zarządza, kobieta czuje się tak, jakby dla niego nie istniała.
Mężczyzna zamyka się w swoich wyobrażeniach o tym, jak ma być – w psychologii nazywa się to pierwszą pozycją percepcji – czyli patrzy na świat swoimi oczyma, kieruje się własnymi kryteriami, ocenami i potrzebami. To jest źródło cierpienia, problemów. Bo jak budować relacje oparte na miłości, serdeczności, wzajemnym zrozumieniu, gdy zamykamy się na punkt widzenia bliskiej osoby, nie bierzemy go pod uwagę. Oceny, opinie, sposoby reagowania inne od naszych są okazją do poszerzenia własnych horyzontów, do zwiększenia swojej elastyczności. Każdy ma prawo widzieć rzeczy po swojemu. Gdy to szanujemy, wtedy świat nie jest już tak przewidywalny, nie kontrolujemy go w takim stopniu jak do tej pory, ale z całą pewnością jest ciekawszy. Bogactwo świata przejawia się właśnie w różnorodności. Jesteśmy obdarowani tym bogactwem także poprzez inność naszych bliskich. Są mężczyźni, którzy nie tylko zaakceptowali ową zmienność, niepewność, płynność, ale też nauczyli się w niepewności znajdować szansę i możliwości; u których ciekawość przeważa nad lękiem. Oni przypominają surferów płynących na desce, fala ich niesie, a oni wykorzystują jej energię.

Aby zaakceptować inność bliskiej osoby, zmienność i niepewność świata, potrzeba odwagi, wewnętrznego bezpieczeństwa, poczucia własnej wartości, otwarcia. W jaki sposób mężczyzna miałby zbliżyć się do tych aspektów siebie?
Pierwszy krok w tę stronę to słuchać, pytać o zdanie, o opinię, o potrzeby, punkt widzenia kobiety – pytać o wszystko, co jest dla niej ważne. Co o tym myślisz? Czy będzie ci to odpowiadało? Jakie jest twoje zdanie? Czy masz jakieś pomysły, preferencje? Pytanie to absolutna podstawa. Mam wrażenie, że mężczyźni nie doceniają swoich kobiet jako źródła wiedzy, inspiracji i motywacji. Kolejnym krokiem byłoby trenowanie siebie w tym, by próbować dokonywać ocen różnych sytuacji z jej punktu widzenia. Jeżeli na przykład idziemy do sklepu i mamy kupić sztućce, zastawę stołową czy cokolwiek innego, to dobrze by było, gdyby mężczyzna zadał sobie wtedy pytanie: jakiego wyboru dokonałaby moja partnerka, czym by się kierowała? Albo przy okazji jakiegoś zdarzenia: w jaki sposób mogłaby się zachować w takiej sytuacji? Mężczyźni intuicyjnie robią to w biznesie, bo żeby negocjacje mogły być udane, trzeba wejść – jak mówią Anglicy – w buty partnera, by zorientować się, co jest dla niego ważne, jakie mogą być jego oczekiwania. Nieszczęście polega na tym, że mężczyzna wraca z pracy do domu i traci dostęp do tych umiejętności, które wykorzystuje w kontekście profesjonalnym, tak jakby zakładał z góry, że tutaj już nie musi się starać.

Jeszcze jeden pomysł przychodzi mi do głowy – żeby od czasu do czasu zamiast kina akcji, horroru czy meczu mężczyzna obejrzał film taki jak „Czego pragną kobiety?”. Bo wtedy poznaje, odkrywa, jak wygląda świat z punktu widzenia kobiet. Niewiele wymagający trening, a przynosi wiele pożytku.

Zobaczyć i usłyszeć kobietę, zanim się ją straci.
Zakładamy z góry, co jest potrzebne drugiej osobie – wszyscy wpadamy w tę pułapkę. Mężczyzna wierzy, że to, co on myśli i planuje, będzie odpowiadało kobiecie. Z tym jest związana bardzo pozytywna intencja: biorę to na siebie, żebyś nie musiała zawracać sobie głowy. Gdy kobieta się denerwuje, bo nie tego oczekiwała, mężczyzna czuje się niedoceniony, zraniony, bo przecież tak się starał. Gdy jeszcze słyszy: „Jesteś taki jak wszyscy faceci”, zamyka się. Mężczyźni nie znoszą, kiedy im się mówi, że są tacy jak inni, bo czują się wyjątkowi. To samo dotyczy kobiet – każda kobieta jest wyjątkowa. Jeżeli mężczyzna tego nie widzi, nie rozumie, to naprawdę niedobrze.

Mam wrażenie, że mężczyznom trudno nadążyć za wyzwaniami, jakie niesie współczesny świat, nie tylko za nowymi technologiami, ale także za zmianami społecznymi, za zmianami, jakie dokonały się w kobietach. Widzę tu ogromną rolę kobiet w uświadomieniu mężczyznom, w jakich stereotypach ciągle tkwią.

Trudno to robić spokojnie, bo natychmiast uruchamiają się złość i bunt, kobieca furia.
Jeśli kobiety nie będą zwracały uwagi mężczyznom, to oni nadal będą brnęli w swój paternalistyczny narcyzm. Jeśli kobiety tego nie zrobią, to kto?