1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Związki (zbyt) otwarte

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Związek w wibracji 6 - dążenie do harmonii

Związek jest tutaj na pierwszym miejscu. Znalezienie w nim spełnienia - to główny cel w wibracji 6. (fot. iStock)
Związek jest tutaj na pierwszym miejscu. Znalezienie w nim spełnienia - to główny cel w wibracji 6. (fot. iStock)
Dobrze żyć w związku, któremu patronuje tarotowa karta Kochanków. Na pierwszy plan wysuwa się dzielenie się uczuciami, relacyjność, rodzina. I z tego trzeba zdać egzamin.

Kochankowie to przecież dobry symbol relacji. On, ona i miłość.

Mężczyzna i kobieta, których zsumowane urodzeniowe wibracje dadzą 6, jako życiowy priorytet ustanowią sobie związek. Ale taki, w którym będą dążyli do harmonii. Bez niej nie znajdą spełnienia.

Równowaga, dzielenie się uczuciami i materią, dobrze rozumiana wspólnota interesów – to zapewni im szczęście. Ważne stanie się wyrażanie siebie w pełni przed drugą osobą. Bez masek, niedopowiedzeń, gry pozorów, kłamstw. Na karcie Tarota Kochankowie są nadzy wobec siebie. Czy jest coś trudniejszego i piękniejszego zarazem?

Harmonia w aspekcie związku wibracji 6 oznacza też równowagę między życiem uczuciowym a zawodowym, między związkiem a rodziną, między domem a pasjami. Małżonkowie powinni dążyć, żeby i jedno i drugie było spełnione w tych obszarach. Jeśli w związku dojdzie do braku harmonii - kryzys gotowy. Uważnie należy dbać, żeby sfera „my”, kiedy to partnerzy żyją wspólnie, równoważyła sferę „ja” każdego z nich.

Ludzie łącząc się w wibracji 6 chcą zazwyczaj założyć rodzinę i spłodzić dzieci. Nie muszą żyć bardzo tradycyjnie, jednak domowe ognisko jest istotne. To nie są romansowe wibracje numerologicznej 5 lub zawodowe aspiracje na pierwszym planie jak w przypadku wibracji numer 1.

Negatywem tego aspektu może być pewna duszność emocjonalna i postrzeganie domu jako uwięzienia w przykrych obowiązkach. Nie stanie się tak jednak, gdy partnerzy będą pamiętali o życiu w harmonii. Ze sobą samym, ukochaną osobą i światem.

  1. Seks

Monogamia też jest sexy

Związek z jednym partnerem nie musi oznaczać seksualnej nudy. (fot. iStock)
Związek z jednym partnerem nie musi oznaczać seksualnej nudy. (fot. iStock)
Perspektywa sypiania z tą samą osobą do końca życia brzmi jak wyrok. Tymczasem nie ma nic wspanialszego od seksu w stałym związku.

Dojrzewając do małżeństwa, dorastamy także do myśli, że całe swoje życie, w tym erotyczne, chcemy dzielić tylko z jedną osobą. O ile wynikającym z tego poczuciem bezpieczeństwa i bycia kochanym oraz perspektywą założenia rodziny możemy się wprost zachłysnąć, to… – W świecie seksualnej swobody konieczność  rezygnacji z różnorodności może okazać się pewnym problemem – przyznaje Katarzyna Platowska, psycholożka i terapeutka.

Monogamia? Przed oczami stają nam te wszystkie okazje, które trzeba będzie teraz przepuścić… W dodatku, niezbyt szczęśliwie, zaczynamy porównywać seks z jedzeniem: „To tak, jakby do końca życia jeść ruskie pierogi” – myślimy. I choćby to była nasza najbardziej ulubiona potrawa, zdajemy sobie sprawę, że kiedyś może się znudzić.

Monogamia, ale nie monotonia

Wbrew obiegowym opiniom, małżeńska sypialnia może być miejscem szalenie atrakcyjnym. Zależy to głównie od psychicznego nastawienia partnerów. Jeśli będziemy myśleć o monogamii jako o czymś nudnym i utożsamiać ją z monotonią – to prawdopodobnie właśnie taką wkrótce się stanie.

– Seksualność to sposób patrzenia na życie – uważa Platowska. – Można oglądać film porno i wcale nie zareagować podnieceniem. Można też patrzeć na ramię partnerki, widzieć pokrywający je delikatny meszek i mieć bardzo kosmate myśli. To, jak postrzegamy naszą seksualność, w dużym stopniu zależy od nas.

Życie pod jednym dachem podsuwa tysiące pomysłów na to, jak się wymigać od małżeńskiego seksu: zmęczenie, ważniejsze zajęcia, brak czasu, sprzeczki, niemądre przekonania typu „seks po latach jest mało spontaniczny, więc nie może być satysfakcjonujący”… I rzeczywiście: choć na początku zakochani w sobie małżonkowie prawie nie wychodzą z sypialni, z czasem seks gości w niej coraz rzadziej, by w końcu „ozdabiać” tylko specjalne okazje. – Dostajemy to na własne życzenie – podkreśla Platowska. – Powtarzając: „tak już musi być, to normalne, wszystkim się przytrafia, to nie nasza wina” – przypieczętowujemy zanik małżeńskiego pożycia. I unikamy odpowiedzialności za swoje życie seksualne. To, że zanika, że jest nudne, monotonne – to nasza własna wina! Dopiero gdy uznamy tę prawdę, możemy zacząć pracę nad tym, by przepędzić rutynę ze swojego łóżka.

Tym samym damy sobie szansę, żeby dołączyć do grona szczęśliwych małżonków, którzy są z monogamii zadowoleni i uważają, że erotyka daje im większą satysfakcję w stałym związku, niż kiedy uprawiali przygodny seks. Według statystyk, takich ludzi jest więcej niż się wydaje. Amerykańskie badania mówią, że aż 70 proc. obywateli USA jest zadowolonych z małżeńskiego seksu. Polacy nie wypadają wcale gorzej: badania prof. Zbigniewa Lwa Starowicza wykazują, że dwie trzecie rodaków pozostających w stałych związkach deklaruje stabilny i zadowalający poziom satysfakcji seksualnej, wcale nie myśli o zmianie partnera i chciałoby, żeby tak pozostało do końca życia.

– Coraz to nowe przygody czy dreszczyk emocji na dłuższą metę nie działają – mówi psycholożka. – Ważniejsze są przywiązanie, intymność, bliskość i bezpieczeństwo. W małżeństwie ochota na seks jest doznaniem z zupełnie innej sfery. Płynie z podziwu dla partnera, ze znajomości jego psychiki, upodobań. Takie bardziej holistyczne widzenie związku pojawia się w sposób naturalny. Seks jest tylko jego dopełnieniem, a nie zaspokajaniem chuci.

 

Ahoj, przygodo!

Psychologowie i seksuologowie są zgodni: wyolbrzymiamy atrakcyjność erotycznych przygód.

– Przygodny seks rzadko kiedy jest fajny – wyjaśnia Platowska. – Częściej niesie rozczarowanie i uczucie pustki niż satysfakcję i prawdziwą radość. Jeśli spotykamy się tylko po to, by się nawzajem skonsumować, przeżywamy zaledwie ułamek tego, co ludzie, którzy idą do łóżka, bo darzą się uczuciem.

Większość ludzi w głębi duszy chciałaby łączyć erotyczne zbliżenie z czymś głębszym i ważniejszym. Potwierdzają to badania Sharon Hinchcliffe, psycholożki z University of Sheffield, która przez lata rozmawiała z aktywnymi seksualnie kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Tylko co dziesiąta z nich naprawdę odczuwała satysfakcję z erotycznych przygód. Pozostałe uważały, że taki seks nie pozwala przeżyć całej gamy emocji i doznań, jakich oczekują.

Kiedy nie znamy ciała partnera, trudniej pomóc mu w odczuwaniu rozkoszy. Z tego powodu przygodne kontakty seksualne, także fizycznie, rzadko należą do satysfakcjonujących. Wbrew temu, co zwykle się mówi o męskiej seksualności, także panowie wolą kochać się ze stałymi partnerkami. Czasopismo „Archives of Sexual Behaviour”, na podstawie badań seksualnych zachowań przeprowadzonych w 29 krajach, stwierdziło, że najbardziej zadowoleni ze swojego życia seksualnego są mężczyźni między 40. a 50. rokiem życia, ustatkowani i żonaci (choć zdarza się im narzekać na problemy z erekcją). Co więcej, prawie 90 proc. badanych (obu płci) decydowało się po rozwodzie szukać kolejnego związku małżeńskiego, zamiast skakać z kwiatka na kwiatek.

– W przypadku mężczyzn przygoda oznacza brak poczucia bezpieczeństwa, a to może prowadzić do zaburzeń erekcji – komentuje wyniki badań Katarzyna Platowska. – Uprawiając seks z nową partnerką trzeba się wykazać, a to duży stres. Lęk przed kompromitacją nie tylko odbiera takiemu zbliżeniu przyjemność, ale może go wręcz uniemożliwić.

Michael Milburn i Sheree Conrad, autorzy książki „Inteligencja seksualna”, zgadzają się, że od przygody ważniejsze są stałość i bliskość. Seks, któremu towarzyszą, jest czymś więcej niż źródłem fizycznych doznań. Zwłaszcza dla kobiety. Według badania „Seksualność Polek” (z 2005 roku), przeprowadzonego przez Millward Brown SMG/KRC, tylko 18 proc. pań uważa, że seks bez miłości jest czymś naturalnym. Pozostałe traktują zbliżenie jako intymne i niepowtarzalne spotkanie mężczyzny i kobiety.

Co tydzień randka z mężem

Rutyna w łóżku, zanik spontaniczności, brak czasu lub nastroju, mała atrakcyjność partnera – to najczęstsze powody zmniejszenia apetytu na seks, jakie podają małżonkowie. Na wszystkie te problemy można jednak znaleźć remedium.

Na początek dobra wiadomość: często to nie nuda, ale zmęczenie rabuje nas z libido. Uczeni z Instytutu Masters&Johnson w St. Louis stwierdzili, że libido dwukrotnie częściej spada w związkach, w których oboje partnerzy robią karierę zawodową. Z kolei zdaniem respondentów Instytutu Kinseya, seks jest zbyt męczący po pracowitym dniu (tak uważa 60 proc. kobiet i 40 proc. mężczyzn). – To dlatego najchętniej i najczęściej kochamy się na urlopach albo w piątki i soboty. Nawet w niedzielę perspektywa poniedziałkowej pobudki odbiera nam chęć na amory – uważa Platowska. – A przecież także małżonkowie ze stażem mogą pozwolić sobie na tzw. szybki numerek.

Kolejna zmora – zawsze znajdzie się coś pilniejszego do zrobienia. Tymczasem amerykańska seksuolożka Dagmar O’Connor, autorka książki „Jak kochać się z tą samą osobą do końca życia i wciąż to lubić”, podkreśla, że seks to jedna z najważniejszych sfer naszego życia. Jest tak samo ważny jak przeczytanie gazety, obejrzenie wiadomości czy telefon do przyjaciółki. Warto zdać sobie z tego sprawę i czasem wybrać seksualną rozkosz zamiast jednej z tych aktywności. Dagmar O’Connor radzi, by partnerzy raz w tygodniu umawiali się na spędzenie wieczoru w sypialni. Kupili butelkę wina, zrobili kanapki z tuńczykiem i z takim wyposażeniem poszli do łóżka – prosto z pracy! W ten sposób zyskują co najmniej cztery godziny na bycie tylko ze sobą. W tym czasie – nago! – jedzą, piją, rozmawiają, przytulają się i… kochają, raz, dwa, nawet trzy razy – o ile przyjdzie im na to ochota. Jeśli nie, pogadają, pośmieją się, poopowiadają sobie różne historie, pobędą razem. To też wyjdzie związkowi na zdrowie.

– Takie cotygodniowe randki obalają mit, że to brak spontaniczności jest przyczyną nieudanego małżeńskiego seksu – dodaje Platowska. – Nie wiedzieć czemu tak usilnie przedkładamy bycie spontanicznym nad planowanie. A przypomnijmy sobie, jak przygotowywaliśmy się do naszych pierwszych randek, jak zastanawialiśmy się, w co się ubrać, co powiedzieć, gdzie się wybrać… Dlaczego nagle w małżeństwie staje się to wadą i koniecznie mamy być spontaniczni? W stałym związku seks nie jest czymś, co się „przydarza”, ale czymś, do czego świadomie dążymy, tworzymy sami. Planujmy więc różne romantyczne wypady, na przykład wyjedźmy do czasu do czasu do motelu – zmiana scenerii też dobrze nam zrobi.

Seks w małżeństwie powinien być tak samo samolubny, jak w czasach narzeczeństwa – wtedy myśleliśmy głównie o swojej przyjemności. Teraz też powinniśmy. Oczywiście nie kosztem partnera, ale za jego hojnym przyzwoleniem. Prośmy o wszystko, co sprawia nam przyjemność i przyspiesza puls. A potem odwzajemnijmy się tym samym. Dobry seks może połączyć tylko dwoje wyrozumiałych dla siebie, współpracujących egoistów. Egoizm w łóżku przekłada się bezpośrednio na odczuwaną przyjemność, a ta – na ochotę i częstotliwość stosunków. Wielu małżonków uważa, że pewnych rzeczy nie wypada im już robić. I zapomina o bogactwie form fizycznego obcowania, które uprawiali jeszcze przed ślubem. Zapominają o pieszczotach i pettingu, o seksie oralnym, o tym, że można się kochać szybko, na stojąco, w korytarzu, tuż przed wyjściem do pracy, tuż przed przyjściem gości... Że można się wzajemnie pieścić w samochodzie czy kinie, bo wspólnie przeżyty orgazm zawsze jest fajny – także ten bez penetracji. Zapominają o świntuszeniu choćby przez telefon, bo... „seks się robi, a nie o nim mówi”.

„Przywiązujemy się do stosunku jako tej jedynej i słusznej formy aktywności seksualnej stosownej dla  dojrzałych ludzi – a zwłaszcza małżeństw z dużym stażem – przez co inne sposoby kochania się uznajemy za gorsze. (...) I to jest właśnie droga, prowadząca do nudy” – pisze Dagmar O’Connor. Ale też zapewnia, nauczona doświadczeniem swoich pacjentów, że każda para może rozwinąć swój seksualny potencjał. I, że „dozgonna wierność seksualna może być bardziej ekscytująca, dawać więcej przeżyć i satysfakcji, niż wszystkie inne układy”.

  1. Psychologia

Ty mu świat do stóp, a on ci figę z makiem. O braniu i dawaniu w związku

Jak twierdzi Bert Hellinger, twórca ustawień rodzinnych, podstawową zasadą partnerstwa jest bezustanny ruch, wymiana – dawanie i branie. (Fot. iStock)
Jak twierdzi Bert Hellinger, twórca ustawień rodzinnych, podstawową zasadą partnerstwa jest bezustanny ruch, wymiana – dawanie i branie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
„Przyjmij tę obrączkę na znak mojej miłości…” – te słowa to symbol dawania i brania w związku, wymiany, korzystnej dla obydwu stron. Piękne założenie, tylko czy wymiana na pewno powinna zaczynać się od aktu dawania?

Wyobraź sobie, tak hipotetycznie, że wymiana w związku jest pewnego rodzaju handlem – dajesz pieniądze w zamian za upragniony towar. Dobra sprzedaż zaczyna się od autoprezentacji – kiedy poznajesz partnera i jesteś nim żywo zainteresowana, pragniesz pokazać mu się od jak najlepszej strony. Wyczuwasz jego pragnienia i spełniasz je. Jeśli czujesz, że pociągają go delikatne kobiety, stajesz się najbardziej delikatną istotą na ziemi. Lubi blondynki – proszę bardzo. Chwali pomidorową mamy – serwujesz mu ulubiony przysmak pięć razy w tygodniu itd.

Idźmy dalej: dobra promocja to podstawa. Stajesz na rzęsach, by uwierzył, że jesteś tą jedną jedyną, z którą będzie mu jak w raju. Dajesz nadmiarowo, często zapominając o sobie. Bo, choć świadomie nie zdajesz sobie z tego sprawy, zasada wzajemności – jeden z ważniejszych chwytów reklamowych, robi swoje: dajesz, żeby dostać coś w zamian. Zgodnie z zasadami ekonomii handlu, wszystko jest w porządku, celem wymiany jest zysk. Jednak w z związku to tak nie działa.

Kiedy robisz bilans inwestycji, okazuje się, że wynik jest ujemny – dałaś więcej, niż dostałaś, ewentualnie dostałaś nie to, czego oczekiwałaś. Być może brniesz w to dalej – dajesz jeszcze więcej, podtykasz partnerowi pod nos dokładnie to, na co sama masz apetyt. Może na jakiś czas wycofujesz datki, licząc, że zrozumie przekaz i uaktywni się w rewanżu. W zanadrzu masz jeszcze szantaż – zabierasz to, co dałaś i wiesz, że boleśnie odczuje stratę – albo obiecujesz sobie, że dasz dopiero wtedy, kiedy on odpłaci ci tym samym. W praktyce ten etap związku to nic innego jak bolesne rozczarowanie; przekonanie, że ty mu świat do stóp, a on ci figę z makiem. Wątpliwości, że może z kim innym byłoby ci lepiej. Złość na samą siebie, że być może kolejny raz źle ulokowałaś uczucia. Wściekłość na los, że masz pecha, bo zawsze trafiasz na takich samych mężczyzn: egoistów, narcystycznych samców, maminsynków.

Wyjdź na chwilę z roli rozczarowanej sierotki i wyobraź sobie tego biedaka stojącego naprzeciwko – być może nawet nie widać go spod góry „darów”, którym go obsypywałaś. Czy on miał w ogóle szansę dać cokolwiek tobie?

Miłosny zakupoholizm

Być może pomyślisz z przekąsem: „Gdyby naprawdę mnie kochał, wiedziałby czego potrzebuję i by mi to dał”. A ty wiesz, czego potrzebujesz? A może głód pomylił ci się z apetytem?

Zastanawiałaś się kiedyś, co czuje zakupoholiczka kupująca kolejną torebkę albo 12. parę butów? Ani torebka, ani nowe buty nie zaspokoją jej apetytu. Akt kupowania na chwilę obniży napięcie, ale apetyt wzrośnie ze zdwojoną siłą.

Jeśli nie rozpoznajesz swoich autentycznych potrzeb, a w partnerze lokujesz swoje oczekiwania, niezaspokojone tęsknoty i iluzje – on, choćby bardzo chciał, nie jest w stanie zaspokoić twojego apetytu. Jeśli oczekujesz, że ukochany da ci to, czego nie dostałaś od rodziców – twoje starania na nic się zdadzą. Ani partner, ani nikt inny nie da ci tego, czego nie dostałaś w dzieciństwie.

„On nie daje mi poczucia bezpieczeństwa ani bezwarunkowej miłości” – to najczęstsze zarzuty, które słyszę z ust pacjentek. Kiedy staram się im wytłumaczyć, że to nie ten adres, czują się podwójnie rozczarowane. „Na początku byliśmy jak dwie połówki jabłka” – to kolejna opowieść, którą słyszę w gabinecie. Piękna historia, tylko już przeterminowana.

Podobnie jak historia Ani, która przyszła do mnie, kiedy w jej małżeństwie wygasła intymność, a w życiu kobiety pojawił się inny mężczyzna. – Potrzebuję prawdziwego mężczyzny, a Jarek jest taki kobiecy – tłumaczyła. – Nie chcę kochać się z kobietą.

Rozumiem, tylko przecież jej mąż nie przemienił się nagle w kobietę. Takiego mężczyznę wybrała sobie przed laty. W trakcie terapii okazało się, że przed laty Ania była na etapie nastolatki, jej kobiecość była jeszcze uśpiona. Prawdopodobnie dlatego zafascynował ją mężczyzna o silnie kobiecym pierwiastku. Na ten moment był doskonałą połówką, dopełnieniem jej połówki jabłka. Po urodzeniu drugiego dziecka w Ani obudziła się kobieta – kobieta, która zapragnęła mężczyzny. Życie nie stoi w miejscu, a my się rozwijamy, dojrzewamy…

Wracając do handlu, czy od lat chodzisz do tego samego sklepu i kupujesz ten sam, niezmienny zestaw produktów? Ależ skąd. Właśnie na tym zjawisku bazuje reklama. Nawet jeśli świadomie jesteś jej przeciwniczką, to w twojej nieświadomości logują się informacje w sprawie twoich potrzeb. Świat proponuje ci bogatą ofertę rozmaitości, a ty możesz wybierać i przebierać jak w ulęgałkach. Może więc każda wymiana powinna zaczynać się od brania, a nie od dawania?

Miłość zaczyna się od brania

Tak twierdzi Bert Hellinger, twórca ustawień rodzinnych. Jego zdaniem podstawową zasadą partnerstwa jest bezustanny ruch, wymiana – dawanie i branie. To właśnie wzajemne obdarowywanie się czyni parę szczęśliwą. Kiedy dajesz coś partnerowi, on czuje się zobowiązany do oddania, nawet trochę więcej, niż sam dostał. Ten ruch nazywa Hellinger wyrównaniem. Gdy ktoś mi coś daje, szczerze, z całego serca, mam naturalną ochotę oddać mu z naddatkiem. Tak postępowali kupcy greccy. Pierwszym ruchem w wymianie powinno być branie. Branie jest trudniejsze, bo przyjmowanie wymaga pokory. Dawanie to bułka z masłem – ten, kto daje, czuje przewagę i władzę. Dawanie jest zobowiązujące, daje prawo do roszczeń, niezadowolenia, szantażu.

Zarówno dawanie, jak i branie to wielka sztuka. Zwykle nie potrafimy brać, choćby dlatego, że nie przyznajemy sobie prawa do bycia obdarowywanym, nie ufamy intencji darczyńcy, nie chcemy czuć się zobowiązani albo nie potrafimy się rewanżować. Łatwiej przychodzi nam dawanie, ale… zdarza się zagłaskać kotka na śmierć. Kiedy dajesz partnerowi zbyt dużo, w tobie rośnie apetyt, by dostać przynajmniej tyle samo. Dla twojego partnera „zbyt dużo” może być nie do zniesienia. Kiedy partner nie może oddać z naddatkiem, prawo wyrównywania nie może być zrealizowane. Bywa, że nadmiarowo obdarowywany odchodzi.

„Sztuką jest dawać małą łyżeczką i pytać, czy już wystarczy” – tłumaczy Hellinger. – „Możesz dać tylko tyle, ile ktoś może przyjąć”.

Równowaga wymiany w związku polega na tym, że obdarowujecie się wzajemnie, wspierając w rozwoju, przez cały czas będąc uważnymi na wymianę pomiędzy dawaniem i braniem. Nieprzestrzeganie zasady wyrównania, wzrost poczucia długu i niemożności wypłacenia się – to zabójcy związku.

Kiedy pacjentka z rezygnacją mówi: „Dałam mu już wszystko, nic więcej nie mam” – zdarza się, że jest to przełomowy moment dla związku. Jeśli uda mi się w terapii powstrzymać jej kompulsję, by natychmiast znaleźć nowego nieszczęśnika, z którym można będzie powtórzyć scenariusz nadmiarowego dawania, i zachęcić do spokojnego przeżycia momentu zatrzymania – po jakimś czasie proporcje w dawaniu i braniu zmieniają się. Partner, do tej pory stale obdarowywany, zaczyna dawać. Kolejny ważny krok w terapii to nauka przyjmowania.

A może przysięga małżeńska powinna brzmieć: „Przyjmuję tę obrączkę na znak twojej miłości…”?

Zasady przyjmowania:

  • Poczuj, że zasługujesz na wszystko, co najlepsze.
  • Nie szukaj drugiego dna w intencjach partnera, który cię obdarowuje.
  • Ciesz się tym, co dostałaś i póki co nie myśl o rewanżu.
  • Dziel się, zamiast dawać. Dzielisz się tym, czego masz w nadmiarze. Kiedy dajesz coś, zawsze oczekujesz rewanżu.
  • Każdego dnia wykonuj następujące ćwiczenie: Stań przed lustrem, wykonaj kilka pogłębionych oddechów, rozłóż szeroko ramiona, wyprostuj się, otwórz klatkę piersiową i powiedz na głos: ,,Przyjmuję od świata wszystko, co dla mnie dobre”.

  1. Psychologia

Różni, ale równi

Nie wyśmiewajmy się z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość - mówi Wojciech Eichelberger. (Ilustracja: iStock)
Nie wyśmiewajmy się z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość - mówi Wojciech Eichelberger. (Ilustracja: iStock)
Czy kiedy jesteśmy razem, możemy się od siebie czegoś nauczyć? Czy raczej chcemy partnera zmienić, dopasować? Przymykamy oczy na jego wady czy go odrzucamy? A gdyby tak potraktować tego, kogo kochamy, jak osobę, która inaczej niż my widzi świat? Czemu to takie trudne – zastanawia się psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Przyznałeś w jednym z wywiadów, że gdy przyszło ci zajmować się dzieckiem i domem, byłeś na granicy szaleństwa. Kobiety (w większości) od tego nie wariują...
Może nie szaleństwa, ale wyczerpania. To jednak niebezpieczny kierunek rozmowy. Możemy pokłócić się z genderem, bo jego fundamentalistyczny odłam twierdzi, że płeć jest fenomenem wyłącznie kulturowym, niezależnym od płci biologicznej, że kształtuje się przez obcowanie z tradycją, obyczajem i poddaje się indywidualnym decyzjom oraz wyborom. Więc gdyby ta koncepcja kulturowego determinizmu płci miała być całą prawdą o płci, to mężczyźni i kobiety nie mieliby się czego od siebie uczyć i nie widzieliby do tego powodu. Już dzisiaj – skądinąd uzasadnione – zakwestionowanie i zawieszenie dotychczasowych przepisów na role związane z płcią spowodowało masowe zjawisko upodabniania się płci do siebie, szczególnie wśród młodzieży. Chłopcy zachowują się tak jak kiedyś dziewczyny, a dziewczyny – tak jak chłopcy. Nie ma to jednak nic wspólnego z wyborem czy uczeniem się od siebie. To naśladownictwo, mimikra kulturowa, upodabnianie się osobników niezdolnych do obrony do tych, które to potrafią. Niedawno na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie zobaczyłem niekończącą się paradę młodych mężczyzn poruszających się jak spięte, początkujące modelki: ściśnięte do bólu pośladki, nogi spętane jakby zbyt wąską spódnicą, stawiane starannie jedna przed drugą, i torebki na długim pasku dyndające bezużytecznie na ramieniu. To nie efekt wyboru nowej społecznej płci. Ci chłopcy nieudolnie upodabniają się do kobiet, usiłując zejść z linii ognia krytyki tradycyjnej męskości.

W parku widziałam ostatnio niezwykłą scenę: gdy nagle na alejkę wybiegła mysz, kilkuletnia dziewczynka uciekła do mamy, a jej brat przyjął pozycję „atak na wroga”. Myślę, że taka „próba myszy” mogłaby wiele powiedzieć o tym, jak to jest z tymi różnicami...
To zabawne! Ale przypuszczam, że opisani wyżej chłopcy nie utrzymaliby się w roli i też uciekali przed myszą. Choć mają inną niż kobiety konfigurację hormonalną, węższą miednicę, widoczne genitalia, nieco odmienną budowę i aktywność elektryczną mózgu. A to wystarczy, by byli odmiennie zorientowani w świecie. Oczywiście, ta odmienność nie determinuje – możemy modyfikować zachowania choćby poprzez zainteresowania, aktywności zawodowe, a nawet sport. Kobieta, jeśli tylko zechce, przekroczy swój lęk przed gryzoniami i może pracować w ekipach deratyzacyjnych. Wiele kobiet skutecznie rywalizuje z mężczyznami, co podnosi im poziom testosteronu. Ale nie mówi się już o tym – bo to politycznie niepoprawne – że upodobnienie się kobiet i mężczyzn powoduje, że stają się dla siebie nieatrakcyjni. Atrakcyjność zasadza się na różnicach. I nie chodzi tylko o łóżko. Ale o odmienną propozycję istnienia w świecie i oglądania go. Mężczyzna jest ciekaw kobiety nie tylko seksualnie, lecz psychicznie i duchowo: tego, jak ona przeżywa świat, określa cele, postrzega sens istnienia. Dla mężczyzny kobieta im bardziej różna, tym bardziej fascynująca. Podobnie rzecz się ma w drugą stronę.

Chyba kobiety nie są tak ciekawe mężczyzn. Oni dla nas to często „materiał do przycięcia”.
To prawda, że mężczyźni rzadziej dążą do tego, by radykalnie zmieniać kobiety. Ale by ciekawość miała szansę zaistnieć, trzeba szacunku dla różnic, odmienności. Trzeba zaprzestać udawania, że hormonalne, anatomiczne, psychologiczne, behawioralne i duchowe różnice są wyłącznie niepożądanym przejawem kulturowych stereotypów i błędów wychowawczych. Doceńmy i szanujmy to, co nas dobrze różni, co czyni mężczyzn i kobiety komplementarnymi. Dzięki tym różnicom szukamy i potrzebujemy siebie nawzajem, tęsknimy i pragniemy. Z różnic rodzi się nowe życie, a obraz świata staje się pełniejszy i ciekawszy. Unifikacja płci grozi śmiertelną nudą i tym, że przestaniemy siebie nawzajem wspierać, doceniać i kochać.

Stereotypy płci zastąpione nakazem unifikacji zabiją miłość?
To realne niebezpieczeństwo. Ale trwa spór: czy możemy uwolnić kulturę i umysły od stereotypów, a nawet od – podejrzewanych o bycie ukrytymi stereotypami – archetypów? Czy to, że w mitach religijnych – pochodzących z każdego zakątka ziemi – występują męski bóg i jego równorzędna partnerka, kobieta bogini, jest także odzwierciedleniem stereotypu? Czy to dobrze, że bogini różni się od boga? Skoro takie pytania wchodzą w grę, to spór z ideologicznym genderem ma w istocie wymiar metafizyczny, a nie naukowy. Może dlatego Kościół się w ten spór tak gorąco zaangażował. Ja jako psychoterapeuta nie zajmuję się ideologią, lecz praktyką, tym, co jest i co z tego wynika. Widzę, że na razie kobiety i mężczyźni się różnią. Z punktu widzenia psychoterapii nieistotne jest, czy z powodów biologicznych, kulturowych, czy metafizycznych. Różnią się i dlatego mają ze sobą trudno, ale zarazem są dla siebie atrakcyjni i mogą się wiele od siebie uczyć. Uczestniczyłem niedawno w rodzinnym oglądaniu starego, ale śmiałego amerykańskiego filmu o dorastających chłopakach. Najbardziej zainteresowane filmem były dojrzewające dziewczyny. Jesteśmy siebie ciekawi także dlatego, że mamy różne potrzeby związane z płcią hormonalną i mentalną. Co nie wyklucza tego, by kobieta wychowana na wojownika walczyła na froncie. Choć homo sapiens wygrał rywalizację z neandertalczykiem, bo przestał angażować kobiety w walkę i nastąpił podział ról związanych z płcią, który pomógł stworzyć tę cywilizację, jaką znamy. Zrozumiałe, że nadszedł czas na weryfikację tych anachronicznych odwiecznych rozstrzygnięć – ale i tak trzeba nam będzie znaleźć współczesną nieopresyjną granicę „upodabniania się” – jakiś nowy Pokojowy Pakt Płci oparty na zasadzie win – win.

Dotknęłam granicy upodobniania się, gdy na okładce kobiecego pisma zobaczyłam bokserkę. Pomyślałam: „No nie, nawet tu muszę boks oglądać”.
Wbrew temu, co sugeruje ideologiczny gender, zamiana ról ani upodobnianie się nie są ratunkiem dla związków i miłości. Dla miłości najlepiej, gdy mężczyźni i kobiety uznają, że pochodzą z dwóch różnych kultur – pięknych, mądrych i fascynujących, ukształtowanych przez tysiąclecia. Wtedy jest szansa, że z szacunkiem, pokorą i zaciekawieniem badacza będą nawzajem się poznawać i uczyć. W związkach zakochanych to zainteresowanie jest oczywiste i naturalne. Trwa w nich – często wieloletni – gwałtowny i zachłanny proces wzajemnego poznawania i uczenia.

Słynny antropolog Joseph Campbell powiedział, że celem związku kobiety i mężczyzny jest to, by lepiej ogarnąć mentalnie świat i życie, a tym samym zwiększać szanse przetrwania własnego i potomstwa. Ale jednocześnie uczymy się od siebie wyspecjalizowanych, związanych z płcią kompetencji i dzięki temu stajemy się coraz bardziej autonomicznymi istotami.

A więc czego dziś możemy się od siebie nawzajem nauczyć?
Bardzo wiele. Książkę można by o tym napisać. Więc tylko przykład: mężczyźni mają większą skłonność do myślenia syntetycznego, dostrzegania rzeczy w szerszej perspektywie, pomijania drobiazgów, odłączania emocji, chłodnego oglądu sytuacji. Dzięki temu – statystycznie rzecz ujmując – są lepsi w sytuacjach awaryjnych i w rywalizacji, zwłaszcza tej wymagającej długotrwałej determinacji. A więc kobieta może się od mężczyzny nauczyć, jak rywalizować, zmagać się, znosić trudy i ból walki.

A mężczyzna od kobiety?
Też tylko przykład: kobiety są mentalnie multimodalne. Jednym spojrzeniem ogarniają złożoną rzeczywistość, która dla mężczyzny jawi się jako chaos, np. dom pełen rozbieganych dzieci i porozrzucanych sprzętów. Mężczyzna musi się tego nauczyć, bo inaczej nie stanie się autonomiczną osobą. Pilne uczenie się od siebie jest niezbędne dla ratowania miłości. Gdy zasymilujemy widzenie świata, umiejętności drugiej płci i możemy radzić sobie sami, to dopiero wtedy otwieramy nasze serca na miłość prawdziwą i bezinteresowną.

Gdy zasymilujemy cechy drugiej płci, to się do niej upodobnimy?
Ależ skąd! Każda płeć pozostaje specjalistą od tego, co jest jej specyfiką. W edukacyjnym systemie skandynawskim chłopcy uczą się robić na drutach, a dziewczynki zbijać budki dla ptaków. Ale na poziomie mentalnym, wyrosłym z genetycznego wyposażenia, to niewiele zmieni. Bo gdy mężczyzna ma do rozwiązania problem, aktywizują się tylko te fragmenty jego mózgu, które związane są z treścią zadania. Męski mózg reaguje w sposób wyspecjalizowany. Kobiecy aktywizuje się prawie cały. Nie sposób rozstrzygnąć, która strategia jest lepsza. Kobieta rozpatruje problem wszechstronnie i emocjonalnie. Mężczyzna skupia się na istocie. W zależności od sytuacji obie te metody mogą okazać się trafione.

A lęk przed myszami? Ma sens? Czy mężczyźni powinni się od kobiet go nauczyć?
Zdolności do reagowania na subtelne przejawy ewentualnego zagrożenia to specyfika kobiet. Mężczyźni nie rozumieją, że alarmowa reakcja na gryzonie, pająki insekty jest naturalnym odruchem chronienia bezbronnego potomstwa i zapasów żywności. Kobieta dostrzega potencjalne zagrożenia wcześniej i wyraźniej – i ja bym tego nie zmieniał. Tym bardziej że po tych wyjaśnieniach paniczna reakcja na mysz ma szansę przestać być obciachem. Byłoby jeszcze lepiej, gdyby kobiety potrafiły nie tylko zauważyć mysz, lecz także radzić sobie z takim zagrożeniem. Tę specjalizację warto zachować. Jest komplementarna. Bo jeśli mężczyzna będzie zajmować się myszą, to przeoczy aktualne, doraźne niebezpieczeństwo, np. wroga zbliżającego się do domu. Męski aparat wzrokowy jest skonstruowany, by widzieć daleko. To oczy i mózg strażnika. Dostrzegają najmniejszy ruch, ale w perspektywie od 20 m i dalej. Po to właśnie, by ujrzeć wroga zawczasu. Kobiety zaś mają oczy i mózgi zbieraczek. Z bliska potrafią zobaczyć to, co drobne, pochowane i nieruchome – a więc praktycznie niewidoczne dla statystycznego mężczyzny. Na przykład określony jogurt albo dżem na półce w supermarkecie. Mężczyzna stoi przed tą półką i nic nie widzi. Duma męska każe mu szukać, ale szybko się poddaje i idzie zapytać panią z obsługi. Lepiej by było wykonać świadomą pracę nad własną niedoskonałością i szukać do skutku. Ale kto teraz ma czas na takie ćwiczenia?

Wszyscy mężczyźni tak mają? To niezłośliwe, kiedy stojąc przed lodówką, pytają, gdzie jest to, co leży przed ich nosem.
Mężczyźnie będzie ciężko dorównać kobiecie w zdolności do odnajdywania blisko położonych drobnych przedmiotów. Czyż to nie dowód na to, jak cudownie się uzupełniamy w dziele przetrwania gatunku? Czy to nie zasługuje na szacunek? Na szacunek dla odmienności – byśmy naprawdę mogli żyć według hasła: różni, ale równi. Nie wyśmiewajmy się więc z siebie nawzajem. Nie rywalizujmy, kto jest lepszy. Uczmy się od siebie, bo każda płeć ma wiele niezastąpionych specjalizacji. Bądźmy ciekawi i pokorni, odnośmy się do siebie z szacunkiem. To uratuje niejedną ledwie tlącą się miłość.

Jak zaciekawić się męską innością, a nie krzyczeć: „Dżem masz przed nosem!”?
Zainteresowanie musi być obustronne. Mężczyźnie nie wolno dewaluować tego, co kobiece, bo wtedy kobieta się też nim nie zaciekawi i go nie doceni. Dlatego najważniejsze – to już dzieci uczyć szacunku i ciekawości dla drugiej płci. Wówczas chłopcy przestaną upodobniać się do dziewczyn, o zgrozo, z poprzedniej epoki. By to było możliwe, trzeba zapytać, dlaczego kobiety uważają, że chłopcom należy zakazać biegania, krzyczenia, walki i strzelania, skoro chcą same to robić? Idą do armii, wchodzą na ringi, rywalizują. Czy to nie podwójna moralność? Z jednej strony zwalczanie wszystkiego, co tradycyjnie męskie w mężczyznach, a z drugiej – naśladowanie ich w tym. Czyżby za pogardą dla męskości ukrywała się kobieca niezgoda na własną biologiczną i psychologiczną odmienność, którą Freud nazywał zazdrością o penisa? Wydaje mi się też, że owa zazdrość o penisa, czyli upodobnianie się kobiet do mężczyzn, i zazdrość o pochwę, czyli upodobnianie się mężczyzn do kobiet, to kaprysy, miazmaty i wynaturzenia sytego i bezpiecznego mieszczaństwa. Nie sądzę, by np. w wymagającym środowisku wiejskim zjawiska te miały proporcjonalną częstotliwość do tej w dużych miastach. Ideologia unifikacji płci jest ciekawym pomysłem, lecz też tylko na czas pokoju. No bo kto pójdzie walczyć, a kto zostanie w domu, żeby chronić dzieci? Czy kobiety będą gotowe tracić życie w obronie swoich misiów przebywających na tacierzyńskim? Wątpię.

Wojciech Eichelberger, psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii.

  1. Psychologia

Za zakrętem. Rozstanie to tylko jedno z możliwych zakończeń romansu

Czego brakuje w naszym związku, że zrobiło się miejsce na tę trzecią lub tego trzeciego? (Fot. iStock)
Czego brakuje w naszym związku, że zrobiło się miejsce na tę trzecią lub tego trzeciego? (Fot. iStock)
Stały związek, a on oznajmia, że ma romans. Czy to koniec, czy może warto ratować tę miłość? – Rozstanie to tylko jedno z możliwych zakończeń tej historii. Jeśli nadal chcesz z nim być, daj jemu i sobie czas, a potem pozwól mu wrócić. Tyle że na nowych warunkach – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Pijesz poranną kawę, przeglądasz informacje w telefonie. Twój związek to nie siódme niebo, ale nie spodziewasz się tego, co za chwilę usłyszysz od partnera: „Kocham inną, kiedyś z nią byłem, wtedy nam nie wyszło, ale…”.
„Ale zawsze ją kochałem”, bywa, że tak to wygląda. No i masz wtedy kilka wyjść. Możesz się totalnie obrazić. Wyrzucić go z domu, razem z jego gadżetami i uczuciami, a potem: wpaść w rozpacz, pić wino i skarżyć się przyjaciółkom. Możesz też szlochać i prosić, żeby został, bo dom, bo dzieci, bo miłość... Ale! Możesz też postąpić wbrew romantycznym mitom: spokojnie dopić kawę i powiedzieć: „Daj sobie trochę czasu. Upewnij się, że to na pewno to”.

Czekać, aż zakochany partner sprawdzi, czy kocha inną?
Właśnie, tak można zrobić. Popatrz na to od strony psychologii, a ona mówi, że powrót uczucia jest naturalny, jeśli między dwojgiem ludzi coś się kiedyś nie dopełniło. Dlatego, jeśli usłyszysz takie słowa od mężczyzny, odetchnij głęboko i nie rób niczego pochopnie. Daj mu czas, żeby mógł sam podjąć decyzję o tym, czego chce. Oczywiście ty także musisz się zastanowić, czy nadal chcesz z nim być! Koniecznie wtedy się czymś zajmij. Czymś konstruktywnym, co cię wciągnie. Skup się na sobie, na swoich sprawach. Praca, sport, pasje…

Dać jemu i sobie czas. Ale jak takie czekanie wytrzymać?
Będzie to zapewne przykre, bolesne, trudne, ale potraktuj to jako cenę  za rozwój wewnętrzny. Jeśli jednak wiesz, że nie dasz rady i wciąż będziesz go szarpać żalami i pretensjami, lepiej na ten czas wyproś go z domu: „Wróć, jak będziesz pewny, że chcesz ze mną być. Nie wiem, jak długo będę na ciebie czekać”. Możesz też czas na decyzję skrócić: „Zakochałeś się w 20-latce. Rozumiem. Czy ona da ci wszystko, czego potrzebujesz? Przecież ona nie jest mną. Ja teraz jadę w góry, też muszę tę sprawę przemyśleć. Ustalimy, co dalej z nami, kiedy wrócę”. Kiedy będziesz sama, to po cichu możesz sobie trochę popłakać. Możesz się poskarżyć zaufanej przyjaciółce, powiedzieć jej, co się stało, ale nikomu więcej.

Dlaczego?
Na tym etapie to nie ma sensu. Dopiero jeśli po paru miesiącach ten romans nadal będzie trwał, pożegnasz się z tym mężczyzną i wtedy powiesz znajomym, że się rozstajecie. Nie ma co tracić życia na uganianie się za kimś, kto cię nie kocha. To za mało do szczęścia we dwoje. Daj sobie szansę na spotkanie kogoś, kto także ciebie obdarzy uczuciem.

Może kiedy wrócę z tych „gór”, to już go nie będę chciała chcieć?
Tylko żeby to nie było po złości. Możesz chcieć się zemścić, ale po co? Jeśli nadal kochasz tego mężczyznę, to wtedy odrzucasz sama własną miłość. Powiesz: co to za miłość, co to za związek?! A ja na to: takie jest życie. Po takiej próbie z ułomnej relacji może się narodzić dobry związek, pełen bliskości i radości bycia razem. Rozstanie to tylko jedno z możliwych zakończeń tej historii. Zazwyczaj po miesiącu czy dwóch jest już po miłości do 20-latki czy wielkim powrocie do byłej. I jeśli nadal chcesz tego mężczyznę, pozwól mu wrócić. Tyle że na nowych warunkach.

Nowe warunki? Czyli zapewnienie, że się z tamtą kobietą już nie spotka, że ją wyrzuci ze znajomych i...
Nie wymagałabym, żeby tak radykalnie zerwał tę znajomość. Są jednak kobiety, które myślą, że to konieczne, bo jak on z tamtą jeszcze kiedyś pójdzie na kawę, to już do domu nie wróci. Przepadło. Oczywiście, lepiej, żeby się wyraźnie zdeklarował, powiedział, że tamta już nie jest mu potrzebna. Lepiej, żeby się z nią nie kontaktował, bo to stwarza okazję do powtórki z rozrywki. Ja jednak myślę, że nie należy nikogo zawłaszczać. Jeśli on podejmie decyzję, że chce z tobą być, to będzie. A jak mu to wmówisz albo narzucisz i będziesz pilnować, sprawdzać, kontrolować – to odejdzie albo zacznie prowadzić podwójne życie.

(Ilustracja Magdalena Pankiewicz) (Ilustracja Magdalena Pankiewicz)

Mówiąc o nowych warunkach, miałam na myśli to, że on musi zrekompensować ci ten czas, kiedy był zajęty kimś innym. Należy ci się za to coś wyjątkowego. Nie zapłata, ale dowód na to, że chce być z tobą. Bardziej w obszarach zmiany nawyków. Na przykład zacznie z tobą spacerować, chodzić na zakupy (jeśli tego nie robił), czyli przeznaczać więcej czasu dla ciebie, na to, co ty lubisz. Ale też może być tak, że jeśli marzyłaś o wycieczce do Birmy, to on kupi bilety. Najważniejsze jednak to rozeznać, co takiego zadziało się między wami, że do tego romansu doszło.

To wina kobiety, że jej partner odgrzebał dawne uczucie albo że snuł romantyczne fantazje o życiu z 20-latką?
Myślałam raczej o tym, żeby zastanowić się, czego obojgu w tym związku brakuje. Może zaczęli się lekceważyć? Może za mało mieli ostatnio miłych wspólnych chwil? Za dużo wymagań, a za mało pochwał? A co z seksem? Ostygła namiętność? Najczęściej wdajemy się w romanse, kiedy nasz związek niesie poczucie pustki, jałowości. Gdy jest się długo razem, łatwo się zagapić i kłopoty przerastają radości. A wtedy może się któremuś zachcieć fajerwerków. Fajerwerki tak pięknie strzelają! Ale szybko gasną.

No ale powiedział, że kocha. Jak stanąć na drodze miłości?
Zawsze może się zdarzyć, że podczas zakupów przedświątecznych twój mężczyzna wpadnie na kobietę, w której kiedyś się zabujał. Ale to, co się wtedy wydarzy, nie zależy od siły dawnego uczucia, ale od tego, jakim jest człowiekiem. Może być nastawionym na tu i teraz, aktywnym mężczyzną, który wie, że nie ma co ożywiać przeszłości. Powie więc dawnej nieskonsumowanej ukochanej: „Wesołych świąt! Cudnie wyglądasz, miło było cię spotkać”, i pójdzie dalej, przez chwilę ciesząc się ekscytującym wspomnieniem. Będzie inaczej, jeśli ten mężczyzna jest melancholikiem, nosi w sobie niespełnioną tęsknotę i takie spotkanie wydobywa go z otchłani smutku. Taki to od razu wrzuci całą wstecz i jego serce popłynie prosto do przeszłości.

Czy na pewno będzie kierować nim tylko melancholia?
Miłość zostaje na zawsze w człowieku. Nawet jak minęła, to pamiętamy, że była. Jeśli jednak nie pogodziliśmy się z rozstaniem, to takie spotkanie budzi nadzieję, że uda się naprawić przeszłość. Dla melancholika drugie rozdanie to jak opium. Już śni na jawie, jak im razem dobrze. To się udaje tak niezmiernie rzadko, że szkoda o tym mówić. A więc on będzie chciał wrócić, jeśli w ogóle odejdzie. Dlatego to od jego partnerki najczęściej zależy, czy ich związek przetrwa.

Mówisz rzeczy zaskakujące dla wielu kobiet.
Są ludzie, którzy nie żyją w realnym świecie. Zawsze zawieszają swoje marzenie o miłości doskonałej na kimś, hołubią tę osobę i niosą przed sobą jak jakąś monstrancję. Nie chcą jednak tej miłości sprawdzać. Schodzić się, zamieszkać razem. Ba! Nawet iść z tą osobą do łóżka. Nie przeszkadza im to też być z kimś innym w małżeństwie. O tamtej czy tamtym marzą, wyobrażają sobie, że taki niedosiężny, niezdobyty, i są mimo to spokojni, bo tuż obok nich śpi żona. Taka zwykła i obecna. Nie są więc sami. Zazwyczaj jeżeli ktoś się spotyka z kimś z przeszłości, to sobie maluje na różowo dwa dni i nie zamierza wcale wracać do tej osoby. Dwie randki to akurat tyle, ile potrzebuje. Romantyczny poryw oznacza tak naprawdę tyle, że związek, w którym jesteśmy, nie funkcjonuje tak jak powinien, że jest jakiś niemrawy. Dlatego trzeba pomyśleć, jak go naprawić. Dla mnie to jest najważniejszy sens takiej romantycznej historii.

Powiedzmy, że związek przetrwał. Ona skończyła pić kawę, a on stwierdził, że pomylił się, mówiąc: „Zawsze ją kochałem”. Są więc już razem w jednym łóżku, on chciałby seksu, ale ona mówi „nie mogę”.
Żartujesz? To tak szybko nie idzie. Ale w takiej sytuacji warto, żeby poszła na terapię. Uraz jest dla niej ważniejszy niż frajda z seksu? Niż radość z tego, że wrócili do siebie, że jednak on ją chce? Czemu go odtrąca? Wątpi w jego uczucie? Przecież on się nie poświęca. Nie musiał fundować jej tej wycieczki do Birmy. Mógł jechać z tamtą albo sam. Może ona nie wierzy w to, że jest warta miłości? Czuje się niewystarczająco atrakcyjna, by przyjąć z otwartym sercem to, co on chce jej dać. I może dlatego on zapatrzył się na inną? Ona przyjmowała od niego wszystko, bo wierzyła, że miłość się jej należy?

A może jego partnerka chciałaby być pewna, że on ją naprawdę kocha?
Wbrew temu, co mówią romantyczne mity, miłość sprawdza się w praniu. Można nawet powiedzieć, że sprawdza się w boju! W trudach życia. W kryzysach takich jak romans czy zdrada. Wieczorami on pamięta, żeby przynieść jej grube skarpety, bo w nocy marzną jej stopy. A ona jemu zaparza ziółka na wątrobę. To są miłosne sprawki, które potwierdzają uczucie. On przeżył wielki zawód miłosny, z którego teraz dopiero się wygrzebał. Ona go zrozumiała, choć ją to zabolało. To, co czują do siebie wieczorami, pijąc herbatę, jest bezcenne, bo to akceptacja i zrozumienie.

Czyli miłość. Przyjmuję na rozum to, co mówisz. Ale jak kochać się z kimś, kto fantazjował czy nawet zdradził cię z inną?
Nie wszystkim się to uda. Znam kobiety, które marudziły po takim wydarzeniu przez wiele lat, przepytywały partnera: „Spałeś z nią? A co jej robiłeś, a ona tobie?”. Ale znam też takie, które szybko zakończyły temat. To zależy od poczucia wartości kobiety. Jeśli czuje się nieatrakcyjna, sama siebie nie kocha, to cały czas będzie w głowie mielić: „on mnie nie chciał”, jakby nie zauważyła, że wybrał ją, że chce! Z kolei kobiecie, która ma dobre zdanie o sobie, nie zaszkodzi na radość życia nawet to, że on sobie czasem powspomina. Powiem ci tak, trzeba po prostu żyć! Jak się narozrabiało – przeprosić! A jak ktoś przeprasza, wybaczyć.

Wiele kobiet wolałoby jednak być bohaterkami romantycznej fantazji partnerów niż tymi „zwykłymi żonami”.
Nas wszystkich bardzo bierze, jeśli się w tym zwyczajnym życiu wydarzy coś, co sprawi, że się poczujemy jak bohaterka czy jak bohater romansu. Takie wzdychanie, fantazjowanie, oczekiwanie na esemesy, sprawdzanie, czy są nowe lajki od obiektu naszych westchnień – daje nam dopaminowe strzały. Jesteśmy na haju. I tego tak naprawdę chcemy: troszkę poprzeżywać, złapać oddech od codzienności. Można to nazwać romantycznym zakochaniem, a można dostrzec aspekt biochemiczny tej sytuacji. Znam wiele kobiet, które na tym haju porzuciły domy i fajnych facetów, a kiedy oprzytomniały, nie zawsze miały gdzie wrócić, choć chciały.

Marzymy, żeby było jak w kinie, ale nic nie chcemy realnie zmieniać?
Siedzimy na dworcu i trzymamy się za ręce. On za chwilę pojedzie do Krakowa, a ja do Szczecina. Nasze pociągi się rozjadą, a nasze serca rozerwą. Coś się niby spełnia i coś się bardzo nie spełnia. Takie momenty mogą być pociągające! Powiem ci jednak, że dojrzali ludzie, którzy zaznali już takiej szarpaniny, traktują ją tylko jako ważne wspomnienie. Pragną jej ci, którzy nie wiedzą, czym jest naprawdę miłość, i myślą, że właśnie tym, co dzieje się na takim peronie…

Film z Keirą Knightley „Zeszłej nocy” opowiada o dylemacie, który po takim wydarzeniu może mieć wiele z nas: czy większą zdradą jest seks ze znajomym z pracy podczas służbowego wyjazdu, czy spotkanie w tajemnicy z byłą miłością? No i czy to drugie można wybaczyć?
Nie wiem, co jest większą zdradą. Może do księdza z takimi pytaniami, ja nie orzekam o moralności. Za to jako psycho­terapeutka powiem, że są ludzie, którzy robią bez przerwy sobie i bliskim emocjonalny kipisz: zakochują się, zdradzają… Co to ma wspólnego z miłością? No niewiele… Co więcej, każdy będzie doświadczał zdrady czy nieuczciwości inaczej. A takie dylematy „co jest gorsze” są szkodliwe, bo odwracają uwagę od tego, co najważniejsze: czego brakuje w naszym związku, że zrobiło się miejsce na tę trzecią lub tego trzeciego?