1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak poderwać mężczyznę?

Jak poderwać mężczyznę?

Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Serwis Sympatia zebrał skojarzenia i przemyślenia użytkowników płci męskiej na temat kobiet oraz podrywania, a potem uzupełnił je o wyniki ciekawych eksperymentów przeprowadzonych przez naukowców. Oto pierwsza część „Poradnik podrywania dla kobiet”.

Czy lubimy być podrywani?

Oczywiście, a Wy tego nie lubicie? Grunt to wiedzieć, jak to zrobić! Dlatego, aby zaoszczędzić Wam czasu na testowanie różnych metod, zgromadziliśmy wszystko, co dla nas najważniejsze, w jednym miejscu. Owocnego podrywania

Skąd wiemy, że jesteśmy podrywani?

Niektóre z Was nie owijają w bawełnę i mówią wprost, co im leży na sercu – czasami szybko przechodzą też od słów do czynów. Te, które nie mają na tyle odwagi (może to i dobrze!), cierpliwie czekają, aż to my się zainteresujemy i zrobimy pierwszy krok. Myślicie jednak, że nie potrafimy się domyślić, co jest grane?

Drogie panie, język ciała potrafi zdradzić bardzo wiele! Dlatego kiedy mierzycie nas długim i przenikliwym spojrzeniem, wysyłacie serdeczny uśmiech, podczas rozmowy bawicie się  włosami, jesteśmy już prawie pewni, że coś jest na rzeczy. Niezbyt zobowiązujące, ale za to tak bardzo dla nas znaczące! Magia uśmiechu i rzucane ukradkiem spojrzenie może zdziałać cuda, pamiętajcie

Jaki sposób podrywu nas zniechęca?

To, jaki sposób podrywu wybierzesz, będzie miało na pewno ogromny wpływ na dalszy rozwój naszej znajomości. Jeśli postanowisz od razu wyłożyć karty na stół i po prostu zakomunikujesz słowem czy też swoim zachowaniem: „Bierz, co chcesz, dam ci wszystko”, szanse na to, że stworzymy coś na dłużej, są marne. Wówczas możemy po prostu pomyśleć, że jesteś zdesperowana i szukasz faceta za wszelką cenę, dlatego pamiętaj - nie, my nie chcemy być tymi wybranymi tylko dlatego, że nie trafiła się lepsza partia. Chyba, że mówimy o znajomości np. na jedną noc. Nie wszyscy, ale część z nas skorzysta z takiej okazji.

Otwarcie pokazałaś, że zależy Ci na jednym z nas, ale nie wywołałaś naszego zainteresowania? Mimo wszystko nie dajesz za wygraną i próbujesz podejść nas z innej strony? Błąd! Nie lubimy nachalnych kobiet, dlatego naprawdę – szkoda Twojego czasu. Jeśli wyszłaś z założenia, że skoro nie traktujemy tego typu kobiet poważnie, lepiej przyjąć rolę potulnego baranka, który będzie na każde nasze skinienie i pokornie przytakiwał, przyznając nam rację? Nie tędy droga. Lubimy kobiety, które mają coś do powiedzenia. Nie  mylić z tymi, którym wydaje się, że są alfą i omegą.

Co nas kręci, co nas zniewala?

Lubimy konkret, to prawda, ale nie można od razu sprzedać nam wszystkiego! Taka już nasza natura, że jesteśmy urodzonymi zdobywcami i mimo wszystko chcielibyśmy mieć chociaż poczucie, że to nam udało się Was zdobyć. Dlatego, jeśli się jeszcze nie znamy, lepiej nie próbujcie zbyt bezpośrednich sztuczek. Dla tych pań, które są jednak na tyle odważne, mamy radę – niech ten śmiały podryw będzie podszyty odrobiną smacznego humoru.

Najbardziej kręcą nas jednak kobiety, które wysyłają nam pewne sygnały, ale robią to bardzo subtelnie i delikatnie. „Chcę, ale to ty musisz się o mnie postarać” – to typ kobiety, która nas bardzo pociąga. Trochę niedostępna, ale z drugiej strony dająca takie znaki, które nie pozwalają nam o niej zapomnieć. Jeśli wszystko zostanie opatrzone zalotnym spojrzeniem i sympatycznym uśmiechem, zrobimy wszystko, żeby z nią być!

Co najbardziej podoba nam się w Waszej twarzy?

Zwracamy na nią uwagę już od pierwszych sekund poznania. Niektórzy z nas niestety przegrywają ze swoją naturą i nie mogą oderwać wzroku również od Waszych piersi, ale spokojnie - mimo wszystko staramy się skoncentrować na Waszych pięknych buziach.

Tym, co szczególnie przyciąga nasz wzrok, są oczy. Często same macie na to ogromny wpływ, kiedy przyciągacie nas swoim przenikliwym spojrzeniem. Najbardziej podobają się nam także uśmiechnięte twarze. Tak, w uśmiechu zakochujemy się niezwykle często!

Zobacz kosmetyki do makijażu palety

Czy podoba nam się Wasz makijaż?

To zależy. Chociaż wiemy, że robicie go w dużej mierze dla nas, wychodzimy z założenia, że nie musicie tak bardzo się poświęcać. Naprawdę najbardziej podobacie się nam takie, jakie jesteście, a więc naturalne.

Większości z nas makijaż kojarzy się niestety dosyć negatywnie. Kobieta z bardzo mocnym makijażem, który można by było z niej ściągać szpachelką, kojarzy nam się nie tylko ze sztucznością, ale przede wszystkim z kimś, kto ma coś do ukrycia. Przecież prędzej czy później i tak będzie musiała pokazać nam swoje prawdziwe oblicze, a dobrze by było, gdybyśmy wtedy nie zobaczyli przed sobą zupełnie innej osoby. Mimo wszystko nie lubimy rozczarowań. Dlatego najbardziej podoba nam się subtelny makijaż, którego zadaniem jest tylko podkreślenie Waszej urody. Kobieta z ładną, naturalną buzią, pomalowana bardzo delikatnie w naszych oczach wypada naprawdę atrakcyjnie.

Czy zwracamy uwagę na Wasz biust?

Wcale nie zamierzamy się wypierać, dlatego – bez owijania w bawełnę – często koncentrujemy się na nim nieco bardziej. Lubimy więc, kiedy kobiety ładnie, ale niezbyt nachalnie eksponują swój biust. To, czy jest on mały czy duży, nie ma dla nas większego znaczenia. Każdy ma przecież swoje własne upodobania.

Uważacie, że wyrzeźbione brzuchy kręcą nas najbardziej?

Niekoniecznie. Podobają nam się szczupłe, zadbane kobiety z nienaganną figurą, ale… co za dużo, to niezdrowo. Dlatego niezbyt pociągają nas panie, które nieco przetrenowały na siłowni. Kobieta z wyraźnie zaznaczonym sześciopakiem? Naprawdę, doceniamy Wasze starania, ale większość z nas serdecznie podziękuje.

Wystarczy, że nie odkłada Wam się na brzuchu zbyt wiele tłuszczyku, chociaż niektórzy z nas wychodzą z założenia – kochanego ciałka nigdy dość. Od przesadnie chudych lub zbyt wyrzeźbionych pań, wolimy te, które mają nawet lekko zaokrąglony brzuszek. Ważne, abyśmy mogli często go dotykać.

Czy da się nas poderwać w tańcu?

Musimy otwarcie przyznać, że nie wszyscy lubimy tańczyć. Niektórym z nas taniec kojarzy się z przykrym obowiązkiem, do którego zostajemy zmuszeni na weselu czy innej okazjonalnej imprezie. Spokojnie, część z nas, której nigdy nie namówicie do tańca, na szczęście nie jest aż tak wielka. Poza tym możecie nas do tej czynności skutecznie przekonać. A przecież potraficie to doskonale!

Zmysłowe ruchy sprawiają, że nie możemy oderwać wzroku od kobiety, która je wykonuje. Cóż… nasza wyobraźnie po prostu zaczyna się w tym momencie bardzo uaktywniać i czasami nawet sprawia, że przenosimy się w myślach do sypialni. Nie pokazujcie jednak na parkiecie wszystkiego. Te bardziej intymne prezentacje zostawcie na później, kiedy już się lepiej poznamy.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dam ci to, czego pragniesz, ale jeśli wyrzekniesz się siebie

U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
U podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej stoi lęk. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go; traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą”. (Fot. iStock)
„Będzie jak w bajce. Dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz. Pod jednym warunkiem: wyrzekniesz się siebie”. Tak brzmi niepisana umowa symbiotycznych związków.

Maria była przekonana, że nigdy nic lepszego jej nie spotkało. Zakochała się, ale nie w byle kim i nie byle jak. Czuła to, a uczuć przecież nie można oszukać. Myślała, że taka miłość zdarza się tylko w filmach lub romantycznych książkach, dopóki jej nie doświadczyła. Andrzej był jej uzupełnieniem, całym światem, z każdym dniem kochał coraz bardziej. Pisał do niej kilkanaście razy dziennie SMS-y, zabierał na kolacje, do kina, na weekend nad morzem. Budził rano do pracy i utulał do snu. Maria zrezygnowała z długo planowanego wyjazdu ze znajomymi nad morze, bo Andrzej obiecał, że pojadą razem, ale w góry, bo uwielbiał wspinaczkę. Postanowiła spróbować. Okazało się, że pokochała ten sport tak jak Andrzeja.

Zamieszkali razem, Andrzej znalazł dom pod miastem, miał bliżej do pracy, mógł więcej czasu spędzać z ukochaną. Dla Marii przeprowadzka oznaczała wprawdzie dłuższe dojazdy, ale i tak się cieszyła. Wszystkie koleżanki jej zazdrościły, na spotkaniach towarzyskich nie odstępowali siebie na krok… Po pięciu wspólnych latach Maria czuła tylko i wyłącznie wszechogarniającą nienawiść do Andrzeja.

Pojęcie symbiozy, które idealnie oddaje charakter relacji Marii i Andrzeja, psychologia zaczerpnęła z biologii. Krab pustelnik poszukuje pustej muszli ślimaka, do której może schować swój pozbawiony pancerza odwłok. Na takiej muszli osadza się ukwiał, który wędruje wraz z pustelnikiem i jego mieszkaniem, dzięki czemu może zdobywać pokarm, zapewniając przy okazji pustelnikowi ochronę przed drapieżnikami. Układ idealny.

Erich Fromm używał terminu „psychiczna więź symbiotyczna”, opisując relację dwóch dorosłych osób, które żyją kosztem siebie. Mogą to być kochankowie, przyjaciele, partnerzy w interesach. Chociaż są osobnymi organizmami, w sferze psychicznej łącząca ich więź powoduje zjednoczenie, pomieszanie tożsamości, tworząc specyficznego rodzaju klatkę. Więź symbiotyczna istnieje w stanie naturalnym, kiedy dziecko żyje kosztem matki w jej łonie, i później w początkowym okresie rozwojowym. To właśnie zaburzenia dotyczące relacji dziecka z rodzicami w pierwszych miesiącach życia mogą prowadzić do ukształtowania się w dorosłości tendencji do budowania symbiozy w związku.

Dobre początku symbiozy

Miłość symbiotyczna zazwyczaj rozpoczyna się od fajerwerków, wielkiego „bum”. Tylko zakochani nie wiedzą, że „bum” to odgłos zderzenia dwóch patologii. Zazwyczaj jedno z nich, tak jak Maria, pozostaje uległe, bierne, przekonane o tym, że oto właśnie spotkało je niezwykłe szczęście. Druga osoba sprawia wrażenie niezależnej, silnej, sprawczej, ale aby czuć się tak naprawdę, potrzebuje ciągłego potwierdzenia swojej wspaniałości. Obie postawy są biegunami tej samej osobowości, która napędzana jest siłą w kierunku odrębności, a zarazem bycia razem, czyli zlania się, totalnej fuzji. Początki takiej miłości, dokładnie jak u Marii i Andrzeja, wypełnione są euforią, namiętnością, poczuciem niezwykłego połączenia. Pustka odczuwana prawie każdego dnia znika, bo zostaje wypełniona przez ukochanego.

Maria z łatwością zrezygnuje z wyjazdu nad morze i pokocha wspinaczkę, bo kocha Andrzeja, staje się nim, zlewa z jego potrzebami. Ona nie wie, kim naprawdę jest, co lubi. Rzeczy, które sprawiają jej przyjemność, mogą się szybko zmienić pod wpływem tego, co zasugeruje ukochana osoba. Z kolei Andrzej w końcu znalazł kogoś, kto adoruje go, uwielbia, karmi jego ego. W ten sposób on może wciąż pielęgnować przekonania dotyczące siebie. Obydwoje posiadają głębokie przekonanie o byciu niepełnym, nie całkiem wartościowym.

– Na początku takie osoby mają poczucie ogromnej miłości, której nie zaznał nikt, zrastają się ze sobą, to bywa przyjemne – tłumaczy prof. Katarzyna Popiołek, dziekan Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Gdy po paru latach pojawia się konflikt pomiędzy lękiem przed samozatraceniem i niemożnością odczepienia się od tej osoby, często rodzi się nienawiść.

Bo to właśnie lęk stoi u podstaw zachowań, emocji i osobowości symbiotycznej. Psychiatra Anthony Storr zdefiniował więź symbiotyczną jako: „wchłonięcie kogoś, połknięcie go, zgniecenie, zniszczenie; w sumie traktowanie osoby, jakby nie była już w pełni sobą. Identyfikowanie się z kimś w takim stopniu, który powoduje zagubienie się, zatopienie własnej tożsamości w tożsamości drugiego człowieka”.

Zdarzeń ciąg dalszy

Partnerów w związku symbiotycznym cechuje stała potrzeba uzależnienia innych od siebie lub bycia uzależnionym. – U jednych wynika ona z przekonania o własnej słabości, u innych – z poczucia wyjątkowości, które będą potwierdzali, wieszając się na ludziach, uzależniając innych od siebie – komentuje prof. Katarzyna Popiołek.

Tacy zakochani nie dokonują racjonalnego wyboru partnera, nie sprawdzają, jaki naprawdę jest ten drugi człowiek. Mogą być ze sobą przez pięć lat i nigdy się nie poznać, ponieważ kreują wyobrażenie człowieka i tego wizerunku się trzymają.

Maria zakochała się w Andrzeju, ponieważ ją od siebie uzależnił: telefonami, rozmowami, wyznaniami. On zaś zakochał się w uległej, adorującej go kobiecie. Zafascynowali się swoimi projekcjami, nie sobą nawzajem. Aby ten układ przetrwał, pielęgnują wizję drugiej osoby, przez to nie mogą jej naprawdę zobaczyć. Przez pewien czas taki układ się sprawdza, ale w pewnym momencie osoba pozostająca w związku symbiotycznym zaczyna się dusić. Wie, że nie poradzi sobie bez drugiej osoby, zarazem czuje, że ta relacja uniemożliwia jej rozwój. Zaczyna przejawiać dwie sprzeczne tendencje: uciec i być bardzo blisko.

Maria, jak większość osób symbiotycznych, nie potrafi zachowywać się asertywnie, nie wyraża złości, gniew kieruje do wewnątrz. Powoli zaczyna pojawiać się u niej tłumiona nienawiść, pretensje do partnera o uzależnienie. Nadal jednak nie posiada własnego zdania, ponieważ przejęła poglądy Andrzeja. Z kolei on żyje w przekonaniu, że jeśli włoży jeszcze trochę wysiłku – to jego partnerka, uległa Maria, będzie doskonała. Ma przy tym tendencję do krytykowania jej, niekiedy poniżania czy wyśmiewania wszelkich jej prób samostanowienia o sobie.

– Prędzej czy później do związków symbiotycznych wkrada się nuda, pojawia się potrzeba poszukiwania przeciwwagi albo nienawiść osiąga siłę wcześniejszej miłości – wyjaśnia dr Aleksandra Sarna, wykładowczyni Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej, Wydziału Zamiejscowego w Katowicach. – Jedno z partnerów może myśleć: „zmieniam tę drugą osobę tak długo, mam takie dobre intencje, a ona wciąż jest niedoskonała”.

W takich właśnie momentach Andrzej zrywa kontakt, oddala się od Marii, pokazując jej, ale przede wszystkim sobie, jaki jest niezależny i silny. Cierpi w tym czasie męki. Tak samo jak pozbawiona sensu życia Maria, dla której w chwili rozstania umiera nie tylko związek, ale ona sama. Jednocześnie Andrzej czeka na najmniejsze westchnienie Marii, po którym ponownie mógłby do niej wrócić, by się scalić, znów być jednym.

Niekiedy obawa przed samozatraceniem powoduje, że jedno z partnerów zaczyna poszukiwać trzeciej osoby. Jeśli trójkąt rozbije obecny układ, nowy związek powtórzy układ symbiotyczny, a osoba porzucona będzie rozglądała się za nowym partnerem. Co ciekawe, jeśli to Maria byłaby porzucona, a jej nowy partner kochałby nurkowanie, to ona nagle zapomni o wspinaczce. – Osoba żyjąca w związku symbiotycznym bez drugiej osoby nie istnieje w pełni – dodaje dr Aleksandra Sarna. – Tak jak z protezą nogi, może nie jest doskonała, nie jest nogą, ale pasuje.

Niepisana umowa w związku symbiotycznym brzmi: „dostaniesz ode mnie wszystko, czego potrzebujesz, pod warunkiem że wyrzekniesz się siebie”. Z tego powodu partnerzy niechętnie patrzą na nowych przyjaciół czy nowe zajęcia ukochanej czy ukochanego, bo zagrażają one symbiozie. Osoba symbiotyczna kurczowo trzyma się partnera, niczym osoba współuzależniona. Na głębokim poziomie czuje, że utrata związku to utrata życia, dokładanie tak jak utrata matki w dzieciństwie. Człowiek taki nie wie, jak dalej żyć, co robić, lubić, nie odnajduje w swoim życiu priorytetów, ponieważ te wyznaczał partner, który nagle odchodzi. Właśnie dlatego podczas rozpadu związku symbiotycznego przynajmniej jedna strona mówi: „nienawidzę cię”. Nie ma możliwości rozejmu, rozstania się z klasą, koniec następuje z hukiem, a partner okazuje nic nie warty.

Symbioza bez happy endu?

Stoi za tym kilka psychologicznych mechanizmów. Rozszczepianie własnego „ja” na część „dobrą” i „złą”, które jest źródłem zmiennych przekonań: „jestem beznadziejny”, „jestem najlepszy”, „mogę wszystko”, „do niczego się nie nadaję”. Inny mechanizm to idealizacja, czyli przypisywanie partnerowi cech, które chcielibyśmy u niego widzieć, i usprawiedliwianie pomyłek. Towarzyszy mu często mechanizm dewaluacji, czyli niedostrzeganie pozytywnych cech u osoby postrzeganej jako „złej”.

Para pozostająca w związku symbiotycznym może iść na terapię. – Jeżeli jednak wyleczymy dwie osoby symbiotyczne, to przestanie istnieć zasada funkcjonowania związku, bo jeśli ten oparty jest o patologię, to gdy ta zniknie, prawdopodobnie rozpadnie się sam związek – dodaje dr Aleksandra Sarna. Osobowość symbiotyczna jest silnie ugruntowana, terapia trwa latami. Ratunkiem jest praca nad sobą, budowanie swojego poczucia bezpieczeństwa i zadowolenia z samego faktu istnienia, a nie bycia z kimś. Pomocne może być danie sobie czasu na sprawdzenie, kogo chcę pokochać, i zadawanie pytań: Jakie cechy ma ta osoba? Co w niej lubię, a czego nie? Czego potrzebuję od tej osoby, a czego na pewno nie chcę? Gdzie znajdują się granice mojej przestrzeni, ciała, pracy, przyjaźni? Szaleństwo i pasja zdarzają się na początku każdej miłości, jednak jeśli ta jest ślepa przez długie miesiące i lata, prawdopodobnie wyprowadzi zakochanych na manowce. Dlatego, że nie spotkały się dwie dorosłe osoby, zainteresowanie poznawaniem siebie i wspieraniem w rozwoju, ale dwójka małych dzieci, przepełnionych lękiem przed zniknięciem.

  1. Psychologia

W połowie drogi. Czy kompromis w związku to zawsze dobry pomysł?

Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb. (Fot. iStock)
Podobno sztuka kompromisu to połowa sukcesu w tworzeniu udanego związku. Według psychoterapeuty Andrzeja Wiśniewskiego, w niektórych sytuacjach może przynieść więcej szkód niż korzyści.

Można powiedzieć, że kompromis jest panaceum na większość spornych sytuacji, ponieważ dzięki obopólnym ustępstwom umożliwia obu stronom realizację chociaż części ich oczekiwań. Ale można też powiedzieć, że kompromis powoduje obustronne niezadowolenie i poczucie straty. Bo nikt nie zaspokaja w pełni swoich potrzeb i oczekiwań.

– Kompromis sprawdza się głównie w przypadku ustaleń biznesowych – twierdzi psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski. – Natomiast w związkach niekoniecznie. Żeby zadziałał, partnerzy nie mogą być w stanie konfliktu emocjonalnego, pielęgnować w sobie poczucia krzywdy czy żalu z powodu niespełnionych oczekiwań. Jeśli są – konsensus będzie pozorny, nieprawdziwy.

Jak żartobliwie zauważa, gdyby kompromis był naprawdę takim złotym środkiem, najsłynniejszą miejscowością turystyczną w Polsce byłyby Kielce, ponieważ tam właśnie – w połowie drogi – spędzałyby wakacje wszystkie pary, w których jedno woli góry a drugie – morze.

Iza i Michał: kto da prezent?

Poznali się na studiach. Trzy lata temu spędzili razem sylwestra i odtąd są nierozłączni. Nawet zdecydowali się na tę samą specjalizację – pediatrię... Pierwsze problemy pojawiły się, gdy Michał się oświadczył.

Chłopak pochodzi z małej miejscowości na południu Polski i nie wyobraża sobie, by ślub odbył się gdzie indziej niż właśnie tu, w małym drewnianym kościółku. Chce, żeby udzielił im go zaprzyjaźniony z rodziną proboszcz, który chrzcił jego i trzech braci. No a potem prawdziwe góralskie wesele w karczmie z przygrywającą kapelą. Obowiązkowo regionalne stroje ślubne, a po północy oczepiny panny młodej.

Iza bardzo lubi rodzinę Michała, chętnie też wędruje z Michałem po górach, ale mimo to zupełnie inaczej wyobraża sobie jeden z najważniejszych dni w swoim życiu. – Jestem warszawianką od pięciu pokoleń. Cała moja rodzina związana jest z tym miastem. Marzyłam, że – tak jak mama i babcia – będę miała ślub w jednym z kościołów na Nowym Mieście, a potem eleganckie wesele w pięknie udekorowanej restauracji. Mam już jedną upatrzoną, taką w XIX-wiecznym stylu. Chcę mieć piękną koronkową suknię ślubną, a nie strój ludowy – mówi.

Sytuacja jest patowa, bo ani jedno, ani drugie nie chce ustąpić. Jak znaleźć z niej wyjście?

– Nie ma tu mowy o konflikcie interesów, bo interes jest wspólny – oboje się kochają i chcą się pobrać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Problem w tym, że kompromis dotyczący formy ślubu i wesela uniemożliwia odmienność tradycji rodzinnych narzeczonych. Warto, żeby Iza i Michał spokojnie zastanowili się, na ile ich wyobrażenie o ślubie odpowiada ich wewnętrznym pragnieniom, a na ile wynika z tego, że nie chcą zawieść oczekiwań swoich bliskich.

Przestrzeganie tradycji, a więc pielęgnacja przynależności do pewnego środowiska, zapewnia poczucie bezpieczeństwa. Nic więc dziwnego, że sama myśl o rezygnacji ze swoich wyobrażeń budzi w Izie i Michale niepokój. Ale właśnie dlatego warto, żeby zamiast koncentrować się wyłącznie na swoich oczekiwaniach i przekonywać do nich partnera, oboje spróbowali sobie wyobrazić, co takiego stałoby się, gdyby zgodzili się na opcję proponowaną przez drugą stronę. Pozwoli im to zmierzyć się z własnymi obawami i przekonać się, czy rzeczywiście są słuszne.

– Rozwiązanie tego typu sytuacji nazywam „prezentem” – tłumaczy Wiśniewski. – Chodzi o zachowanie typu: „W porządku, zgadzam się na twoją propozycję, bo wiem, jak bardzo ci na tym zależy, a ja kocham cię i jestem w stanie dla ciebie to zrobić. Obdarowuję cię swoją zgodą, bo jesteś dla mnie kimś wyjątkowym, niepowtarzalnym i drogim”.

Ale ten dar musi być w pełni bezinteresowny, a nie rozpoczynać wymianę handlową na zasadzie: „zgodziłam się na wesele góralskie, a teraz ty nie chcesz ze mną iść do kina czy zrobić śniadania…”.

Jeśli zgodzie będzie towarzyszyć poczucie krzywdy, niedocenienia ofiarności – wówczas narastający resentyment zadziała silnie destrukcyjnie na związek i negatywne emocje będą się odzywać przy okazji każdej konfliktowej sytuacji.

Natomiast bezinteresowne, w pełni świadomie darowane prezenty rodzą różnego rodzaju dobre uczucia budujące związek. Nie należy jednak mylić ich z poświęcaniem się na rzecz utrzymania związku. Prezent ma być wynikiem chęci obdarowania ukochanej osoby, a nie rezygnacją z czegoś. Zaprzestanie dbania o własne potrzeby rodzi frustrację.

Filip i Natalia: lepsza konfrontacja

O co najczęściej kłócą się stałe pary? O pieniądze, wychowanie dzieci i… wspólne wakacje. No bo ona woli wyjazd z przyjaciółmi, on – głuszę bez żywej duszy. Jemu marzy się męska wyprawa na bezdroża, dla niej wakacje to rodzinny wyjazd z dziećmi do hotelu ze wszystkimi wygodami. Scenariuszy jest wiele, problem – zawsze ten sam: kompletnie inny pomysł na coroczny relaks.

Podobnie jest w związku Filipa i Natalii: ona jest zapaloną podróżniczką i w każde wakacje planuje zwiedzić inny, daleki zakątek ziemi. On najlepiej odpoczywa, łowiąc ryby w mazurskich jeziorach. Natalia uważa wędkowanie za najbardziej nudną czynność pod słońcem, ale ponieważ oboje dużo pracują i brakuje im wspólnie spędzanego czasu, wymyśliła, że sprawiedliwie będzie, jeśli w jednym roku pojadą na Mazury, a w kolejnym – na daleką wyprawę.

Wydawałoby się, że dzięki temu oboje będą zadowoleni, w rzeczywistości ich wspólne wyjazdy obfitowały w kłótnie, dąsy i pretensje.

– Takie rozwiązanie sprzecznych oczekiwań i upodobań dowodzi idealizującego myślenia, że wystarczy tylko być obok siebie, a już wszystko ułoży się wspaniale – mówi Andrzej. – Ale tak naprawdę, spędzają te wakacje osobno, chociaż wyjeżdżają razem. Kiedy Filip godzinami łowi ryby, Natalia w tym czasie czyta książki. A kiedy zwiedzają kolejną zabytkową medynę w Tunezji, Filip tęskni za ciszą mazurskich jezior.

W dobrym związku – obok umiejętności dawania „prezentów” – bardzo ważna jest umiejętność konfrontowania się, a więc stawiania granic. Ale nie należy przy tym obrażać partnera, nie atakować go i nie krytykować jego pomysłów. Za to stanowczo zaprezentować swoje stanowisko – bez próby udowadniania, że jest lepsze. Konfrontowanie się nie polega również na uporze głupim i głuchym na argumenty.

Jeśli Filip czując, że ustępuje Natalii wbrew sobie, postawi sprawę na ostrzu noża i powie: „od dziś każde wakacje spędzam na Mazurach i nie obchodzi mnie, co o tym myślisz” – wówczas nie będzie to konfrontacja, ale pokaz siły i walka o swoje terytorium. Jeśli jednak powie: „Wakacje na Mazurach sprawiają mi wielką przyjemność i dlatego tam chcę odpoczywać. Przepraszam, jeśli cię zawodzę czy ranię, ale wybieram łowienie ryb, a nie dalekie podróże. Wiem jednak, jak bardzo kochasz podróże i nie mam ci za złe, że tak mnie do nich namawiasz” – wówczas jest to dojrzała konfrontacja. I być może w jej wyniku oboje stwierdzą, że lepiej dla nich i dla ich związku będzie, żeby każde mogło odpoczywać oddzielnie.

Od Natalii będzie to wymagało jednak dużej dojrzałości, by umiała przyjąć słowa Filipa jako dobrą monetę, a nie potraktowała jako odrzucenia na zasadzie: „on już mnie nie kocha, skoro woli łowić ryby, zamiast spędzać ten czas ze mną”.

Metoda konfrontacji wymaga od partnerów poczucia własnej wartości i zaufania do własnych wyborów. I jest dowodem ich dojrzałości oraz prawdziwej miłości. Bo jeśli ktoś naprawdę kogoś kocha, chce żeby partner czy partnerka czuli się wolni i swobodnie decydowali o spełnianiu swoich potrzeb.

  1. Psychologia

Jakie czułości lubią mężczyźni? Jak okazywać uczucia swojemu partnerowi?

Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Jak okazywać uczucia mężczyźnie? Czy potrzeba bliskości u mężczyzn jest taka sama jak u kobiet? (fot. iStock)
Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak być czułą dla mężczyzny? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Potrzeba czułości u mężczyzn, także w seksie, jest tym, co pozwala kobiecie zbudować bliskość z mężczyzną. A seksuolodzy biją na alarm, że zbyt mało okazujemy jej swoim partnerom, co może przełożyć się później na ograniczone okazywanie uczuć przez mężczyzn. Jak to możliwe? Bujają? Przecież kobiety mają czułości aż nadto. Skąd więc ten deficyt? Może kobieca i męska czułość nie są tym samym? Jak okazywać uczucia mężczyźnie? – zastanawia się Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

„Wrócił. Nic nie powiedział./ Było jednak jasne, że spotkała go przykrość./ Położył się w ubraniu./ Schował głowę pod kocem./ Podkurczył kolana./ Ma około czterdziestki, ale nie w tej chwili./ Jest – ale tylko tyle ile w brzuchu matki,/ za siedmioma skórami, w obronnej ciemności./ Jutro wygłosi odczyt o homeostazie/ w kosmonautyce metagalaktycznej./  Na razie zwinął się, zasnął” – tak czule pisze o swoim mężczyźnie Wisława Szymborska.
To jest czułość! Wiedzieć, co jest dla niego ważne, i to uszanować. I jeśli on pokaże swoim zachowaniem czy powie: „Teraz nie chcę rozmawiać, chcę pomyśleć”, to zamknąć buzię i iść poczytać. Nie męczyć: „Coś się stało! Ale co?! Tak chciałabym wszystko o nim wiedzieć”. Nie spieszmy się z wiedzeniem wszystkiego. Te, które najbardziej tego chcą, tak naprawdę chcą wiedzieć tylko tyle, żeby móc się wtrącać. A to wielka różnica wiedzieć po to, by uszanować, i po to, by kontrolować. Wtrącać się chcą mamuśki, takie kobiety wypytują: „A co się stało? A co on ci powiedział? A ty co mówiłeś? A kto przyszedł? A kto wyszedł?”. Jak mężczyzna odpowie, to wcale jej nie zaciekawi: „Aaaa... to nudne”, machnie ręką. On się odsłania, a ona go: buch! Ocenia...

Mężczyzna przyjaciółki stracił bliską osobę. Jego kobieta nie wiedziała, jak mu pomóc, jak okazać czułość mężczyźnie w tak trudnej dla niego sytuacji, nie zrobiła więc nic. A on położył głowę na jej kolanach i tak siedzieli godzinę. W ciszy...
Ha! Dostał się wprost do kobiecej świątyni czułości, bo ona zrobiła właśnie to, czego on potrzebował. Poszła za nim, nie narzuciła mu niczego. Żadnych słów, żadnych zbędnych gestów, żadnych pytań. Nic babskiego. Żadnego szukania na siłę tego, czego jej zdaniem on potrzebuje! Tego kobiecego „ja wiem lepiej”. Nie zamatkowała mu, wypytując, jęcząc, jaka to tragedia. Współczując, czyli kastrując i wiercąc dziurę w brzuchu. Nie próbowała też udawać kumpla: żartować, wyjąć wódkę. Zrobiła to, czego chciał, skoro przyszedł do niej. Nie ciągnęła go też do łóżka, bo „wiadomo, mężczyzna...”. Założę się, że będą razem, bo z taką kobietą każdy mężczyzna chce być.

Najlepiej więc, gdy nie wiemy, jakie czułości lubią mężczyźni. Ale to trudne przyznać, że w sprawie uczuć jesteśmy w kropce.
Nie w kropce, tylko w sednie, bo to „nicnierobienie” to ta czułość, której oni potrzebują. Jeśli kobiecie uda się przekroczyć jej przekonanie, że jest mistrzynią w czytaniu i obdarowywaniu czułością, to da radę. Najlepiej patrzeć i słuchać. Nie myśleć: „Co ja mam zrobić?”. A myślimy, i to jeszcze jak! I wymyślamy, i skupiamy się na tym, co nie ma znaczenia. Na przykład: kobiety myślą, że najważniejszy dla mężczyzny jest wygląd wybranki. Owszem, ale ma być w nim coś ciepłego: miły wyraz twarzy, uśmiech i brak zaczepności. Zaczepność krotochwilna, tak. Ale bez przepychania, siłowania, agresji, bo wtedy mężczyzna się przestawia na tryb rywalizacji. Może się pobawić w wojnę z kobietą, ale po rozgrywce pójdzie poszukać na życie tej, która da mu czułość. To są dwa absolutnie inne typy kobiet. Ta na romans, pokazuje swoje seksualnie walory. A ta na życie – ciepło...

Kokardki, wstążki, kolor różowy. Czy to może być sposób na to, jak okazywać uczucia mężczyźnie?
Nie banalizuj. Co mają do tego kokardki?! Mężczyźni też potrzebują poczucia bezpieczeństwa, zwłaszcza od tej „na stałe”, ona ma być odpoczynkiem wojownika. Wszystko jedno, czy on jest wojownikiem, czy nie bardzo. Mężczyzna lubi tak o sobie myśleć. Kobieta jest niezbędna do poczucia komfortu, spokoju i czułości. Czyli tego, czego od kolegów nie dostanie. Ma być spokojna, życzliwa, akceptująca – to wszystko razem składa się na czułość. Ma go lubić i on ma to czuć. Jak opowie siódmy raz ten sam dowcip, uśmiechnąć się, nie wytykać: „Już mówiłeś...”.

W książce „Jego orgazm później” nowojorski seksuolog Ian Kerner mówi, że mężczyzna wydziela więcej testosteronu, kiedy dotyka go ktoś inny, nic więc nie zastąpi mu intymności dotyku kobiety. One jednak nie poświęcają czasu na dotyk, nie zastanawiają się, jak okazać czułość mężczyźnie, myśląc, że partner chce tylko erekcji. A to dotyk jest niezbędną częścią poczucia jedności. Przez seks nie zbudujemy bliskości z mężczyzną, zbudujemy ją pieszczotami jego sutków, szyi, ust i uszu. Czy to dotyczy też polskiego mężczyzny?
Oczywiście, że tak. Mało tego! Nawet jak ona robi mu fellatio, to nie ma pożerać jego penisa, tylko naprawdę lizać jak loda. Nie ma być zachłanną drapieżnicą, ale kimś, kto okazuje właśnie czułość. W ten sposób przekazuje mężczyźnie pozytywne emocje, takie jak zachwyt, akceptacja i podniecenie nim. To, jak się pieścimy i jak kochamy, pokazuje, co naprawdę do siebie czujemy i kim dla siebie jesteśmy, tak podprogowo, nie słowami. Co więcej, te odczucia decydują o tym, czy on chce z nią zostać, choć nie są werbalizowane w męskim umyśle. Męski umysł w ogóle nie spieszy się do werbalizowania uczuć. Mężczyźni raczej czują i tym czuciem się kierują: „Czy przy tej kobiecie mogę być sobą?”. „Czy to, co robię, ona ocenia, czy akceptuje mnie takim, jakim jestem?”. On odczuwa, czy ona pragnie jego, czy jest głodną samicą, która chce go pożreć, jakby chciała pożreć każdego. Ważne, żeby on nie poczuł, że ona jest niezaspokojona, bo zacznie się obawiać, czy daje jej wystarczająco dużo seksu.

A więc nawet seks oralny ma być czuły, jeśli chcemy, żeby wszystko nie skończyło się na seksie, nawet świetnym?
Absolutnie tak, a seks może był i świetny, i czuły, bo kobieta przez mózg mężczyzny zostanie odczytana jako czuła, jeśli będzie nim zachwycona. Jego człowieczeństwem, owszem. Ale przede wszystkim jego ciałem. Mało tego, ja bym powiedziała, że za rzadko zdarza się kobietom okazywać sympatię właśnie penisom ich mężczyzn. Jakby ciągle nie chciały wiedzieć, że to oni sami. A przecież kiedy kochasz tego mężczyznę, to kochasz go całego, także jego członek.

Ian Kerner pisze: „Spójrz na jego ciało jak na obszerny erogenny krajobraz, który pulsuje światłem pod wpływem ciepła twojego dotyku”. Brzmi pięknie, ale czy to prawda?
Czemu my ich nie pieścimy? Bo myślimy, że oni myślą tylko o seksie... Ale jeśli nawet, to czy mężczyźni są zrobieni z czegoś innego niż my? Czy ciała nie mogą dostarczać im wielu wrażeń? Mogą. I właśnie wracając do sutków i uszu – to są miejsca intymne i erogenne, których moc kobiety znają świetnie. Ich własne sutki i uszy są rozbudzone erotycznie i one czerpią z nich masę rozkoszy. Ale mężczyźni nie są pod tym względem doinwestowani i dlatego wydaje się im, że inna część ciała niż penis nie może dać im rozkoszy. Miałam narzeczonego, który kiedyś wyszeptał: „Ja się nie spodziewałem, że moja klatka piersiowa jest taka czuła”. A ja się tą klatką zachwycałam, że taka szeroka, że taka silna, że taka męska. Całowałam ją więc, głaskałam, miziałam, patrzyłam w zachwycie.

Czyli czuła to znaczy pieszcząca?
Nie tylko. Ale wszyscy chcemy być pieszczeni, głaskani, dotykani. Mamy też ogromne pokłady czułości wobec innych i ich chcemy dotykać, głaskać. I słyszeć, i mówić, że jesteśmy wspaniali, fajni. Ale albo jesteśmy czule wychowywani – bo mieliśmy czułych rodziców, a wtedy bardzo dobrze – albo nie i zanim w dorosłym życiu dogrzebiemy się do pokładów czułości przysypanych nieprzyjemnym dotykiem, jakim częstowali nas rodzice, to trochę czasu minie.

Można przedawkować te pieszczoty? Jak okazać czułość mężczyźnie w nieprzesadny sposób??
Można kotka przepieścić. Ale też na początku bycia razem pary są tak spragnione czułości, że tylko by się miziały. Powiedzmy to sobie: potrzebujemy i chcemy tego oboje, ale możemy przesadzić i potem będziemy chcieli się od siebie odsunąć. I tego nie ma co się bać. To może niepokoić tych, którzy się boją, bo zaznali odrzucenia. Ale jeśli się kimś zachwycamy i strasznie blisko jakiś czas jesteśmy, to potem potrzebujemy dzień, dwa bez miziania. Nie można cały czas jeść truskawek, nawet jak człowiek ma na ich punkcie świra.

Jak nie zgubić seksualności w tej czułości? Skąd wiedzieć, czy to już nie za dużo dla niego?
Zapytać! Tak po prostu: „Czego chcesz?”. Nie masz mieć radaru w głowie, sercu i kroczu! Są dwie formuły na takie pytanie: „Czy to, co ja chcę zrobić, ci pasuje?”. A druga: „Czy ja cię dobrze odczytuję? Powiedz proszę, bo ja nie chcę robić czegoś, czego ty nie chcesz, no bo po co?”. I już wiemy, czy przytulić, czy upiec ciasteczka i postawić na stole. Kobieta czuła jest akceptująca. Jeżeli on lubi chodzić do sklepu, to fajnie. Jak nie, nie ciągnie go. Jak on potrzebuje iść na piłkę, to ona mu powie: „Kochanie, baw się dobrze”. Jeżeli on ma ochotę latać na motolotni, to nie usłyszy:  „Zabijesz się i zostanę sama”, ale: „Jaki ty jesteś dzielny i wspaniały! Może zabierzesz mnie kiedyś ze sobą?”. Nie ma kłamać, że lubi coś, czego nie lubi, bo to się da wyczuć, i na tym bliskości się nie zbuduje. Ale też niedobrze, gdy lekceważy jego zajęcia, bo wtedy może być źle. Miałam w terapii parę, która oddaliła się od siebie, bo on ją zapraszał wiele razy, żeby z nim pojechała w efektowne miejsca. Ona na to: „Eee.... nie”. No, to jeździł sam i w jednym z takich miejsc poznał efektowną damę. Wtedy dopiero do tej jego żony dotarło, że straci cudnego faceta, bo zawsze było tylko to „Eee... nie”. Pojechali wreszcie i się odnaleźli na nowo. To cudna para i rzadka – pan przyszedł pierwszy i teraz jest na nowo zakochany i zachwycony żoną: mądrą, miłą i czułą.

„Miła” to takie dwuznaczne określenie. Czy muszę być miła, żeby być czuła?!
Może to słowo ci się nie podoba, bo kojarzy się jak w piosence „Na zakręcie”: „Bo ja jestem, proszę pana, na zakręcie. Choć gdybym chciała – bym się urządziła. Już widzę pieska, bieska, stół. Wystarczy, żebym była miła...”. I to można odebrać jako coś udawanego. Ale też z drugiej strony to rodzaj diagnozy mężczyzny. Otóż faceta nie rajcuje głęboka rozmowa, nie potrzebuje zwierzeń, nie potrzebuje afer. Chciałby mieć dobre, spokojne życie. No i jeśli kobieta też chce, to pasują do siebie i do słowa „miło”.

W tym kontekście „miła” brzmi dobrze. Czy taki sposób zachowania może wpłynąć też na okazywanie uczuć przez mężczyzn swoim partnerkom?
„Miła” wcale nie znaczy zawsze miła. Kobietom wydaje się, że miła nigdy nie powie „nie”. Powie. Ale miło. Powie też, czego od niego chce, tyle że nie w formie pretensji, tylko pragnienia. „Będzie mi z tobą dobrze, kiedy...”.  „Lubię, kiedy jesteś...”. „Podobasz mi się, kiedy... ”. Miła i czuła nie mówi: „Źle mi z tobą, kiedy nie dzwonisz!”. Jest spokojna i miła w takim sensie, że ma coś ważnego do roboty i nie siedzi przy oknie i nie gryzie palców, jeśli on się spóźnia, a potem na dzień dobry daje mu burę... Miła nie produkuje lęku, tylko spokój. A spokój jest potrzebny wszystkim – i kobietom, i dzieciom, i pieskom. I mężczyznom. Żeby on miał spokój, żeby sobie przyszedł, a ona była zajęta i nie pędziła do niego, ale się z daleka uśmiechnęła i haftowała dalej. A wtedy on sam podejdzie i pocałuje. Wszystko jest takie przyzwalające z jej strony, wtedy jest czułość... A jak chce być sexy, może włożyć mu do kieszeni karteczkę z napisem: „Czekam wieczorem na ciebie cała gorąca w naszym łóżku”.

Trzeba być liryczną, by być czule sexy?
Liryczną też warto. Ale jeśli oboje lubią ostry seks, to słowa mogą być pikantne. Nie trzeba tabu. Kobieta, która ma ochotę być szaloną kochanką, raczej nie pójdzie ze wstydliwym do łóżka, a jak pójdzie, to musi pomyśleć, czy stać się liryczna czy poszukać innego...

„Nigdy nie kłóć się w łóżku” – radzi Ian Kerner. „Możesz się w nim godzić. Pilnuj, żeby to, co ze świata, nie wchodziło między was przynajmniej tam. Noc ma być czuła”.
Otóż to. Potrzeba czułości i bliskości u mężczyzn jest więc niesamowicie istotna – tak samo jak u kobiet. Partnerzy powinni sobie wzajemnie okazywać miłość i zrozumienie na wiele sposobów, niezależnie od płci. Nie wiesz, jak okazywać uczucia mężczyźnie, wydaje ci się to trudne? Rób to szczerze, ze zrozumieniem jego potrzeb, ale i w taki sposób, aby go ukoić i zapewnić go, że jesteś tu dla niego.

Katarzyna Miller, psycholożka, psychoterapeutka, filozofka i poetka. Autorka i współautorka wielu książek, m.in. "Nie bój się życia", "Królowe życia i król", "W życiu jak w kinie", "Chcę być kochana tak jak chcę".

  1. Kultura

Kalina Jędrusik: O miłość nie proszę

Kalina Jędrusik jako Holly Golightly w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Fotos z warszawskiego Teatru Komedia (1965). (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Kalina Jędrusik jako Holly Golightly w „Śniadaniu u Tiffany’ego”. Fotos z warszawskiego Teatru Komedia (1965). (Fot. Narodowe Archiwum Cyfrowe)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Stała się ikoną polskiej popkultury. Mimo że nie grała ról, które weszłyby do historii kina. Na utrzymanie domu Kalina Jędrusik harowała zabójczymi chałturami, śpiewając wybitne piosenki między wódką a zakąską. Poza „Kabaretem Starszych Panów” nigdy nigdzie nie pasowała. Nie nagrała żadnej płyty. Jest inny powód, dla którego do dzisiaj jesteśmy w Kalinę wpatrzeni.

Tak bardzo czekała na upadek komuny. Była po stronie Solidarności, przemycała internowanym paczki i listy. Kiedy na ulicy legitymowali ją zomowcy, krzyczała: – Dowód chcesz?! Dowodem to ja jestem! Doświadczała nawrócenia, jak wszystkiego – na własnych warunkach. Dla niej to znaczyło znaleźć oparcie, a nie msze niedzielne. Zapytana w czasie spowiedzi, czy kogoś nienawidzi, wyznała: – Ale ja, proszę księdza, kilku ludzi tak, k…rwa, nienawidzę… Po śmierci pisarza Stanisława Dygata, bardziej brata niż męża, jedynego prawdziwego przyjaciela, Jędrusik znikała. Nie tylko z telewizyjnego ekranu. Dawno już nie była seksbombą i nie umiała uciec własnemu wizerunkowi. Szukała jeszcze młodości w miłościach, a kiedy i one się skończyły, siadała przed lustrem, aby szminką i kredkami narysować na twarzy Kalinę. Za duże usta, za duże kości policzkowe, doklejone rzęsy. Gdzieś, w środku ciążącego ciała, ciągle mieszkała dziewczynka z Gnaszyna, która już jako kilkulatka uciekała z domu, aby powędrować w świat. Ale ktoś ją znajdował, chwytał za rękę i odprowadzał rodzicom.

Prawie raj

Patrzyła na swoją małą walizkę pełną skarbów, do której dorzucała polne kwiaty zrywane przez chłopców. Była tą ładniejszą, młodszą i bardziej faworyzowaną z sióstr. Do tego umiała doskonale manipulować. Kiedyś napuściła koleżankę, aby pobiegła do jej domu i krzyczała: – Kalusię potrącił samochód i we krwi leży! Zosia, starsza od niej o siedem lat, słuchała tego z politowaniem. Wakacje 1939 całą rodziną spędzali w Bartkowicach, w otoczonym brzoskwiniowym sadem letniskowym domu. Prawie raj. Prawie, bo tam zastanie ich wojna. Ojciec, senator z ostatniego przedwojennego rozdania, wybitny nauczyciel i społecznik, da schronienie uciekinierom. Tu będzie prowadził tajne komplety. Uczniowie mają pod ławkami niemieckie podręczniki, które wyjmują w razie najazdu Niemców. W czasie jednej z rewizji dziesięcioletnia Kalina wyskakuje przez okno. Esesman celuje w plecy. Matka krzyczy tak, że Niemiec rezygnuje. Któregoś dnia przychodzi wezwanie na Gestapo. Ojciec musi się ukrywać. – Kiedy wojna się skończyła, byłyśmy o wiele bardziej dojrzałe, niż można by przypuszczać – powie po latach Zosia.

Nie igra się z miłością

Najważniejszy był rok 1953. Skończyła krakowską szkołę teatralną i przyjechała do Gdańska z kumplami ze studiów, między innymi Zbyszkiem Cybulskim, Bobkiem Kobielą i najbliższą przyjaciółką Kicią Migulanką. Wspaniali, rozmarzeni, dzieci jeszcze. Ściągnęła ich tu Lidia Zamkow, właśnie objęła dyrekcję teatru Wybrzeże. Kalina zadebiutuje w „Barbarzyńcach” Gorkiego. W dniu premiery ma wysoką gorączkę. Zamkow chce ją zastąpić na scenie. Temperatura natychmiast spada. Na widowni pojawia się Stanisław Dygat, by oklaskiwać żonę, aktorkę Władysławę Nawrocką. Choć od nich kilkanaście lat starsza, została zaangażowana z tą nieopierzoną krakowską ferajną, z tym desantem młodości. Pisarz wciąż mieszka z córką Magdą w Warszawie, ale przygotowuje przeprowadzkę do żony. Od dawna szarpią się ze sobą w małżeństwie, odchodzą i wracają. Staś obiecuje Dziuni i Magdzie, że teraz wszystko się odmieni. No i słowa dotrzymuje. Któregoś dnia zauważa idącą sopockim Monciakiem Kalinę. Odwraca się za nią, patrząc nazbyt długo. „Nie igra się z miłością” to tytuł sztuki de Musseta, w której Kalina gra wiosną 1954 roku. Dygat każdego wieczora przychodzi z bukietem róż. – Czy znasz człowieka, który by kochał tylko jedną kobietę? – pyta Kalina ze sceny. Imponuje jej zainteresowanie popularnego i cenionego autora. Jest od niej starszy o 16 lat. Ona – drobna, on – wielkolud, chętnie ją w siebie wtula. Kalina widzi w nim ojca. Nie będzie ważniejszych mężczyzn w jej życiu. Chociaż dzieli z Dziunią teatralną garderobę, sprawę udaje się przez chwilę utrzymać w tajemnicy.– Przyjeżdżaj natychmiast. Sprawa życia lub śmierci – telegrafuje Dygat do przyjaciela, chcąc mu przedstawić Kalinę. Choć nie ma jeszcze rozwodu, mówi o niej: żona. Aktorka Zofia Czerwińska odwiedzała ich w tym czasie na Wybrzeżu: – Kalina była w Stasiu zakochana i w tej miłości pazerna. Bo u niej występowały wszystkie temperamenty. Co temat, to temperament. Ślub wezmą cztery lata później, ale zanim to nastąpi, wszystkie postaci dramatu przeniosą się do Warszawy.

Kalina Jędrusik ze Stanisławem Dygatem (lata 60.). (Fot. East News) Kalina Jędrusik ze Stanisławem Dygatem (lata 60.). (Fot. East News)

Łóżko

Kalina wprowadza się do małego mieszkania na Dąbrowskiego, w którym Dygat rezyduje z pierwszą żoną, córką i teściową. W sąsiedztwie mieszka wówczas wielu pisarzy, sza la, la, la impreza trwa, nikt nie wylewa za kołnierz, lubią „zasmarować się na tęczowo”. Kiedy brakuje forsy, zawsze można sprzedać butelki. Dygat nie widzi w tej lokalowej sytuacji nic nadzwyczajnego. Jego ojciec w czasie wojny w pewne dni mieszkał ze swoją pierwszą żoną (mamą Stasia i Danusi), a w inne z drugą. Kalina ma podobne wspomnienia. Jej ojciec był związany z dwiema siostrami. Kiedy jedna z nich – jego żona – ciężko zachorowała, spłodził córkę drugiej. Ta pierwsza oficjalnie uznała Zosię za swoje dziecko. Kalinę urodziła druga siostra już po śmierci pierwszej. Rozwiódł się z nią dla swojej uczennicy. Ta urodziła mu syna Macieja. Obie żony mieszkały w obrębie jednego podwórka. Maciej co miesiąc nosił na prośbę ojca ponad połowę jego emerytury byłej żonie, chociaż żadne alimenty zasądzone nie były.

Majcher znaczy nóż

Najpierw zaangażowała się do Teatru Narodowego, a później Współczesnego. Tam zagrała pierwszą ważną rolę, która zmieniła jej życie. Warszawa huczała o Jędrusik w „Operze za trzy grosze” Brechta w reżyserii Konrada Swinarskiego. Grała Polly. Miała 28 lat. Krytycy zachwycali się jej głosem, energią, wdziękiem, zmysłowością. Donośne były plotki o jej romansie ze scenicznym partnerem Tadeuszem Plucińskim. Zresztą przyjacielem Dygata, którego Kalina zdradziła z nim – jak wyznała – premierowo. Od ślubu minęły niecałe trzy miesiące. Pluciński był amantem i kochały się w nim wszystkie aktorki. Bywał u Dygatów. Chodził w Stasia marynarkach. Z Kaliną spotykał się w swojej garsonierze. Kalina szukała mocnych wrażeń i namawiała Tadeusza, by wyzwał Stasia na pojedynek. Tymczasem to Dygat zapytał przyjaciela, czy żyje z jego żoną. Uspokoił się, kiedy Pluciński zaprzeczył. Przestał mu podawać rękę dopiero, kiedy ten rzucił Kalinę. Wkrótce spotkała w SPATiF-ie byłego kochanka z nową sympatią. Spojrzała na nią. – Ładna jesteś, ale cycków to takich nie masz. I rozerwała na sobie bluzkę. Pytana po latach, zwierzyła się: – Nie wiem, jak mogłam związać się z takim ch…jem. I dodała, że ją uderzył. Potrzebowała romansów w pracy. Flirtowała w teatrze i wyjeżdżając na tournée, jakby chciała te emocje przenieść na publiczność. Nie zauważyła tylko, kiedy publiczność się od niej oddala. Aż stwierdziła, że widownia jest jej przeciwna. Z czasem coraz mniej lubiła wychodzić na scenę, bo musiała miłość zamienić w walkę o miłość. A tego nie chciała.

Z Andrzejem Łapickim w „Lekarstwie na miłość”(1966). (Fot. WFDIF) Z Andrzejem Łapickim w „Lekarstwie na miłość”(1966). (Fot. WFDIF)

Seksbomba

Może i Dygat marzył, aby zrobić z żony Marilyn Monroe, ale właściwie na tym należałoby temat zamknąć. Kalina nie dyktowała warunków. Stos scenariuszy się nie piętrzył, a reżyserzy nie dzwonili. Tak bardzo uwierzyła, że jest gwiazdą, i tak szybko przestała nią być. Najjaśniejsze zawodowe dokonania Kaliny to jej piosenki zaśpiewane w „Kabarecie Starszych Panów”. Pojawiała się w nim jako dziewczyna zrodzona z żeberka kaloryfera – jesienna dziewczyna, dziewczyna z chryzantemami. Sama mówiła, że była stałą dosmucaczką „Kabaretu”. Śpiewała piękne, melancholijne piosenki pisane na miarę jej talentu i możliwości. Polska kochała się w „Kabarecie” i zakochiwała się w Kalinie. Była pierwszą telewizyjną seksbombą. Grała tę rolę doskonale. W filmach „Lekarstwo na miłość”, „Jutro premiera” czy „Jowita” emanowała zmysłowością. A seks drażnił PRL-owską rzeczywistość, bo stała za nim wolność. Nienawidziły jej drugie żony trzeciorzędnych partyjnych sekretarzy. No i była sprawa z krzyżykiem w dekolcie. – Kalina to dwa kółka i krzyżyk – ironizowano. Kiedy nie mogła w telewizji pokazywać dekoltu na biuście, pokazała od ramion aż do pośladków. Niezależne, uwodzące, erotyczne kobiety zaczęła grać mniej więcej w 1957 roku, skończyła dziesięć lat później. Te dziesięć lat z jej bogatego życia utrwaliło wizerunek, jaki znamy. Kiedy zagrała w „Ziemi obiecanej”, Andrzej Wajda ocenzurował własny film, bał się, że przez jej wulgarność w scenie z Danielem Olbrychskim straci szansę na Oscara. Czuł, że nawet swobodna Ameryka nie zrozumie takiej Kaliny.

Kalina Jędrusik w serialu „Kapitan Sowa na tropie” (1965). (Fot. East News) Kalina Jędrusik w serialu „Kapitan Sowa na tropie” (1965). (Fot. East News)

Hipnotyzerzy

Przyjaciele kochali Kalinę i bali się Dygata. Agnieszka Osiecka pisała: „Jednym zręcznym słówkiem, jednym spojrzeniem Staś waśnił kochanków, rozjuszał na siebie przyjaciółki lub czynił dookoła jakiejś niewinnej ofiary tak zwaną dotkliwą pustkę. Nie muszę dodawać, że z lekkością arcymistrza potrafił jednym celnym posunięciem (gdy chciał) całą intrygę wyprostować”. Ich mieszkania, najpierw dwupokojowe przy ulicy Joliot-Curie na Mokotowie, a potem willa na Żoliborzu, były najważniejszymi salonami artystycznymi Warszawy. Wielu chciało się w nich znaleźć, ale nie każdy dostępował zaszczytu. Dygat nazywał to towarzystwo RIP – Resztką Inteligencji Polskiej. Kalina gotowała makaron. Kiedy wracała wściekła z teatru, skubała kurczaka z pierza, by się uspokoić. W pokojach dyskutowali, paląc papierosy i pijąc wino, aktorzy, pisarze, sportowcy. Dygat uwielbiał zwabiać tych rokujących karierę. Kiedy piosenkarka Urszula Sipińska zaczęła odnosić pierwsze znaczące sukcesy, Dygat zaprosił ją na Joliot-Curie i gadali całą noc, a potem odwiózł ją na dworzec i wręczył różę. Pisał do niej jak 16-latek. Kiedy zaśpiewała – jego zdaniem – niedobry koncert, zmiażdżył listem, ale i dał kredyt zaufania. Zaprzyjaźnili się na zawsze. Piosenkarz Wojciech Gąssowski chodził z Dygatem na mecze i wyjeżdżał z Kaliną na wakacje. Kiedy przeprowadzili się na Żoliborz, dostał swój pokój, już jako oficjalny „narzeczony” Kaliny. Później zamieszkała z nim u Dygatów tancerka Małgorzata Potocka. Dziś żartuje, że to był dobry rodzinny pensjonat.

Pętla

Dygat przeszedł drogę od ideowego komunisty do opozycjonisty. Kalina opowiadała, że to ona namówiła go, aby rzucił partyjną legitymacją. Byli pod stałą obserwacją, odmawiano im paszportów, Dygat miał zakazy druku. Kalina przez jakiś czas nie mogła pojawiać się w telewizji. W 1963 roku pisarz przeszedł pierwszy zawał. – Przestali ze sobą żyć. Staś zaprosił nas, przyjaciół, na przyjęcie pod hasłem: „Zawieszam ch…ja na kołku” – wspominał Kazimierz Kutz. Kiedy wznowił randkowanie, Tadeusz Konwicki, jego najbliższy przyjaciel, zapytał: – Stasiu, jak ci nie wstyd? Po takim uroczystym pożegnaniu?! – A bokserzy też żegnają się z ringiem, a później cichcem wracają. W tym wszystkim byli z Kaliną wspaniałym małżeństwem. Nie potrafili bez siebie żyć. Kiedy Kalina wyjeżdżała w trasę, skąd mogła, dzwoniła, by opowiedzieć Stasiowi również o flirtach. Kiedy wracała, czekał na nią przed domem. Tymczasem rzeczywistość gęstniała. SB spisywała nazwiska i adresy ich gości. Robiła stenogramy rozmów. Po podpisaniu przez Dygata listu intelektualistów przeciwko zmianom w konstytucji w 1976 roku władze zdejmują z afisza Teatru Narodowego „Jezioro Bodeńskie” w reżyserii Adama Hanuszkiewicza, będące adaptacją powieści Dygata. Rok później na kolaudacji filmu Ewy Kruk „Palace Hotel” według jego opowiadania słyszy, że film jest antypolski. Wyrok? Zakaz dystrybucji. Dygat jest wstrząśnięty. Podupada na zdrowiu. Idzie za tym całkowity zakaz druku. SB planuje jeszcze gorliwsze rozpracowanie Dygata, jego rodziny i środowiska. Pisarz umiera ponad miesiąc później, 29 stycznia 1978 roku, tak jak żył – ze słuchawką telefonu w ręku. Kalina jest w trasie koncertowej. MSW zamyka sprawę z powodu „zaniechania wrogiej działalności”.

Życie po

Świat płowieje. Kalina ratuje się jeszcze. Kilka miesięcy po śmierci męża zakochuje się w perkusiście z akompaniującego jej zespołu. Sasza ma 29 lat i dość szybko wprowadza się na Żoliborz. Jest zima stulecia. I znów wszystko staje się na chwilę romantyczne. Mówił po latach, że życie z Kalinką było przyjemne, fascynujące. Dużo opowiadała o Stasiu. Słuchali taśm z nagranymi z nim wywiadami. Magda Umer powiedziała: – Sasza był jej dzieckiem. Spała z nim, ale był jej dzieckiem. Było miło z kimś spać, dużo milej niż z kimś nie spać. Była z nim szczęśliwa, ale wiedziała, że jest zbyt chora. Bała się, że będzie musiał opiekować się starszą panią. Chorowała na astmę, a przygarniała podrzucane zwierzęta. Tyła. Coraz gorzej czuła się w swoim ciele. Dusiła się w kulisie, sceniczny kurz był dla niej zabójstwem. Czasami, wychodząc na estradę, zachowywała się tak, jakby chciała tę Kalinę Jędrusik unicestwić, wszystkiego było za dużo – ekspresji, makijażu. Nigdy nikogo nie poprosiła o rolę ani o napisanie dla siebie piosenki, nie zabiegała o wydanie płyty. Nie umiała prosić o miłość. Dość szybko, bo już w 1990 roku, zrozumiała, że w wolnej Polsce nie ma dla niej miejsca. Nie pasowała do świata, w którym handlowano z łóżek polowych. Do świata, w którym zaczyna panować disco polo. „Są jeszcze brzegi, na których nie byłam, są jeszcze śniegi, których nie wyśniłam, są pocałunki, na które czekam…” – śpiewała w 1965 roku jako Holly Golightly w spektaklu „Śniadanie u Tiffany’ego” Trumana Capote’a w adaptacji Dygata, zakochiwała się właśnie w partnerującym jej aktorze Władysławie Kowalskim. I jeśli kimś się naprawdę czuła w całym swoim życiu, to właśnie Holly Golightly, mieszkającą „w podróży”. Tyle kobiet, a nawet mężczyzn czuje się Holly. A Kalina nią była.

 

Remigiusz Grzela „Z kim tak ci będzie źle, jak ze mną? Historia Kaliny Jędrusik i Stanisława Dygata”, Wydawnictwo Otwarte.

  1. Psychologia

Damskie i męskie podejście do związku. Rozmowa z Katarzyną Miller

Według Katarzyny Miller, męskie podejście do związku, wbrew pozorom niewiele różni się od kobiecego. Istnieją jednak pewne różnice, których trzeba być świadomym, aby umieć się porozumieć. (Fot. iStock)
Według Katarzyny Miller, męskie podejście do związku, wbrew pozorom niewiele różni się od kobiecego. Istnieją jednak pewne różnice, których trzeba być świadomym, aby umieć się porozumieć. (Fot. iStock)
„Kochanie, musimy porozmawiać” - jeśli tak zaczniesz konwersację z ukochanym, możesz być pewna, że nie dojdziecie do żadnego porozumienia. Jak zatem rozmawiać, by się dogadać? Czy damskie i męskie podejścia do problemów rzeczywiście tak bardzo się od siebie różnią? Psychoterapeutkę Katarzynę Miller pyta Joanna Olekszyk.

Czy mężczyźni podchodzą inaczej do związku niż kobiety?
Sądzę, że na to pytanie są dwie dobre odpowiedzi. Jedna: tak. Druga: nie. Zacznę od odpowiedzi „nie”, czyli tej, która mówi, że podejście mężczyzn niczym nie różni się od tego babskiego. Jak rozmawiam z ciekawymi, fajnymi facetami, w miarę życiowo pozbieranymi, to oni mówią, że oczywiste jest, że związek to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu. Mieć kogoś, być z kimś, kogo się kocha, w domu, w którym można schronić się przed całym światem, w którym czujesz się bezpieczny i chciany – to dla nich istota bycia szczęśliwym. Podkreślają też, że kobieta ma być dla nich partnerką, że ma wiedzieć, czego chce, i ma być inteligentna. I nie powinna być kastrująca, czyli raczej wspierać niż krytykować. Przede wszystkim chcą jednak, żeby kobieta lubiła samą siebie, miała swoje sprawy i swoje życie.

To znaczy, że są na tyle świadomi, by wiedzieć, jak to jest ważne.
Zgadza się. Współcześni świadomi mężczyźni nie potrzebują kobiety, która będzie na nich wisiała. Obserwuję to także z drugiej strony. Przychodzą do mnie kobiety, które mówią, że mężowie mają dosyć ich „bluszczowania”. Powiedzmy Zyta, atrakcyjna około czterdziestki – mąż ją zdradził, bo dusił się w jej uścisku, ale wrócił i powiedział, że chce z nią być, tylko ona się musi zmienić. Musi mieć swoje życie. Co więcej, to on ją do mnie wysłał, co uczciwie mi wyznała i spytała, co ona ma zrobić, żeby mu się nie przestać podobać. Tłumaczyłam, że jeśli będzie się zmieniała dla męża, to się raczej nie zmieni, tylko będzie poszukiwać nowych zachowań, żeby on uwierzył, że ona się zmieniła, jej istota zaś pozostanie ta sama – uzależniona od niego i jego oczekiwań. Powoli, powoli otwierały jej się oczy – po prostu ona wzór tego niewolniczego oddania wyniosła z domu, jej mąż wcale tego od niej nie oczekiwał.

Podsumowując, myślę, że mężczyznom chodzi o to samo, co nam, ale oni nie mają wprawy w nazywaniu tego, nie mają opanowanej terminologii uczuć, czasem dopiero po dłuższym czasie są w stanie opisać partnerce sedno problemu, choć od początku czują, co jest nie tak. Lubię wspominać moją najkrótszą i superudaną interwencję małżeńską. Zadzwoniła do mnie była pacjentka z płaczem, że mąż już jej nie kocha i czy ona może przyjść z nim, by ratować to małżeństwo. A czy on też chce? – spytałam. Tak. No to przyjdźcie. Wchodzą. On, duży, silny mężczyzna, patrzy mi prosto w oczy, myślę: „O, jest dobrze”. Siadają, on mówi: „Zaczynaj”, a ona w bek: „Ty mnie już nie kochasz…”. On na to z mocą: „Takiej cię nie kocham”. Ona dalej płacze: „Co ja teraz zrobię? Ty już mnie nie chcesz”. On jeszcze dobitniej: „Takiej już cię nie kocham”, ale ona dalej zawodzi. Pytam więc wprost: „Czy ty słyszysz, co on mówi?”. „No, że mnie nie kocha”. „Powtórz jego całe zdanie” – proszę. „No, że takiej mnie nie kocha. Takiej… To znaczy jakiej?” – pyta go, bo wreszcie coś do niej dotarło. „No, takiej rozmazanej, nieszczęśliwej, wiecznie marudzącej” – tłumaczy on. „No, ale taką mnie kiedyś kochałeś”. „Taką cię kiedyś chciałem, bo mi było z tym dobrze, że ja jestem taki wielki, a ty taka malutka, ale poszedłem na terapię i dotarło do mnie, co robię. I już tego nie chcę”. „A czego chcesz?” – pyta ona, już bardziej spokojna. „Żebyś była taka, jak potrafisz”. „Czyli jaka?”. „Inteligentna, fajna dupa”. „I będziesz mnie taką kochał?”. „Nie będę, tylko taką cię właśnie kocham”. „Czyli ty mnie kochasz?”. „Tak, kretynko!”. Złapali się za ręce i poszli. A ja sobie tylko siedziałam na fotelu i z radością słuchałam, jak sami dochodzili do porozumienia.

A co z odpowiedzią „tak”, czyli że mężczyźni jednak trochę inaczej podchodzą do związków?
Na pewno są bardziej zdroworozsądkowi i nie mają tylu romantycznych wymysłów jak my. Nie traktują wszystkiego tak bardzo serio. Co więcej, oni nam o tym wprost mówią: „Przestańcie, dziewczyny, się tak strasznie przejmować tym, czy nam się podobacie. Bo się podobacie. Koniec, kropka”. Uwierzcie im, dziewczyny, zamiast godzinami się zastanawiać, czemu facet zaprosił was na randkę. No, na pewno się nie poświęca. Faceci w ogóle nie za bardzo lubią się poświęcać – i to jest z jednej strony cudowne, z drugiej smutne, bo na 10 małżeństw, w których pije facet, nie rozwiedzie się 9 żon, a na 10 małżeństw, w których pije kobieta, zostanie tylko 1 mąż. Podobna statystyka jest w wypadku opieki nad niepełnosprawnym dzieckiem. Mężczyźni lubią mieć wygodne życie. Są też bardziej egoistyczni i nie myślą o tym, co trzeba zrobić, tylko co oni chcą zrobić.

I według badań są częściej bardziej zadowoleni ze związku, jaki mają.
Skoro w nim są, to znaczy, że są zadowoleni i nie mają specjalnego problemu z tym, że ona nie mówi im siedem razy w tygodniu, że ich kocha. A nawet tego specjalnie nie lubią. Poza tym oni zawsze na początku mówią prawdę. To jest niebywała rzecz – idziesz na pierwszą randkę i on prosto z mostu mówi: „Ale uważaj, bo ja mam słabość do kobiet”. Albo: „Ja to nie lubię pracować”. I ty to słyszysz, ale myślisz sobie: „A tam, przy mnie będzie inny” albo: „On mnie tak sprawdza”.

W twojej książce „Męskie sposoby na damskie rozmowy” znani mężczyźni pytają cię o różne rzeczy. Zdziwiło mnie, że nie wszyscy prosili cię o wyjaśnienie, jak działają kobiety…
Oni po prostu pytali mnie o życie. Albo chcieli się podzielić ze mną swoimi przemyśleniami. To nie była odpytywanka, mnie się z nimi bardzo dobrze rozmawiało.

Prawie wszyscy pytali cię jednak o to, jak poradzić sobie ze zdradą. Zawsze mi się wydawało, że to temat nurtujący głównie kobiety.
A skąd, zdrada jest dla wszystkich bardzo bolesnym tematem, jeśli zdradza nas ktoś, kogo kochamy. Bo zarówno mężczyźni, jak i kobiety umieją żyć z kimś, kogo nie kochają. Wystarczy, że im się podoba, że tę osobę lubią albo że nie ma akurat nikogo ważniejszego w ich życiu. Obie płcie potrafią z takim kimś być w związku, choć myślę, że każda z innego powodu. Mężczyźni dlatego, że nie za bardzo potrafią sami żyć, a kobiety dlatego, że nie chcą, żeby inni myśleli, że one są same. My jesteśmy dużo bardziej sterowane opinią innych i społecznym nakazem, że kobieta powinna mieć faceta. Ale wróćmy do zdrady. Jeśli mężczyzna jest z kobietą, którą naprawdę kocha, to zdrada jest dla niego jak cios poniżej pasa, bo podważa nie tylko siłę więzi, ale i jego samczość. Myślę, że to jest dość biologiczna reakcja, która jest wspólna dla obu płci. Zdrada to cios w genitalia, ale genitalia połączone z sercem. Choć z racji tego, że kobiety są częściej z siebie niezadowolone, to zdrada uderza także w tę ich niepewność co do swojej wartości i jakoś bardziej dotyka. Ale to też są bardzo indywidualne kwestie. Zależące od rodzaju doświadczeń życiowych, od tego, czy ktoś wydaje się sobie bardziej czy mniej zasługujący na miłość oraz na ile jest jej głodny.

Twoi rozmówcy byli bardzo otwarci, a to przeczy temu, co słyszę od wielu dziewczyn, które opowiadają mi, że największym problemem w ich związkach jest to, że ich partnerzy nie chcą o swoich problemach rozmawiać.
Mój Edek zawsze mówi tak: „Jak ja słyszę w filmie kwestię »musimy porozmawiać«, to mi się nóż w kieszeni otwiera. Przecież rozmawiamy!”. Taki wstęp pachnie mężczyznom aferą, a tego nie lubią. Nie lubią też dzielenia włosa na czworo, co my, kobiety, z kolei kochamy, a ja na tym nawet zarabiam. Mężczyźni nie lubią komplikowania sprawy, ciągnięcia ich za język. Boją się chyba, że zostaną w sposób zmanipulowani lub przegadani. I w tym mają trochę racji, bo baba zawsze przegada chłopa. Nie lubią być też wzywani na dywanik. Lubią za to pogodnie i spokojnie żyć. Niech się po prostu życie toczy, niech ona się śmieje, niech pójdzie z nim na spacer, przytuli się do niego tak zwyczajnie.

Ale jeżeli problemy i sprawy do obgadania są poważne, a on nie chce o tym rozmawiać?
Moim zdaniem dziewczyny robią źle jedną rzecz, mianowicie wiercą chłopakom dziurę w brzuchu, a tymczasem ich trzeba zażyć.

Zażyć?
Wziąć z zaskoczenia. Robisz mu kanapki do pracy i do woreczka wkładasz kartkę, na której mu o czymś przypominasz. On wyjmie potem kanapkę, przeczyta karteczkę i trochę się uśmiechnie, trochę zezłości, ale na pewno zapamięta, bo go zaintrygujesz. Jest jeszcze inna, bardzo mądra zasada: „Do faceta mów nie więcej niż dwie rzeczy naraz”. A już najlepiej jedną. W dodatku wyrażoną w prostych żołnierskich słowach. No i nie zdziw się, jak będziesz to musiała mu powtarzać sto razy. Ja to przeszłam. Niezależnie od tego, jak często coś powtarzam mojemu Edkowi, on nigdy tego nie pamięta. Dlatego w nieskończoność pyta mnie: „Czy ktoś dziś do nas przychodzi?”, ja mu spokojnie odpowiadam, kto, po czym za godzinę znów nie pamięta. On pyta, bo wie, że ja pamiętam, bo ja lubię pamiętać. Dlatego on nie musi. Z drugiej strony, co ja mam zrobić, udawać, że nie pamiętam? Zabrać sobie tę przyjemność? Ja już wszystkiego próbowałam: i złościłam się, i drwiłam, i zapierałam, i obrażałam. I tak mnie przetrzymał. Jeszcze mi bezczelnie za każdym razem mówił: „A nie mogłabyś mi po prostu spokojnie odpowiedzieć?”. Więc spokojnie mu przypominam co godzinę, kto przychodzi. Co ja poradzę, że pamiętam. To tak, jakbyś była sprzedawczynią w sklepie ze spodniami, i wkurzałabyś się, że o niczym innym nie rozmawiasz z klientami tylko o spodniach.

A jak go zażyć, żeby powiedział, co go dręczy?
Jeśli nie chce mówić o swoich problemach, to go nie dręcz, babo. Możesz powiedzieć: „Widzę, że się czymś męczysz, że jest ci trudno. Jeśli chcesz o tym porozmawiać, wiesz gdzie mnie znaleźć. Chciałabym ci pomóc i przykro mi, że się nie odzywasz, ale rozumiem, że chcesz być sam”. I koniec. Natomiast jeśli chodzi o sprawy dotyczące was obojga, jak dzieci, pieniądze, seks, obowiązki domowe czy wspólne przeżycie – po prostu trzeba zacząć mówić swoje, nie uprzedzając, że zaraz chciałabyś o czymś ważnym porozmawiać.

Nie robić afery?
Właśnie. Oczywiście, nie jest najlepszym pomysłem zaczynanie takiej rozmowy, jak on już stoi w drzwiach, ani tuż przed meczem, na który czeka cały dzień. Prawda jest taka, że kobiety też boją się mówić o poważnych sprawach, bo z góry zakładają, że mężczyźni to źle przyjmą. Zawsze lepiej wiemy, jak oni się zachowają.

Zamiast spytać wprost, kluczymy.
Albo w ogóle nie podejmujemy tematu. Z jednej strony, dziewczyny lubią rozmawiać, z drugiej robią to jakoś tak, że ta dyskusja bywa inwazyjna albo przesadnie dramatyczna. Dlatego, jak chcesz rozmawiać na poważne tematy, rób to w miarę dorośle, ale też w miarę normalnie. Możesz zacząć od takiego postawienia sprawy, że jest to bardzo istotna dla ciebie kwestia, więc nawet jak teraz nie będzie chciał pogadać, to i tak do tego wrócisz, więc opłaca mu się zrobić to teraz. Zawsze odwołuj się do korzyści.

A taki pomysł, żeby wyjechać gdzieś na weekend albo wyjść na kolację i bez napięcia, na spokojnie, po jakimś wspólnie spędzonymi miło czasie poruszyć dręczący nas temat?
Bardzo dobry pomysł, ale zróbmy to rzeczywiście bez napinki. Poza tym najlepiej robić to różnie, nie zawsze w ten sam sposób, raz porozmawiać przy kolacji, raz tuż po obudzeniu się, raz między obiadem a odebraniem dzieci ze szkoły. Możesz to zrobić żartobliwym tonem, odnieść się do filmu, który widzieliście przed chwilą w kinie. Najlepsza metoda to tak zbudować temat, by on musiał wybierać pomiędzy czymś a czymś, czyli żeby nie mógł ominąć wyboru. Na przykład: „Przychodzi dziś Ela z Jurkiem. Wolisz obrać ziemniaki czy posiekać cebulę?”.

A może mężczyźni nie chcą o pewnych rzeczach rozmawiać, bo nie wiedzą, jak dobrać słowa, żebyśmy się nie obraziły?
Kobiety mają tę właściwość, że jak mężczyzna mówi, że coś mu się nie podoba, to one od razu myślą: „On już mnie nie kocha”. I nie wiedzą, co z tym zrobić. Nie powiedzą: „Wyjaśnij mi dokładnie, co ci się nie podoba, może uda mi się to zmienić, a może się z tobą nie zgodzę, bo z mojej perspektywy to wygląda inaczej”. Bo dopóki jakaś sprawa jest omawiana, to dopóty jest do załatwienia. Tymczasem dziewczyny już z samej przyczyny poruszenia tematu uważają, że stoją na przegranej pozycji. Dlatego wszystkim kobietom z całego serca radzę, szczerze i na poważnie, żeby czasem wyszły ze swojego świata wewnętrznych przeżyć. Zmieniły kanał. Jeżeli kanałem, który przynosi cierpienie, jest ból fizyczny, to wtedy trzeba zająć się czymś, co pomoże odwrócić od tego bólu uwagę. Kanały to są nasze zmysły. Jeśli masz zajętą głowę jakimś problemem, to weź kąpiel, otwórz szeroko okno i powdychaj powietrze albo zrób coś fizycznie, nie wiem, umyj podłogę. A przede wszystkim przestań myśleć o czymś, na co nie masz rozwiązania. Znajdziesz je, ale nie teraz. No i bardzo polecam dobre kino, działa zawsze. Skutecznie odrywa od własnych problemów, a czasem podsuwa ciekawe rozwiązania.