1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. W łóżku z przyjacielem

W łóżku z przyjacielem

Seks z przyjacielem ma plusy – sprawdzone zaufanie do niego. (Fot. Getty Images)
Seks z przyjacielem ma plusy – sprawdzone zaufanie do niego. (Fot. Getty Images)
Mąż, partner, kochanek? Czy może być też przyjacielem? Czy przyjaźń to kostka lodu dla namiętności, której nie użyjemy do erotycznej zabawy, ale dla otrzeźwienia? A seks z przyjacielem – czy to dobry pomysł? Nie ma prostej odpowiedzi, choć jest masa obiegowych opinii, jak to jest z seksem i przyjaźnią, czy można pomieścić je w jednym łóżku. A jeśli tak, to kiedy i komu to wyjdzie na zdrowie – mówi Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Są kobiety, które twierdzą, że aby utrzymać namiętność, trzeba pokazać się partnerowi w pełnym makijażu i seksownej bieliźnie. Nawet kiedy boli je brzuch i biegają do toalety, to wychodzą ze szminką na ustach i w różowych kapciuszkach na obcasie. Mężczyzna, który z tobą żyje i ma nie rozglądać się za innymi, to nie jest przyjaciel, do którego idziesz w starym dresie nieuczesana. Jestem przekonana, że facetów bardziej rajcuje spocona, zachwycona życiem kobieta ze zmarszczkami od śmiechu i w dresie niż idealna lalka, która ani głośniej nie krzyknie, ani nawet oczu mocniej nie zamknie, bo jej się rozmaże makijaż. No bo jak z taką się kochać, skoro ona taka sztywna? Prawda jest taka, że przyjaciółka czy nieprzyjaciółka, kobieta albo kręci mężczyznę, bo jest w jego typie, bo go bierze jej zapach, gesty, spontaniczny śmiech, albo nie bierze. A więc problem z seksem i przyjaźnią nie tkwi w tym, w co jesteśmy ubrane i czy pomalowane. Kobiety mówią, że to dla faceta ten makijaż i peniuary, ale one to robią dla siebie. Z powodu swoich kompleksów i gierek, jakie prowadzą ze swoim mężczyzną, manipulacji, jakie uskuteczniają tymi rekwizytami i maskami. Nie wiem, czy łatwo im się w ogóle przyjaźnić. Takie są sztuczne i upozowane. Tak im zależy, żeby zawsze dobrze wypaść, że raczej potrzebują widowni.

Nie ma przyjaźni z mężczyzną, z którym żyjesz, bo mówienie mu o menstruacji czy długach to zimny prysznic i początek końca. A więc przyjaźń z partnerem życiowym i kochankiem, trzy w jednym, nie jest możliwa? Możliwe jest wszystko, nawet to, co nie śniło się filozofom. Jeśli oboje – i ona, i on – byliby pełni dobrej energii, mieliby rozwinięte i wolne od kompleksów i zakazów libido, gdyby lubili samych siebie i tę drugą połowę, to czemu nie mogliby żyć na zasadzie trzy w jednym? Jest moim zdaniem tylko jeden szkopuł, ale za to dużego kalibru. Otóż jest naprawdę bardzo, ale to bardzo niewielu ludzi, którzy wszystkie sfery życia, a więc i emocje, i intelekt, i libido, mają zrównoważone, harmonijne. Potrzeby i umiejętności także. Bo też aby taki wszechstronny układ był możliwy, ludzie muszą naprawdę umieć porozumiewać się ze sobą. Ale choć ciągle o tym piszemy, to kto tak naprawdę umie słuchać i słyszy?! Trzeba ćwiczyć. A jeszcze trzeba by tu dobrze się rozumieć. Czyli jest to możliwe, ale mało realne.

Jednak albo przyjaźń, albo seks? Tak jest, że jednym udają się w życiu wszystkie możliwe wersje bycia z ludźmi, a innym żadna. A więc są tacy, którzy po seksie z przyjacielem dalej będą przyjaciółmi albo zostaną kochankami, albo pójdą do ołtarza i będą żyli długo i szczęśliwe. Zależy, czego będą chcieli. Ale są i tacy, którzy zawsze zrobią coś nie tak. I pytają: „Czy to się da, żeby przyjaciele uprawiali seks, a nawet byli razem?”. No i co im powiedzieć? Jakąś odpowiedzią jest kultowy film „Kiedy Harry poznał Sally” z Meg Ryan i Billym Crystalem, jeśli ktoś nie widział czy nie pamięta, warto obejrzeć. Bohaterowie byli właśnie kumplami, latami opowiadali sobie o swoich narzeczonych i kochankach, coraz bardziej zmęczeni i zniesmaczeni tym, kogo i jak spotykają w swoim życiu. I po latach dopiero olśniło ich nagle, że przecież to oni sami dobrze do siebie pasują. Przyjrzeli się sobie: „O rany! Jest więc ktoś, kto mnie zna, lubi, akceptuje taką, jaka jestem, takim, jaki jestem!”.

Znam taką parę, oni naprawdę dobrze się mają. Latami się przyjaźnili, nim zdecydowali się zejść. Mają dwoje dzieci, dom. Biegają razem, jedzą zdrową żywność itd. Pasują do siebie z każdej strony. No właśnie, bo i my tak czasem rozglądamy się dookoła siebie i nagle widzimy: „Przecież jest on! Jest ona!”. No, to hop do łóżka. I bywa jak w tym filmie… Bo może być super, bo znamy się, bo lubimy, bo akceptujemy, bo ufamy sobie. Seks z przyjacielem ma plusy – sprawdzone zaufanie do niego. A dla kobiety to duży plus. Bo przyjaciel nie oceni, nie odrzuci, nie obśmieje. On się na mnie zgadza! Na taką właśnie mnie, i najlepiej wie, jaka jestem. Nie grozi takiej parze też, że wyjdzie szydło z worka, nie grozi im to niemiłe zaskoczenie, że jednak on lub ona jest inny, inna, niż się nam wydawało, kiedy pod wpływem urody czy inteligencji wylądowaliśmy w łóżku, a potem we wspólnym życiu. Nie ma takiego ryzyka, bo się znamy jak łyse konie… I jeśli uda nam się zbudować związek, to kiedy będzie po namiętności, zostanie nam bliska relacja, bo jest przyjaźń. Związek przetrwa, bo został zbudowany nie na namiętności. I często ludzie na tym pójściu do łóżka z przyjacielem, którego znali od lat, wygrywali trwały jak opoka związek, w którym oboje się lubią, szanują, znają.

Wariant optymistyczny mamy więc i dla tych, którzy chcą stałego związku z przyjacielem. Jest światełko w tunelu, ale sądząc po twojej minie, niewielkie i daleko. Jest, o ile cenimy nade wszystko spokój, jeśli cenimy i pożądamy tego, by wiedzieć, co będzie jutro rano i w następne ranki. Jeśli cenimy pewność, to trafiony! Ale nawet wówczas jest pewien cień na tym obrazku. W tym wariancie szczęścia we dwoje zazwyczaj seks nie jest zbyt częsty i na pewno nie on klei tę parę. Na początku to może wypalić, bo co prawda znacie się jak bliźniaki jednojajowe, ale oto nagle odsłaniasz się mu w całkiem nowym i nieznanym wydaniu – jako kochanki przecież on cię nie zna. I ty jego jako kochanka też nie. Jesteście więc dla siebie ci sami, ale nie tacy sami. Rodzi się więc ciekawość, a razem z nią pożądanie. Ale potem… Niektóre pary mogą się okazać cudownie dobrane i ucieszyć się, że odkryły także i swoją seksualną kompatybilność, ale większość nie przypadkiem nie zapałała do siebie przedtem pożądaniem, tylko sympatią. By przetrwał seks, trzeba się nagłowić, bo on tak sam z siebie nie zawsze będzie się tobą podniecał, a tobie na jego widok nie będą miękły nogi... Przyjaźń to całkiem inny tryb bycia razem niż ten wariant, jaki mają kochankowie.

Trzeba się nagłowić, by ten ogień między parą przyjaciół podtrzymać, czyli to możliwe. Tylko jak to zrobić? Nie przesadzałabym z wymaganiem aż ognia. Ogień to w ogóle rzecz niepowszechna. Ale jeśli chcesz być pożądana, to pamiętaj, że upragniona dama powinna zachowywać lekki dystans – znikać w swoim pokoju. Przechadzać się czasem do kuchni, i to raczej po szklankę wody niż kubek rosołu. Patrzeć może taka dama czasem niewidzącymi oczami, tak by on przeczuwał, jaka jest tajemnicza, i żeby zapragnął tę jej tajemnicę poznać. Najlepiej, gdyby ona była artystką, która zamyka się w pracowni na dwa tygodnie. I potem nagle pojawia się z całkiem inną energią, tematami, doświadczeniami. Jak nowa. Jeśli nie jest artystką, może jeździć w delegacje. I gdy trzyma w ręce bilet w tamtą stronę, to jako blondynka. A gdy wraca do domu, to już jest brunetką. Blondynkę to on znał na wylot. Lubił i szanował, ale nie pożądał, bo nie widział już w niej nic do odkrycia, do poznania. Ale brunetka to coś nowego! Jak widzisz, żartuję sobie nieco wokół starego jak świat tematu, dotąd nierozwiązanego ani przez praktyków, ani przez naukowców. Bo jeden będzie ją lubił tajemniczą, a inny otwartą, i niby skąd mamy to wiedzieć? Trzeba sprawdzać w praniu, kiedy na nas najgoręcej reaguje. A, i nie chodzi o to, żeby być tylko taką, która jemu się podoba. Bo i sobie, prawda? Zresztą on też powinien być mniej dostępny niż para kapci, które zawsze stoją w przedpokoju. Lepiej gdy ma swoje sprawy i też znika, i pojawia się jak sen złoty. Musi więc być między nimi dystans fizyczny, emocjonalny i czasowy, bo to on rodzi pożądanie. Kiedy jesteśmy wciąż blisko, wciąż razem i tacy sami, to zapomnijmy o seksie...

Trzeba by to szaleństwo kultywować planowo?! No, chyba że ktoś ma takiego hyzia, że mu tak samo wychodzi. Ale wtedy ta druga połowa musi to kupować, a nie myśleć: „O Matko Boska! Nie wiem, co mnie czeka, jak wrócę do domu. Nigdy nie wiadomo, co jej do tego rudego łba strzeli!”. Nie każda zniesie takiego znikającego i podlegającego permanentnej metamorfozie partnera-przyjaciela-kochanka. Niejeden powie: „Dość tego, że wyjeżdża blondynka, a wraca brunetka”. Ha! Ale jeśli ktoś tego nie chce, a lubi seks, to ma kłopot, bo właśnie wytrącenia z normalności generują pożądanie. Przypominam, że jednak ludziom znacznie częściej zależy na bezpieczeństwie.

Trzeba się dobrać, wybacz banał. Ale może gdy jesteśmy przyjaciółmi, to łatwiej nam się dopasować? Ilu masz przyjaciół, których kochasz, ale myślisz: „Gdybym była jego kobietą, to bym mu łeb urwała”? Ale jak się spotykacie raz na dwa tygodnie, to kochasz go bardzo, wszystko rozumiesz, akceptujesz, nie oceniasz. Właśnie! To jest istotna różnica między przyjacielem a partnerem. Przyjaciel daje bezwarunkową miłość i akceptację. Jak jest ci smutno, bo ktoś cię źle potraktował, to przyjaciel pocieszy i zrozumie. Nie będzie pouczał i marudził, że ty znów… Ale jak tobie smutno z powodu partnera-kochanka, którym jest przyjaciel, to robi się pod górkę. Przyjaciel-mąż może wtedy powiedzieć: „Może i jestem wredny, ale ty też nie jesteś miód! Potrafisz walnąć jak łopatą, i to w podbrzusze!”. No i widzisz, czy to nadal jest przyjaźń? Dlatego ja bym powiedziała: jeśli chcesz zachować przyjaciela, to nie właź z nim do łóżka i nie idź pod rękę do urzędu stanu cywilnego.

Czasem jednak nie chodzi o związek, tylko o seks. Czy wtedy warto skorzystać z oferty, jaką daje przyjaciel jako pogotowie seksualne? To niby prostsze, ale niestety, nie jak jesteśmy singlami. Bo wtedy po seksie możemy od razu zacząć o nim myśleć, tęsknić za nim, czekać na niego i oczekiwać, żeby on się zaczął deklarować jako nasz partner. Czyli był blisko, często i bez innych pań. A tymczasem ten przyjaciel-kochanek lubi być sam i dlatego z nikim nie jest. Albo ma inne kobiety i tak też lubi, o czym ty zresztą wiesz, ale zaczynasz coś kombinować, żeby go zmienić, i już po przyjaźni! Zaczynasz za nim latać, czegoś tam oczekiwać, i klops. Żaden facet tego nie lubi. Przyjaźń to, powtórzę: miłość bezwarunkowa, ale raz na jakiś czas. Miłość partnerska to miłość warunkowa, ale za to serwowana cały czas. Inaczej też lubimy być razem z przyjacielem, możesz na przykład pomilczeć w filharmonii, ale w życiu tam nie pójdziesz z ukochanym, bo to nie ta energia. Albo odwrotnie: z mężem pomilczysz w filharmonii, a z przyjacielem szkoda na to czasu, bo trzeba się nagadać. Jest coś, co nazywamy pokrewieństwem dusz. Sprawdzamy się bardziej jako przyjaciele albo jako kochankowie, albo jako partnerzy. Nie zawsze to pokrewieństwo dusz to gwarancja, że uda się inaczej być razem, czyli tak, jak my byśmy sobie życzyli. Dlatego jeśli jeden wariant nie wypali, warto spróbować innego.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjaciółka męża z pracy - romans czy relacja bezinteresowna?

Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. (Fot. iStock)
Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Partnerki długo tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. W końcu jednak orientują się, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. To już sygnał alarmowy – mówi psychoterapeuta Benedykt Peczko.

Ta przyjaźń zaczyna się całkiem niewinnie? Mężczyzna umawia się z koleżanką z pracy, że będą dla siebie nawzajem osobistymi trenerami, konsultantami w sprawach zawodowych. Omawiają więc sprawy działu, współpracy między działami, nowe projekty. Z czasem w tych konsultacjach pojawia się temat równowagi między życiem zawodowym a osobistym. Rozmowy coraz bardziej przekształcają się w intymne zwierzenia. Kamyk został wrzucony do wody. Zatacza kręgi. Nieformalne wsparcie rozwija się w nieformalną relację.

Co mężczyźni mówią, gdy przychodzą po pomoc? „Ona mnie słucha! Patrzy na mnie! Jest taka otwarta, uważna! Zadaje pytania!”. Są oszołomieni, zauroczeni. „Poruszamy takie ważne tematy! Nadajemy na tych samych falach! Spotkałem bratnią duszę!”. Jest tak miło, przyjemnie, ciepło.

Ci mężczyźni mają rodziny? I w tym problem, z tym przychodzą. Życie rodzinne schodzi na dalszy plan. Relacja z koleżanką, a za chwilę już z przyjaciółką jest tak odległa od tego, co dzieje się w domu. W domu są problemy z dziećmi, rachunki, spory, konflikty z sąsiadami, mnóstwo spraw operacyjno-organizacyjnych. W weekendy to samo: trzeba rodzinie coś zorganizować, gdzieś pójść, pojechać, postarać się. Mężczyzna czuje się jak w kieracie. Nie ma chwili spokoju. Nie ma czasu i nastroju na rozmowy o „ważnych sprawach” z żoną. „Kiedyś prowadziliśmy takie rozmowy, ale kiedy to było?!”. To jak w piosence „Nie płacz, Ewka” Perfectu: „Proza życia to przyjaźni kat, pęka cienka nić…”. Mężczyzna oddala się od rodziny, od dzieci. Relacja z przyjaciółką zaczyna być bardzo ważna.

Żona to z pewnością wyczuwa? Jest duże przyzwolenie społeczne na takie przyjaźnie w pracy. Romans to co innego, zdrada, wiadomo. Mężczyzna mówi: „Ona mi tak pomaga, wspiera mnie, tyle mamy pracy, nowe projekty…”. Do czasu to brzmi wiarygodnie.

Jak długo? Partnerki nawet przez wiele lat tolerują zażyłe relacje z przyjaciółkami z pracy. Praca to podstawa, więc skoro to dla niego ważne, skoro mu tak pomaga… Z czasem jednak widzą, że uczucia mężczyzny zostały przekierowane poza dom i rodzinę. Wsparcie przyjacielskie pomału, ale nieuchronnie zmierza w kierunku romansu. Partnerka znajduje niedwuznaczne mejle, SMS-y, ktoś życzliwy z pracy donosi, co się dzieje. Jeden z mężczyzn opowiadał mi, że żona jak burza wpadła do biura i zrobiła awanturę przy pracownikach i klientach. „Konsultacje? Ja ci dam konsultacje…”. Okładała parasolką i męża, i przyjaciółkę. Bywa i tak, że mężczyźni zostawiają swoje rodziny i wiążą się z przyjaciółkami z pracy. Te związki, oczywiście, rzadko się udają.

Oczywiście? Czar szybko pryska. Gdy kończą się konsultacje, a zaczyna codzienne, pełne obowiązków życie rodzinne, mężczyzna budzi się ze snu. Zauroczenie przyjaciółką z pracy przypomina romantyczne zakochanie nastolatka, który patrzy przez różowe okulary, i dopóki ich nie zdejmie, wszystko wydaje się idealne. Wspólny pobyt w pokoju hotelowym nie jest jednak tym samym co zamieszkanie pod jednym dachem. Kończy się czas, gdy firma płaci za hotel, nie ma już służb, które naprawiają zepsuty kran, ani pokojówek wymieniających pościel i ręczniki. Trzeba samemu podołać przeróżnym wyzwaniom.

Po raz kolejny wkrada się proza życia. I co wtedy? Mężczyzna zaczyna szukać nowej przyjaciółki. Wielu powtarza ten schemat, tylko już nie w pracy, ale na przykład na kursie językowym. Tak miło rozmawia się po angielsku, ale ileż można o polityce. Nieśmiało schodzimy na tematy osobiste. Dobrze byłoby się spotkać na kawie, żeby podszkolić konwersację, zwrócić uwagę na błędy językowe, które popełniamy. Jest tak ciepło, serdecznie, może to bratnia dusza?

Znów ryzykuje. Czym przede wszystkim? Obumieraniem życia rodzinnego, to pewne. Ryzykuje, że reanimacja może się nie udać. Nic w przyrodzie nie ginie. To, co powiemy, zrobimy, w jaki sposób się zachowamy, jakie decyzje podejmiemy, ma znaczenie. Na początku wydaje się, że relacja z przyjaciółką jest taka bezinteresowna, bez zobowiązań. To, oczywiście, złudzenie. Przyjaźń, która się rozwija, nawet powoli, nieubłaganie się pogłębia. Im dłuższa relacja, tym więcej zaangażowania, przyzwyczajenia i bliskości. I tym bardziej oddalamy się od naszych rodzin. Nie ma róży bez kolców. To tak jak z piwem bezalkoholowym. Było kiedyś takie piwo Bavaria, o którym mówiło się, że to nie alkohol. Zawierało 0,5 proc., które jednak alkomat wychwytywał. Kierowca po wypiciu dwóch, trzech takich piw mógł mieć kłopoty. Nie mówiąc już o wysokim indeksie glikemicznym, od którego rósł brzuch, tak zwany mięsień piwny.

Taka przyjaźń nie może pozostać niewinna? Może, jednak to wymaga od mężczyzny, ale także od przyjaciółki, dużej dojrzałości i samoświadomości. Coaching zogniskowany na celach mężczyzny, na jego funkcjonowaniu w rodzinie mógłby dać nieocenione pozytywne efekty.

W jaki sposób rozpoznać, czy relacja z przyjaciółką przekracza już próg bezpieczeństwa? Gdy sama myśl o tym, że mam spotkać się z przyjaciółką, budzi emocje, jest źródłem ekscytacji, haju, wtedy lepiej ochłonąć i poszukać wsparcia. Co innego jednak, gdy ekscytacja dotyczy zmierzenia się z własnymi ograniczeniami: „Wreszcie zajmę się tym swoim tematem! Chwycę byka za rogi! Uwolnię stare przekonania i zrealizuję cel!”. Ekscytujemy się wtedy własnym procesem zmiany i to rzeczywiście nas rozwija. Możemy też zapytać siebie, czy rozmowy z przyjaciółką, jej pomoc, wsparcie powodują, że zbliżam się do mojej żony, czy wręcz przeciwnie – oddalam się od niej. Robi się naprawdę niebezpiecznie, jeśli zauważam, że nie mam ochoty na rozmowy z żoną. Przestała mi się podobać. Nie pociąga mnie seksualnie. Zaczynam porównywać żonę do przyjaciółki na niekorzyść żony. Mam poczucie, że przegrałem życie, bo dokonałem niewłaściwego wyboru, wiążąc się z kobietą, z którą teraz mam dzieci. Jeden z mężczyzn powiedział mi tak: „Gdy wracam do domu, nie mam ochoty na seks z żoną, chociaż z przyjaciółką też go nie mam”. Jeśli takie myśli i uczucia się pojawiają, przyszłość rodziny wisi na włosku, a mężczyzna potrzebuje profesjonalnej pomocy.

Wyobraźmy sobie jednak, że on budzi się ze snu i widzi, że sprawy zaszły za daleko. To znaczy, że jest szczery i uczciwy wobec siebie. Moi klienci przyznają, że zbyt długo siebie oszukiwali. Mówili, że tak, oczywiście, relacja z przyjaciółką pomaga im także otwierać się na żonę, a tymczasem atmosfera w domu stawała się nie do zniesienia. Oszukiwanie siebie komplikuje sprawę, przedłuża stres. Szczerość ułatwia wyplątanie się z tego uwikłania.

Także szczerość wobec przyjaciółki? Oczywiście.

Jak by to miało wyglądać? Po prostu uczciwie mówię, co się ze mną dzieje, co czuję; że nasza relacja jest coraz bliższa i rodzi przywiązanie, a to oddala mnie od rodziny. Przyjaciółka także ma swoją rodzinę, więc ona z pewnością czuje podobnie. Więc „co z tym robimy”? Zdarza się i tak, wcale nierzadko, że to przyjaciółka inicjuje rozmowę. Jest tak dużo ciepła, czułości, uścisków w tej relacji, że zaczyna ją to niepokoić. Przestraszona, zawstydzona wycofuje się, wybiera życie rodzinne nawet wtedy, gdy nie do końca czuje się w nim spełniona.

Jak wygląda męski powrót do domu z takiej przygody? Nie jest łatwo. Żona jednoznacznie oskarża o osłabianie rodziny, o brak lojalności, zdradę. Z tego kryzysu można wyjść, pod warunkiem że porozmawiamy o tym, co się stało, czego brakowało, o co nie zadbaliśmy, jakie błędy popełniliśmy. I o tym, co każde z nas może zrobić, żeby odbudować bliskość; żeby nie było potrzeby szukania przyjaciółek. Może być też, niestety, tak, że zbyt długo życie rodzinne kręci się wokół kryzysu: „Zobacz, co mi zrobiłeś!”. Żale i pretensje są odświeżaną wciąż na nowo teraźniejszością. Partnerki przemocowo komunikują brak zaufania: „Żadnych wyjazdów integracyjnych! Zabraniam ci!”. Takie siłowe rozwiązania – szczególnie gdy się powtarzają – niczego, niestety, nie rozwiązują, a wręcz przeciwnie, zniechęcają mężczyznę do powrotu. „Dłużej nie wytrzymam, to nie ma sensu”. Co innego, gdy kobieta mówi: „Bardzo niechętnie myślę o tym twoim wyjeździe integracyjnym. Mam uraz. Boję się o naszą rodzinę…”. Wtedy dzieli się uczuciami. Mężczyzna może się do tego odnieść. To dobry wstęp do rozmowy.

Może być też tak, że mężczyźnie spodoba się życie z przyjaciółkami. Taki styl odpowiada mężczyznom, którzy są przekonani, że wiążąc się z jedną kobietą, wiele tracą. Z moich obserwacji wynika jednak, że nie jest to satysfakcjonująca droga. W pewnym momencie mężczyzna uświadamia sobie, jak bardzo jest samotny. Przyjaciółka wysłucha, poprzytula się, jednak relacja z nią nie jest stabilna i nie daje trwałej satysfakcji. Wbrew pozorom wielu mężczyzn ma potrzebę bycia w stabilnym związku, tęskni za stałością. Przyjaciółki przestają wystarczać. Sparafrazuję sformułowanie Marcina Dańca z jednego z jego monologów: człowiek się rozgląda, a wszyscy znajomi już z GPS-em na palcu. Koledzy mówią o rodzinie, o dzieciach. Narzekają, a jednak wracają do domu, angażują się w uroczystości rodzinne, wyjazdy na wakacje. Do romansujących mężczyzn dociera, że relacjami z przyjaciółkami zastępują niedostatki życia rodzinnego.

Lekarstwem na przyjaciółki z pracy byłoby więc zadbanie o romantyczny klimat w stałym związku? „Gdzie tu miejsce na romantyzm? Między chorobą dziecka a wynoszeniem śmieci?”. Jak najbardziej! To jest kwestia komunikacji: w jaki sposób odnosimy się do siebie? W jaki sposób rozwijamy nasz stosunek do tych przyziemnych spraw? Co stało się z naszą romantyczną miłością? Może jej nie widzimy, nie odczuwamy, a ona – mimo to – w dalszym ciągu istnieje? Przygoda z przyjaciółką może być wyzwalaczem takich właśnie rozmów, które prowadzą do wewnętrznej zmiany. Jeśli tak ją spożytkujemy, możemy być w zgodzie z tym, co się wydarzyło.

  1. Seks

Trenuj seks, choć to nie sport

Seks to nie sport, ale element treningu jest w nim ważny. (Fot. iStock)
Seks to nie sport, ale element treningu jest w nim ważny. (Fot. iStock)
Zbyt długie przerwy w miłości fizycznej powodują zanik formy. Kiedy żyje się w parze, seks jest także obowiązkiem zaspokajania potrzeb partnera oraz treningiem naszych narządów płciowych – uważa seksuolog Krzysztof Korona.

Instynkt seksualny to potęga, jednak aby seks był udany, musimy też się go uczyć... Seks w różnych epokach miał rozmaite formy, chociaż istota była taka sama, gdyż kieruje nim naturalny popęd. Jest w seksie sporo natury, wiele kultury, najwięcej psychiki. Seks to nie tylko technika. To skomplikowany i pełen możliwych awarii mechanizm. Dlatego mam wiele pracy jako terapeuta. Jest czego się uczyć i co ćwiczyć, ale też konieczne są uczucia, które też trzeba pielęgnować i rozwijać. Nauczyć się techniki nie jest trudno, ale uczuć – bardzo trudno, czasami nawet to niemożliwe, jeśli nie dostanie się w dzieciństwie miłości, ciepła i dotyku, czyli ducha i ciała. Kiedy jest miłość, zawsze towarzyszy jej dotyk. Ci, którzy nie byli pieszczeni w dzieciństwie, nie będą potrafili dotykać innych, nawet nie czują potrzeby bycia dotykanym. Dla nich seks ogranicza się do prokreacji. Czyli znika czułość, także sztuka dawania i brania przyjemności.

Zmiany obyczajowe są ważne. Co w seksie jeszcze niedawno było niedopuszczalne, staje się powszechne i jest uważane za normalne, np. seks oralny czy masturbacja. Coś, co było surowo zakazywane, nawet karane jako grzech, teraz bywa polecane. Jeszcze nie tak dawno uważano, że masturbacja szkodzi, nawet jest zabójcza. Miliony ludzi dręczyły się z tego powodu. Do dzisiaj na półkach stoją podręczniki, w których piszą, że „to niebezpieczny proceder”. Profesor Tadeusz Bilikiewicz w książce „Psychiatria kliniczna” (wyd. 1979 r.) nazywa samogwałt zboczeniem, a młodych, którzy są w szponach tego nałogu, proponuje leczyć.

Głoszenie takich sądów to dzisiaj rzadkość i kuriozum. Tak, ale prawdą jest też, że z masturbacją nie wolno przesadzać. Ten nawyk ma dużą siłę, bywa jak narkotyk i uzależnia, chociaż nie jest tak groźny. To jednak niepokojące, kiedy autoerotyzm blokuje seks partnerski. Trening niezbędny w sporcie nie jest tym samym w seksie, gdyż to jednak nie sport. A jeśli robimy z seksu sport, to źle.

Wszystko niemal, co dotyczy seksu, rozgrywa się w mózgu, w wyobraźni, w emocjach. Autoerotyzm nie buduje uczuć do partnera, sam jesteś partnerem, a to bywa pożywką dla narcyzmu.

A przecież wielu ludzi masturbuje się, myśląc o kimś z miłością. Podobnie jak liczni uprawiają seks z małżonkiem, marząc np. o żonie sąsiada. Wyobraźnia nie zastąpi jednak życia. I podobnie jak w sporcie zbyt długie przerwy powodują zanik formy. Kiedy żyje się w parze, seks to także obowiązek zaspokajania potrzeb seksualnych partnera, który przez 20 lat w tym związku trochę stetryczał. Odpowiedzialność w seksie partnerskim to także trening narządów płciowych. Penis, którym żona się nie interesuje, przestaje sprawnie działać, a pochwa, której nie odwiedzał członek, nie stanie się wilgotna na zawołanie. Odpowiedzialny seks to także trening sprawności. Narządy płciowe żądzą się biologicznymi prawami. Nie dbasz o seks swojego partnera, to zacznij oszczędzać pieniądze, przydadzą się na prawnika albo na seksuologa lub psychiatrę, już nie mówiąc o wenerologu. Istnieją dowody, że ci którzy są aktywni seksualnie nawet do później starości, bywają nie tylko bardziej życzliwi na co dzień, ale też nie przesiadują w kolejkach do lekarzy. Ludziom brakuje dystansu do siebie, spojrzenia na siebie z boku, pisał Alex Comfort w „Radości seksu”. Twierdził, że gdyby ludzie mogli samych siebie oglądać podczas seksu, to seksuolodzy nie byliby potrzebni.

Są tacy, którzy poczuliby niesmak, oglądając siebie, wiele osób gasi światło, by móc idealizować swą nagość i partnera, podczas gdy tuż za ścianą coraz liczniejsze pary nagrywają seks. Czy rzeczywiście tak wiele to daje? Jeśli mówimy, że seks to nie sport, ale w dużej mierze wyobraźnia, to powiedzmy sobie, że wyobraźnię też można trenować. Fantazje erotyczne to potężna siła, która pozwala na zachowanie sprawności seksualnej i jej, i jemu. Ten intymny świat jednak także wymaga treningu, kreacji i prawa do prywatności. Leczyłem kiedyś parę, która ustawicznie kłóciła się o to, że on nie chciał jej podczas uprawiania seksu odpowiadać na pytanie: „O czym teraz myślisz, kochanie?”. Dar wyobraźni nie jest przekazywany przez geny. Tego też warto się uczyć. Pozbawiona wyobraźni kobieta może być tylko zazdrosna o fantazje swojego męża.

Każdy w marzeniach chciałby chociaż raz stać się gwiazdą ekranu. Jedni idą na casting do serialu, inni włączają kamerę w komórce i kreują się na gwiazdę filmu o miłości. Seksuologom nic do tego, póki nie spotkają się z takimi odcinkami kiepskiego serialu w aktach sądowych, jak u pary, która kłóciła się przed sądem, kto kogo seksualnie molestował i sporządzał filmy pornograficzne bez zgody drugiej strony.

Ćwiczenia z kamerą dla poprawy sprawności seksualnej? O tym nie słyszałem, chociaż nie brakuje zapaleńców, którzy korzystają z mikrokamer, by szukać w pochwie zagadkowego punktu G, z jednym nawet spotkałem się w gabinecie. Cierpiał na impotencję spowodowaną natrętnymi myślami, że wagina może się zacisnąć podczas penetracji, a on nie będzie mógł wyciągnąć penisa. To był lęk, który – jak potem się okazało – przekazała pacjentowi zgwałcona matka, którą rodzina zmusiła, by urodziła niechciane dziecko. Straszyła syna konsekwencjami wkładania penisa do pochwy.

To skrajność. A na co dzień jaki błąd najczęściej popełniamy? Błąd zaniedbania. Błędem jest przekonanie, że sprawność seksualna została nam dana raz na zawsze. Jeżeli para przestaje uprawiać seks, pojawią się pewnie zaburzenia przy próbie jego wznowienia. To nie jest pływanie czy jazda na rowerze. Aparat seksualny człowieka składa się z dwóch obszarów, które muszą być ciągle w użyciu, powinny być „trenowane”. Pierwsza to ogólna sprawność fizyczna. Potrzebny jest też trening emocjonalny. O emocje trzeba dbać jak o rośliny, pielęgnować je i podlewać.

Są już programy telewizyjne, gdzie spotykają się pary i na oczach widzów trenują różne formy seksu. I nie ma tam wcale wulgarności, chociaż to bywa mocne. Co o tym myślisz? Niektórzy ludzie chodzą do siłowni. Podobnie uprawiają seks. Oni nie tylko opowiedzą, ale też pokażą przed kamerą różne pozycje. Seks jest jednak przede wszystkim czynnikiem więziotwórczym. Jak inaczej przetrwać trudy związku? Jest oczywiste, że rozwijające się libido musi być uzbrajane w narzędzia intelektualnej kontroli. Nawet kiedy jesteśmy bardzo głodni, to siadając w restauracji przy stoliku, nie rzucamy się rękami na podane przez kelnera jedzenie. Sztuki zaspokajania głodu można dziecko uczyć na dwa sposoby: warczeć i straszyć je rozlaniem zupy i nieodwracalnymi konsekwencjami poparzenia albo spokojnie pokazywać, jak należy posługiwać się łyżką i na czym polega sztuka wkładania łyżki do buzi, a wcześniej dmuchania. Mądrzy rodzice wychowują zdrowe i sprawne seksualnie dziecko, zdolne do zbudowania własnej rodziny.

Uczymy się nieustannie od siebie, jakbyśmy rzeźbili się nawzajem, tak jest nie tylko w erotyce. Ale znasz rozpacz kobiet, które pytają: „Czemu mężczyźni nie wiedzą, gdzie jest łechtaczka”. I żal facetów, że ona uważa seks oralny za zboczenie i grzech śmiertelny. Grzeczne dziewczynki nie mają łechtaczki, a dobrze wychowani chłopcy nie wkładają swego ogonka dziewczynkom do buzi – taki model edukacji tylko pozornie mamy poza sobą. W moim gabinecie pojawiają się mężczyźni przyprowadzani przez żony, żeby im wytłumaczyć, że seks nie polega tylko na wpychaniu członka pomiędzy nogi. Zaznaczam, że nie są to panowie z diagnozą upośledzenia umysłowego. Koleżanki seksuolożki, do których częściej przychodzą kobiety, spędzają godziny na tłumaczeniu im, że od pocałowania członka nie zmienią się w żabę. Wbrew pozorom w dalszym ciągu nie rozmawiamy mądrze o seksie. Dlatego seksuolodzy nie narzekają na brak pracy. Polski seks, który znam z opowieści pacjentów w moim gabinecie lub dowiaduję się o nim, kiedy odwiedzam osadzonych w zakładach karnych albo słucham zwierzeń gwiazd ekranu, za często, niestety, przypomina rzeźbienie dłutem w twardej skale...

Często pacjenci proszą o szczegółowe rady jak zawodnicy trenera? Pacjent trafiający do mnie jest zwykle jak dziecko we mgle, nie bardzo wie, jak mi TO opowiedzieć, a co dopiero prosić o szczegółowe rady. Na pewno nie podziała rada „trenuj seks, a będziesz zdrowy”. Seks to nie sport, co uparcie powtarzamy, ale element treningu jest w nim ważny. Za brakiem satysfakcji kryją się pokłady emocjonalnych śmieci, które muszą zostać podczas terapii uprzątnięte. Inaczej psują się. Seksualny partner to czuje, dlatego nie reaguje, jak powinien, i nie doświadcza tego, co przez delikatność nazywamy spełnieniem.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog.

  1. Psychologia

Co zrobić, żeby polityka i religia nie zniszczyły naszego związku?

Społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. (Fot. iStock)
Społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. (Fot. iStock)
Socjologowie alarmują, że społeczeństwo nigdy nie było tak spolaryzowane jak obecnie. A spory dotyczące polityki i religii przenikają też do naszych związków. Zdaniem dr Bartosza Zalewskiego z Uniwersytetu SWPS nie chodzi jednak o różnice poglądów, a wartości. Na czym powinniśmy się więc skupiać, poza ogólnie rozumianą miłością, by związek przetrwał?

Zapytam wprost: co trzyma ludzi przy sobie, gdy nagle okazuje się, że partnerzy zaczynają się bardzo różnić poglądami? Pyta pani o poglądy, a tak naprawdę pyta pani, co spaja związek, gdy partnerzy mają odrębne wartości.

Zgadza się. Mówiąc bardzo wprost, ludzi łączy chemia seksualna i wartości. Nie podobny temperament, nie cechy charakteru, hobby albo ulubiony sposób spędzania wolnego czasu, ale wartości wyrażane na przykład tym, jak wychowują dzieci. Gdy na randce okazuje się, że dwie strony mają zupełnie inne wartości, to zwykle nie stworzą razem związku. Zwykle, bo są osoby, dla których polityka i religia bywają mało istotne, które twierdzą, że owszem, ludzie się kłócą o politykę, ale nie o to chodzi w życiu. Dlatego nie wykluczam, że możliwy jest związek pary, dla której wspólne wartości nie wyrażają się przez politykę czy religię, ale przez coś innego. Oni mówią, że polityka jest dla nich nieważna. Pewnie gdyby weszła im do domu, to zmieniliby zdanie, ale niektórym nigdy nie wchodzi. Choć dziś na terapiach rzeczywiście jest więcej tzw. małżeństw politycznych, czyli ludzi, którzy się intensywnie kłócą o sprawy polityczne czy religijne. Ale z punktu widzenia terapeuty to jest temat, a nie powód; wcześniej tematem, poprzez który wyrażały się ich trudności, byli na przykład rodzice jednej czy drugiej strony, a teraz jest to polityka albo religia.

A co, gdy nagle okazuje się, że u naszego partnera czy partnerki te wartości ewoluowały i teraz mamy inne zdanie w sprawie aborcji albo nauczania religii w szkołach? Nic nie można z tym zrobić. Bo to nie są poglądy wynikające z racjonalnej dedukcji, tylko z emocji. Jeśli komuś zmieniają się poglądy, to zastanawiałbym się, dlaczego do tego doszło, bo po prostu ludziom wartości nagle się nie zmieniają. Zakładałbym, że coś musiało się wydarzyć albo coś przelało czarę. Myślę, że byłby to raczej efekt nasilenia czegoś... Może lęku albo gniewu?

Poproszę o przykład. Przysłowiowy pan Kowalski najpierw nie miał wyraźnego stosunku do aborcji, ale nie był jej jakoś przychylny. I teraz deklaruje, że jest zdecydowanie przeciwko aborcji. Być może niewyostrzona część jego światopoglądu zaczęła się właśnie wyostrzać albo poczuł, że już nie musi się bać mówić o swoim stanowisku otwarcie. Może się zdarzyć, że ktoś nagle z popierającego równość płci zmienił się w dyskryminującego szowinistę. To rzadka sytuacja, dlatego najpierw musi dojść do jakiejś zmiany na poziomie emocjonalnym, a potem dopiero na poziomie wartości.

I co wówczas spaja takie pary? Partnerka musi być w szoku, gdy nagle widzi, że mieszka w domu z szowinistą. Po pierwsze, mogą zauważać proces wyostrzania się poglądów i o tym dyskutować, ale nie sądzę, żeby taka racjonalna dyskusja mogła coś zmienić w jednej albo drugiej osobie. Za to pary mogą dojść do wniosku, że choć ich poglądy wyostrzają się w stronę przeciwnych biegunów, to inne wartości pozostają wspólne. Jeśli zmieniły się wszystkie wartości, to taki związek nie ma szans, ale zwykle obserwujemy zmianę jednej grupy wartości. I wtedy pary mogą podejść do tego tak: „Jestem bardziej konserwatywny, ale wiem, że żona by mnie z domu wyrzuciła, więc jej tych poglądów nie prezentuję”. Natomiast sytuacja polityczna może zachęcać do mówienia otwarcie i wtedy dochodzi do awantur, po których jedna strona się wycofuje. Wreszcie zastanawiają się, czy ich zmiana wartości to powód do rozwodu. Zapewniam panią, że jest nim dla niewielu par. I jeszcze jedna kwestia.

Jaka? Jeśli ludzie mają bogate życie emocjonalne i seksualne, lubią wspólne przyjemności, jak seks, dobre jedzenie, spędzanie ze sobą czasu, swoje poczucie humoru i łączy ich wiele sensualnych doświadczeń – to wtedy mogą kłócić się o politykę, ale nie zagraża to ich związkowi, choć poziom satysfakcji z bycia razem może spaść. Jeśli ich poglądy są wyostrzone, bo sprowokowane aktualną sytuacją społeczną i polityczną, to mogą się kłócić, ale wiedzą, że mają inne swoje światy i tak naprawdę marzą, żeby to się uspokoiło. Bo trzeba pamiętać, że choć osoby o bardzo zdecydowanych poglądach tworzą związek z osobami o bardzo zdecydowanych poglądach, to nie znaczy, że ktoś z prawicy stworzy związek z osobą z lewicy. Raczej mówimy o związkach osób o poglądach umiarkowanych, ale wyostrzonych sytuacją polityczną, która prowokuje spór.

Znam pary o skrajnie różnych poglądach, które po prostu o tym nie rozmawiają. Nierozmawianie o poglądach to kwestia techniki i decyzji. Tu warto zapytać, czy te różnice dotyczą tylko poglądów politycznych bądź religijnych, czy też spraw, które są centrum życia, na przykład wychowania dzieci. Bo jeśli w tych tematach są zgodni, to znaczy, że mają spójne wartości. A to kluczowe.

Jakie to mogą być kwestie oprócz wychowania dzieci? Na przykład czy lubimy oszczędzać pieniądze na wspólne cele, czy wydawać je na „niszczący nasze życie” konsumpcjonizm? Czy wolimy siedzieć przed telewizorem i jeść czipsy, czy aktywnie spędzać czas i uprawiać sport, bo zdrowie jest dla nas ważne? Czy kobieta ma prawo poświęcić się karierze zawodowej? Podejrzewam, że te pary w tych sprawach są zgodne. A jeśli chodzi o poglądy niedotykające bezpośrednio ich życia, to klasyczna para się w nich różni. Pary, które mają odmienny światopogląd, często mówią, że są takie cechy charakteru żony czy męża, które lubią – że mąż czy żona w domu są fajni, zabawni, czuli. Natomiast w pracy zamieniają się w wojującą feministkę albo zarozumiałego konserwatystę, tyle że na szczęście obie strony tego nie widzą.

Ale to jest do pogodzenia? Czasy sprzyjają wyostrzaniu różnic i często przesłaniają te pozytywne cechy. Pewnie są pary, którym te różnice coraz bardziej utrudniają funkcjonowanie. Ale jeśli na przykład mają trzynastolatka, który siedzi w domu i cierpi z powodu braku kontaktu z rówieśnikami, to oczywiście mogą się kłócić, czy to efekt polityki rządu, ale tym, na czym się skupią, będzie ratowanie tego dzieciaka.

A co z wartościami, jeśli mąż chce, żeby cała rodzina wzięła szczepionkę przeciw COVID-19, a żona jest przeciwna? To istotny konflikt wartości, dotyczy kwestii życia i śmierci. Taki związek rzeczywiście nie tyle ma małe szanse przetrwania, co duży potencjał ranienia się. Bo to przecież nie jest kwestia: szczepić się czy nie? Raczej moment, kiedy z parą zaczynamy pracować na sesjach, jeśliby to była para, która chodzi na terapię. Bo gdy podczas takiej rozmowy słyszę, które z małżonków bardziej chce „zabić dzieci”, to przecież na kilometr widać, że to w ogóle nie chodzi o szczepionki.

Jak to? Kwestia polityczna jest tu podbudowana trudami związanymi z tym, jak bardzo każda z tych osób jest obciążona. I wtedy bym się zastanawiał nad tym, jak te osoby umieją radzić sobie ze stresem, jak regulują emocje, czy cierpią na np. zaburzenia emocji lub osobowości. Do tego dochodzi aktualna sytuacja w rodzinie: ktoś stracił pracę, ktoś jest chory, a rzeczywistość pandemiczna przecież wyzwala także różne fobie. W związku z tym ludzie muszą znosić dużo więcej stresu i mają różne trudności w radzeniu sobie z obciążeniami emocjonalnymi. W rzeczywistości problem nie sprowadza się do szczepionek, ale do tego, jak bardzo ktoś jest przerażony światem, bo nasza reakcja wiąże się z ogólnym myśleniem o świecie, czyli czy to jest miejsce bezpieczne, czy przerażające.

Znajoma seksuolożka powiedziała mi ostatnio, że COVID-19 obnażył związki. Odsłonił pustkę niektórych, a te, które miały się dobrze przed pandemią i potrafiły sobie radzić, nadal sobie radzą. Zgadzam się, że zamknięci w domach i pozbawieni możliwości choćby chwilowej ucieczki dużo więcej zobaczyliśmy w partnerach i partnerkach. Istnieje zjawisko tzw. współobecności bliskich przy obecności wirtualnej innych osób, takich jak współpracownicy, szefowie i podwładni czy klienci w pracy.  Dowiadujemy się o sobie więcej, na przykład jak druga osoba pracuje, czy markuje różne rzeczy. Nie ma od tego ucieczki. Poza tym partnerzy w związku mogą mieć różną regulację emocji: jedna osoba w stresie przywiera do drugiej, a ta druga właśnie potrzebuje osobności. Kiedyś się uzupełniali, a teraz te sprzeczne potrzeby się nasilają.

Ale czy to nie wpływa na tę sferę seksualną, która była czymś ważnym, stabilnym? Badania prof. Zbigniewa Izdebskiego pt. „Seksualność w XXI wieku” pokazują wyraźnie, że większość par jest zadowolona zarówno ze swojego związku, jak i z seksu. Z kolei inne badania pokazały, że z napięciem radzi sobie źle około 30 proc. osób w społeczeństwie, a bardzo źle około 10 proc. U tych, co sobie dobrze radzą, napięcie nie wpływa na związek, bo mają wspólne wartości, czyli znowu bardzo wprost: on będzie z nią chodził na marsze kobiet i jednocześnie w domu będą mieli dobry seks. Z kolei w sytuacjach, gdy partnerka jest poruszona tymi marszami, a partner mówi, że nie wie, o co jej chodzi, to mnie jako psychologa interesuje dynamika związku. Ciekawi mnie, co się stało. Czy mężczyzna obawia się, że jego partnerka zwariowała i się zradykalizowała, i dlatego on też się radykalizuje, tylko w drugą stronę; czy o to, że ona jest wściekła z powodu sytuacji politycznej i przesuwa wściekłość na wszystkich mężczyzn, w tym też na partnera? Szukałbym czynników pośrednich. Para, która miała bogate życie seksualne, musi się mocno postarać, żeby to życie zanikło.

Dlaczego? Bo będzie im tego brakowało. To był sposób na wzajemne uspokajanie się i na bliskość, więc, widząc, że ich zachowanie i kłótnie wpływają na seks, taka para  szybko by się znowu tą sferą zajęła. Jasne, gdy rośnie napięcie i wokół pełno niepokoju, bo jedno straciło pracę, nie wiadomo, co dalej z pandemią, rodzice w szpitalu i trzeba zająć się dziećmi – to intensywność życia seksualnego spada. Poza tym lęki wyłączają pragnienia seksualne. Często też czynią z dorosłych ludzi tak jakby dzieci i pojawiają się roszczenia wobec partnera. Wtedy poglądy się radykalizują, ale to powodowane jest rozpaczliwą próbą odzyskania kontroli w sytuacji niepewności, co przyniesie kolejny dzień.

Wydaje się, że najlepiej byłoby to wyjaśnić podczas rozmowy. Ale niełatwo nam komunikować swoje lęki i potrzeby. My jako psycholodzy chcielibyśmy oczywiście, żeby ludzie częściej ze sobą rozmawiali, choć ważna jest nie tylko rozmowa, ale też wyobrażenie sobie, co czuje, co myśli inna osoba. Od 15 lat w terapii duży sukces święci mentalizacja. To taki konstrukt, który oznacza umiejętność rozumienia siebie i innych, dokładnie jak empatia, ale dochodzi do tego element myślowy. Czyli zastanawiam się, co się dzieje w drugiej osobie, jaka jest jej motywacja do działania. Ludziom jest  trudno, gdy nie wiedzą, co się dzieje. Kolejna rzecz to podejmowanie czynności naprawczych. Przecież na co dzień uszkadzamy swoje związki na różne sposoby, robimy krzywdę swoim bliskim, czasem nieświadomie, a czasem – jak mówi znajoma psychoterapeutka – wiemy, gdzie nacisnąć, żeby kogoś szlag trafił. Natomiast ważne jest, żebyśmy potrafili te szkody naprawić, bo mamy całe systemy  i sposoby naprawiania. Poza rozmową gesty niewerbalne, jak kwiaty, kolacja przy świecach, prezent. To wszystko nie zadziała jednak w przypadku par, które psychologia opisuje jako koluzyjne. Dotyczy to tylko jednego procenta, ale występuje. Koluzja polega na tym, że każdy z partnerów umieszcza w drugiej osobie tę część siebie, o której nie wie, że ją ma, a której bardzo nie lubi. Na przykład ktoś uważa siebie za chodzące dobro, nie ma w sobie za grosz złości, ale kiedy patrzy na partnerkę, to widzi sadyzm i agresję w jej oczach. Oczywiście swoim zachowaniem sam te reakcje wywołuje. To są pary o sprzecznych poglądach i wartościach, które nieustannie się kłócą i zwalczają, a jednocześnie nie potrafią się rozstać.

Dr Bartosz Zalewski, psycholog, psychoterapeuta. Adiunkt w Katedrze Psychologii Różnic Indywidualnych, Diagnozy i Psychometrii USWPS. Pracuje w Ośrodku Terapeutyczno-Szkoleniowym Kontrakt w Warszawie.

  1. Seks

Czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Zastanawia się Katarzyna Miller

- Mężczyzna chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)
- Mężczyzna chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on - mówi Katarzyna Miller. (Fot. iStock)

Znajomy mężczyzna mówi, że pragnie tylko, żeby jego partnerka była i go akceptowała. Kobiety jednak nie potrafią po prostu być. Wolą dawać i jednocześnie pouczać, jak się im odwdzięczać. Czy tak jest naprawdę? Trzeba pisać o tym, jak kobiety powinny kochać swoich mężczyzn? – Trzeba, i to bardzo – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller

Znajomy mężczyzna mówi, że pragnie tylko, żeby jego partnerka była i go akceptowała. Kobiety jednak nie potrafią po prostu być. Wolą dawać i jednocześnie pouczać, jak się im odwdzięczać. Czy tak jest naprawdę? Trzeba pisać o tym, jak kobiety powinny kochać swoich mężczyzn? – Trzeba, i to bardzo – mówi psychoterapeutka Katarzyna Miller.

Jesteśmy przekonane, że co jak co, ale kochać swoich mężczyzn to my potrafimy. Na początek westchnę ciężko jako doświadczona terapeutka małżeńska. Przede wszystkim nie umiemy bawić się, czerpać satysfakcji z miłości. Nikt nas tego nie nauczył. A jeśli ktoś, tak jak kiedyś Michalina Wisłocka, proponuje nam obrzucanie się poduszkami w łóżku, dziwimy się: „jak to, dorośli mają się zachowywać jak dzieci?!”. Oczywiście, że tak. W każdym z nas jest dziecko i im częściej może się powygłupiać, ujawnić swoje marzenia, tym lepiej dorosłemu. Kiedy w relacji intymnej spotkają się nasze dziecięce aspekty, możemy całkiem skupić się na przyjemności i zabawie.

Ale w tym, żeby w łóżku skupić się na zabawie, często przeszkadzają nam nasze realnie istniejące dzieci. Kiedy stajemy naprzeciw siebie i w oczach zapala się nam: „pragnę cię”, dzieciom mówimy: „idźcie do cioci” albo „idźcie do swojego pokoju”. Nie martwimy się, że coś usłyszą. Dobrze, żeby wiedziały, że rodzice się kochają. Można zrobić kartkę: „Proszę nie przeszkadzać”, bo seks to rzecz ważna, a nawet święta dla pary.

Szanujmy nasze pożądanie. A my co? W sypialni pilnujemy tylko, co wypada, a czego nie. Na dodatek, o zgrozo, mówimy czasem do niego „tatusiu”, a on do nas „mamusiu”. A jak nazywamy jego penisa? Ptaszek, Wacuś, siusiak, Jaś, bo Jaś i Małgosia. Już nawet „chuj”, choć wulgarny, byłby lepszy, bo jest przynajmniej męski. A dla mężczyzny to nader ważne, żeby w naszych oczach jego członek był męski. Ja lubię: tygrys. To piękny zwierz. Nie można go oswoić. Robi, co chce. Jak jest głodny, to głodny, i już. Ciekawe, ile kobiet kocha penisa swojego mężczyzny, jak go nazywa, czy utożsamia go z nim, czy oddziela?

Zapytajmy czytelniczki, może do nas napiszą. Byłoby cudnie! Prosimy… Stosunek kobiety do penisa wpływa na jakość związku. Bo tak jak kobieta potrzebuje zachwytu mężczyzny nad swoją waginą, tak mężczyzna potrzebuje zachwytu kobiety nad swoim penisem. On jest jego integralną częścią, i to do zadań specjalnych.

Zajmując się nim, kobieta zajmuje się mężczyzną, bo on często utożsamia się ze swoim penisem. Kobiety z waginą utożsamiają się niestety rzadziej, częściej z piersiami czy z brzuchem. Mężczyzna odczuwa seks przede wszystkim genitalnie, jeśli więc kobieta kocha jego członek, traktuje jako coś, co do niej pasuje, a seks jako zespolenie – to mężczyzna czuje się kochany.

Ale to chyba nie znaczy, że jest tylko jeden sposób na okazywanie mężczyźnie miłości? Masz na myśli tzw. robienie laski? Nie stworzyliśmy jeszcze innych, fajnych określeń na opisanie czynności, o której można powiedzieć: kochanie jego członka, a nawet kochanie jego samego. Kobietom jest trudno o równowagę między wstydem i bezwstydem. Pytają: „Co to znaczy, że mam go kusić? Czy zakładać ciuchy erotyczne?”.

Dla jednego mężczyzny tak, dla innego nie. Ale tak naprawdę kusić to znaczy samej mieć ochotę. Jeśli ona jest w kontakcie ze swoją seksualnością, nie musi przybierać wyzywających póz. Przeżyli razem superseks w lesie? Wystarczy, że następnym razem powie: „mam ochotę na spacer do lasu”. Mężczyzna potrzebuje poczuć się przez kobietę przyjęty. Dla niego to jedna z najważniejszych rzeczy w życiu – być w kobiecie, w tym bezpiecznym i ekscytującym miejscu.

 
Czyli znów mówimy o seksie. Na terapii par mężowie często pytają żony: „Dlaczego mnie odpychasz? Czemu mówisz, że mężczyźni chcą tylko tego?”. Staram się wtedy pokazać kobietom, ile tracą, odrzucając męskie pożądanie. W nim jest wiele uczuć, których mężczyźni inaczej nie umieją okazać. Kobiety słuchają mnie, a potem mówią: „to co, ja mam się zmuszać?”. Nie, pogadaj z przyjaciółką, z psychoterapeutką, dlaczego nie chcesz seksu. Kobieta, która czuje się obrażona męską seksualnością, zwykle jest zagubiona w swojej kobiecości. Nie akceptując jej, nie czuje się istotą seksualną. Może dlatego, że jej matka uznawała seks za coś brudnego. Nie sypiała z jej ojcem, a kiedy w filmie były „sceny”, zasłaniała córce oczy? Jeśli tak, to trzeba o tym otwarcie powiedzieć mężowi. Wtedy można przez jakiś czas tylko pieścić się, bez seksu. Nauczyć się też sprawiać sobie inne przyjemności. On zabierze ją do kina, ona pójdzie z nim na mecz, on jej coś pysznego ugotuje, ona pomasuje mu stopy.

Właśnie, my nie wiemy, co sprawia przyjemność naszym mężczyznom. Ja dopiero po 14 latach małżeństwa dowiedziałam się, że mój mąż interesuje się boksem. Tego wieczoru, kiedy Gołota miał się bić z Adamkiem, byliśmy zaproszeni na przyjęcie. „Ja nie pójdę” – powiedział mój partner. „Ale tam wszyscy będą oglądać walkę” – stwierdziłam. „Skoro tak, to idę”. Szanujmy upodobania swoje i partnera, dajmy sobie i jemu prawo do przyjemności. Jeśli chce grać w piłkę, niech gra. Oczywiście nie kosztem bycia mężem czy ojcem. Ale gdy pozwolimy mu być sobą, zaakceptujemy to, że on nie ogląda naszych seriali, i nie będziemy śmiać się z jego zainteresowań samochodami, poczuje się kochany. To, co nas różni, będzie nas do siebie przyciągać.

Zapytałam znajomego 38-latka, kiedy czuje się kochany. Odpowiedział, że dla niego najważniejsza jest czułość, to, że ona całuje go na dzień dobry, przytula. 20-latek, który ma wzwód jak skała i jedyne, o czym marzy, to seks, może nie zdawać sobie sprawy, że jego pragnienie fizycznej bliskości z kobietą to także pragnienie czułości. Ale im mężczyzna starszy, tym lepiej o tym wie. Niestety i tu pojawiają się problemy. Kobieta chce być przytulana, ale wścieka się, że on to robi tylko, kiedy idą do łóżka. Złości się, że gdy sama go przytula, on odbiera to jako zaproszenie do seksu. Ja postawiłabym ważne pytanie: ile twój mężczyzna ma w waszym związku czułości? Jeżeli mało, przytulanie wywoła w nim łańcuch emocji i reakcji, na końcu których jest wzwód. Jeśli wiele, częściej będzie bezinteresownie czuły. Seks nie jest już wtedy jedyną drogą do bliskości.

Przyjaciel mówi, że chce od kobiety tylko tyle, żeby była i akceptowała go. Ale właśnie to okazuje się nieosiągalne. Moja kuzynka wyrzeka, że jej mąż wciąż coś robi w domu, nawet schody sam zrobił. Ja jej na to, że takiego mężczyznę ozłociłabym. Donosiłabym mu jedzenie i mówiła: „cudnie to robisz, kochany”. W międzyczasie zaciągnęłabym go do łóżka, wychwaliła i wycałowała. Ale jeśli ktoś potrzebuje pretekstu, by mieć pretensje, to go znajdzie. Nasze matki miały o wszystko pretensje, więc i my mamy. Jeśli w dzieciństwie nie dostałyśmy bezwarunkowej miłości i nadal jej pragniemy, wciąż rozliczamy za to partnera. Mówię swoim klientkom: mamy złe nawyki, ale mamy też rozum. Używajmy go więc nie tylko w pracy, lecz także i w domu. Ale tu zamieniamy się w dzidzie, które marzą, by mężczyzna odgadywał i spełniał ich oczekiwania, lub ksantypy.

Na wakacjach widziałam, jak młoda kobieta przyniosła swojemu mężczyźnie słoik z robakami. Nakopała ich, żeby miał jak wędkować. Jakoś mnie to zasmuciło. Bo czy ona lubi szukać w ziemi robaków? Ja nie lubię. Każdy musi mieć swój świat, inaczej stajemy się dla partnera nudni. Ale są kobiety, które zaprzedają mężczyźnie duszę. Mówią: „wszystko mu dałam i dlaczego on mnie nie kocha?”. Na co panowie odpowiadają: „Ale ja nic od ciebie nie chciałem. Tylko żebyś była ze mną szczęśliwa”.

Bo oni chcą od kobiet właśnie tego, żeby były z nimi szczęśliwe. To cała tajemnica. Nie można być dla partnera mamuśką, bo przestanie nas pożądać. Żadnych takich: „najedz się, ubierz ciepło, usiądź sobie wygodnie”. To ty masz usiąść wygodnie, a on niech postoi. Jeśli kobieta wciąż daje, a nie umie brać, mężczyzna przestaje czuć się ważny. Nie może uszczęśliwić swojej kobiety, nie może poczuć się przy niej prawdziwym mężczyzną.

Jak okazywać miłość komuś, kto nam jej nie okazuje? Jeśli chcesz nauczyć go, by okazywał więcej uczuć, sama to rób. Tak jak lubisz. Bo mężczyźni bardziej się wstydzą niż my. Potrafią dużo, kiedy zaleją ich hormony. Ale potem, gdy ona już jest jego, i wciąż narzeka, czują się bezradni. Są nauczeni, że mają coś robić. No to on fuknie: „co ty taka chodzisz zła?!”, i wydaje mu się, że już coś zrobił, powiedział, że widzi coś niedobrego.

Ona – obrażona – nie odpowie mu, bo uważa, że powinien się domyślić: „kiedyś zabierał mnie na romantyczne spacery, to i teraz powinien”. Ale on nie będzie tego robił sam z siebie. On już sobie ciebie wychodził. To nie znaczy, że masz ze spacerów zrezygnować. W miły i otwarty sposób powiedz mu, że ci na nich zależy. Uciesz się, gdy na ten spacer pójdziecie. Całuj go, przytulaj, głaszcz i chwal. Ale nie udawaj. Kobieta daje mężczyźnie poczucie ugruntowania w ziemi, w świecie. I to jest prawda, że oni wszystko robią dla nas. Tylko my tego nie umiemy odczytać.

A gdybyśmy umiały, to czego mężczyzna oczekuje od kobiety? Miłości, domu? Chce być kochany, ważny i niezbędny. Kiedyś był ważny z samego faktu bycia mężczyzną. Teraz złości się, że kobieta staje się ważniejsza niż on. A tak nie może być. Obie płcie muszą być równie ważne. Moja wersja jest taka: ty masz tron wyższy, a ja szerszy. Ty jesteś chudy i wysoki, a ja niska i gruba. Takie trony są na naszą miarę. Kiedy sobie to uzmysłowiłam, przestałam walczyć z nim o władzę i zaczęłam go naprawdę kochać.

Weszłam kiedyś do sali, w której było pełno gości, a ponieważ mój mężczyzna przyszedł pierwszy, rozejrzałam się za nim. I nagle, tak jakby ktoś włączył reflektor, zobaczyłam go, tam gdzie stał, było jaśniej. Poczułam: to tego właśnie człowieka kocham. Po co mi pretensje, że kładzie na stole kluczyki od samochodu? Czy to takie istotne? On jest ważny. Jest mój. Mój osobisty.

  1. Seks

Numerologia związku - jaką tworzycie wibrację?

Pełna numerologia opiera się na bardzo dokładnych wyliczeniach. Bierze się np. pod uwagę cyfry, które wchodzą w skład tej jednej, partnerskiej. Nieco inny będzie więc związek o wibracji 8, gdy utworzy go piątka z trójką, a inny gdy utworzą go np. dwie czwórki. Jednak główne cechy i założenia będą się pokrywać (fot. iStock)
Pełna numerologia opiera się na bardzo dokładnych wyliczeniach. Bierze się np. pod uwagę cyfry, które wchodzą w skład tej jednej, partnerskiej. Nieco inny będzie więc związek o wibracji 8, gdy utworzy go piątka z trójką, a inny gdy utworzą go np. dwie czwórki. Jednak główne cechy i założenia będą się pokrywać (fot. iStock)
Jeżeli zsumujemy liczby urodzeniowe obojga partnerów, na końcu równania otrzymamy jedną cyfrę – według numerologii niesie ona wiele informacji o danym związku: jakie przyświecają mu wartości, jakie są wspólne cele, jakie zagrożenia. Co mówi o waszej relacji ta wspólna cyfra?

Numerologia nie wierzy w przypadki. Według niej wszystko można opisać matematycznie, a wyliczenia, które uzyskamy z naszych dat urodzenia, imion czy nazwisk – wiele o nas mówią. Można przyjąć te numerologiczne opisy jako pewne wskazówki na życie, a można podejść do tej dziedziny z przymrużeniem oka i potraktować jak rozrywkę. Warto się jednak przekonać samemu.

Wspólna cyfra

Według numerologii cyfra związku niesie wiele informacji o waszej relacji: jakie przyświecają jej wartości, jakie są wspólne cele, jakie zagrożenia... Chcąc ją ustalić, najpierw oblicz swoją numerologiczną cyfrę z daty urodzenia. Dodaj do siebie wszystkie cyfry daty urodzin, sprowadzając je do cyfry pierwszej, np. z daty 05.09.1973 obliczamy: 5+9+1+9+7+3 = 34 = 7. Tak samo wyliczasz cyfrę partnera, a następnie dodajesz te dwie cyfry do siebie i otrzymujesz cyfrę waszego związku.

Związek w numerologicznej wibracji 1

Jeśli dodane do siebie wibracje urodzeniowe partnerów dadzą 1, powstanie związek dwojga niezależnych istot. Dla każdego z partnerów ważna będzie pozycja, którą sobie wypracuje, jednak z reguły jedna ze stron będzie dominować.

Związek w numerologicznej wibracji 2

Partnerzy, których wspólna wibracja numerologiczna wynosi 2, stworzą związek, w którym ważne zawsze będą dzieci, dom, rodzina, praca. Czyli stabilizacja i bezpieczeństwo. Nic dziwnego – archetyp „dwójki”, czyli tarotowa Arcykapłanka, to przecież bogini domowego ogniska. Energia żeńska, która zawsze szuka kogoś do pary. Dlatego ludzie tworzący taki związek są dla siebie wzajemnie ważni.

Związek w numerologicznej wibracji 3

To może być naprawdę bardzo fajny związek, kreatywny i płodny pod każdym względem. Ludzie go tworzący mają szansę na szczęśliwy dom pełen dzieci i obfitość finansową. W negatywie „trójka” może przynieść w tych sferach życia poważne braki. W wibrację trzy wpisana jest dobra komunikacja, inspiracja, twórczość, pasja, radość.

Związek w numerologicznej wibracji 4

Związek stabilny, formalny, trwały, oparty na tradycji. Bezpieczny. Ludzie, których urodzeniowe wibracje po dodaniu dają cztery, tworzą relacje odpowiedzialne. Romanse i flirty na boku w grę nie wchodzą, prędzej obrączki, małżeńskie akty i wspólne bankowe konta.

Związek w numerologicznej wibracji 5

Numerologia mówi, że jeśli dodane do siebie liczby urodzeniowe partnerów dadzą 5, nie będzie im się razem nudzić. Przyjdzie im się otworzyć na nieprzewidywalność, przygodę, na przypływy i odpływy.

Związek w numerologicznej wibracji 6

Dobrze żyć w związku, któremu patronuje tarotowa karta Kochanków. Na pierwszy plan wysuwa się dzielenie się uczuciami, relacyjność, rodzina. I z tego trzeba zdać egzamin. Kochankowie to przecież dobry symbol relacji. On, ona i miłość.

Związek w numerologicznej wibracji 7

Gdy się spotkają, on i ona, a liczba ich związku wynosi 7, może im się wydawać, że są bratnimi duszami. Relacja ta bowiem nacechowana jest atmosferą niezwykłości, ale często niesie ze sobą poważną życiową lekcję do przeżycia.

Związek w numerologicznej wibracji 8

Kiedy spotykają się ludzie, których wspólna numerologiczna wibracja to 8, zmierzą się z biegunowością dominacji i uległości, z siłą materii oraz namiętności.

Związek w numerologicznej wibracji 9

Para, której przyszło żyć w numerologicznej wibracji 9, zmierzy się z poważnymi wyzwaniami. Pojawić się może silna tendencja do odgradzania się od siebie murem milczenia i obojętności. Rozwiązaniem jest połączenie swoich sił dla pracy dla świata.