1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Na miłość nigdy nie jest za późno. Związek po rozwodzie

Na miłość nigdy nie jest za późno. Związek po rozwodzie

Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Warunkiem przetrwania dojrzałych związków jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. (Fot. iStock)
Po przejściach, doświadczeni, czasem zgorzkniali. Myśleli, że porywy serca dawno już za nimi. Przygotowywali się do życia w samotności. Dziś mówią: „Na miłość nigdy nie jest za późno”.

Rozwodzimy się coraz częściej. Smutne? Niekoniecznie. Bo prawie wszyscy rozwodnicy wchodzą w nowe związki. Część już rok po rozstaniu zawiera drugie małżeństwo. Połowa wszystkich rozwodników decydujących się na zalegalizowanie nowego związku robi to do trzech lat po rozwodzie.

Pięć minut przed miłością

– Liczba związków zawiązywanych w drugiej połowie życia rośnie i będzie rosnąć - mówi Katarzyna Popiołek, psycholożka społeczna z SWPS. - Osoby, które wchodzą w takie relacje, to najczęściej dwa typy. Pierwsi to ci, którzy rozstali się z pierwszymi partnerami. Drudzy – których też jest coraz więcej – to ludzie, którzy do pewnego momentu stawiają na karierę. Dopiero z upływem czasu doceniają wartość stabilnej relacji.

Anna: – Miałam 42 lata, za sobą wiele związków i jedno (studenckie) małżeństwo. Przeczytałam mnóstwo mądrych psychologicznych książek, byłam na wielu warsztatach. Dzięki temu dużo zrozumiałam. Między innymi to, że w niektóre relacje wchodziłam niepotrzebnie, bo chciałam mieć dziecko. Przed poznaniem Jego pierwszy raz pomyślałam: „Nic na siłę. Nie muszę być matką. Mam fajną pracę, przyjaciół, pieniądze. Moje życie jest pełne. Czuję ulgę, odpuszczam”.

Ewa: – Pamiętam taką scenę pięć lat temu. Wracam z pracy z siatami wypchanymi zakupami. Na kanapie leży mąż. Ogląda wiadomości. Nawet nie wstaje, żeby mi pomóc. Nie, nie jesteśmy złym małżeństwem. Jesteśmy poprawni. Seks uprawiamy dwa razy w tygodniu. Mamy córkę w liceum i tych samych przyjaciół od lat. Sporo jem, mało marzę. Na terapii mówię: „Tak będzie zawsze, chyba się z tym pogodziłam”. I pamiętam scenę cztery lata temu. Jestem już sama, mąż odszedł do kochanki (nie wiedziałam, że od pięciu lat prowadził podwójne życie). Mało jem, dużo piję. Na terapii mówię: „Nigdy już nikomu nie zaufam”.

Adam: – Większość życia spędziłem sam. W sumie mi to pasowało. Związki miałem przelotne. Poważniejsze dwa. Na studiach i cztery lata temu. To moje partnerki odchodziły. Zdawałem sobie sprawę, że w jakimś sensie jestem za to odpowiedzialny. Nie chciałem się zmieniać dla drugiej osoby, nie uważałem, że koniecznie muszę z kimś być. Kiedy czułem, że ranię tym kobietę – emocjonalnie stygłem. Wolałem się odsunąć. Jednak rozpad ostatniego związku bardzo mnie zabolał, zdezorganizował moje życie. „Nie chcę więcej się tak czuć” – postanowiłem. Więc na krótko przed poznaniem Jej stan był mniej więcej taki: jestem 43-letnim singlem. Przygotowuję się do spędzenia reszty życia w samotności.

Paweł: – Śmiałem się często: „Czego może chcieć od życia taki gość jak ja?”. Po rozwodzie, z dwiema córkami, miałem kochankę. Ona marzyła o ślubie i dzieciach. Ale ja nie chciałem wspólnego życia, garów i kobiecych pretensji. Nie chciałem więcej dzieci. Poświęciłem się pracy.

Poznanie

– W młodzieńczym okresie życia rządzi nami biologia. Ona często przyciąga osoby bardzo się różniące, które – z czasem – muszą się do siebie dopasować. To nie jest łatwe - twierdzi Katarzyna Popiołek. - Dodatkowa trudność: młodzi ludzie, dojrzewając, zmieniają się, przeformułowują swoje preferencje i dotychczas uznawane wartości. Zglobalizowany świat odrzuca wszystko, co odbiega od idealnej normy, więc i my mamy duże wymagania. Jeśli znajdujemy kogoś lepszego pod jakimś względem, a taki zawsze przecież istnieje, odchodzimy do niego. Kiedy w niedojrzałym związku pojawiają się problemy, zamiast naprawy tego, co się zepsuło, następuje wymiana partnera na nowy model. Gdy wchodzimy w związki w późniejszym wieku, lepiej znamy siebie i trafniej też możemy rozpoznać, z kim się wiążemy, bo nasi przyszli partnerzy także są wyraźniej określeni. Wybieramy najczęściej w grupie osób podobnych do nas. Stawiamy na odpowiedniość stylu życia, upodobań. Rzadziej się oszukujemy, bo już nam się nie chce. Patrzymy przede wszystkim na to, jaką ten ktoś ma wartość dla nas, a nie które miejsce zajmuje w społecznym rankingu.

Anna: – Zaczęliśmy się spotykać na firmowych korytarzach. Sprawiał wrażenie ciepłego i nieśmiałego. Przystojny, inteligentny, szarmancki. Podobał się kobietom, byłam pewna, że ktoś taki nie może być samotny. Dużo rozmawialiśmy, ale głównie na tematy zawodowe. Przełom nastąpił, kiedy podczas wyjazdu integracyjnego zobaczył mnie wyjadającą z puszki gulasz angielski. „Chcesz trochę?” – spytałam po prostu. Potem wyznał: „Pomyślałem, że kobieta, która wcina mięso z puszki, nie może być sztywna i niedostępna”. Po powrocie potrafił trzy razy dziennie przyjść do mnie pod jakimś pretekstem. A to chciał czyjś telefon, a to podpytać o moje projekty. Z czasem zaczął mi opowiadać o swojej rodzinie. Nic za tym jednak nie szło. Nie proponował spotkania poza pracą, choć między wierszami wyznał, że z nikim nie jest związany. Kiedyś mi się przyśnił. To był mocny sen. Jakiś koszmar, dokładnie nie pamiętam. I on w tym śnie mnie uratował. Rano wstałam kompletnie wytrącona z równowagi, rozmiękczona. Jestem realistką, zwykle takie rzeczy nie mają na mnie wpływu, ale cały dzień o nim myślałam. Następnego dnia zadzwonił: „Musimy pogadać”. Pogadaliśmy, ale nie o nas. Tyle że od tej pory i tak patrzyłam już na niego inaczej.

Ewa: – Było lato, siedziałam w poczekalni u dentysty, przeglądałam gazetę. Miałam nieułożone włosy, kiepski makijaż, brzydką sukienkę. Wszedł On. Zadbany, w garniturze, bardzo przystojny. „Cholera, dlaczego nie ubrałam się inaczej” – przeklęłam w duchu. Zauważył chyba moje spojrzenie. Zagadał. „Ciekawa gazeta?” „Niezwykle” – zaśmiałam się. Gdy wychodziłam z gabinetu, zapytał, czy dam mu swój telefon. Zadzwonił dopiero pięć dni później, wchodziłam akurat do windy, ledwo słyszałam: „Nie zapisałem jednej cyfry. Przez pięć dni próbuje dociec, jakiej. Obdzwoniłem ponad 40 osób”. Jeszcze tego samego dnia piliśmy herbatę w kawiarni pod moim domem. Opowiedzieliśmy sobie całe życie. Też był po rozwodzie. Miał dzieci. W weekend wyjechaliśmy razem w Bieszczady.

Adam: – Od razu zwróciłem uwagę na jej oczy. I uśmiech, bo kiedy się uśmiecha, śmieje się całymi oczami. Była wysoka, zgrabna, nie mogłem przestać na nią patrzeć. Zrobiło na mnie wrażenie jej mieszkanie, do którego trafiłem kiedyś ze znajomymi. Jestem architektem, wnętrza są dla mnie ważne. „To dom osoby silnej i zdecydowanej” – pomyślałem. Żadnych kobiecych pierdółek, śladu taniego romantyzmu, którego nie lubię. Potem zorganizowałem imprezę specjalnie po to, żeby ją do siebie zaprosić. Poszliśmy na balkon zapalić, przytuliłem ją. I tak zostało.

Paweł: – Mój przyjaciel zadał mi niedawno pytanie: „Stary, ale dlaczego ona?!”. Nie potrafię odpowiedzieć. Miałem wiele piękniejszych, zgrabniejszych kochanek. Gdy ją zobaczyłem, w ogóle nie myślałem o wyglądzie. Ona miała ciepłe oczy. Fajnie odgarniała włosy z czoła i bardzo mi się spodobała jej sukienka. W pracy otaczają mnie sztuczne, profesjonalne kobiety. W niej było coś prawdziwego. Na pierwszym spotkaniu powiedziała mi, że rzuciła pracę w korporacji i zakłada własną działalność, bo skończyła 40 lat i już najwyższy czas, żeby zacząć być wolnym człowiekiem. Zawsze imponowali mi odważni ludzie. Żona taka nie była.

Wnioski z dawnego życia (po poznaniu nowych miłości)

Anna: – Kochałam awantury i życie na krawędzi. Byłam wymagająca, nietolerancyjna. Bałam się stabilizacji, bo tylko emocjonalny chaos znałam z domu. Partnerów musiałam zdobywać. Gdy już osiągnęłam swoje, nudziłam się. I albo odchodziłam sama, albo prowokowałam, by partner mnie zostawił. A wtedy cierpiałam. Ten stan kojarzyłam z miłością.

Ewa: – Jestem pewna, że w jakimś sensie przyczyniłam się do tego, że mąż mnie zdradził. Nie chciało mi się. Byłam zajęta dziećmi, potem przyjaciółkami. Pochodzę z rodziny, gdzie normalne jest to, że kobieta usługuje mężczyźnie. Więc ja też usługiwałam, a potem robiłam awantury. Albo płakałam i zamykałam się w sobie.

Adam: – Często się bałem, że dziewczyna mnie porzuci. Znajdowałem kobiety trochę w typie borderline. Wieczna huśtawka. Jedna z nich, kiedy się ze mną kłóciła, po prostu przestawała jeść. „To przez ciebie” – mówiła. Wiesz, jak się czuje mężczyzna, który słyszy coś takiego? Jak morderca.

Paweł: – Byłem egoistą: „Ja, ja, ja”. Moje sprawy, moje priorytety. Uważałem, że tylko życie na ful ma sens.

Związek

- Młodzi żyją iluzjami, romantyczna miłość nakłada im różowe okulary, dlatego ich związki nie wytrzymują często zderzenia z twardą rzeczywistością. Poza tym pojawienie się dzieci, walka o pracę generują konflikty. Dojrzali ludzie są już od tego wolni. Mają – zwykle – ustabilizowaną pozycję i realistyczne wymagania, nie oczekują, że ktoś ich będzie stale bezwarunkowo uwielbiał. Nie wierzą w ekstatyczne szczęście, które nie przestaje trwać. Mają już za sobą trening społeczny. Są mniej roszczeniowi. Wiedzą, że wszystkie relacje wymagają kompromisu - mówi Katarzyna Popiołek.

Anna: – Po miesiącu związku zorientowaliśmy się, że w zasadzie mieszkamy razem. Po pracy wracaliśmy do mnie, bo było bliżej od naszej pracowni, on u siebie praktycznie nie bywał. Po pół roku zdecydowaliśmy – moje małe mieszkanie w centrum wynajmujemy, a ja przenoszę się do jego pięknego dużego domu pod lasem. I to chyba jedyny minus, bo nie znoszę tej okolicy, długich dojazdów do pracy, brak mi gwaru miasta. Ale pierwszy raz w życiu pomyślałam, że uczucie to też pójście komuś na rękę. Kompromis. I odpuszczanie. Kiedyś miałam wszystko wysprzątane. W środku nocy potrafiłam szorować wannę. Przy nim nauczyłam się, że nic się takiego nie dzieje, kiedy nie jest sterylnie. Sprzątamy raz w tygodniu, proszę bardzo. Porozrzuca ciuchy? Niech leżą. Nie robię o to awantur. Szkoda mi życia. Nagle okazało się, że drobiazgi nie muszą być problemem. Jednak czasem wybucham. On, kiedy go zdenerwuję, zamyka się w sobie. Ale na szczęście o wszystkim rozmawiamy. On mnie uspokaja, wycisza, daje poczucie bezpieczeństwa. Wszystko robimy razem, ciągle się przytulamy, trzymamy za ręce. Nie mamy siebie dość, tak jakbyśmy nadrabiali stracone lata, gdy nie byliśmy razem.

Ewa: – Po miesiącu mi się oświadczył. „Zwariowałeś” – powiedziałam. Bałam się. Ale on po roku znów spytał: „Wyjdziesz za mnie?”. Jak nastolatka napisałam przyjaciółce: „Hurra, jednak znów zostanę żoną”. Nie mieliśmy problemów z dziećmi, nie było dystansu. Oboje byliśmy dawno po rozwodzie – to zniwelowało ewentualne konflikty. Nasze córki się polubiły. Dziś razem mieszkają. Przed oczami stają mi takie obrazki: nasze pierwsze święta. Jest śmiech i radość. Nie pamiętam, kiedy śmiałam się z eksmężem. Kiedyś wszystko dusiłam w sobie, teraz otwarcie mówię: „Nie podoba mi się to i to”. A on nie ma żadnego focha – mój były nie odzywałby się przez dzień albo dwa. Pierwszy raz w życiu widzę, że to mit, że mężczyźni nie rozmawiają o uczuciach. „A co czujesz, czego chcesz, masz ochotę wyjść do moich znajomych, nie masz?” – pyta mnie wciąż. Nakręcamy się pracą – dla niego też to jest ważne. Teraz dopiero widzę, ile znaczą wspólne wartości. Były o 17.00 wyłączał służbowy telefon i miał wszystko w nosie. Z drugiej strony – nie umiał z tej wolności korzystać, zanurzał się w kanapie. Teraz podróżuję, w weekendy organizujemy kolacje dla mnóstwa znajomych. Nie ma podziału: „to moje”, „to twoje”. Dzielimy się rachunkami. On na początku się tego bał, ale przegadywaliśmy to milion razy. „Albo jesteśmy razem ze wszystkim, albo nie jesteśmy” – powiedziałam. Uważałam, że wiek nie ma nic do rzeczy, bo miłość to miłość.

Adam: – Przed chwilą zadzwoniła. Była zła, bo jej powiedziałem, że się zagadaliśmy i się spóźnię, a za chwilę ma przyjść do domu hydraulik. Kiedyś bym się bał, że ją stracę, bo zawodzę. Ale emocje miną, wiem. Teraz bycie razem kojarzę z radością, a nie z lękiem. Nie boję się, że ona odejdzie. Miłość jest zaprzeczeniem lęku. Doceniam zwyczajność. Moment, gdy dzwoni jej budzik, a ja wstawiam wodę na kawę. Potem przynoszę jej tę kawę do łóżka, rozmawiamy. Lubię nasze dyskusje o literaturze, o filmie, bieżących wydarzeniach. I lubię jej siłę, jestem dumny, że jest taka inteligentna i bystra. Jesteśmy partnerami. Męczył mnie podziw młodszej dziewczyny, z którą się kiedyś spotykałem: „Bo ty tak wszystko wiesz”, mówiła. Nie nadaję się na Pigmaliona.

Paweł: – Jest piątek po południu, jadę po kwiaty. Jutro wyjeżdżamy do domu na Mazurach. Czasem myślę, że mamy wszystko. Odchowane dzieci, pieniądze i szczęśliwą miłość. Córkom powtarzam: „Nigdy nie jest na nic za późno”. Ale nie myśl, że jest idealnie. Nie jest. Tyle że dojrzali ludzie chyba już nie wierzą, że coś może być idealne. Widzą swoje błędy, chcą się zmieniać. I są tolerancyjni wobec tej drugiej osoby. Mam na przykład obsesję na punkcie porządku, to się nie zmieniło. Wracam do domu, kuchnia wygląda, jakby przeszło przez nią tornado. „Ugotowałaś kolację? Pycha. To ja potem pozmywam” – mówię. Nie chcę sprawiać jej przykrości. To jest ważniejsze niż jakiś tam porządek.

Plany

Anna: – Wspólna starość. Takie zwykłe bycie razem. Wkrótce ślub. Wierzę, że nam się uda.

Ewa: – Ja już nie mam planów. Bliska mi jest praktyka mindfulness. Jest tu i teraz. I o to „tu i teraz” dbam.

Adam: – Myślę o dziecku, czasem. I myślę, że ono się pojawi. Nie musi być „nasze” biologicznie. Możemy przecież zaangażować się w wolontariat. Pomóc komuś. To jeszcze przed nami.

Paweł: – Po raz pierwszy myślę, że chciałbym mieć jeszcze syna. Albo jeszcze jedną córkę. Mamy oboje po 43 lata – dlaczego nie mielibyśmy spróbować?

Dojrzali ludzie są bardziej pogodzeni ze sobą, z tym, jacy są, jak wyglądają. Nie uważają, że wszystko im się należy, potrafią lepiej docenić starania partnera. Dojrzałe związki mają więc dużo większe szanse na przetrwanie. Ale warunkiem jest samoświadomość obojga partnerów, czyli wyciągnięcie wniosków z poprzednich doświadczeń. U osób despotycznych, narcystycznych, które chcą być uwielbiane, a jednocześnie nie potrafią kochać, z wiekiem pewne cechy – uniemożliwiające szczęśliwy i trwały związek – się pogłębiają. W efekcie dzieje się tak, że z nowym partnerem mają te same, stare problemy.

PS Anna i Adam są parą od 2011 roku. Ewa i Paweł – małżeństwem od trzech lat.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jakie cechy, według nas, są najważniejsze w związku?

Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Nie tylko poczucie humoru! W głębszej relacji liczą się także inne cechy... (fot. iStock)
Kiedy przeglądam czasami profile na portalach randkowych, aby zorientować się w waszych oczekiwaniach, stwierdzam, że bardzo często jako pożądaną i ważną cechę u partnera wymieniacie poczucie humoru. To oczywiste. Poczucie humoru to umiejętność zażartowania z niezręcznej sytuacji, sympatyczny uśmiech, rozładowujący napięcie z powodu gafy lub nieoczekiwanej ciszy, dystans do własnej osoby...

Czas spędzany z osobą traktującą życie aż nazbyt serio, pozbawioną owej lekkości bytu, która pozwala obrócić wszystko w żart, to dla odmiany randkowy koszmar numer jeden. Jednak okazuje się, że gdy myślimy o poważnym związku, samo pogodne usposobienie nie wystarczy.

Poczucie humoru w nadmiarze

- Kiedy poznałam Jacka – opowiada Mirella, 34-letnia specjalistka HR – byłam nim zauroczona. Poznaliśmy się przez internet. Na pierwszą randkę poszłam z wieloma obawami, ale Jacek okazał się wesołym kompanem, bezproblemowym i miłym facetem. W dodatku całkiem przystojnym. Pierwsze lody szybko stopniały, bo żartował i sprawił, że świetnie się bawiłam. Akurat zbliżały się wakacje, dni stały się coraz dłuższe i cieplejsze, więc większość wieczorów spędzaliśmy wspólnie i pamiętam, że nie raz śmiałam się do łez. Kiedy zapoznałam go ze znajomymi, zrobił na nich bardzo dobre wrażenie. Pomyślałam, że z kimś takim życie jest lepsze, bo pełne pozytywnych emocji. Po kilku miesiącach zamieszkaliśmy razem i niestety, już nie jestem taka pewna, że chcę z nim być. Czy się zmienił? Nie! Jest taki, jaki był wcześniej. Przylepia zabawne liściki na lodówce, kiedy się mijamy. Nadal mnie rozśmiesza i ma zawsze dowcipny komentarz do sytuacji, które dla kogoś innego byłyby irytujące.

O co więc chodzi? O to, że poza poczuciem humoru, nie ma w nim tego wszystkiego, czego potrzebuję. Kiedy chcę porozmawiać o naszej przyszłości, Jacek mówi coś zabawnego. Kiedy potrzebuję się wyżalić, robi śmieszną minę i tym podobne. Mam wrażenie, że to jego sposób na życie. Podchodzi do życia lekko, a ja czasem potrzebuję zmienić klimat i poczuć, że jesteśmy razem na serio – kończy Mirella.

Jakie cechy są ważne w partnerstwie?

Myślę, że poczucie humoru to znakomity kapitał na pierwszą randkę, początek związku, a także na jego kontynuację. Jednak we wspólnym życiu cenimy te cechy partnera, które pozwalają nam czuć się bezpiecznie, być sobą i mieć poczucie, że jesteśmy wysłuchani i zrozumiani.

Oto cechy, które przeważają w rozmaitych sondach na temat relacji. Ja starałam się na ten temat bardzo często rozmawiać z osobami, z którymi pracuję nad jakością związków.

Odpowiedzialność – ponieważ dzięki niej ciężar najróżniejszych życiowych obowiązków rozkłada się symetrycznie. Nie ma nic gorszego niż poczucie, że na nas spoczywa cały ciężar wspólnej egzystencji.

Opiekuńczość – miło jest wiedzieć, że jest ktoś, kto choć nie jest naszym rodzicem, chce się nami opiekować i myśli o nas.

Pracowitość – życie większości z nas wypełnione jest obowiązkami. Dbałość o wspólny dom, ogród, samochód, do tego praca zawodowa… Ta codzienność nie jest niczym uciążliwym, jeśli dbamy o nią wspólnie. Jednak partner, który zrzuca na nas prace, których nie chce mu się samemu wykonać, to niezbyt pociągająca perspektywa.

Wyrażanie uczucia – nie musi mówić „kocham" siedem razy dziennie. Szczerość uczucia objawia się wzięciem za rękę na spacerze, spojrzeniem, przytuleniem, czułym przezwiskiem… Jest też mnóstwo innych możliwości. Partner, który nie mówi i nie wyraża swojej miłości (choć niewykluczone, że kocha głęboko) pozbawia nas wielkiej, emocjonalnej przyjemności.

Zaradność życiowa – nie chodzi o nic szczególnego… ot, wyszukanie dobrej i niedrogiej oferty wakacyjnej nad morzem, aktywność w sytuacji, gdy trzeba zmienić koło w samochodzie, zrobić mały remont, zasilić rodzinny budżet. Parter, który nie załamuje rąk, tylko działa, ma dobre notowania.

Wrażliwość, empatia – chodzi nie tylko o te cechy w naszej relacji, ale także o stosunek do ludzi, zwierząt, przyrody. Tę cechę także cenimy wysoko u partnerów.

Inteligencja – co ciekawe, nie chodzi tu o wykształcenie, bo ono plasuje się na niższej pozycji, tylko o zdolność pojmowania, mądrego reagowania, właściwego oceniania oraz również o inteligencję emocjonalną.

Otwartość emocjonalna – czyli z kolei dzielenie się z partnerem rozmaitymi uczuciami. Gdy tego nie robimy, zwykle towarzysząca nam osoba czuje się odsunięta i między nami powstaje mur.

Atrakcyjność seksualna – bez tego nasz związek nie byłby przecież pełny. Nie znajduje się na najwyższej pozycji w rankingu, ale jest to bardzo ważny element relacji i warto o niego zadbać.

To cały czas dopiero początek listy. Może dopiszecie do niej cechy partnera, które wy uważacie za najważniejsze?

Joanna Godecka: dyplomowany life coach, trener i praktyk Integracji Oddechem, należy do International Association of Coaching w Maryland.

  1. Psychologia

Kiedy rozstanie, kiedy praca nad sobą? – Poczekaj, zanim uciekniesz od partnera

Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Zamiast odchodzić, spróbuj najpierw odkryć związek na nowo i uleczyć swoje własne rany. (fot. iStock)
Jeśli wierzyłaś, że ten związek będzie inny, ale znów wszystko zaczyna się psuć… Jeśli twój partner cię zdradził, oszukał lub zawiódł… – Nie rozstanie jest ci potrzebne, ale praca nad sobą – mówi terapeutka Eva-Maria Zurhorst, która po latach rozczarowań w związkach dała sobie szansę na szczęście.

Do mało której sprawy przywiązujemy taką wagę, jak do tego, z kim dzielimy życie. Nasz partner powinien spełniać określone kryteria, zarówno w kwestii charakteru, wyglądu, jak i zainteresowań. Kiedy w związku dzieje się źle lub kiedy z kimś się rozstajemy, tłumaczymy to tym, że widocznie nie był to ten właściwy. Tymczasem niemiecka terapeutka Eva-Maria Zurhorst stawia rewolucyjną tezę: „Kochaj siebie, a nieważne, z kim się zwiążesz” (tak brzmi także tytuł jej książki).

To hasło może budzić zdziwienie. No bo jak to „nieważne z kim się zwiążesz”? Przecież to ma być ktoś wyjątkowy! Żadnej przypadkowości, czysta magia! Zgoda, tyle że pewien rodzaj magii działa zawsze: przyciągnęliście się, bo wiele was łączy. Bo w waszym spotkaniu jest ogromny potencjał rozwoju dla obojga. Sęk w tym, że – zamiast dostrzec ten potencjał – skupiasz się na trudnościach, które po jakimś czasie wypływają (a wypływają zawsze) i stwierdzasz: „To nie działa”. Eva-Maria Zurhorst wie o tym jak nikt inny. Zawsze szukała tego jedynego. Wchodziła w relacje i szybko z nich wychodziła. „Moje serce nie znało spokoju. Bardzo chciałam zostać, oddać się bez reszty, ale coś gnało mnie dalej – od jednych uciekałam z obawy, że mnie opuszczą, od innych – że zostanę stłamszona”. A potem nastąpiły w jej życiu kolejno: niespodziewana ciąża, nieplanowany ślub i nieudane próby dopasowania się do drugiego człowieka. Po dwóch latach uznała, że jej małżeństwo jest „mieszczańskim muzeum nudy” i że „właściwie nic nas nie łączy”. Kłócili się, mijali, walczyli, nawiązywali potajemne romanse, a jednak wciąż byli razem – nie wiadomo właściwie, co ich do siebie ciągnęło. Może to uczucie głębokiej wewnętrznej więzi, które pojawia się, gdy dochodzisz do granicy wytrzymałości... Eva-Maria zaczęła podejrzewać, że może w związku chodzi o coś innego niż o tę „właściwą osobę”. Zaczynają się więc z mężem komunikować. Przyglądać się światu drugiej osoby. Jest w tym coraz mniej strachu i oporu. Coraz więcej ciekawości. Fakt, otwierają się rany, wylewają żale. Ale, jak zauważa w książce, „mówiąc o tym, jak bardzo jesteśmy od siebie oddaleni, zbliżamy się”. Wreszcie trafiła na seminarium słynnego terapeuty Chucka Spezzana. Słuchała i płakała. Bo wreszcie zrozumiała, że wszystkie problemy w związku sprowadzają się do miłości własnej. Że każdy problem w relacji to zachęta do zajęcia się własnym wnętrzem, własnym zadawnionym bólem i wypartymi emocjami. Że większość rozwodów jest zbyteczna, a rozstanie nie jest rozwiązaniem, raczej zwłoką w uzdrawianiu. Nierozwiązany problem wróci w innej konfiguracji – z kolejnym partnerem. Zmienił się jej stosunek do pracy terapeutycznej i do męża – zaczęli sprawiać wrażenie świeżo zakochanej pary.

Zajrzyj pod sukienkę

Pamiętasz Bridget Jones, przygotowującą się do pierwszej randki z Danielem Cleverem? W jednej ręce trzyma podniecające koronkowe figi, w drugiej wielkie „majtasy” w cielistym kolorze, opinające brzuch i pośladki. Co za wybór! Powiedzmy, że górę wezmą majtasy: sylwetka uzyska zgrabniejszy kształt, ale kiedy dojdzie do łóżkowej sceny, mężczyzna może się przerazić i zrazić. A zatem figi? Tyle że te nie zakryją wałków tłuszczu, a skoro będą one widoczne to – kto wie – może w ogóle nie dojdzie do zbliżenia? Stosunki intymne są bezlitosne: odkrywają nasze najbardziej wstydliwe tajemnice. Im bardziej pozwalamy się komuś zbliżyć, tym mniej pozostaje miejsca na kontrolę. Im bardziej się otwieramy, tym łatwiej nas dotknąć. Wychodzą urazy, niepewność, bezradność i wszelkie możliwe dziwactwa. Bronimy się, uciekamy. Złościmy i atakujemy. Obrażamy i zamykamy. „Druga osoba tylko zagląda pod sukienkę” – tłumaczy Eva-Maria Zurhorst. – „Wałki tłuszczu już tam są. Dla dobra naszego związku musimy zatem sami sobie uczciwie zajrzeć pod sukienkę i nauczyć się akceptować siebie takimi, jakimi jesteśmy”. Autorka „Kochaj siebie...” pisze o mechanizmie projekcji i o tym, że partner jest naszym lustrem. Ujrzysz w nim swoje niespełnione potrzeby, opory i blokady, a przede wszystkim rozdarcie między tęsknotami a lękami. Jak możesz oczekiwać od niego czegoś, czego nie zamierzasz sobie dać? Wierzyć w to, że zapewni ci dobre samopoczucie, szacunek i zaufanie do siebie, których ci brakuje? „Od tego, kogo spotkasz, zawsze spotykasz tylko siebie” – twierdzi Eva-Maria Zurhorst. „I dlatego – zgodnie z moim doświadczeniem – możesz spokojnie zostać z tym partnerem, z którym jesteś, choć jeden Bóg wie, jak niemiły jest dla ciebie ten stan”. Partnerzy mają tę niezwykłą umiejętność, że szybko i precyzyjnie wdeptują w te miejsca, które bolą nas najbardziej. Dlatego czasem tak szczerze ich nie cierpimy. Odsuwamy się, odpychamy. A przecież nie są przyczyną naszych problemów, tylko wyzwalaczem. „Dzięki partnerowi możemy zidentyfikować (i pożegnać) nasze demony” – przypomina terapeutka. I zapewnia, że jeśli życie jest szkołą, to relacja partnerska elitarnym uniwersytetem. „Tutaj zdajesz najtrudniejsze egzaminy, tu możesz się nauczyć najwięcej, najbardziej urosnąć i najwięcej otrzymać” – mówi. Największa nagroda, a jednocześnie cel i sens relacji? Doprowadzić do równowagi wewnętrznej. Jak? Skupiając się na sobie. Weź głęboki oddech i zanurz się w tym, czego w sobie nie lubisz, czego się boisz, brzydzisz. Czego być może nie chcesz nawet zobaczyć. Zamiast oburzać się na kogoś, kto wydobywa to na powierzchnię, pochyl się nad tym, zbadaj. Uznaj za swoje. „Jest tylko jedna droga do prawdziwego uzdrowienia, autentycznego powodzenia w związku partnerskim” – utrzymuje terapeutka. – „Przyglądajmy się odważnie naszym własnym mrocznym stronom. Nie potrzeba do tego lat psychoterapii ani męczącej autoanalizy. Prawdziwa bliskość z partnerem i szczera wewnętrzna gotowość poznania prawdy wystarczą”.

Mój kochanek, moja tęsknota

Jak często podejmowałaś próbę zmienienia partnera? Mówiłaś: „Albo przestanie to robić (bałaganić, zapominać o ważnych rocznicach, żartować sobie z poważnych spraw), albo z nami koniec”? A zastanowiłaś się kiedyś, co tak naprawdę kryje się pod twoją złością, że znów tak się zachował? Jakie lęki to zachowanie w tobie uruchamia? Jakie tęsknoty? Dlaczego nie możesz na to patrzeć, słuchać tego? Dlaczego to takie straszne i całkiem nie do zaakceptowania? Co kiedyś odrzuciłaś, uznałaś za kłopotliwe i niepotrzebne, a on uparcie ci o tym przypomina? Może chodzi o swobodę bycia, beztroskę, lekkość (a nie o bałaganiarstwo czy brak szacunku)? Cokolwiek to jest, zrób dla tego miejsce, przyjmij z powrotem. Na tym właśnie polega dążenie do pełni. Nie na ćwiczeniu się w doskonałości! Raczej w otwartości na innych. „Bez niej” – uważa Zurhorst – „padamy ofiarami własnych ponadludzkich wymagań wobec siebie. Im mniej dążymy do doskonałości, tym bardziej łagodzimy nasze oceny i osądy innych ludzi”. I wszystkim jest łatwiej.

Zwłaszcza że związek przechodzi różne fazy, a każda przynosi określone szanse i wyzwania. Jest czas pokoju i czas kłótni. Czas namiętności i czas oziębłości. Zbliżenia i oddalenia... Rada Zurhorst na czas głębokiego kryzysu? Pamiętać o prawdziwym potencjale związku, czyli o tym, co było możliwe w fazie zakochania: „Wszystko to, krok po kroku, może pojawić się między ludźmi nawet po dziesiątkach lat, jeśli ruszą w drogę ku uzdrowieniu. U celu będzie miało jednak zupełnie inną głębię i prawdziwość niż na początku wędrówki”.

A zdrada? Co, jeśli i z nią przyjdzie nam się zmierzyć? Cóż, wiedz, że trójkąty łączy jedno: lęk przed bliskością. Jeśli zostałaś zdradzona, prawdopodobnie od początku nie byłaś „zagnieżdżona” w związku, tkwiłaś na jego obrzeżach, nie potrafiłaś zobowiązać się wobec partnera, oddać mu się w pełni. Zdaniem terapeutki zdradzany tak naprawdę zdradza sam siebie, „Nie opowiadając się zdecydowanie za niczym, kto zastyga w wielkich i teoretycznych oczekiwania wobec partnera i związku”. A jeśli to ty nawiązujesz romans, będąc w relacji? Pomyśl o kochanku jak o swojej tęsknocie, jak o niezaspokojonych częściach, fantazjach. Co to jest? Byłabyś w stanie powiedzieć o tym swojemu partnerowi? I jeszcze jedno, zobowiąż się do połączenia serca i seksualności. Może zamykasz się, nie czujesz spełnienia w seksie. „Wystarczy, jeśli odczuwasz tęsknotę za lepszą drogą” – zapewnia Eva-Maria Zurhorst. Jeśli potrafisz pokazać partnerowi swoją prawdę – złość, wrażliwość, opór, zgorzknienie, rozczarowanie... Nie rezygnuj. Podejmij decyzję o tym, że przyjmiesz bezwarunkowo partnera. A przede wszystkim siebie samą. I jak najczęściej patrzcie sobie w oczy. Mówcie o tym, co czujecie, o doznaniach fizycznych. Obserwuj siebie, pozwól oddechowi się pogłębić. Coś wreszcie odpuści, rozpuści się...

Kiedy piszę te słowa, z głośnika mojego radia wydobywają się słowa piosenki, która zapewnia uparcie (bo to refren!), że miłość rani. Nie, miłość nie rani. Miłość otwiera stare rany. I pomaga je uzdrowić.

Dwa sposoby na naprawę związku

Radykalna konwersacja – strategia Evy-Marii Zurhorst

To nic innego, jak gotowość dzielenia najgłębszych myśli i uczuć. Bez gier i uników. Przy poszanowaniu lęków i różnic. Uwierz, że prawda uzdrawia. Jak by to było, gdybyś przyjrzała się swojej relacji z otwartością i ciekawością, tak jakbyś patrzyła na nią po raz pierwszy w życiu? Zobaczysz tam wszystko: jak bardzo kochasz (albo nie kochasz) siebie. Czego się boisz. Przed czym wzbraniasz. Co jest twoją największą bolączką. Bo niewiele jest spraw ważniejszych niż twój związek. Jest on „najciekawszym poletkiem eksperymentalnym, sferą odkrywania samego siebie; możesz tam pokazać się drugiemu człowiekowi, najuczciwiej jak się da” – mówi terapeutka.

Wierz, że już to masz – strategia Chucka Spezzana

Terapeuta, zanim zrozumiał sekrety związków, często zmieniał kobiety. Zauważył, że każda kolejna ucieleśniała cechę, której brakowało mu w poprzedniej partnerce. A potem odkrywał w tej nowej inny brak i znów zaczynał poszukiwania... Wreszcie zmienił strategię: postanowił skupiać całą uwagę na tym, czego mu brakowało, wierząc, że znajdzie to w aktualnej relacji. Teraz oficjalnie zaleca to parom: daj partnerowi całą swoją miłość, uwagę i ciekawość. Przez 14 dni koncentruj się na jakości, za którą tęsknisz. Uwierz, że twój partner ją posiada… a on ją wtedy rozwinie.

Eva-Maria Zurhorst, terapeutka par. Wraz z mężem Wolframem Zurhorstem są szczęśliwym małżeństwem od ponad 20 lat, mają na koncie kilkanaście książek, w których przekonują, że partnerstwa można się nauczyć.

Newsletter

Psychologia, związki, seks, wychowanie, świadome życie
- co czwartek przegląd najlepszych artykułówZapisz się

  1. Seks

Orgazm na emeryturze

Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci. (Fot. iStock)
Młodzi obsadzają cię w roli babci, a ty wciąż masz wielki apetyt na życie i seks? Nie musisz przechodzić na erotyczną emeryturę! Możesz mieć orgazm za orgazmem, bo dopiero teraz wiesz, jak go osiągnąć i poczuć jego prawdziwy smak.

Pamiętacie tę scenkę z serialu „Seks w wielkim mieście”, kiedy zrozpaczona Samantha oświadcza koleżankom, że straciła orgazm? Carrie próbuje ją pocieszyć, że czasami po prostu się nie udaje. „Mnie się zawsze udaje” – ucina Samantha i nawet nie chce słuchać zapewnień przyjaciółki, że pewnego dnia orgazm znów się pojawi. Tymczasem Charlotte dolewa oliwy do ognia: „Czytałam artykuł o kobiecie, która miała orgazm za każdym razem. I nagle… Przestała mieć. Na dobre. Po prostu zużyła cały swój zapas”.
Myślicie, że jest jakiś limit orgazmów, które przysługują nam na całe życie? Że w „pewnym” wieku zostają nam już tylko wspomnienia?

Rozkosz bez limitu

Kiedyś byłam w kinie na filmie „Lepiej późno niż później”. Podczas sceny, w której Jack Nicholson i Diane Keaton uprawiają seks, usłyszałam rozmowę pary siedzących obok 20-latków: „To w tym wieku jeszcze uprawia się seks?!”. No cóż…

– Młodzi często uważają, że w pewnym wieku seks trzeba odłożyć na półkę, a zająć się plewieniem ogródka lub opieką nad wnukami – uśmiecha się Violetta Nowacka, specjalistka od edukacji seksualnej, psycholożka prowadząca poradnię SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. I uspokaja: – Nie ma żadnego limitu orgazmów. Udanym życiem seksualnym można i warto się cieszyć aż do śmierci.

Na dowód przytacza dane: 41 proc. emerytów deklaruje, że regularnie uprawia seks, a 15 proc. robiłoby to, gdyby tylko miało partnera. Co czwarty mężczyzna po siedemdziesiątce jest sprawny seksualnie, a większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. I choć Jacek Cygan pisał: „Za młodzi na sen, za starzy na grzech”, kobiety mają inne zdanie na ten temat. Przykłady?Jane Fonda: „Mam 74 lata i nigdy wcześniej moje życie seksualne nie było równie satysfakcjonujące. W młodości krępowało mnie tyle obaw – nie wiedziałam, czego pragnę”.
Nasze krajowe gwiazdy, kobiety energiczne i zachłanne na życie, tylko potwierdzają, że seks po pięćdziesiątce, sześćdziesiątce czy siedemdziesiątce jest najlepszy w całym życiu. „Może być lepszy niż po dwudziestce, bo już nie trzeba się niczego bać, wstydzić. Daje tylko radość. Wreszcie kobieta nie musi się denerwować, że zajdzie w ciążę. Może też puścić wodze fantazji, bo nie uprawia seksu z obcym mężczyzną, tylko z tym, komu ufa i komu może wszystko powiedzieć. Nie należy opowiadać bzdur, że w pewnym wieku seks nie ma już znaczenia” – mówi Bożena Dykiel. Podobnego zdania jest Urszula Dudziak: „Myślę, że dla kobiety najlepszy czas zaczyna się po menopauzie. Nawet seks smakuje wtedy lepiej. Seks uzdrawia i utrzymuje nas w dobrej formie. Dzięki niemu jesteśmy młodzi, piękni i radośni. Jest on integralną częścią naszego szczęścia. My mamy fantastyczny seks i czuję, że to się chyba nigdy nie skończy”.

Ale po co nam ten orgazm?

„Bez męskich orgazmów nie byłoby dzieci” – zauważają Annika Sommerville i Lisa Williams, autorki książki „Dużo orgazmów proszę”. „Mężczyźni potrzebują ich do prokreacji; gdyby seks był dla nich nudny, doprowadziłoby to do spadku liczby narodzin, a w efekcie do wymarcia ludzkiego gatunku”. Może dlatego przez wieki utarło się, że mężczyźnie orgazm się po prostu należy. Sami panowie traktują zresztą swój orgazm jako coś oczywistego. W dodatku mogą zostać ojcami nawet w późnym wieku, kiedy bardziej przypominają dziadka niż ojca dziecka.

A po co kobiety doznają seksualnej rozkoszy? I to w dodatku w dekadzie życia, w której nie mamy ani szans, ani nawet ochoty na potomstwo, bo menopauza pozbawiła nas tej możliwości. Może po to, żebyśmy czuły się bardziej atrakcyjne? Bo przecież kobieta podczas szczytowania jest niezwykle podniecająca. „U kobiet orgazmy są seksowne – zarówno dla nich, jak i dla ich partnerów” – twierdzą autorki książki. Przekonują, że kobiety, które mają orgazmy, a zatem udane życie seksualne, lepiej śpią, mają wyższe poczucie własnej wartości, są bardziej zadowolone z siebie i swojego życia oraz mają więcej energii, która napędza je do działania. Naukowcy podkreślają, że kobieca satysfakcja seksualna to prawdziwa tabletka na szczęście. „Orgazm poprawia jakość snu, pomaga zachować młody wygląd, a jeśli osiągasz go podczas seksu z partnerem, to wzmacnia waszą więź” – piszą Sommerville i Williams. Radzą więc: „Kiedy się czujesz zestresowana, wyczerpana i potrzebujesz czasu dla siebie, może warto dać sobie orgazm, zamiast robić zakupy online, obsesyjnie przeglądać Internet albo przesiadywać na Pudelku”.

Violetta Nowacka przytacza badania przeprowadzone na Rutgers University w USA, z których wynika, że aktywność seksualna trzyma nas w dobrej formie do późnej starości. „Seks i orgazm sprawdzają się w leczeniu bólu – zastępują dwie tabletki aspiryny, łagodzą schorzenia reumatyczne, przewlekłe bóle artretyczne, wzmacniają mięśnie całego ciała, dzięki czemu stajemy się bardziej elastyczne i odporne na zmęczenie. Poza tym podczas seksu spalamy prawie tyle kalorii, ile podczas joggingu, co w pewnym wieku, kiedy spada metabolizm i łatwo o dodatkowe kilogramy, jest nie bez znaczenia” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Co więcej, charakterystyczna dla wieku pomenopauzalnego u kobiety atrofia ścianek macicy postępuje wolniej, gdy regularnie uprawia ona seks.

A co, gdy orgazmu nie ma?

Orgazmu na długie lata pozbawił kobiety Zygmunt Freud, który uważał, że orgazm łechtaczkowy jest mniej wartościowy. Kobiety, które tylko w ten sposób potrafiły osiągnąć przyjemność (a jest to znacząca grupa), uważały więc, że prawdziwego orgazmu osiągnąć nie potrafią. Teoria Freuda, jak wiele innych, została w końcu obalona, a orgazm łechtaczkowy zyskał pełnoprawną wartość. O przewadze łechtaczki nad penisem napisali też Sylwia Jędrzejewska i Andrzej Depko w najnowszej książce „Kobiety, które pragną bardziej”. Przekonują: „Kobiece ciało jest wyposażone w narząd służący wyłącznie do dostarczania przyjemności seksualnej. To łechtaczka. Mężczyźni takiego narządu nie posiadają. Penis niestety nie jest narządem, którego można zazdrościć. W pewnym momencie aktywności seksualnej staje się niewydolny, niejednokrotnie rozczarowuje partnerów, podczas gdy łechtaczka zawsze jest gotowa dostarczać właścicielce przyjemności i tak łatwo się nie męczy. To narząd posiadający osiem tysięcy połączeń włókien nerwowych – penis ma ich o połowę mniej”.

Dziś ocenia się, że tak naprawdę jedynie mniej niż 5 proc.kobiet nie jest w stanie osiągnąć orgazmu. Autorki książki „Dużo orgazmów proszę” zapytały kobiety o to, dlaczego nie miały w ostatnim roku orgazmu podczas seksu ze swoim partnerem. Aż 41 proc. wyznało, że podczas seksu myśli głównie o tym, że źle wygląda (jest za gruba, za duża, ma za małe piersi albo za duży brzuch). To sprawia, że – skupione na swoich deficytach i wadach – nie potrafimy czerpać satysfakcji z seksu. „Jako kobiety jesteśmy wychowane w przekonaniu, że nasza wartość seksualna, i nie tylko, jest oparta na wyglądzie” – argumentują autorki. Tymczasem dojrzałość przynosi większy luz. I choć nasze ciała nie wyglądają jak 30 lat temu, to już wiemy, że to nie ma znaczenia. „Stajemy się odważniejsze, bo co niby mamy do stracenia? Mam obwisłą skórę, no i co? On też” – twierdzi Jane Fonda.

Według tych samych badań 40 proc. kobiet nie osiągnęło orgazmu z powodu pośpiechu i ograniczenia czasowego, a 31 proc. dlatego, że nie potrafiło powiedzieć partnerowi, co tak naprawdę sprawia im w łóżku największą przyjemność. I tu też dojrzałość ma przewagę. „Starsi ludzie mogą być seksowni i świetnie się bawić w łóżku” – piszą Sommerville i Williams. „Teoretycznie, gdy osiągamy ten wiek, kiedy człowiek zaczyna wzdychać: »O, jak miło sobie posiedzieć«, i nie musi dłużej udawać, że lubi festiwale muzyczne, powinniśmy już znać swoje ciało na wylot. Wiemy, czego oczekujemy od partnera”. W młodości godziłyśmy się na kiepski seks, a nawet udawałyśmy orgazm, żeby nie zrobić mu przykrości, teraz możemy robić to, na co mamy ochotę. W dodatku znikają problemy młodości – dzieci za ścianą, rata kredytu do zapłacenia, szef, który w pracy wylał na nas swoje frustracje. Jest jeszcze jeden powód, dla którego seks po menopauzie daje nam już tylko radość – znika lęk, że zajdziemy w niepożądaną ciążę.

Czy można mieć za dużo orgazmów?

Podobno im więcej, tym lepiej. W dodatku kobiety mogą mieć orgazm wielokrotny, czyli podczas jednego stosunku potrafią szczytować kilka razy. To nasza przewaga nad mężczyznami – podczas gdy oni mają zwykle jeden, i na tym koniec (wyjątkowo dwa), my możemy mieć kaskadę orgazmów. I to aż do późnej starości. Kolejna różnica między nami – co zauważają Sommerville i Williams – mężczyźni z wiekiem coraz rzadziej miewają orgazmy, ale kobiety z roku na rok się rozkręcają. Na dowód przedstawiają badanie, w którym poddano wieloletniej obserwacji 800 pań. I co się okazało? Że połowa kobiet po osiemdziesiątce doświadcza satysfakcji seksualnej za każdym lub prawie każdym razem. Co więcej, okazuje się, że seks z biegiem lat może być lepszy, zgodnie ze starym porzekadłem „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. U kobiet coś takiego jak erotyczna emerytura po prostu nie istnieje. Według statystyk seksuologa Zbigniewa Lwa-Starowicza większość kobiet po pięćdziesiątce ma ochotę na seks. Nie ma jednak dobrej odpowiedzi na pytanie: ile orgazmów miesięcznie powinnaś osiągać? „Seks to nie owoce i warzywa, żeby fundować sobie pięć zalecanych porcji dziennie. W życiu intymnym nie liczy się ilość, lecz jakość. Nie ma znaczenia, jak często uprawiasz seks i ile masz orgazmów” – czytamy w „Dużo orgazmów proszę”. Jeśli masz ochotę na orgazm, dobrze wiedzieć, jak go osiągnąć. Bez presji. Za to z przyjemnością.

A co, gdy zawodzi zdrowie?

Pamiętacie scenę z filmu „Lepiej późno niż później”, w której bohater grany przez Jacka Nicholsona podczas preludium do seksu z młodziutką kochanką dostaje ataku serca? No cóż… Starszy pan przesadził z viagrą i entuzjazmem, a niezdrowy tryb życia dał o sobie znać. Bo nawet w chorobach serca seks jest dobry i bezpieczny. Violetta Nowacka twierdzi, że sam stosunek nie jest wielkim wysiłkiem dla serca. Pod warunkiem że nie przerabiamy w łóżku wszystkich pozycji Kamasutry albo nie zabawiamy się w odgrywanie scen z „Pięćdziesięciu twarzy Greya”. „Można go porównać z dość szybkim spacerem” – twierdzi specjalistka i dodaje, że nawet miesiąc po przebytym zawale nie trzeba rezygnować z seksu, a bezpieczna jest wtedy pozycja „na łyżeczkę”. Ma też radę dla panów na kłopoty z potencją: „Powinni kochać się regularnie i najlepiej nad ranem. Wtedy poziom męskich hormonów jest najwyższy i o wzwód najłatwiej”.
Violetta Nowacka podkreśla, że regularne współżycie pozwala łagodniej przejść przez trudny czas po menopauzie i pogodnie wkroczyć w starszy wiek: „Jeśli mamy związane z seksem pragnienia, nie dajmy się presji społecznej i uprawiajmy seks. Nie przestajemy być mężczyznami i kobietami tylko dlatego, że przekroczyliśmy sześćdziesiątkę. Kochaj się optymalnie raz, dwa razy w tygodniu, a jeśli nie masz z kim, możesz się zaspokajać sama. Kto powiedział, że masturbacja to przywilej wyłącznie młodych?”.

  1. Psychologia

Odchodzę… i co dalej? W jaki sposób kończymy relacje?

Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Rozstanie to przeżycie traumatyczne. Otwiera całą przestrzeń do spekulacji, co by było gdyby, do oskarżania siebie, partnera. Czasami ciągnie się latami, uniemożliwiając ludziom rozpoczęcie sensownego życia. (fot. iStock)
Koniec w relacjach z ludźmi jest zawsze trudniejszy niż początek. Na liście najbardziej stresujących wydarzeń w naszym życiu rozwód zajmuje drugie miejsce po śmierci współmałżonka. A zwolnienie z pracy trzecie. Tym większą więc sztuką jest odejść bez strat po obu stronach. Tylko czy to w ogóle możliwe?

Sposób, w jaki się rozstajemy, więcej mówi o nas niż to, jak rozpoczynamy znajomość albo pracę. Wszyscy to wiemy. Jednak gdy przychodzi się rozstać, puszczają wszelkie hamulce. Jeszcze niedawno kochający się ludzie skaczą sobie do oczu, a dotąd zadowoleni pracownicy nasyłają na pracodawcę kontrole, idą „na chorobowe”, kopiują i wynoszą z firmy bazy danych. Mało kto traktuje rozstanie jako krok naprzód, jako zmianę, dzięki której można się rozwinąć i czegoś nauczyć.

Końca wojny nie widać

Ewa (nauczycielka, lat 35) i Piotr (handlowiec, lat 32) rozstają się już cztery lata. Od momentu, kiedy Ewa złożyła pozew o rozwód, odbyło się pięć rozpraw (nie licząc pojednawczej) i jak na razie nie ma finału. Ewa żąda rozwodu z orzeczeniem o winie męża.

Ewa: – Zdradzał mnie przez całe trzy lata, kiedy byliśmy razem, o czym dowiedziałam się oczywiście ostatnia. Niech się przyzna, że to on rozwalił nasz związek. A Piotr przyznać się do winy nie zamierza. Owszem, zdradził, ale to był według niego tylko incydent, za który zresztą żonę przeprosił.

Piotr: – Nie można karać na tysiąc sposobów za jeden czyn. Ewa wyrzuciła mnie z domu, zażądała rozwodu i odszkodowania, nie dopuszcza mnie do córki. A niech powie, dlaczego ją zdradziłem! Sama się o to prosiła!

Ewa: – On ma argument – zdradziłem, bo nie chciałaś ze mną spać. A to nie tak. Bardzo źle znosiłam ciążę, przez cztery miesiące musiałam leżeć plackiem, wymiotowałam. Po urodzeniu Gabrysi przeszłam depresję poporodową. A on wtedy spotykał się z tamtą kobietą!

Każde z nich robi wszystko, żeby dowieść, że racja jest po jego stronie. Niczym innym teraz nie żyją. Zbierają przeciwko sobie dowody, namawiają świadków do zeznań, utrudniają sobie nawzajem życie. I on, i ona doskonale wiedzą, jak najmocniej dopiec drugiemu – posługując się dzieckiem. Dosłownie wydzierają sobie Gabrysię (ma pięć lat) z rąk. Któregoś dnia Piotr odebrał ją z przedszkola i nie chciał oddać Ewie. Wezwała policję. Teraz wnioskuje o ograniczenie ojcu praw rodzicielskich. A na wszelki wypadek nie posyła córki do przedszkola, małą opiekują się dziadkowie. Ewa jest skrajnie wyczerpana, od wielu miesięcy na lekach antydepresyjnych. Piotr nie jest już z tą trzecią, zmienia partnerki, z nikim nie chce się wiązać. Liczy na to, że ułoży sobie nowe życie, gdy zakończy stare. Ale końca wojny nie widać.

Zostańmy przyjaciółmi!

Kinga (42 lata, anglistka) i Sławek (również 42, politolog i informatyk) od dwóch lat są po rozwodzie. Poznali się na drugim roku studiów. On wywiesił kartkę, że poszukuje tłumaczki dla zespołu, którego koncert przygotowywał, ona zaoferowała pomoc. Wybuchła wielka miłość. Ewa rozpoczęła nawet drugie studia na naukach politycznych, żeby mogli być jak najbliżej. Szybko wspólnie zamieszkali. Na ostatnim roku wzięli ślub, dwa lata potem zostali rodzicami Kuby. Razem pracowali (założyli firmę informatyczną), robili zakupy, gotowali, sprzątali, odpoczywali. Znajomi mówili o nich: „Ci do siebie przyklejeni”.

Coraz lepiej im się powodziło, firma się rozrastała. Trzy lata temu zatrudnili kilkoro nowych pracowników, w tym kolegę Sławka z liceum. Niedługo potem, po raz pierwszy w czasie 19 lat znajomości, wyjechali oddzielnie: on w interesach do Krakowa, ona, razem z kilkoma pracownikami firmy, na branżowe targi do Poznania.

Kinga: – Do dzisiaj nie wiem, jak to się stało. Po prostu zakochałam się i już. W Jacku. Serce zabiło mi mocniej, jak tylko zobaczyłam go po raz pierwszy. Ale nową miłość dopuściłam do głosu dopiero na tym wyjeździe. Może dlatego, że nie było obok mnie Sławka. Potem sprawy potoczyły się błyskawicznie. On wyprowadził się z domu, wniósł pozew o rozwód. Nie było orzekania o winie, podziału majątku przed sądem i walki o syna.

Sławek: – Wszystko uzgodniliśmy. Dom jest dla Kingi i syna, dla mnie konto i samochód. Niedawno zresztą kupiłem obok ich domu działkę, będę się budował. Firmę nadal prowadzimy razem.

Kinga: – Dla dobra syna bardzo zabiegałam o to, abyśmy pozostali przyjaciółmi. I chyba się udało. Mamy już swoje nowe związki, często spotykamy się całymi rodzinami, nasze dzieci się lubią. Ostatnio byliśmy wszyscy razem na wakacjach.

Ponieważ brzmi to tak pięknie, że aż nieprawdziwie, usiłowałam dowiedzieć się, jak w tym czworokącie czują się nowi partnerzy Kingi i Sławka. Odmówili rozmowy.

Pani już tu nie pracuje

Krystyna w ubiegłym roku obchodziła 55. urodziny i 35-lecie pracy w pewnej znanej firmie. Przeszła drogę od sekretarki do dyrektorki administracyjnej. Przeżyła ośmiu prezesów, kilkunastu kierowników. Przez wszystkich chwalona jako sumienna, pracowita, oddana firmie. Nie zdziwiła się więc, gdy jej bezpośredni przełożony oznajmił: „Ubierz się elegancko i 10 maja jedź do centrali”. Pewnie dadzą mi nagrodę, pomyślała, bo 10 maja firma miała świętować jubileusz. W przeddzień Krystyna poszła do fryzjera i kosmetyczki. Tamto majowe popołudnie pamięta do dziś. Wyciągnęła z szafy markową garsonkę, szpilki, założyła sznur pereł. – I jeszcze wróciłam po aparat, żeby jakiś ślad po tej uroczystości został. Spodziewałam się nagrody, bo to była okrągła rocznica, a firma miała się czym chwalić. Wchodzę uśmiechnięta do biura prezesa, a on bez żadnych wstępów wręcza mi zwolnienie. I podniesionym tonem mówi: „Od jutra już tu pani nie pracuje”. Po czym przez pół godziny perorował, jakim to on był dobrym szefem, co on to dla firmy zrobił, jak długo tolerował ludzi ze „starego rozdania”, czyli między innymi mnie. Gdy otworzyłam usta, żeby powiedzieć, co o tym myślę, przerwał mi: „Rozmowę uważam za zakończoną”. Co miałam robić, uniosłam się honorem i podpisałam.

Okazało się, że na jej miejsce zatrudniono młodą dziewczynę, jak się plotkuje, kochankę prezesa. Zmieniono tylko nazwę jej stanowiska. Krystyna wniosła sprawę do sądu. Wie, że ma małe szanse na wygraną, bo wypowiedzenie przecież podpisała. Walczy tylko o swoją godność.

Pomocne lektury: Jakub Jabłoński „Rozwód. Jak go przeżyć?”, W.A.B. 2008; Marshall B. Rosenberg „Rozwiązywanie konfliktów poprzez porozumienie bez przemocy”, Jacek Santorski & Co 2008; Martin E.P. Seligman „Prawdziwe szczęście”, Media Rodzina 2008; Maciej Bennewicz „Coaching, czyli restauracja osobowości”, G&J 2008.

  1. Psychologia

Decyzja o rozwodzie – świadomy wybór, do którego warto się przygotować

Różne są przyczyny rozwodów. Jeśli jesteśmy wewnętrznie pewni, że dany związek nie rokuje dobrze to i tak warto rozważyć wszystkie
Różne są przyczyny rozwodów. Jeśli jesteśmy wewnętrznie pewni, że dany związek nie rokuje dobrze to i tak warto rozważyć wszystkie "za" i "przeciw". (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Kiedy jest dobry moment na podjęcie decyzji o rozwodzie? Czy po tej „drugiej stronie lustra” faktycznie jest tak pięknie? Jak się przygotować do tej decyzji, jeśli wydaje nam się nieunikniona?

Rozwód jest niezwykle trudnym wyzwaniem, które może okazać się decyzją tak samo pochopną, co ratującą życie ludzkie. Właściwe rozeznanie sytuacji, ocena szans i zagrożeń wynikających zarówno z trwania w związku, który jest dla nas wyniszczający, jak i zakończenia go, to działanie wyróżniające odpowiedzialną postawę.

Trzeba mieć świadomość, że życie po drugiej stronie lustra to kolejne wyzwanie. Nieistotne, jaki był nasz poprzedni związek, czy skrajnie toksyczny, czy też zwyczajnie nudny, to był on przewidywalną przestrzenią, w której funkcjonowaliśmy przez dłuższy czas. W rytmie, jaki ten związek nadawał grała nasza codzienność. Wyjście z takiego związku metodą rozwodu, to zawsze przejście do innego świata, którego trzeba się nauczyć, albo przypomnieć.

W zależności od tego, jak współuzależniający charakter miał nasz poprzedni partner, to od momentu zakończenia relacji z nim stajemy się niejako odpowiedzialni sami za siebie i za nasze decyzje. Nie mamy już audytorium, przed którym trzeba „jakoś dobrze” wypaść. Mamy siebie i swoją chęć przetrwania i życia inaczej niż dotychczas.

Odpowiedzialne podjęcie decyzji o rozwodzie wiąże się z zaplanowaniem tego, co będzie „po”, tzn. przygotowaniem odpowiedzi na pytania: z czego będę żył/żyła? gdzie będę mieszkał/mieszkała? W jaki sposób zapewnię sobie wsparcie i skąd będę mógł/mogła je otrzymać?

Jeśli jesteśmy rodzicami powinniśmy pomyśleć o zapewnieniu bezpieczeństwa swoim dzieciom, tj. mieszkania, zaspokojenia podstawowych potrzeb, edukacji, wsparcia ich kolegów, koleżanek, kontaktu z drugim rodzicem. Takie podejście do podjęcia tej bardzo poważnej decyzji pomaga w jej ugruntowaniu się. Jeśli zapewnimy sobie parasol ochronny, wsparcie, wówczas będziemy mniej podatni na instynktowne powroty, nierzadko wywołane strachem przed wyzwaniami, jakie spotykamy w nowej sytuacji.

Wiele kobiet odchodzi i wraca od swoich mężów - oprawców dlatego, że szukają stabilizacji. Upatrują ją w czymś, co dobrze znają, a z czego dotychczas chciały uciekać. Intuicyjnie działają według schematu, w którym to powrót do sytuacji znanej jest bezpieczniejszy aniżeli zbudowanie wokół siebie rzeczywistości, która to poczucie bezpieczeństwa nam zapewni. Paradoksalnie, wówczas wszystko, co miało wpływ na podjęcie tak ważnej decyzji przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, liczy się tylko przywrócenie znanego status quo.

Aby uniknąć tego rodzaju zachowań powinniśmy zadać sobie pytanie, jakie są nasze wyobrażenia o życiu po rozwodzie? Jak my odnajdujemy się w tym, w jaki sposób to życie sobie wyobrażamy? Co musimy zrobić zanim podejmiemy tę decyzję, aby zmaksymalizować nasze szanse podtrzymania swojego świadomego wyboru? To tak, jakbyśmy zdecydowali się na daleką wyprawę po wodę, której od kilku dni brakuje w naszej wiosce. Od tego, jak się do tej wyprawy przygotujemy zależy, czy ją odnajdziemy, w co i ile jej nabierzemy, czy przeżyjemy i czy wrócimy silni dla innych, którzy na nią i na nas czekali.

Życie po drugiej stronie lustra nie jest ani trudne, ani łatwe, ani piękne, ani brzydkie.

Życie po rozwodzie, jest takie, na jakie jesteś przygotowany/przygotowana. Samotność po rozwodzie będzie dla jednych wyzwoleniem, dla innych powodem przygnębienia. Kłopoty finansowe będą dla jednych druzgocące, a dla innych mobilizujące. To od twojego podejścia i wsparcia, o jakie się dla siebie zatroszczysz, zależy efekt wyboru: zostać czy rozstać się?

Podejmuj decyzje nie obwiniając nikogo.

Ewelina Jasik, propagatorka rozwoju osobistego, life coach i trenerka umiejętności interpersonalnych.

[newsletterbox]