1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Kochanek nie-doskonały

Kochanek nie-doskonały

fot.123rf
fot.123rf
Andrzej zawodowo i osobiście osiągnął prawie wszystko. Mógł się uważać za szczęśliwca. Kłopoty w życiu intymnym zburzyły ten pozorny ład i okazały się punktem zwrotnym w jego małżeństwie z Anną. Ich historię komentuje psychoterapeuta Jarosław Józefowicz.

Praca chirurga plastycznego w renomowanej klinice medycyny estetycznej pochłaniała Andrzeja niemal całkowicie. Jeśli dodać do tego obowiązkowy udział w zagranicznych konferencjach, równie obowiązkowe bankiety i sobotni mecz tenisa z szefem, okazywało się, że w jego grafiku pozostaje jeszcze niewielka przestrzeń na obowiązki rodzinne. Miał 43 lata i wielu zazdrościło mu życia, jakie prowadził.

To tylko przemęczenie

– Właściwie osiągnąłem to, do czego dążyłem – opowiada. – Pochodzę z rodziny lekarskiej, więc wszyscy wiedzieli, że zrobię karierę. Nie miałem wątpliwości, że w życiu ważny jest prestiż. Dlatego wybrałem medycynę estetyczną. Ożeniłem się z kobietą podobną do mojej matki, o tradycyjnych poglądach na temat rodziny, katoliczką. Podążałem dobrze wytyczoną drogą.

Anna, żona Andrzeja, skończyła farmację, ale nie pracowała zawodowo. Chociaż ich synowie byli już nastolatkami, nadal zajmowała się ich wychowaniem. Wyglądała na zadowoloną z życia, mówiła, że opiekowanie się bliskimi sprawia jej przyjemność. Narzekała jedynie na problemy z nadwagą i czasem czuła się wyizolowana. Jednak nie starczało jej czasu na głębszą refleksję nad sobą, bo na jej głowę spadały tak przyziemne sprawy, jak zatrudnienie ogrodnika, wybór wczasów czy organizowanie wystawnych przyjęć. Andrzejowi nie wypadało zawracać tym głowy, a do jakiegoś poziomu życia przecież się przyzwyczaili. Naprawdę nie mieli na co narzekać. A właściwie – mieli. Chodziło o ich życie intymne. Zdarzyło się nie raz i nie dwa, że Andrzej miał kłopoty z potencją. No tak, stres, przepracowanie, ani chwili wytchnienia. Można się było tego spodziewać. Znajomy seksuolog przepisał tabletki i radził nieco zwolnić tempo życia.

– Łatwo było powiedzieć, trudniej zrealizować – mówi Andrzej. – Nie mogłem sobie pozwolić, żeby z czegokolwiek zrezygnować. Sporo lat pracowałem, żeby osiągnąć taki status. Farmakologia jednak nie pomogła na moje problemy w łóżku. Coraz częściej zdarzały mi się kłopoty ze wzwodem. To mnie skłoniło do zastanowienia się nad sobą. Doszedłem do wniosku, że od lat towarzyszy mi ciągłe wewnętrzne napięcie. A teraz poczułem jeszcze coś gorszego – pustkę. Tak jakby życie straciło smak i dawne znaczenie. Nie potrafiłem jednak tego zmienić.

Anna poważnie zaniepokoiła się jego stanem. – Zawsze miał taki życiowy power, był człowiekiem sukcesu, to dzięki niemu mieliśmy wszystko. Mówiłam mu, żeby więcej odpoczywał. Tygodniowy wyjazd do ośrodka spa niewiele pomógł. Andrzej tracił energię, stawał się coraz bardziej rozdrażniony. Schodziłam mu z drogi, a o seksie właściwie zapomnieliśmy. Byłam załamana i trochę na niego zła, ale nie miałam pomysłu, co robić.

 
Komentarz psychologa: W procesie dojrzewania obserwujemy, w jaki sposób zachowują się i jakie wartości wyznają nasi rodzice, członkowie rodziny, nauczyciele oraz inne ważne dla nas osoby. Przyswajamy sobie ich sposób patrzenia na świat, ich postawy i potem, jako dorośli, staramy się je realizować. Okazuje się jednak, że wypełnianie określonych ról: rodzinnych, środowiskowych czy społecznych, może nie wystarczać do satysfakcjonującego życia. Czasami budzą się w nas pragnienia i tęsknoty, z którymi się nie utożsamiamy, które są nam obce. Płyną one ze sfery nieświadomej. Wtedy przeżywamy wewnętrzne konflikty między ustalonymi dotychczas ramami tożsamości a nowymi siłami, które domagają się uwagi. Początkowo napięcie czy złe samopoczucie związane z tymi procesami składamy na karb pośpiechu i przepracowania. Jednak nasze ciało, nasz organizm mówi do nas o czymś ważniejszym niż tylko konieczność odpoczynku. O potrzebie odkrycia siebie.

Jak młody bóg

To wydarzyło się na bankiecie zorganizowanym przez firmę farmaceutyczną, współpracującą z kliniką Andrzeja. Monika była początkującą aktorką. Uśmiechała się do Andrzeja zalotnie, on donosił kolejne kieliszki wina, rozmowa stawała się coraz bardziej swobodna.

– Nie wiem, jak to się stało, ale wyszliśmy razem i wieczór skończył się seksem w hotelu – mówi Andrzej. – To się kłóciło z zasadami, które wyznawałem. Ale jakaś siła, mocniejsza ode mnie, popchnęła mnie do tego kroku. Przy Monice zapomniałem o problemach z erekcją. Było wspaniale.

Spotkał się z nią kilka razy. Potem była Kasia, następnie Julia, Anna... Andrzej przy tych pięknych, żądnych przygód kobietach czuł się jak młody bóg, wiedział, że żyje. Przez kilka miesięcy.

– Gdy uprawiałem z nimi seks, świat wydawał mi się piękny, a ja byłem taki lekki, swobodny... wolny. To dziwne, bo przecież łamałem własne zasady, za które wcześniej dałbym się pokroić – wyznaje. – Dopiero w domu dopadały mnie wyrzuty sumienia. Przy świątecznym stole, w obecności rodziców, teściów i synów czułem się niezręcznie. Albo ogarniał mnie pusty, wewnętrzny śmiech, albo oskarżałem się o podłość.

– Przeczuwałam, że coś jest nie tak – mówi Anna. – Nigdy go takim nie widziałam, zachowywał się absurdalnie. Śmiał się z tego, co wcześniej go nie śmieszyło. A potem stawał się jakiś zasadniczy. We mnie natomiast narastała złość. Chciałam, żeby był taki jak dawniej – przewidywalny, ułożony, odpowiedzialny. To dawało mi poczucie bezpieczeństwa. Teraz je straciłam. Nasze życie erotyczne praktycznie przestało istnieć. Wszystko to wzbudzało moje podejrzenia, że Andrzej mnie zdradza.

Olśnienie

Kiedy górę wzięły wyrzuty sumienia, Andrzej udał się do psychoterapeuty. Przez kilka tygodni podczas sesji pracował nad napięciem, które czuł, zanim zaczęły się kłopoty z erekcją. Ich źródło znalazł w schemacie rodzinnym, przymusie, żeby się wykazywać, być poprawnym i zawsze gotowym do działania, zdobywania.

– Zachowywałem się tak jak ojciec, bo chciałem sprostać jego oczekiwaniom. Jego i całej rodziny – mówi Andrzej. – Wydawało mi się, że nie ma dla mnie innej drogi, nawet nie zastanawiałem się, co mógłbym innego robić. Liczył się jedynie wytyczony kierunek i wysokie obroty, żeby w nim podążać. Swoją pasję do podróży traktowałem lekceważąco, jak szczeniackie zachcianki. Byłem niewolnikiem powinności. Trawnik przed domem musiał być równo skoszony, oszczędności na koncie miały rosnąć, a plany na najbliższe tygodnie być dopięte na ostatni guzik. Wyrabiałem się w tym życiu znakomicie, tylko po co?

Pod wpływem terapii Andrzej sam przed sobą przyznał, że praca chirurga plastycznego zaspokaja ambicje, natomiast nie przynosi radości i spełnienia. Podobnie jak tenis i bywanie na bankietach. Przeszkadzała mu sztywna atmosfera panująca w tych miejscach. Zrozumiał, że nie czuł się dobrze w tego typu sytuacjach, ale zagłuszał swoje odczucia.

– Podczas jednej sesji, gdy pracowałem z ciałem, doznałem olśnienia – opowiada. – Ten uwięziony aspekt mnie oznaczał odpuszczenie, wyluzowanie.

Brak wzwodu to właśnie ucieleśniał. Terapeuta poprosił, żebym wczuł się w podobny stan, spróbował zachowywać się tak, jak moje zawodzące ciało. Pomyślałem – co za śmieszny pomysł! Chciałem mój defekt zlikwidować, a nie wczuwać się w niego! Na początku ćwiczenia czułem się nieco idiotycznie, jednak w pewnej chwili coś we mnie przeskoczyło. Wszedłem w stan trochę podobny do choroby, kiedy w gorączce i bezsilności macha się ręką na wszystko, co jeszcze wczoraj wydawało się tak ważne. Błogi stan, że nic nie muszę, rozlał się po całym moim ciele. Poczułem się naprawdę super. Chciałem tak pozostać dłużej, może na zawsze. Terapeuta spytał: „Dlaczego nie? Czemu nie miałbyś w taki sposób podchodzić do życia?”. Pomyślałem, że nic nie rozumie, że żona, dzieci, obowiązki, klinika, kariera. A potem zrozumiałem, że to ja nic nie rozumiem. Że znów myślę starym sposobem, a przecież można żyć inaczej.

Komentarz psychologa: Ciało jest tłumaczem naszego wnętrza. Poprzez nie manifestują się różnorodne procesy psychiczne. Leżą one u podłoża symptomów, na przykład: przewlekłego bólu głowy, chronicznych napięć mięśniowych, zaburzeń układu pokarmowego, wyczerpania czy różnego rodzaju problemów dotyczących życia seksualnego. W takich przypadkach leczenie dolegliwości tylko na poziomie medycznym nie rokuje zbyt dobrze, ponieważ niezrozumiane podłoże psychiczne będzie je cały czas zasilać lub wytwarzać coraz to nowe. Konieczne jest działanie na obu płaszczyznach: zarówno ciała, jak i psychiki. Właściwie ukierunkowana praca z danym symptomem prowadzi do istotnej zmiany. Potrzeba trochę odwagi, by odczytać ten swoisty list od wewnętrznego procesu człowieka. Jednak, gdy wiadomość zostanie odebrana i wskazówka rozwojowa podjęta, zaczniemy żyć w pełniejszy sposób, z większą świadomością. Wtedy, być może, również problem fizyczny, od którego wszystko się zaczęło, zniknie. Takie podejście sprawdziło się w przypadku Andrzeja. Zaburzenia erekcji były informacją, że potrzebuje uwolnienia się od wewnętrznych i zewnętrznych oczekiwań. Kiedy sobie to uświadomił, gdy odnalazł w sobie przyzwolenie, by żyć w zgodzie ze sobą, a poza wymaganiami rodziny i społeczeństwa, proces odpuszczania przestał manifestować się poprzez sferę seksualną.

Czułam się winna

Tymczasem Anna, zaniepokojona zmianami w zachowaniu Andrzeja, natrafiła na dowody jego zdrad. Jej świat się zawalił. Chciała, by mąż wyprowadził się z domu, to znów groziła, że jeżeli odejdzie, to ona popełni samobójstwo. Urządzała na przemian histeryczne awantury lub wpadała w depresyjne nastroje. Andrzej, przerażony stanem żony, zaproponował terapię małżeńską. Poszli, bo jeszcze im na sobie zależało.

– Przy tobie trudno było mi być zaradną – powiedziała do męża w obecności psychoterapeuty. – Byłeś taki silny, nieskazitelny. Czułam się gorsza, zamknięta w domu, skazana na nudne, rutynowe czynności. Zawsze byłam o ciebie zazdrosna. Bałam się, że nie jestem atrakcyjna. Czułam się winna naszych problemów w łóżku.

– A mnie się wydawało, że wymagasz ode mnie tego, żebyśmy żyli na jak najwyższym poziomie, że nie mogę zawieść ciebie i dzieci – odbił piłkę Andrzej.

W toku dalszej terapii okazało się, że zarówno Andrzej, jak i Anna nie żyli własnym życiem, tylko rodzinnymi skryptami. Matka Anny zajmowała się wychowywaniem trojga dzieci, jej mąż był prawnikiem. Córka poszła w jej ślady, choć skrycie marzyła, by prowadzić własną aptekę. Przecież po to skończyła studia.

Natomiast Andrzej tak naprawdę chciał podróżować: – Nie wiem, jak do tego doszło, ale znaleźliśmy odwagę, żeby zmienić życie – opowiada Andrzej. – Rzuciłem pracę w klinice, przeprowadziliśmy się do mniejszego domu i zainwestowaliśmy w aptekę dla Anny oraz biuro podróży dla mnie. Nasze małżeństwo odżyło. Żona stała się silna – dobrą siłą – i przez to atrakcyjna. Gdy otwierała swoją wymarzoną aptekę, była pełna radości życia. Odmłodniała, schudła. Cudownie było wracać do niej z podróży. Nasz seks nigdy wcześniej nie był taki udany.

– Ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłam w Andrzeju chłopca, takiego rozrabiakę, który mnie rozśmiesza i zaskakuje. Także w sypialni. Nie mogłam się doczekać jego powrotów.

Komentarz psychologa: Problemy z jakością życia seksualnego warto rozpatrywać w szerszej, ponadindywidualnej perspektywie. Wymagania czasów, w których żyjemy: pośpiech, napięcie, życie według wytyczonych norm – powodują, że nasze doświadczenia wewnętrzne są marginalizowane i ignorowane. Ale te wartości nie giną – istnieją w odleglejszych wymiarach wewnętrznych, wyparte do nieświadomości. Stamtąd dochodzą do głosu np. poprzez sferę seksualności. To potężna, pierwotna dynamika, siła instynktu, której nie da się ani stłumić, ani odciąć.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Seks

Ochota na seks - co wpływa na nasze libido?

Sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. (fot. iStock)
Sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. (fot. iStock)
Apetyt na seks – choć ze wszech miar wskazany – nie jest wartością stałą. Ma na niego wpływ wiele czynników, jak zdrowie, odpowiednia ilość snu czy poczucie atrakcyjności. Ale gdy słabnie z miesiąca na miesiąc – trzeba podjąć szybką akcję reanimacyjną.

Marzenie wielu par: zachować temperaturę w sypialni równą tej z pierwszych miesięcy po poznaniu. Czy jest do spełnienia? W pewnym sensie tak. – Nie jesteśmy wprawdzie w stanie utrzymać niezmiennego poziomu pożądania, zresztą, gdyby to się udało, przebywanie na niekończącym się erotycznym haju byłoby nie do wytrzymania, ale jest możliwe i wskazane, by dbać o związek pod kątem podtrzymywania namiętności – mówi seksuolog prof. Zbigniew Izdebski, autor badań „Seksualność Polaków 2011”. – Trzeba troszczyć się, by poziom pożądania nie spadał za nisko.

Seks służy nie tylko miłosnej relacji, ale też zdrowiu. Zdaniem prof. Izdebskiego sprawnie funkcjonujące libido jest niezwykle ważne dla pozytywnego rozwoju osobowości, komunikacji i miłości. I są sposoby na to, by utrzymać jego poziom w normie.

Kwestia atrakcyjności i… snu

– Libido to biologiczna siła, która pcha ludzi do szukania dróg zaspokajania napięcia seksualnego, osiągnięcia satysfakcji seksualnej, doznania przyjemności i bliskości z drugą osobą – mówi Małgorzata Zaryczna, psycholog, seksuolog i terapeutka. – Popęd seksualny jest jednym z motorów ludzkiej aktywności i życiowej energii.

Jest to bardzo pierwotna i jednocześnie jedna z bardziej skomplikowanych funkcji życiowych, bo składają się na nią dwa komponenty: czysto biologiczny, pozostający poza naszą kontrolą, i psychiczny, zależny od stanu uczuć. Kobiece libido ma tendencję do falowania w rytm cyklu miesięcznego, męskie – jest często wyższe i ma związek z męskim hormonem płciowym, testosteronem, który jest jednym ze „sterowników” libido.

Jak twierdzi ginekolog, prof. Krzysztof Tomasz Niemiec, popęd płciowy jest też efektem uwarunkowań społecznych oraz stylu życia. – Zadbać o niego to zadbać o zdrowie, ale też o swoją seksualność i jakość życia w związku i na co dzień – mówi.

Ciekawe, że biologiczna energia, jaką jest libido, zależy m.in. od tak społecznej funkcji, jaką jest wykształcenie! Badania prof. Izdebskiego potwierdzają ten fenomen: problem niskiego libido częściej dotyczy kobiet z wykształceniem podstawowym i zawodowym niż tych z wyższym. Dlaczego? Bo kobiety bardziej świadome są zazwyczaj także bardziej otwarte na siebie i swoją seksualność. Libido jest zresztą wypadkową wielu zjawisk: dotychczasowych doświadczeń seksualnych, poczucia kompetencji w sferze seksu (i nie tylko), klimatu wokół seksu w domu rodzinnym, a także sposobu myślenia o erotyce. W przypadku kobiet libido w ogromnym stopniu zależy od tego, jak w ogóle postrzegają same siebie.

Cindy Meston, seksuolożka z bostońskiego uniwersytetu, przepytała kilkaset kobiet i stwierdziła, że te, które były mniej zadowolone ze swego wyglądu, gorzej oceniały swoje życie seksualne. I to niezależnie od spraw uważanych za kluczowe: atrakcyjności czy umiejętności kochanka oraz długości gry wstępnej!

Prof. Niemiec dodaje, że libido jest fizjologicznie mniejsze podczas ciąży, po porodzie oraz po menopauzie. Spada także, kiedy kobieta jest zwyczajnie zmęczona. Zgadza się z tym Małgorzata Zaryczna: – To zwykła biologia – kiedy lecimy z nóg, jedynym naszym pragnieniem jest sen, a nie seks, choćby nie wiadomo jak wspaniały. I radzi: – Wiele chronicznie przemęczonych osób może odkryć, że osiem godzin snu kilka nocy z rzędu zdziała cuda w kwestii pożądania.

Sposoby na spadek zainteresowania seksem

Co zrobić, gdy nagle bardziej atrakcyjny niż tête à tête w sypialni wydaje się wypoczynek na kanapie przed TV czy sycący posiłek w kuchni?

– Ponieważ zaburzenia libido są z reguły uwarunkowane wieloczynnikowo, niemożliwe jest wynalezienie jednego preparatu, który rozprawi się z problemem – uważa prof. Niemiec. – Najlepsze efekty przynosi stosowanie terapii interdyscyplinarnych, łączących farmakologię z medycyną naturalną, zażywaniem suplementów diety, terapią par czy terapią zaburzeń emocjonalnych. Zapytany o afrodyzjaki, odpowiada: – Wiele z tych środków ma za zadanie nie tyle wywrzeć określony efekt chemiczny, co skupić uwagę ludzi na sferze seksualnej, skierować na nią wiązkę świadomości. Często ich działanie polega na efekcie placebo: niby nic się nie dzieje, ale nasze myśli jednak krążą wokół seksu.

I dodaje: – Farmakologia lepiej sobie radzi z mężczyznami. Nie ma niestety odpowiednika viagry dla kobiet. Są jednak substancje, które – przyjmowane regularnie przez dłuższy czas – mogą wspomóc libido. Jedną z nich jest wyciąg z buzdyganka ziemnego. Ta znana już w medycynie ludowej roślina, zażywana regularnie, ma zdolność łagodnego podnoszenia poziomu testosteronu we krwi, zarówno mężczyzn, jak i kobiet. A testosteron pobudza pożądanie seksualne.

– Nasze libido ma sprawnie funkcjonować? Musimy być przede wszystkim zdrowi – podkreśla Małgorzata Zaryczna. – Jeśli cokolwiek szwankuje w organizmie, to libido ucierpi. Jego spadek towarzyszy wielu chorobom: zaburzeniom hormonalnym, nadciśnieniu, cukrzycy, miażdżycy. Zabójczy wpływ na libido mają wszelkie problemy z tarczycą, zwłaszcza niedoczynność. Dlatego, jeśli obserwujemy spadek zainteresowania seksem, powinniśmy odwiedzić lekarza (ginekologa, endokrynologa itp.), bo może zamiast szukać problemów w relacji i obwiniać się – trzeba po prostu zadbać o nadwątlone zdrowie.

Są jeszcze bodźce wewnętrzne. Te, które możemy sami wyprodukować. A dokładnie chodzi tu o fantazje erotyczne. Kobieca wyobraźnia jest pod tym względem niesłychanie bogata i produktywna, najczęściej o wiele bardziej rozbudowana od męskiej. I dobrze, bo nasze libido karmi się tymi wewnętrznymi obrazami, marzeniami i pragnieniami. Nimi oraz ich realizacją.

– Wyobrażamy sobie wiele rzeczy, ale jest ogromna rozbieżność pomiędzy myśleniem o jakiejś formie seksu, a jej wypróbowaniem – mówi Małgorzata Zaryczna. – Boimy się porozmawiać z partnerem, zasugerować, co sprawiłoby nam największą przyjemność, odkrywać siebie nawzajem. A przecież, jeśli nie będziemy robić w łóżku tego, co nas kręci, samo libido nie wystarczy...

Popęd seksualny według Polaków

Choć to brzmi jak doniesienia z czasów feudalnych, według badań prof. Izdebskiego, zamieszczonych w raporcie „Seksualność Polaków 2011”, aż 30 proc. Polek wciąż uważa, że zaspokojenie partnera to obowiązek kobiety – bez względu na to, czy same mają apetyt na seks, czy nie. Kolejne 34 proc. nie wie, czy nazwać seks obowiązkiem, czy nie.

6 proc. kobiet uważa, że ich libido jest za niskie, a 7 proc. – że jest za niskie w porównaniu z potrzebami partnera. Skargi słychać w każdej grupie wiekowej: małe, bardzo małe lub praktycznie nieistniejące potrzeby seksualne zgłasza 43 proc. kobiet po pięćdziesiątce, 18 proc. respondentek między 40. a 49. rokiem życia i aż 13 proc. tych, które nie dobiły jeszcze trzydziestki.

Z czasem, niestety, jest jeszcze gorzej: po pięćdziesiątce aż 43 proc. badanych uważa, że seks jest kompletnie nieistotną częścią ich życia, a 46 proc. kobiet po 41. roku życia stwierdza, że znacznie zmalało ich zainteresowanie erotyką.

Aż 87 proc. kobiet dotkniętych problemem obniżonego libido nie szuka i nie szukało nigdy pomocy. – Spory odsetek Polaków obu płci deklaruje, że są ze swojego życia seksualnego zadowoleni – mówi prof. Zbigniew Izdebski. – Jednak wypływa to z faktu, że nie mają względem niego żadnych oczekiwań. Podchodzą do niskiego libido z rezygnacją: „OK, jest to dolegliwość, ale skoro nie da się jej zniwelować, trzeba z nią żyć”. Pytani o zadowolenie, wypierają problem, odpowiadają: „tak, tak, jesteśmy zadowoleni”, żeby nie musieć się temu przyglądać.

Kobiety o małych lub bardzo małych potrzebach seksualnych czerpią mniejsze zadowolenie z życia seksualnego (deklaruje je tylko 32 proc., podczas gdy dla reszty odsetek ten wynosi 64 proc.). I nie tylko dlatego, że rzadziej mają orgazmy. Częściej wskazują na poczucie osamotnienia w związku (24 proc.) czy brak potwierdzenia swojej atrakcyjności w oczach partnera i własnych.

Kobiety o niskim libido rzadziej się przytulają i są przytulane, zaznają w związkach mniej czułości. Kiedy partner próbuje je objąć czy pocałować, one odtrącają go w obawie, że przyzwalając na czułość, zachęcają jednocześnie do gry wstępnej, która prowadzi do zbliżenia. W ten sposób bliskość fizyczna zanika także poza sypialnią, a kontakt staje się mniej ciepły i serdeczny. I choć związek nie musi się rozpaść, to daje mniej szczęścia.

Artykuł archiwalny. Prof. Krzysztof Tomasz Niemiec zmarł pod koniec 2012 r. (przyp. red.)

  1. Psychologia

Kiedy w związku możemy znaleźć szczęście? - rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą (fot. iStock)
Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz dwóch zainteresowanych sobą osób, połączonych przyjaźnią, troską, wzajemnym szacunkiem, ciekawością. W miłości hormony nie są najważniejsze – mówi psychoterapeuta Wojciech Eichelberger.

Oboje jesteśmy po rozwodach, a więc po miłosnych klęskach. Ale gdybyś teraz miał 30 lat, to co powinieneś mieć w głowie, by kochać kobietę dłużej niż trzy przewidziane przez biologię lata i nie odejść po siódmej rocznicy ślubu, bo tyle czasu nasi przodkowie potrzebowali, żeby podchować dzieci? Z badań wynika też, że mamy mniej czasu na miłość niż jaskiniowcy. W USA pierwszy rozwód następuje średnio po pięciu latach.
Gdybym przeczytał statystki i badania, które tak głoszą, mógłbym przyjąć je za pewnik i – niestety – potem sterowałyby one moimi emocjami i ciałem. I nawet jeśli serce i ciało chciałoby dalej kochać, to umysł mógłby ten ogień wygasić. Na zasadzie samosprawdzającej się przepowiedni. Skoro dane naukowe są takie, że typowa Natalka już nie powinna typowego Frania pociągać, to nie będzie pociągać, choćby pociągała...

Franek nie powinien za wiele czytać, jeśli chce miłości na zawsze? Podobnie Natalka?
Nie powinien mieć w głowie badań i statystyk, które mówią, że miłość się nie powiedzie. Oparte na nich teorie grzeszą redukowaniem człowieka do ciała sterowanego hormonami. A my mamy też duchowość, samoświadomość, osobowość, biografie, a także plany, cele, ideały, wartości. To powoduje, że w miłości hormony nie są najważniejsze. Nasza ludzka dojrzałość polega między innymi na tym, że serce i umysł kontrolują ciało. A więc nawet gdy zabraknie hormonalnego wsparcia, to serdeczność, przyjaźń, troska, wzajemny szacunek i ciekawość sprawią, że hormony odpalą. Dla emocjonalnie dojrzałych ludzi seks to nie jest spotkanie dwóch ciał, lecz spotkanie dwóch zainteresowanych sobą osób – za pośrednictwem ciał. Tylko w szczególnych, raczej medycznych przypadkach hormony mogą w pełni przejąć kontrolę nad zachowaniem.

Nasza rozmowa pomoże Franiowi kochać?
Najważniejsze jest to, na co Franio nie ma żadnego wpływu – czy miał wystarczająco dobrą i mądrą matkę. Taką, która trochę się opiekowała, trochę wspierała, trochę pozwalała na chwile słabości i uczyła wyrażania uczuć. A od czasu do czasu pokazywała ciemną i groźną stronę kobiecości. Dużo też wymagała i z tym Franek musiał nauczyć się sobie radzić. Wtedy Franio, gdy ogarnie go burza hormonów, skieruje się jak najszybciej w stronę innej kobiety niż jego matka, choć będzie szukał kogoś podobnego do niej, osoby oferującej podobny typ relacji. Do takiej relacji bowiem przywykł.

A jeśli znajdzie kobietę podobną do mamy, to...
To seks będzie bardzo udany. Bo Franio, tak jak prawie każdy chłopiec, marzył kiedyś skrycie o tym, by mamę poślubić. Ponieważ to zabronione, szuka podobnej do niej kobiety. A jeśli znalazł taką Natalkę, to po jakimś czasie usłyszy od niej, że ona chce mieć z nim dziecko i zostać mamą. To będzie dla Frania szok, bo ojcostwo oznacza ostateczny szlaban na bycie dzieckiem. Franio już nie będzie miał Natalki na żądanie. Już nie będzie mógł się pieścić i grymasić, bo jego własne dzieci szybko przywołają go do porządku. Będzie to trudny czas, bo często młodzi mężczyźni wchodzą w relacje z kobietami po to, by sobie replikować mamę plus, czyli mieć mamę plus seks. I pewnie Natalka też się Franiem nadmiernie opiekowała. A więc to czas na to, by oboje zaakceptowali, że definitywnie kończy się ich dzieciństwo.

Jeśli im się uda, pojawiają się kolejne zagrożenia dla miłości...
Tak, ale już jest mnóstwo nitek, które ich wiążą i zbliżają. Franio zacznie nawet w pewnym momencie odczuwać, że nawet za dużo w jego życiu zależy od Natalki. Na przykład jego dobre samopoczucie. Oto Natalka wyjechała na miesiąc z dziećmi, a Franio tęskni, jak kiedyś za mamą.

Może to miłość?
Raczej nie. Bo Franek traci z pola widzenia potrzeby Natalki, jeśli myśli, że ją uszczęśliwia swoim przywiązaniem. Gdyby też Natalkę o to zapytał, usłyszałby: „Wiesz, Franek, wkurzasz mnie. To nie jest normalne, że ty zawsze, wszędzie i natychmiast chcesz dostawać to, czego potrzebujesz. A gdzie ja w tym wszystkim?”. I jeśli ma to być opowieść o idealnym związku, to Franek powinien wtedy powiedzieć: „Sorry, przesadziłem, muszę zacząć w sobie szukać tego, czego oczekuję od ciebie”. Oczywiście taki proces powinien się rozpocząć także w Natalce. Oboje zaczynają kombinować, na czym polega dojrzałość i miłość. Orientują się, że przywiązanie i uzależnienie pomyliło im się z miłością, i zaczynają szukać niezależności – zdolności do samodzielnego radzenia sobie ze swoimi dziecięcymi uczuciami i potrzebami, czyli odnajdują w sobie to, czego Franio szukał w Natalce i na odwrót. Na przykład: ciepła, wsparcia, docenienia, uznania i zachwytu. Być może dzięki temu odkryje, że skoro codziennie potrzebuje czegoś od Natalki, to znaczy, że jest to uzależnienie. Wtedy najlepiej, jak rozpocznie starania, by wyjść z tego uzależnienia. Jak? Powinien się zastanowić, co szwankuje w jego poczuciu wartości, skoro codziennie musi słyszeć od Natalki pochwały. Dlaczego nie wierzy w to, że jest dobry, fajny i nadaje się do kochania.

A jeśli potrzebuje czułości, przytulenia?
Każdy od czasu do czasu potrzebuje czułości i przytulenia. Ale dorośli nie potrzebują tego kilka razy dziennie. Franio musi się nauczyć stwarzania sobie samemu okazji, by czuć się bezpiecznie i komfortowo. A to często oznacza, że trzeba pokonać w sobie lenia. Franio mógłby sam sobie zrobić herbatę, ale woli poprosić Natalkę, bo mu się nie chce tyłka ruszyć. Mógłby się zatroszczyć o swoje zdrowie, ale trudno mu zrezygnować z matczynej troski Natalki, jakiej doświadcza, chorując. Ale gdy się w końcu ogarnie i zacznie więcej robić dla siebie, a mniej oczekiwać od Natalki, to szybko zauważy, że między nimi jest lepiej, bo przecież im mniej uzależnienia, tym więcej miejsca na miłość.

Ale przed nim kolejne zagrożenie: kryzys wieku średniego. Dzięki pracy nad sobą wie, że ma też serce i głowę. Może więc przekroczyć biologiczne uwarunkowania, bo stworzył więzi osobowe, a one czynią seks atrakcyjnym na długie lata.
„Wolałbym, żeby żona była jędrna i młoda, ale kocham ją, więc uprawiamy seks” – mówi mój przyjaciel. A jego żona wolałaby zapewne faceta, który w wielu wymiarach jest sprawniejszy, ale wybiera jego, bo kocha tę konkretną osobę. Franio też ceni relacje z człowiekiem, z Natalką, a nie tylko z jej ciałem. Nawet jeśli inne napotkane ciało uzna za piękne i młode, to za mało, bo nikt dostatecznie ciekawy i dojrzały w młodym ciele jeszcze nie mieszka. Owszem, ciało może zachwycić Frania estetycznie jak figurka porcelanowa, ale nie jest dla Frania po czterdziestce materiałem na związek.

Franio zostaje więc z Natalką i nie odchodzi ze swoją studentką czy sąsiadką, jak robi wielu innych Franiów?
Franio ma w głowie tysiące wspólnych z Natalką rozmów i przekochanych nocy, wspólnych wakacji, a także smutku. To kapitał i spoiwo. Ale będą dłużej razem, jeśli będą aktywni seksualnie. O ten wymiar swojej relacji także muszą się troszczyć. Natalka ma w tej sprawie dwie hormonalne i emocjonalne doliny: pierwsza to ciąża i okres karmienia piersią, a druga – menopauza. Co prawda Franio może być aktywny seksualnie dłużej niż Natalka, ale coraz więcej Franiów już po czterdziestce miewa kłopoty z erekcją. Więc jeśli się za siebie nie weźmie, to zwiędnie przed pięćdziesiątką. Funkcje seksualne, jak wszystkie inne, trzeba ćwiczyć, troszczyć się o utrzymywanie seksualnych organów w dobrej formie. W naszej kulturze ta wiedza jest mało dostępna, można jednak czerpać z kultury Wschodu. Aby zadbać o poziom energii i jakość erotycznego kontaktu, warto solidnie zapoznać się z tantrą. Wzbogacać swoją seksualność i bawić się nią. Zdjąć z niej odium wyczynu i konkurencji. Uważać na przedawkowanie pornografii i masturbacji. Jeśli spotkamy w świecie pikseli coś atrakcyjnego, to dążmy do zorganizowania sobie tego w realu. Oczywiście pod warunkiem, że nie naruszamy prawa ani granic drugiej osoby. W przeciwnym razie masturbacja w kontakcie z pikselowymi obrazami stanie się zagrożeniem dla związku.

Największe zagrożenie to zdrada. To ona jest powodem większości rozwodów.
Kasia Miller napisała książkę „Kup kochance męża kwiaty”, bo kochanka może uzdrowić związek, ale sama zostanie poświęcona. Dlatego warto zrobić wszystko, aby wykorzystać ukryty potencjał zdrady. Nie każda zdrada musi być powodem do rozwodu. Doświadczenie psychoterapeutów wskazuje, że jeśli nie wiąże się ona z zaangażowaniem serca, była incydentem, to lepiej wziąć to na swoje sumienie i nie obciążać najbliższej osoby. Jeśli zaś przekształca się w poważny związek, to najlepiej jest jak najszybciej wyznać to stałemu partnerowi. Na tym polega lojalność. Gdy stali partnerzy dają sobie przyzwolenie na inspirowanie się, a nawet zachwyt jakąś trzecią osobą, to dodaje to wspólnemu życiu chęci i barwy – pod warunkiem wszakże, że na zachwycie sprawa się kończy.

A jeśli platoniczne zachwyty stają się zbyt intensywne?
Jeżeli Franio coraz więcej uwagi zwraca na inne kobiety i nawiązuje nowe znajomości, wtedy powinien się zdobyć na odwagę i, patrząc w oczy Natalce, powiedzieć: „Natalka, nie wiem, co się porobiło, ale głowa sama mi się odwraca, jak widzę jakąś laskę. Zastanawiam się, czy czegoś mi brakuje w naszym związku”. Mądra, dojrzała i doświadczona Natalka odpowie wtedy ciepło: „Pogadajmy, Franio, i zobaczmy, co to może być”. Przyczyna wcale nie musi być hormonalna. Po prostu nawet w długotrwałych związkach nie potrafimy dzielić się tym, z czym jest nam trudno.

Lęk przed dzieleniem się trudnościami?
Przypuśćmy, że Natalka czuje się chora. A w szczególności stan kobiecej części jej organizmu się pogarsza. Nie chce jednak wciągać Franka w to, że ma związane z tym czarne myśli. Poza tym czuje się nieatrakcyjna. Wymawia się więc z intymnych spotkań z Frankiem. Jak sobie o tym pogadają, to będą sobie jeszcze bliżsi. Otworzą nową przestrzeń kontaktu, jeśli Franek, patrząc Natalce w oczy, powie: „Co ty, Natalka, nie wygłupiaj się, ja też mam lęki i dolegliwości”. Wtedy okaże się, że żadne z nich nie musi szukać wsparcia u nowego partnera. I będą żyli długo i szczęśliwie.

Można dożyć złotej jesieni, wciąż trzymając się za ręce?
Można. Jeśli obie strony bardzo tego chcą i codziennie dbają o jakość związku, nie zamiatając niczego pod dywan.

Wojciech Eichelberger: psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii (www.ipsi.pl).

  1. Seks

Inteligencja seksualna – na ile jesteśmy świadomi swoich potrzeb?

Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. (Fot. iStock)
Wbrew pozorom nie po to, by bez zająknięcia wymienić nazwy stu łóżkowych pozycji czy świetnie się orientować w ofercie sex shopów. Raczej po to, by nasze życie erotyczne było udane i naprawdę zgodne z tym, co nam w duszy – a także w zmysłach – gra. 

Znajomość siebie, swoich potrzeb i zahamowań oraz warunków, w których możemy je przekraczać. Odwaga, żeby prosić o to, co nam naprawdę sprawia przyjemność, i gotowość, żeby dawać partnerowi to, czego potrzebuje. Wiedza o tym, co różni mężczyznę i kobietę. Umiejętność odmawiania i otwartej komunikacji w sprawach seksu, także rozumienia drugiej osoby, ale i własnych reakcji. Wszystko to właśnie zawiera w sobie inteligencja seksualna – termin, który robi ostatnio furorę.

– Inteligencja seksualna jest nierozerwalnie związana z akceptacją seksualności jako integralnej części osobowości, ale też z gotowością i motywacją do tego, by tworzyć satysfakcjonujące, oparte na bliskich relacjach, związki intymne. To niezwykle ważne, bo poziom inteligencji seksualnej decyduje o tym, czy jesteśmy zadowoleni z życia erotycznego – uważa Małgorzata Zaryczna, seksuolożka i psycholożka z Centrum Psychoterapii MAGO w Warszawie. – Im więcej wiemy o seksualności, relacji, bliskości i człowieku, z którym tworzymy parę, tym więcej mamy frajdy w sypialni.

Dobra wiadomość: z inteligencją seksualną jest nieco inaczej niż z poziomem IQ. Ten ostatni jest wrodzony, pierwszy – można skutecznie podnosić. I co ważniejsze – da się go w prosty sposób określić. Poprzez stopień zadowolenia z tego, co robimy w łóżku.

Tylko ty!

Zwolennicy i zwolenniczki wielu przygód i podbojów nie ucieszą się zapewne, ale według fachowców osoby naprawdę inteligentne seksualnie stawiają na jednego partnera. Wierność jest afrodyzjakiem!

– Dla satysfakcji w łóżku ważniejsza od ilości jest jakość – podkreśla Zaryczna. – Chcemy, żeby nasze życie seksualne naprawdę było na wysokim poziomie? Inwestujmy w budowanie dialogu z jedną osobą.

Jednak pogłębianie więzi, dbałość o potrzeby drugiej strony i komunikowanie swoich odczuć, zbyt często przerastają zdolność, motywację i chęć przeciętnych polskich kochanków. Oto typowy obraz współczesnego życia seksualnego: kilka minut stosunku, w tej samej co zwykle pozycji, rozładowanie i… koniec. Nie celebrujemy bliskości.

– Mądrze jest traktować seks nie tylko jako akt fizyczny służący rozładowaniu napięcia czy podreperowaniu poczucia własnej wartości, lecz jako zbliżenie, najgłębszy rodzaj kontaktu pomiędzy dwojgiem ludzi – uważa Zaryczna. – Inteligencja seksualna pomaga nam zrozumieć, że nie możemy stworzyć dającej prawdziwe zadowolenie więzi erotycznej bez emocjonalnej. Potrzeba seksualna leży bowiem blisko potrzeby bezpieczeństwa. A tego nie da nam kontakt z przypadkową osobą.

Potwierdzają to dobitnie badania dr Sharon Hinchcliffe z University of Sheffield, która przeprowadziła 46 wywiadów z kobietami w wieku od 23 do 83 lat. Okazało się, że tylko 10 proc. z nich odczuwało satysfakcję z przygodnego seksu.

Z kolei z badań dr. Michaela Milburna z University of Massachusetts w Bostonie, autora książki „Sexual Intelligence”, wynika, że najniższy poziom inteligencji seksualnej wykazują osoby często zmieniające partnerów. Mimo przemian obyczajowych dla większości ludzi wciąż najważniejsza jest stabilność i przywiązanie.

Jeśli wizja uprawiania seksu z jednym partnerem do końca życia przeraża nas, to dla sypialnianego dobra powinniśmy przynajmniej w kontaktach miłosnych stawiać na coś więcej niż wakacyjne, krótkotrwałe romanse.

Nie za daleko i nie za blisko

Kolejnym bardzo ważnym składnikiem erotycznej inteligencji jest umiejętne zarządzanie dystansem w związku, a właściwie wypośrodkowanie między wolnością a zażyłością. Powinniśmy się nauczyć dawać sobie przestrzeń bez oddalania się od siebie. Jeśli kontakt będzie zbyt intensywny, nasza erotyka tego nie zniesie: stłamsimy ją.

– Wiele osób chce być z partnerem tak blisko, by stanowić niemal jedno ciało – mówi Zaryczna. – To kiepski pomysł, bo przecież własne ciało raczej nas nie podnieca… Erotyka to obok bliskości także zaskakiwanie siebie nawzajem, nuta niedopowiedzenia, trochę odświeżającego dystansu.

Żeby między nami iskrzyło, nie możemy być ze sobą non stop. Kiedy kobieta idzie z mężczyzną na imprezę i obserwuje, jak on tańczy z innymi kobietami, i wie w dodatku, że one uważają go za atrakcyjnego – sama zaczyna go bardziej pragnąć. Podobnie mężczyzna, który zauważa, że jego partnerka się czymś żywo interesuje, że potrafi zatracić się w swojej pasji tak, że nawet o nim zapomina i trzeba ją „gonić” – widzi ją jako wartą starań, bardziej pociągającą.

Bądźmy inteligentni – nie traktujmy każdej niezależnej inicjatywy ukochanej osoby jako ataku na więź i bliskość. Pozwólmy jej zdobywać doświadczenia poza związkiem – żeby mogła je potem „przynieść” i w ten sposób wzbogacić to, co już mamy.

– Cała sztuka polega na tym, żeby być na tyle blisko, by tworzyć związek, lecz na tyle daleko, by nie wygasło napięcie seksualne – uważa seksuolożka. – Zmęczeni pracą, obowiązkami domowymi i dyskusjami o rachunkach, zapominamy, jak to było nosić podniecającą bieliznę i zawsze mieć ochotę na gorący seks. Warto kilka razy w tygodniu starać się odnaleźć w sobie echo tej kochanki czy kochanka, jakimi kiedyś byliśmy i nadal chcielibyśmy być.

Erotyczna mądrość to także rozmawianie o seksie, umiejętność komunikowania się, zadawania pytań, wsłuchania się w potrzeby partnera. My jednak mamy raczej tendencję do zabawy w jasnowidzenie: jeśli znamy partnera od lat, to uważamy, że nie musimy go o nic pytać, bo doskonale wiemy, co czuje i czego chce, a co mu się nie spodoba. W ten sposób zamykamy się w kręgu własnych wyobrażeń i okradamy z wymiany i możliwości wspólnego odkrywania nowych obszarów.

– Trudno się rozmawia o seksie, a chyba najtrudniej powiedzieć drugiej osobie, czego się chce – mówi Zaryczna. – Nie umiemy prosić o to, czego pragniemy, bo boimy się urazić partnera lub przed nim odsłonić. Poza tym wydaje nam się, że dobra komunikacja polega na tym, by skutecznie przekonać drugą stronę do tego, czego my chcemy. Nic z tych rzeczy! Chodzi raczej o przekazanie w nieofensywny sposób swoich pragnień – z gotowością i otwartością na czyjąś reakcję, nawet jeśli nie będzie po naszej myśli. Gdy ukochana osoba będzie robić dokładnie to, czego chcemy – szybko się tym znudzimy.

Tyle, ile trzeba

Mamy tendencję do myślenia, że udane życie erotyczne można zmierzyć częstotliwością uprawianego seksu. Im więcej, tym lepiej. Ale jeśli sprowadza się ono do kilku minut stosunku – to czy naprawdę warto przyznawać za to laury? Prędzej czy później odczujemy, że kochamy się wprawdzie często, ale dość mechanicznie…

– W wielu związkach przyjmuje to postać pościgu – uważa seksuolożka. – Jeśli nie mamy ochoty na seks, trudno odmówić partnerowi. Boimy się, że to postawi naszą relację nad przepaścią. Wysilamy się, by życie erotyczne nie zamarło, próbujemy nowych pozycji, eksperymentujemy. Tak jakby nasze życie miało stać się jakąś pustynią po tygodniu czy dwóch bez seksu!

A przecież „źródło” seksualności istnieje tak długo, jak długo tworzymy parę i chcemy ze sobą być. Nie staniemy się osobami aseksualnymi – no, chyba, że się znienawidzimy i nie będziemy chcieli mieć ze sobą kontaktu albo gdy tak się zbliżymy, że staniemy niemalże jednym ciałem i zdusimy erotykę. Jeśli nie wpadniemy w żadną z tych skrajności, seksualna pustynia nam nie grozi.

– Zmysłowe IQ to między innymi świadomość, że seksualność podlega naturalnym rytmom i wahaniom – podkreśla dr Zaryczna. – I na szczęście jest tak, że kochankowie, którzy są wrażliwi na potrzeby partnera, także te dotyczące częstotliwości uprawianego seksu, po jakimś czasie potrafią dopasować je do siebie nawzajem.

To, że jedna ze stron ma ochotę na zbliżenie, nie jest ani lepsze, ani gorsze od tego, że druga jej akurat nie ma. Tym bardziej, że brak chęci na seks nie jest jednoznaczny z brakiem miłości. Ważne, żeby szanować odmienne potrzeby seksualne. Interpretowanie ich braku jako ataku lub wycofania jest mało rozsądne. Równie dobrze moglibyśmy mieć do partnera pretensję, że jest głodny albo że nie chce mu się jeść. Niezrozumienie i zarzuty w tej kwestii budują czasem między ludźmi bardzo wysoki mur, bo to bardzo delikatna materia. Dlatego tak ważne jest, żeby je dobrze rozumieć. Odmawiając partnerowi, nie mówmy: „to źle, że mnie pragniesz, bo ja ciebie nie”. Powiedzmy raczej: „ja ciebie kocham, lecz w tej chwili naprawdę nie mam ochoty na seks”.

Inteligencja seksualna zawsze bowiem przyjmuje założenie dobrych intencji z drugiej strony.

  1. Psychologia

Przemoc ekonomiczna w rodzinie - jak powstrzymać kłótnie o pieniądze w małżeństwie?

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Zdaniem ekspertów zdrowe dla związku będzie to wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać. (Fot. iStock)
„Obiecywał mi złote góry!”, „Ona mogłaby wydać każdą sumę!”. W kłótniach między partnerami często padają argumenty finansowe. Sprawdzamy, czy ludowa mądrość: kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze – ma zastosowanie w związku. 

Z sondażu przeprowadzonego w czerwcu 2020 roku przez agencję badawczą Difference dla ING Banku Śląskiego wynika, że rozmowy o pieniądzach są naturalne dla 68 proc. Polaków. Byłby to dość imponujący wynik, świadczący o naszej dobrej umiejętności komunikacji, jednak respondenci tego samego badania przyznają, że jest to temat niełatwy, a pieniądze często są przyczyną sporów między partnerami... „Myślę, że chodzi o to, że pieniądze to nie jest jednorodna kategoria i rozmowa o finansach to nie jest zawsze rozmowa o tym samym” – mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS we Wrocławiu w prowadzonym przez psycholożkę i terapeutką Marię Rotkiel cyklu ING „Porozmawiajmy o pieniądzach” (można go obejrzeć na YouTubie).

Sama przy okazji pisania tego tekstu prowadziłam  minibadania i różnorodność przekonań na temat pieniędzy (wpojonych nam w dzieciństwie przez rodziców i inne ważne osoby oraz wypracowanych już w dorosłym życiu) naprawdę mnie zaskoczyła.

„Czym są dla ciebie pieniądze?” – czytamy w popularnej książce „Happy money” Kena Hondy. Traktujesz je neutralnie – jako środek wymiany dóbr i usług? A może upatrujesz w nich instrumentu kontroli? Źródła poczucia bezpieczeństwa? Albo służą ci do tego, żeby się na kimś odegrać? Czy pieniądze pomagają ci robić to, co zechcesz? Czy też są raczej przeszkodą, która zawsze staje ci na drodze? – pyta japoński autor.

Moje... twoje... nasze...

Maria Rotkiel przyznaje, że zagadnienia związane z finansami często wypływają w jej gabinecie podczas terapii par. I choć ze statystyk wynika, że same pieniądze proporcjonalnie rzadko są wskazywane jako podstawowa przyczyna rozpadu małżeństwa (wg raportu CBOS ze stycznia 2020 roku – w 8 proc.), to zwykle właśnie one pojawiają się w tle tzw. niezgodności charakterów małżonków, która jest najczęstszą przyczyną orzekania rozwodów.

Czy istnieje jeden doskonały model domowego budżetu? Badania wskazują, że dla trwałości związku najlepsza jest pełna wspólność majątkowa, jednak w praktyce modele są różne – na drugim biegunie wspólnoty są osobne konta, pomiędzy nimi jest stan pośredni, w którym strony ponoszą wydatki w określonych proporcjach. Zdaniem ekspertów zdrowe będzie wszystko, co wynika ze swobodnych ustaleń między partnerami. Co więcej, uzgodnienia mogą się zmieniać w trakcie związku, np. gdy któraś strona zdecyduje się na przerwę w pracy zarobkowej na rzecz opieki nad dziećmi albo poczuje się wypalona i zechce zrezygnować z dobrze płatnego stanowiska.

I tu wracamy do kwestii rozmawiania o pieniądzach, co w  gruncie rzeczy sprowadza się do komunikacji. Maria Rotkiel proponuje, by do różnic w podejściu do finansów podejść z ciekawością, a nawet wykorzystać je jako szansę na rozwój – np. jeśli wydaje mi się, że mój partner jest zbyt rozrzutny, to może ja za bardzo oglądam każdy grosz?

Przemoc ekonomiczna

Kluczowe jest to, żeby na stosowany w związku model finansowy zgodziły się obie strony. Jeśli nie, może pojawić się tzw. przemoc ekonomiczna. Samo pojęcie jest dość świeże – w świecie badań naukowych zostało zauważone w Stanach Zjednoczonych niewiele ponad 20 lat temu, a na Starym Kontynencie jeszcze później. W badaniach na temat przemocy w Unii Europejskiej zrealizowanych w latach 2011–2012 znalazło się tylko jedno pytanie dotyczące przemocy ekonomicznej. Najbardziej dotknięte nią okazały się Bułgarki, a najmniej Portugalki – Polki znalazły się w środku tego zestawienia.

W Polsce problemem zajmuje się Fundacja Centrum Praw Kobiet, na której stronie czytamy: „O przemocy ekonomicznej mówimy wtedy, gdy jej sprawca używa pieniędzy albo innych wartości materialnych do zaspokojenia swojej potrzeby władzy i kontroli, podporządkowując sobie partnerkę lub przerzucając na nią odpowiedzialność za utrzymanie domu. Sprawca wykorzystuje uzależnienie partnerki od swoich dochodów lub majątku do znęcania się nad nią. Czasem uniemożliwia jej dostęp do konta, w innych wypadkach wydziela i kontroluje jej wydatki, utrudnia jej podjęcie pracy lub przyczynia się do jej utraty. Pieniądze stają się kartą przetargową (...). O przemocy ekonomicznej mówimy również wtedy, gdy partner pasożytuje na pracy partnerki, nie płaci alimentów, bez jej wiedzy zaciąga kredyty lub przywłaszcza sobie środki przeznaczone na utrzymanie rodziny”.

I ślubuję Ci uczciwość małżeńską

Francuska psycholożka kliniczna i terapeutka Lisa Letessier w książce „Kłamstwo w związku” przywołuje historię kobiety (wykształconej naukowczyni z zamożnego domu), która dopiero po wielu latach odkryła oszustwa finansowe męża. „Pewnego razu odebrałam telefon z banku z pytaniem o szczegóły administracyjne dotyczące hipoteki, którą podpisałam. Na początku pomyślałam, że to pomyłka, byłam przekonana, że to niemożliwe. Ale zaczęłam drążyć i wszystko odkryłam. Mój mąż, do którego miałam pełne zaufanie, kochający i uważny ojciec naszych dzieci, podrobił mój podpis i zastawił nasz dom, żeby wziąć kredyt” – cytuje autorka. Jak się okazało, mężczyzna miał na sumieniu wiele innych nadużyć, w tajemnicy zaciągał pożyczki u teściowej i nielegalnie spieniężył część jej majątku. Był hazardzistą i brał narkotyki. „Był chory, z pewnością, ale zniszczył swoją rodzinę, swoje dzieci. Nigdy mu nie przebaczę. Dziś na samo jego wspomnienie mam mdłości” – puentuje bohaterka.

To przypadek skrajny, wynikający z zaburzenia, jednak zdaniem Letessier za kłamstwem dotyczącym pieniędzy zwykle stoi lęk: przed byciem zdradzonym czy zdradzeniem swoich wartości, przed utratą poczucia bezpieczeństwa czy przed konfliktem. Innym wytłumaczeniem może być to, że dla niektórych własne oszczędności, zwłaszcza jeśli budżet domowy nie jest z tego powodu zagrożony, są częścią tzw. tajemniczego ogrodu, czyli ich przestrzeni osobistej.  Niezależnie od skrywanej motywacji przywołany wcześniej Ken Honda stawia sprawę jednoznacznie i uważa, że uczciwość jest priorytetem w związkowym systemie tzw. szczęśliwych pieniędzy. „Chociaż oboje partnerzy są dorośli, to czasem jedno traktuje drugie jak dziecko, które nie musi niczego wiedzieć na temat ich sytuacji finansowej lub nie ma do tych spraw głowy. Czasem też z obawy przed konfliktem ukrywają pewne informacje lub swoje błędy, co później obraca się przeciwko nim” – pisze.

Ćwiczenie: Myślisz "pieniądze", czujesz...

W książce „Happy money” Ken Honda podaje najczęściej spotykane w swojej pracy trenera rozwoju osobistego emocje wywoływane przez temat finansów. Zastanów się, jakie ty odczuwasz i na ile rzutują one na twój związek.
  1. Lęk i niepokój. Czy martwisz się o to, że zabraknie ci pieniędzy? Czy boisz się utraty pracy, bo to oznaczałoby brak zabezpieczenia finansowego? To dość powszechne niepokoje, za którymi stoi zwykle lęk przed porażką czy przed rozczarowaniem innych, a to często wiąże się z niską samooceną i przekonaniem, że nie zasługujesz na to, co dobre, zatem żeby to zdobyć, musisz udowodnić swoją wartość.
  1. Gniew i frustracja. Czy czujesz się niesprawiedliwie wynagradzany? Czy złościsz się na osoby, które decydują o twoich zarobkach albo na te, które twoim zdaniem odpowiadają za zły stan gospodarki? Taki stan wprowadza twój mózg w stan walki o przetrwanie, więc ogranicza zdolność do kreatywnego myślenia,  a przecież rzadko pustka w portfelu oznacza natychmiastowe zagrożenie dla ciebie i najbliższych.
  1. Smutek i rozczarowanie. Czujesz źródła niespełnionych marzeń i dopatrujesz się w braku pieniędzy? A może obserwacja dramatycznych wydarzeń na świecie skłania cię do refleksji, że to wszystko przez chciwość i chęć zmaksymalizowania zarobków? Samotnie niesiony i nieprzepracowany smutek wpływa na twoje relacje z samym sobą, innymi i może doprowadzić do depresji.
  1. Nienawiść i rozpacz. Czy czujesz się oburzony, że ktoś cię wykorzystuje? Czy to wywołuje w tobie gniew? Lepiej wykorzystać potencjał, który niesie złość, jako impuls do zmiany, niż pielęgnować ją w sobie, bo z czasem może przekształcić się w nienawiść – do tego, kogo uważasz za winnego twojej sytuacji, albo do siebie samego, co w ostateczności może doprowadzić nawet do próby samobójczej.
  1. Poczucie wyższości i niższości. Czy kupujesz rzeczy, na które cię nie stać, żeby zaimponować komuś? Czy stwarzasz pozory bycia zamożniejszym niż jesteś? Koncentrując się na budowaniu wizerunku, możesz np. niepotrzebnie się zadłużyć, co będzie cię przepełniało lękiem i ograniczało wybory – w rezultacie nie będziesz w stanie czerpać radości z bycia tu i teraz.
  1. Poczucie winy i wstydu. Czy czujesz się winny, bo inni zarabiają mniej od ciebie? A może wstydzisz się niedostatku? To dwie strony tego samego medalu – chcąc zagłuszyć te skądinąd nieprzyjemne odczucia, łatwo popaść w stany kompulsywne i uzależnienia, co jeszcze bardziej zakłóci twoją wewnętrzną równowagę.
  1. Odrętwienie. Czy tłumisz emocje, jakie wywołuje w tobie temat pieniędzy? Czy unikasz rozmów o nich? Udając obojętność w kwestiach finansowych, tłumisz swoją emocjonalność również w innych sferach życia. Mózg jest bardzo plastyczny, więc im rzadziej korzystasz z pewnych funkcji, tym trudniej ci to przychodzi.
  1. Podekscytowanie i radość. Czy okazujesz radość z premii? Czy cieszysz się, gdy na urodziny dostaniesz od kogoś pieniądze? Nie chodzi o to, że szczęście dają ci pieniądze jako takie, ale o zdolność do odczuwania wdzięczności, która wpływa na poczucie szczęścia.
  1. Wdzięczność i miłość. Czy doceniasz czyjąś pomoc finansową? Czy chętnie dzielisz się swoimi zasobami? Jeśli pieniądze przepływają między ludźmi z miłością i wdzięcznością, przynoszą im większą satysfakcję i dają poczucie bycia docenionym.
  1. Szczęście. Nieoczekiwany przypływ gotówki sprawia przyjemność każdemu; czujemy, jakby zarysowały się przed nami nowe możliwości. A co jeślibyś jej nie dostał? Czy umiesz szczerze przyznać, że już masz wszystko, co jest ci potrzebne do szczęścia, a na nowe możliwości wystarczy się otworzyć?