1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Czym jest flirt?

Czym jest flirt?

fot.123rf
fot.123rf
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Krótkie podsumowanie dla zagubionych i początkujących.

Flirt to:

Gra, zabawa, przyjemność;

Tajemniczość, subtelność i poczucie humoru;

Wzajemne zalecanie się, zaloty, uwodzenie;

Rozmowa, przekomarzanie się, szermierka słowna;

Magiczne porozumienie między mężczyzną a kobietą, wzajemne przyciąganie się, zew płci;

Spektakl gestów, na który składają się spojrzenia, uśmiechy, czasem dotyk;

Obyczaj, rodzaj grzeczności, przejaw kurtuazji;

Sposób na miłe spędzenie czasu, dowartościowanie się;

Droga do spotkania stałego partnera i stworzenia trwałego związku;

Styl życia.

Źródło: Joanna Olekszyk „O języku flirtu prawie wszystko”, Trio 2005

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Jakich mężczyzn potrzebują współczesne kobiety? Rozmowa z Wojciechem Eichelbergerem

(Fot. iStock)
(Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Czy w czasach równych praw, liberalizmu i demokracji sami podejmujemy decyzje, jak chcemy żyć, czy coś lub ktoś decyduje za nas? Czy kobiety i mężczyźni mogą w takim samym stopniu decydować o swoim losie, wyborze drogi życiowej, o byciu lub niebyciu singlem, założeniu rodziny, posiadaniu dzieci? Czy to naprawdę efekt naszych świadomych wyborów, że jest tak dużo singli i samotnych matek – zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Stereotyp jest taki, że podejmując decyzje, kobiety kierują się emocjami, poświęceniem, a mężczyźni – karierą, realizacją siebie. Teraz to się zmieniło, młode kobiety stają przed zupełnie nową perspektywą życiową. A ponieważ jest ona nowa, nie mają wzorców, z których mogłyby skorzystać, by wybierać świadomie i mądrze szacować ryzyko. Obowiązująca w tej chwili instrukcja dla kobiet rozpoczynających życie to: nie ma co liczyć na mężczyzn, trzeba liczyć tylko na siebie, zdobyć wykształcenie i pracę, żeby być niezależną ekonomicznie i życiowo. Koniec z marzeniami o księciu, rycerzu czy misiu, który ci w tym pomoże. I większość młodych kobiet nie uznaje już tej do niedawna rozpowszechnionej strategii: Wykształcę się trochę, żeby być kulturalną panią domu, a potem spotkam odpowiedzialnego mężczyznę, założymy rodzinę, będziemy mieli dzieci. On będzie pracował, ja zajmę się domem i jakoś to życie nam przeleci.

Mainstreamowa obyczajowość postuluje nowy model życia kobiety i ostatecznie odbiera nadzieję na to, że stary jest coś wart. Dlatego kobiety są tak zdeterminowane, by za wszelką cenę – nawet nadużywając siebie – zrealizować ten nowy autonomiczny model.

W jaki sposób młode kobiety, decydując o swoim życiu, nadużywają siebie? Na przykład sponsoring to forma nadużywania siebie w imię realizacji nowej strategii. Nadużyciem są też nałogi, bo trzeba się jakoś znieczulić, dopieścić, mieć pod ręką dopalacz, kiedy już brakuje siły, wiary, nadziei i wsparcia. Byle sięgnąć ideału, którym są praca, kredyt, samochód, mieszkanie. Dopiero wtedy z pozycji samodzielnej singielki kobieta może się rozglądać za stałym partnerem, który – jeśli wszystko dobrze pójdzie, a ona dalej pozostanie w pełni niezależna – będzie nadawał się na ojca jej dzieci. Do niedawna młode kobiety mogły jakoś realizować taki scenariusz. Ale na skutek kryzysu coraz częściej zderzają się z bezrobociem. I to jest tragedia, bo choć tak wiele pracy, wyrzeczeń i nadużyć zainwestowały w batalię o autonomię, bez pracy nieuchronnie wpadają we wtórne uzależnienie od lepiej urządzonych mężczyzn – często z pokolenia ich ojców – albo od własnych rodziców.

Nie jest łatwo być kobietą, która wybrała aspiracje do miejskiego dobrobytu i autonomii. Nie dość, że brakuje drogowskazów, to na dodatek wsparcie systemowe jest w powijakach. Rzesze zdeterminowanych kobiet uciekają z małych miejscowości do dużych miast (mężczyźni wykazują w tej sprawie mniej inicjatywy) i przystosowując się do środowiska miejskiego, odcinają się od rodzinnych korzeni i ich kulturowego przekazu. Mało tego – potrzeba im wręcz entuzjazmu neofity w asymilowaniu nowych wartości i obyczajów. Bo gdy porzuca się wszystko, co znane, można tylko brawurowo i bezrefleksyjnie łykać nowe. Być gotowym na wszystko bardziej niż dzieci z zasiedziałych wielkomiejskich rodzin. Wtedy wybiera się tylko to, co korzystne z punktu widzenia upragnionego celu. Wokół złamane serca, zawiedzione przyjaźnie, rozbite rodziny. A na końcu drogi czyha samotność – niechciana cena za poświęcenie wszystkiego i wszystkich.

Samotność? A gdzie są mężczyźni dla autonomicznych kobiet? No właśnie, tak wypracowany sukces wyklucza zgodę na jakiegokolwiek „miśka”. Wymagania są duże. To musi być wojownik, który budzi szacunek, który się rozwija i ma aspiracje, jest odpowiedzialny, ma podobne zainteresowania – a takich jest coraz mniej albo już założyli rodziny. Na pewno nie ogłaszają się na portalach randkowych. Więc rozczarowane i roszczeniowe neofitki pytają: „Dlaczego rynek nie oferuje facetów w lepszym gatunku?”. Kilka fakultetów i języków, dobra praca, mieszkanie, pieniądze, sylwetka – a w męskim supermarkecie półki puste albo badziewie. Zanika świadomość, że relacje buduje się długo i cierpliwie, gotowych nie dają i gdy kalendarz przypomni, że czas na dzieci, zaczynają się nieprzemyślane wybory, np. angażowanie w trójkąty, bo mężczyźni z wyższej półki są już w związkach i nie chcą z nich rezygnować. A jeśli zrezygnują, to życie w patchworkowej rodzinie bywa trudne. Heroiczna decyzja o samodzielnym macierzyństwie też nie daje pełni satysfakcji, bo w głębi serca kobiety ciągle potrzebują ciepłego, bezpiecznego związku i partnera w domu.

Jak więc wybierać, by mimo woli nie wybrać samotności? Gdybym miał wychowywać córkę, prawdopodobnie – zważywszy na dominujący kulturowy kontekst – na wszelki wypadek przygotowywałbym ją do samodzielności. W nadziei, że samodzielność nie musi oznaczać samotności, bo ta nigdy nie jest naturalnym wyborem. Jest klęską na różne sposoby oswajaną: Bo faceci są beznadziejni; A po co mi facet? Nawiasem mówiąc, zanika w słownictwie kobiecym termin „mężczyzna” (nawet mężczyźni wstydzą się tego słowa). A gdy myśli się „facet”, to spotyka się facetów, a nie mężczyzn. Nasze słowa i przekonania tworzą świat, w którym żyjemy. Aby więc znajdować partnerów i unikać pułapki samotności, kobiety powinny uważać na słowa i myśli, których używają i które pielęgnują w kontekście mężczyzn i związków z nimi. Inaczej nie da się w etos autonomii kobiety włączyć bliskiej, trwałej i opartej na szacunku i partnerstwie więzi z mężczyzną. I to jest krytyczny dylemat w etosie współczesnej kobiety: Jak zachować autonomię i jednocześnie zdolność wchodzenia w bliskie, partnerskie relacje?

Kobiety, które miały siłę, żeby się usamodzielnić, w obawie przed tradycyjnym związkiem wybierają na partnerów słabych mężczyzn. Kulawy i gorzki związek z mężczyzną, którego kobieta sobie podporządkuje i którego nie szanuje, to mierna alternatywa dla singielstwa. Wybranie słabszego mężczyzny pozwala jednak mieć nadzieję na zachowanie autonomii. Dlatego też wielu mężczyzn nadal poszukuje słabych i niemądrych kobiet. Rozkapryszonej kizi-mizi, która czasem pokrzyczy, potupie, strzeli focha, której nie trzeba traktować poważnie i nadal można się cieszyć wygodną wolnością. Ci mężczyźni nie zdają sobie sprawy, że to, co próbują uchronić, to nie wolność, lecz niedojrzałość. Czasy i obyczaje jednak się zmieniają i teraz kobiety mają ten problem, zastanawiają się, czy nie stracą po ślubie swojej z trudem wywalczonej wolności – niedojrzałości.

A mężczyźni – jaki jest ich główny problem z decydowaniem o sobie? Mężczyznom wydaje się często, że samo bycie mężczyzną czyni ich autonomicznymi i nie muszą nic w tej sprawie robić. A skoro kobiety się usamodzielniają, to coraz więcej mężczyzn zwalnia się z odpowiedzialności za materialne bezpieczeństwo nie tylko rodziny, lecz nawet własne. Mężczyzna może sobie wyobrazić coś, co do niedawna nie mieściło się w męskiej głowie: „Skoro nie mam szansy na dobrą pracę, to znajdę sobie dobrze zarabiającą kobietę, zaakceptuję słabszą pozycję, przyjmę rolę gospodarza domu, którego żona utrzymuje – i święty spokój”. Przeciw staremu etosowi męskości działa też system ekonomiczno-społeczny. Piramida sukcesu robi się coraz bardziej stroma, rozwarstwienie – absurdalne. Coraz trudniej być samcem alfa.

Czy to znaczy, że mężczyzna nie ma wyboru, nie decyduje, czy dalej mieszkać z babcią, czy założyć rodzinę? Przy kurczącym się rynku pracy mężczyznom zostaje coraz mniej możliwości – a oczekiwania kobiet i wymagania męskiego etosu pozostają na tym samym, wyśrubowanym poziomie. Systemowe ograniczenia są wielkie, bo dotykają etosowych potrzeb mężczyzn – jak, nie mając pracy, zakładać rodzinę? Co gorsza, nie ma się gdzie wykazać męstwem, stąd ta potrzeba tworzenia mitów o czyhających wewnętrznych i zewnętrznych wrogach. Stąd potrzeba wyżywania się w zastępczych wojnach na piłkarskich stadionach.

Ilu jest nowoczesnych mężczyzn? Ciągle jeszcze niewielu mężczyzn gotowych jest na wersję: Razem będziemy klepać naszą małą biedę, mamy siebie, wynajęty pokój, dwa rowery i barterową wymianę w środowisku, w którym żyjemy. Jeśli to świadomy wybór, a nie upokarzająca konieczność – to super. Ale nawet wtedy, przy tak anemicznym wsparciu państwa posiadanie dziecka staje się ryzykownym przedsięwzięciem. Przerzucanie przez państwo odpowiedzialności za młodych na dziadków emerytów świadczy o systemowej niewydolności. I niebawem przyniesie katastrofalne demograficzne skutki. Dlatego trzeba zacząć inaczej myśleć o roli państwa, o możliwościach, które rynek stwarza mężczyznom. Mężczyźni muszą pracować nad zmianą etosu i realnie dzielić się z kobietami władzą, wolnością i odpowiedzialnością. Trzeba mieć nadzieję, że unikniemy tragicznej powtórki z matriarchatu, że mężczyźni nie zaakceptują wersji: Wyjdę za bogatą albo zapiszę się do jej haremu.

No, ale mężczyzna może wnieść wiele do związku, nawet jeśli nie ma kasy. Może, jeśli nie jest sfrustrowany, nie ma depresji, nie czuje się upokorzony zależnością od kobiety. Na razie nie ma takiej możliwości, by statystyczny mężczyzna mógł poczuć męskość w związku z kobietą, od której całkowicie zależy ekonomicznie. Nie może przypisać sobie zasługi urodzenia i wykarmienia dzieci, by czując się godnie, pobierać od partnerki dożywotnie dowody wdzięczności. Mężczyźni niechętnie – jakby nie porzucili nadziei na powrót dawnych reguł – rozpoczynają dopiero pracę nad zmianą etosu. Nadal dla zdecydowanej większości płeć nie jest genderowa, definiowana społecznie i obyczajowo, lecz jest biologiczna, raz na zawsze ustalona. Potrzeba pokoleń, by mogli na innej zasadzie wchodzić w związki z kobietami. Jeszcze długo mężczyzna będzie się czuł upokorzony, gdy mu zabraknie na kawę dla adorowanej kobiety. Jeszcze długo kobiety będą oceniać mężczyzn, patrząc na ich zawodową i ekonomiczną pozycję, ambicje i dążenia. Kobiet, które odniosły sukces i wybierają mężczyznę ze względu na inne niż ekonomiczne zalety, jest bardzo mało. Najczęściej są samotne i biorą na utrzymanie młodszych od siebie mężczyzn. Nierzadko ma to charakter sponsoringu, choć zdarza się, że i takie związki są szczęśliwe.

Czyli dla kobiet kasa liczy się najbardziej w ocenie partnera? Przede wszystkim liczy się partnerstwo. Ale to wydolność finansowa mężczyzny jest jednym z istotnych wskaźników zdolności do niego. Nawet gdy ją najbardziej cieszy wspólna jazda na rowerach, to ważne jest, aby on miał rower tej samej klasy i mógł za nią nadążyć. Rowery tandemy już się nie przyjmą – niezależnie od tego, kto miałby trzymać kierownicę.

Współczesne związki muszą się opierać na partnerstwie finansowym, gwarantującym obu stronom wolność podejmowania decyzji o wyjściu ze związku, gdy inne atrybuty – te najważniejsze – zawodzą. Ekonomiczne partnerstwo zaczyna w dużym stopniu decydować o szacunku. Także dla kobiet urodzenie dziecka jest coraz rzadziej wystarczającym argumentem do rezygnacji z własnych dochodów i kariery.

Niezależność ekonomiczna nowym fundamentem związków? Na to wygląda. Bo co ma począć 30-latka, która odniosła sukces zawodowy, a zakochała się ze wzajemnością w równolatku, który nie ma pracy i mieszka z mamą? Prawie nieuchronnie po wielkiej eksplozji ich uczucie przejdzie w fazę implozji. On nie może znieść upokorzenia, że go nie stać na jej poziom życia. Ona, nie chcąc rezygnować ze słodkich owoców sukcesu, płaci za niego i pokazuje mu świat, do którego on beznadziejnie aspiruje – co frustruje go jeszcze bardziej. On czuje się jak Kopciuszek macho, który żąda od ukochanej księżniczki, by nie zabierała go do pałacu, lecz na dowód ich miłości zamieszkała z nim w komórce. W czasach narastającego rozwarstwienia i usamodzielniania się kobiet partnerstwo ekonomiczne staje się równie ważne jak intelektualne. Dlatego rozwiązaniem, które pojawia się teraz na masową skalę, jest singlowanie. Ufajmy, że to tylko faza przejściowa.

Jak mimo wszystko uratować miłość i budować trwałe związki? Wiele zależy od tego, czy kobietom sukces nie przewróci w głowie: Skoro zrobiłam taki wysiłek, to teraz należy mi się królewicz, rycerz albo choć śliczny paź. Królewiczów i rycerzy jest coraz mniej, a paziowie boją się kobiet. Ale też odpowiedzialni mężczyźni nie wyrywają się do zakładania rodzin, bo męskie superego szepcze im nadal do ucha: „Albo cię stać na kobietę i rodzinę, albo nie. A jeśli nie, możesz zostać tylko kłusownikiem”.

Wojciech Eichelberger – psycholog, psychoterapeuta i trener, autor wielu książek, współtwórca  i dyrektor warszawskiego Instytutu Psychoimmunologii; www.ipsi.pl

  1. Psychologia

#Metoo z perspektywy mężczyzn - rozmowa z psychoterapeutą Rebertem Milczarkiem

Uwodzenie jest z natury niejednoznaczne. To sztuka sondowania tego, czego pragnie druga strona. (Fot. iStock)
Uwodzenie jest z natury niejednoznaczne. To sztuka sondowania tego, czego pragnie druga strona. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 1 Zdjęcie
Wreszcie głośno mówi się o tym, że komplement może być obraźliwy, a uwodzenie – natarczywe. Tylko czy to uczy mężczyzn mądrej bliskości? Czy wprost przeciwnie – jeszcze ich opancerza? Pytamy psychoterapeutę Roberta Milczarka. 

Mam wrażenie, że dzisiaj rytuał uwodzenia zanika. W relacjach króluje szybki seks i Tinder. Według mnie akcja Me Too, choć otworzyła nam oczy na to, czym jest i jakie formy może przybierać molestowanie seksualne, jeszcze ten flirt dobija. Młodzi mężczyźni coraz rzadziej angażują się dzisiaj we flirt. Z lęku przed przekroczeniem granicy i konsekwencjami. Uwodzenie jest przecież z natury niejednoznaczne. To sztuka sondowania tego, czego pragnie druga strona. Wysyłam kobiecie sygnały, które spotykają się z aprobatą bądź nie. Flirt to również sztuka uważności i wrażliwości. To eksperyment, w którym bierzemy pod uwagę także porażkę. Chodzi o podjęcie pewnej gry, która wiąże się z zaangażowaniem i zainwestowaniem energii.

Wiesz, dla mnie znakomitym źródłem wiedzy o mężczyznach i ich relacjach jest sauna. Wszyscy mężczyźni są tam nadzy. Nie ma statusu, uniformów, które prowokują do wzajemnej oceny i rywalizacji. W saunie wszyscy jesteśmy równi. Takie warunki otwierają na szczere rozmowy. Usłyszałem tam niedawno, że współcześni mężczyźni w ramach męskiej solidarności proszą swoich kolegów o to, żeby „sprawdzili”, czyli pouwodzili dziewczynę, z którą się umawiają, by sprawdzić, czy wejdzie z nimi we flirt. Chcą zobaczyć, czy jest godna ich zaufania. 

Czyli flirt pojawia się, ale jako źródło zła… Rozumiem, że dla współczesnych mężczyzn bardzo ważne jest poczucie kontroli? Mam poczucie, że tu akurat płeć nie ma znaczenia. Problem dotyczy tak samo mężczyzn i kobiet. Piszę teraz scenariusz filmowy na ten temat. Opowiada o iluzji kontroli zastępującej dzisiaj zaufanie. Współcześni opancerzeni mężczyźni boją się zaufać, a pancerz daje im właśnie poczucie kontroli. Tego że ktoś ich nie oszuka, nie zrani. Tylko, że zaufanie nie ma nic wspólnego z kontrolą. Kontrola przynosi pozorną ulgę.

Akcja Me Too zainicjowała rozmowę o tym, kiedy kończy się flirt i uwodzenie, a zaczyna molestowanie seksualne. Mężczyźni wyczuwają te granice? Załóżmy, że mamy taką sytuację: widzisz dwoje ludzi i nie wiesz, jaka łączy ich relacja. Mężczyzna podchodzi do kobiety od tyłu i strzela jej klapsa w tyłek. Jest przemoc? No jest. Ale później poznajesz tych ludzi i okazuje się, że to para. Kobieta uwielbia, gdy partner ociera się o nią, złapie ją za pośladek i pocałuje z języczkiem. Zatem czy to nadal jest przemoc?

Nie, pod warunkiem że mamy obopólną zgodę na tego typu zachowanie. Bo granicą jest to, na co godzą się dwie strony. Flirt jest potrzebny właśnie po to, żeby sondować siebie wzajemnie, poznawać siebie w relacji, w pełnej uważności i otwartości. Po to, żeby rozpoznać obopólne chęci. Ale nie w ten sposób, że mężczyzna podchodzi do kobiety na ulicy i strzela ją w pośladek. 

Ostatnio pojawiło się wiele filmów i seriali ukazujących właśnie tego typu zachowania. Jak reagują na nie mężczyźni? To skłania ich do zastanowienia się, jak ma wyglądać nowy wzorzec relacji damsko-męskich. Ale nie chodzi o jeden model. Wyobrażam sobie, że są kobiety, które pragną czułych mężczyzn, inne wolą barbarzyńców. Tak jak są różne zachowania seksualne: seks waniliowy czy BDSM, tak i flirt może wyglądać w różny sposób. Najważniejszy jest bezpiecznik w postaci słowa „stop”. Dopóki dwie dorosłe osoby potrafią rozpoznawać oraz respektować swoją wrażliwość i wzajemne granice, to wszystko OK. To jest pytanie o normy, bo co stanowi normę dla kierowcy Formuły 1, a co dla kierowcy niedzielnego?

No właśnie, w jaki sposób mężczyzna może wyczuć granicę między „ona chce” a „ona nie chceniewyrażoną wprost? To jest największy problem dotyczący molestowania seksualnego. Dlatego, że dzisiaj młodzi ludzie nie rozmawiają ze sobą. Nie uczą się siebie wzajemnie. Teraz chodzi o to, żeby jak najszybciej się spotkać, niekoniecznie przechodzić kolejne etapy randek czy pierwszych pocałunków. Ludzie chcą mieć gotowy produkt – partnera lub partnerkę.

Czyli mężczyźni jeszcze gorzej radzą sobie dzisiaj z wyczuwaniem tej cienkiej granicy, a kobiety nie odczytują tego, co tak naprawdę proponuje im mężczyzna? Znów przywołam przykład: w kawiarni siedzi dziewczyna, podchodzę do niej i mówię „Dzień dobry, czy mogę pani postawić kawę? Chętnie ją z panią wypiję”. Czy taka propozycja to jest przekroczenie granicy czy nie?

Jeżeli chodzi o mnie, nie przekroczyłbyś tej granicy, jeśli mogłabym ci odmówić, a ty byś to uszanował. Ale to jest bardzo dobre pytanie, ostatnio terapeuta Jacek Masłowski powiedział mi: „dzisiaj mówi się o tym, że mężczyzna molestuje kobietę, bo przytrzymuje wzrok na jej krótkiej sukience. Pytanie tylko, czy to, że zwracamy na ulicy uwagę na kobietę, to jest nasz problem?”. Stękam i wzdycham w tej sytuacji, bo mam poczucie, że jednak zmierzamy w stronę jakiegoś absurdu. W każdej sytuacji damsko-męskiej chcemy mieć jasność co do odpowiedzialności i przekraczania granicy. Tylko co jest, a co nie jest upokarzające akurat dla tej konkretnej kobiety, której składam tę propozycję? Kobieta może przecież odpowiedzieć: „Chętnie napiję się z panem kawy, dziękuję”. Może też odmówić, powiedzieć, że nie jest zainteresowana, nie czując się przy tym urażona moją propozycją. A może pomyśleć: „Co za seksista, potraktował mnie jak obiekt seksualny!”. No i udowodnij tej kobiecie, że nie jesteś wielbłądem. W jaki sposób możesz jej pokazać, że jest dla ciebie atrakcyjna, z pełnym szacunkiem dla niej? 

Nic dziwnego, że niektórzy mężczyźni wycofują się dzisiaj z flirtu. Z doświadczenia pracy w gabinecie mam takie obserwacje, że to młode pokolenia są najmocniej zainfekowane niechęcią do flirtu. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety. Na osiedlu, gdzie mieszkam, jest sklepik, w którym pracują matka i córka. Ze starszą, panią Hanią, często wspólnie żartujemy, co też jest rodzajem flirtu, budującego miłą atmosferę. Z córką już tak nie żartuję. Ona mogłaby odebrać flirt niezgodnie z moimi intencjami. 

Jeden z psychoterapeutów powiedział mi, że dobrym pomysłem na współczesny i nieprzekraczający granicy flirt jest zdanie: „Czy mógłbym pani powiedzieć, jakie wrażenie na mnie pani zrobiła?”. Może właśnie w ten sposób mógłbyś zagaić kobietę w kawiarni? Ale tego rodzaju pytanie zabija flirt. Na zasadzie: „Przepraszam panią, nie chcę przeszkadzać, ale jeśli tylko wyrazi pani na to zgodę, chciałbym zapytać, czy ewentualnie byłaby pani zainteresowana tym, żebyśmy umówili się na kawę. Moje pytanie nie ma znamion naruszania pani przestrzeni osobistej. Dziękuję uprzejmie z góry za każdą odpowiedź”. Oczywiście mówię to z ironią, żeby w przerysowany sposób pokazać, że zmierzamy w stronę absurdu.

Masz na myśli to, że nie ma nic gorszego w uwodzeniu niż mężczyzna, który nie wie, czego chce? Od moich pacjentek słyszę: „Jeśli mu nie powiem, to on nic sam nie zrobi”. Energia seksualna jest energią agresji. A agresja nieodłącznie wiąże się z przekraczaniem granic. Mam w domu psa i kota. Czasem jest tak, że kotka liże po uchu naszą labradorkę, a czasem ją kąsa. To rodzaj zachowania mającego uruchomić zabawę, która jednocześnie  jest i nie jest agresywna... Odwołuję się do przykładu zwierząt, ponieważ seksualność to atawistyczna część naszej natury, obudowana różnymi standardami kulturowymi. 

To energia, którą chcemy ujarzmić. Jednak wydaje się, że jeśli zbyt mocno będziemy ją cenzurować, to za jakiś czas wybuchnie z podwójną siłą. Bo seksualność i fizyczność są nieodłączną częścią człowieka. Nie da się ich w pełni okiełznać społecznie jakąkolwiek obowiązującą normą. W dodatku normy się zmieniają. 

Jak sądzisz, Me Too coś zmieni? Otworzy nas na siebie czy wprost przeciwnie zamknie? Wydaje mi się, że wpływ tej akcji najbardziej widać właśnie w codziennych relacjach damsko-męskich. Jak ty to postrzegasz? Widzę, że istnieje całkiem spora grupa mężczyzn, którzy trywializują problem molestowania kobiet. Obracają to w żart podszyty ironią i sarkazmem. Z ich perspektywy akcja Me Too jest postrzegana jako wyolbrzymianie problemu. Przecież mężczyźni od zawsze zabiegali o względy kobiet, to należy do ich naturalnego repertuaru zachowań – mniej więcej tak wygląda podejście przeciętnego faceta, słychać to w rozmowach przy piwie, w męskim gronie. Tam nie ma poprawności politycznej ani obawy przed tym, jak to zostanie ocenione. Myślę, że takie podejście jest reakcją obronną mężczyzn. Dlatego że pewne zachowania, które kiedyś były akceptowane społecznie, dzisiaj są na cenzurowanym.

Gdybyśmy weszli w to głębiej, chodzi przede wszystkim o brak zrozumienia przez mężczyzn tego, czym jest przemoc seksualna. Co to znaczy nadużywać swojej władzy i pozycji. To wszystko wynika z braku odpowiednich wzorców zachowań w relacjach damsko-męskich, które pokazywałyby, że można inaczej budować te relacje, oraz braku edukacji w tym zakresie.

A co mówią mężczyźni w twoim gabinecie? Mężczyźni trafiają do mojego gabinetu w kontekście relacji z kobietami, najczęściej dlatego, że zdradzili lub zostali zdradzeni. Albo żyli w związku nie swoim życiem, dusili się, więc zdecydowali się odejść. Najczęściej poznają wtedy inną kobietę i dostrzegają, że można funkcjonować inaczej. Przychodzą też do mnie często w kryzysie związanym z pojawieniem się dziecka. Albo mają dominującą partnerkę i matkę, wychowali się w domu bez ojca, są wycofani i pozbawieni wzorca męskości. Kwestia tego, że mężczyzna nie potrafi nawiązywać relacji z kobietą, wychodzi dopiero w trakcie terapii. Weźmy taki przykład: mężczyzna, który miał w życiu wiele powierzchownych relacji z kobietami, nagle zakochuje się i traci poczucie kontroli. Ale partnerka go zostawia, co w jego życiu powoduje ogromne spustoszenie, ponieważ dostrzega w sobie reakcje emocjonalne, których nie znał wcześniej. To właśnie kryzys powoduje, że mężczyzna zaczyna inaczej patrzeć na relacje z kobietami. Często dotyczy to tak zwanych „mężczyzn-żółwi”.

Jaki jest „mężczyzna-żółw”? Dlaczego żółw jest tak twardy? Bo naprawdę jest miękki. Tylko czasami wystawia łepek na świat, ale bardzo szybko chowa go z powrotem. „Mężczyźni-żółwie” potrafią obudowywać się taką skorupą latami, na przykład pracując nad swoją masą mięśniową na siłowni. Wysyłają w ten sposób sygnał: „uważaj, jestem tak silny, że nawet do mnie nie podchodź”. A tak naprawdę mówią: „jestem tak wrażliwy, że nie chcę tego pokazać”. Można obudowywać się również innymi rzeczami: sarkazmem, prześmiewczą postawą w stosunku do kobiet czy agresją. Taki mechanizm obronny funkcjonuje u mężczyzny na poziomie nieświadomym. 

„Mężczyzna-żółw” najczęściej radzi sobie ze wszystkim sam, jest niebywale zaradny. Kobiety może traktować na zasadzie wymiany interesów seksualno-towarzyskich, czyli „friends with benefits”. Spotkamy się raz czy dwa na seks, ale lepiej nie zbliżaj się do mnie bardzo. Bo gdybym cię pokochał, to musiałbym zaryzykować utratę kontroli, zaufać ci, a tego nie potrafię.

I jak to ma się do Me Too? Zdarza się, że mężczyźni o takiej charakterystyce wybierają przemoc seksualną, bo nie czują się wartościowi lub boją się utraty władzy rozumianej jako kontrola. Dlatego wykorzystują klisze męskości, które podsuwa im kultura, typu: „Facet nie może się mazgaić”, „Facet ma być twardy”, „Facet nie może okazywać emocji”. To ich sposób na to, żeby mieć poczucie kontroli nad kobietami.

Uważasz, że problem molestowania seksualnego kobiet dotyczy najczęściej „mężczyzn-żółwi“? To nie jest jedyny, ale częsty profil psychologiczny mężczyzny, który molestuje seksualnie. On boi się pokazać, kim jest naprawdę. W związku z tym za pomocą różnych mechanizmów obronnych obudowuje się, tworząc pancerz ochronny przed światem. Do gabinetu terapeuty trafia dopiero w ogromnym kryzysie, gdy nie jest już w stanie być żółwiem. 

„Mężczyźni-żółwie“ to pokolenie 35+ i starsi? To mężczyźni doświadczający innych stereotypów na temat męskości niż te współczesne. To pokolenia X i Y, czyli urodzone w latach 70., na początku 80. oraz wcześniej, pamiętające jeszcze rozbite kolano i słowa: „nie płacz, bądź silny, opiekuj się mamą”. Tacy mali wojownicy, którzy nie potrafią okazywać emocji. W dorosłym życiu boją się tego, że mogą pokochać kogoś tak silnym uczuciem, że stracą panowanie nad życiem. Co zatem robią? Wybierają władzę i siłę. Terapia ma służyć temu, by skontaktowali się ze swoją „miękkością”. Odkryli w sobie emocje, czułość. 

A co z młodszymi mężczyznami? Mężczyznom 20+ brakuje z kolei wzorców męskich zachowań dopasowanych do współczesnego świata, bo ojca nie było lub był nieobecny emocjonalnie w życiu syna. Tu funkcję korekcyjną może spełniać terapeuta, który będzie dla nich autorytetem i stworzy im jakieś ramy funkcjonowania. Po to, żeby mogli odnaleźć w sobie ten twardy, atawistyczny pierwiastek. 

Bardzo często spotykam u siebie studentów, których matka jest nadopiekuńcza i przeszkadza im w procesie budowania siły – przez to, że ci mężczyźni mają wszystko podane na tacy. Takie matki bez pytania wchodzą do mieszkania dorosłego syna, mają swoje klucze, zmieniają im firanki, przygotowują jedzenie, a czasem zostawiają karteczki: „co za bałagan!”. Mężczyzna tego nie chce, ale nie bardzo wie, jak może się postawić matce. Unika za wszelką cenę konfliktów. Tymczasem kłótnia i spożytkowanie konfrontacji dla rozwoju swojej sprawczości w życiu może być dla nich zastrzykiem energii: „poczułem, co to znaczy odmówić, i postawiłem na swoim”. 

Młodzi mężczyźni mają dzisiaj duży problem z doświadczaniem i przeżywaniem całego spektrum emocji definiowanych jako negatywne: od złości do bezsilności, postrzeganych społecznie jako słabość lub coś niedobrego. 

To jakie jest rozwiązanie? Jak wygląda wzorzec relacji damsko-męskich, którego dzisiaj potrzebujemy? Jest takie powiedzenie, które bardzo lubię, że zaufać tak naprawdę możemy osobom, które mają potencjał, by nas zranić. Niekoniecznie to zrobią, jednak nie wiemy, czy się tak nie stanie. Bo w relacji z kobietą rzucasz się ze skały do wody. A mężczyźni, z którymi pracuję, nie chcą tak ryzykować. Kobiety zresztą też mają z tym problem. Dlatego uważam, że zarówno mężczyznom, jak i kobietom przyda się przede wszystkim umiejetność budowania odpowiedniego poziomu uważności w kontakcie z drugim człowiekiem, trening czucia własnego ciała i przeżywania emocji, uczenia się wrażliwości na różnice.

Robert Milczarek psycholog, psychoterapeuta, trener umiejętności miękkich, wykładowca akademicki. Prowadzi psychoterapię indywidualną i par oraz warsztaty dla grup. Z pasji scenarzysta filmowy i autor projektu psychoedukacji poprzez sztukę filmową: seanspsychologiczny.pl

  1. Psychologia

Przyjaźń sprawdza się w trudnych chwilach

(Ilustracja iStock)
(Ilustracja iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęcia
Ktoś, kto pamięta, wysłucha, przyjmie z otwartymi rękami. Ale też powie nam to, czego inni boją się powiedzieć. Może przez długi czas nie dawać znaku życia, mieszkać na innym kontynencie. Bo w przyjaźni najważniejsze jest to, że jest, że nic nie musi.

Ktoś, kto pamięta, wysłucha, przyjmie z otwartymi rękami. Ale też powie nam to, czego inni boją się powiedzieć. Może przez długi czas nie dawać znaku życia, mieszkać na innym kontynencie. Bo w przyjaźni najważniejsze jest to, że jest, że nic nie musi.

Oto moja przyjaciółka, mój przyjaciel, moi przyjaciele. Dość lekko szafujemy takimi określeniami. Przygotowując ten tekst, przypomniałam sobie wywiad z bardzo znaną artystką, która jakiś czas temu – w ogóle o to niepytana – rozpływała się nad swoją menedżerką: „To moja najlepsza przyjaciółka, oddana, uczciwa, pracowita, lojalna, szczera, wierna” itd., itp. Słowo „przyjaźń” usłyszałam w tamtym wywiadzie wiele razy. Dzwonię więc do artystki i proponuję rozmowę o przyjaźni. Odpowiada: „To już nieaktualne”. Przyjaźń skończona. Z wielkim hukiem, kilka miesięcy temu. Skądinąd dowiaduję się, że nie tylko nie ma współpracy, ale jest wojna.

Arystoteles, uznający przyjaźń za jedną z cnót, zdawał się dopuszczać takie przyjaźnie na krótką metę. Obok tej idealnej, którą definiował jako wartość samą w sobie, rozróżniał dwie inne, nastawione na konkretne cele: sprawianie sobie nawzajem przyjemności i bycie użytecznym. Z kolei Horacy pisał o przyjaźni tylko idealistycznie: to „połowa duszy mej”.

Niczego się nie domaga

Psychoterapeuta Andrzej Wiśniewski przyznaje, że nie potrafi podać definicji przyjaźni, podobnie zresztą jak definicji miłości. Uważa, że takie suche opisy byłyby uproszczeniem, nie oddawałyby całego bogactwa cech i zdarzeń związanych z tymi uczuciami.

– W przyjaźni najważniejsza jest lojalność i szczerość, bo to te cechy budują zaufanie, które jest fundamentem przyjacielskich relacji. Przyjaciel to ktoś, kto o mnie dba, a dbać można na różne sposoby: poprzez dawanie sygnałów, że jestem dla kogoś ważny, ale również poprzez powiedzenie, że robię coś głupiego. To właśnie od przyjaciela należy oczekiwać odwagi mówienia prawdy, nawet bolesnej.

Przyjaciel nie może bać się, że jeżeli będzie miał inne zdanie na jakiś temat, to ujawniając je, zepsuje przyjaźń. Jeżeli życzliwie krytykuje nasze zachowanie i boi się o losy naszej przyjaźni, to znaczy, że to nie jest przyjaźń. Przyjaźń polega między innymi na tym, że sekrety powierzane drugiej osobie wpadają jak do studni, z której nic się nie wydostanie. Ale gdy nawrzucam do tej studni różnych głupot, słychać otrzeźwiające echo, na przykład: „Stary, puknij się w głowę”. Uważam, że to jest najważniejsze w przyjaźni. Bo mówić ludziom, że ładnie wyglądają, potrafi każdy. Ale powiedzieć komuś, że się z nim nie zgadzam, że obawiam się tego, co robi – trzeba mieć odwagę i poczucie, że mi na tym kimś naprawdę zależy. Ja na przykład bardzo cenię, gdy przyjaciel powie mi prawdę.

Z mojej miniankiety, jaką przeprowadziłam na użytek tego tekstu, wynika, że od przyjaciół oczekujemy przede wszystkim wsparcia. Wysłuchania, gdy mamy ochotę się wyżalić i wypłakać. Wyciągnięcia ręki, gdy wszyscy się od nas odwracają. Rady i pomocy w trudnościach. Andrzej Wiśniewski dodaje, że od przyjaciół oczekujemy opowiedzenia się po naszej stronie w sytuacji, gdy inni nas oskarżają, dajmy na to o kradzież. Wtedy przyjaciel ręczy za nas, nawet jak nas tam nie ma: „Ten facet nie kradnie”. Broni nas jak lew, bo nas zna jak własną kieszeń i wie, że czegoś takiego jak kradzież nigdy byśmy się nie dopuścili. Tego oczekuje się od przyjaciół. Ale także tego, że zwrócą uwagę na nasze błędy.

Andrzej Wiśniewski dość często zauważa w niedojrzałej przyjaźni podobny mechanizm jak w niedojrzałych związkach partnerskich – przyjaciel ma potwierdzać moje poczucie wartości. Ktoś jest moim przyjacielem? Aha, to znaczy, że jestem coś warty. Bycie „coś wartym” daje dobre samopoczucie, w związku z tym wymagam, żeby on mi je zapewniał poprzez bycie przy mnie. Stąd blisko do zawłaszczenia drugiego człowieka. Bywa i tak, że ktoś ma poczucie winy, że się nie sprawdza jako przyjaciel i chcąc chronić się przed takimi uczuciami, udowadnia, że jest dobrym przyjacielem.

– W prawdziwej przyjaźni niczego nie trzeba udowadniać – mówi Andrzej Wiśniewski. – Jest takie wschodnie powiedzenie, że najpiękniejszy smak ma czysta woda. Przyjaźń nie ma smaku, nie jest upiększana, pudrowana. Nie trzeba o niej gadać, jej weryfikować, bać się jej. Przyjaźń niczego się nie domaga, do niczego nie zmusza, daje wolność. Parafrazując powiedzenie: tyle miłości, ile wolności, można powiedzieć: tyle przyjaźni, ile wolności. O ile w miłosnych relacjach ludzie chcą być ze sobą blisko, czuć siebie fizycznie, kochać się, o tyle przyjaciółmi można być, mieszkając na różnych kontynentach.

Jak brat i siostra

Wiele z tych najtrwalszych przyjaźni zawieramy w czasach licealnych, studenckich. Moją najlepszą przyjaciółkę Gośkę poznałam na pierwszym roku studiów. Razem mieszkałyśmy w akademiku, uczyłyśmy się do egzaminów, imprezowałyśmy i gadałyśmy do świtu. Gośka była świadkiem na moim ślubie, a ja na jej rozwodzie. Wiemy o sobie prawie wszystko, także o sekretnych sprawach, o których nikt nigdy się nie dowie. Andrzej Wiśniewski opowiada o przyjacielu ze szkoły średniej, z którym przegadał w młodości niejedną noc. I tak im zostało do dziś. Łączą ich silne, wręcz braterskie więzi.

– Mam szczęście, że wokół mnie jest trzech przyjaciół, których uważam za facetów przez duże F. Jestem dla nich pełen uznania, szanuję ich, cenię, uczę się od nich, może oni ode mnie trochę też. To dla mnie jako mężczyzny strasznie ważne.

Przyjaźnie jednopłciowe są czymś fundamentalnym dla naszego rozwoju. Nikt tak nie zrozumie kobiety jak druga kobieta, a mężczyzny – jak drugi mężczyzna. Nikt tak nie wesprze nas w swojej kobiecości jak przyjaciółka, a w męskości – przyjaciel.

Co natomiast z przyjaźnią męsko-damską? Większość osób, które o to pytałam, twierdziła, że taka przyjaźń w ogóle nie jest możliwa, bo wcześniej czy później przeradza się w coś więcej. Zażarcie polemizuję z takimi opiniami. Argument mam właściwie jeden i to nader subiektywny – moją długoletnią licealną przyjaźń z Andrzejem. Mieszkamy daleko od siebie, ale mamy ze sobą stały kontakt. On pamięta zawsze o moich urodzinach, czym mnie wzrusza, bo kto dzisiaj pamięta o takich szczegółach z czyjegoś życia? Dzwonimy do siebie, wpadam do niego, gdy przejeżdżam przez jego miasteczko. On poznał mojego męża, ja znam jego żonę. Mam absolutną pewność, że gdyby coś się działo, mogę na niego liczyć. Sądzę, że Andrzej czuje podobnie. Nasza przyjaźń to coś absolutnie czystego, bezinteresownego, mocnego. Więc będę się upierać przy swoim: że przyjaźń męsko-damska jest możliwa.

Andrzej Wiśniewski sądzi podobnie. Sam przyjaźni się z kilkoma kobietami i bardzo sobie te przyjaźnie ceni. Co więcej, uważa, że ważnym ich elementem jest wzajemna fascynacja – przyjaciółki wiedzą, że mu się podobają, on wie, że podoba się im i to nie jest żadna tajemnica.

– Czasami sobie flirtujemy, co jest mocną stroną naszej przyjaźni, nigdy jednak nie przekroczyliśmy granicy flirtu. Moje przyjaciółki to atrakcyjne kobiety. Niezwykle przyjemnie jest przebywać z nimi, rozmawiać, żartować. Mówię im na przykład, że świetnie wyglądają, ale wiemy, że dalej się nie posuniemy. Mam poczucie, że to tylko przyjaźń, która nie zamienia się w relację męsko-damską. Oczywiście, gdybyśmy ją podsycali, mogłaby rozwinąć się w związek erotyczny. Uważam, że w tego typu przyjaźniach zawsze istnieje wzajemna fascynacja i nic w tym złego. Ważne, by była ujawniona. W przeciwnym razie może robić krecią robotę: pojawia się tajemniczość, bo ja czuję, że się podobam i chcę to jakoś sprawdzać. Z drugiej strony to samo. I zaczyna się tworzyć coś więcej.

Ważne pytanie: przyjaźń czy kochanie?

W przyjaźni męsko-damskiej należy mieć się więc na baczności, żeby nie posunąć się za daleko. Bardzo łatwo bowiem przekroczyć granicę, za którą zaczyna się miłość. Andrzej Wiśniewski uważa, że w tego typu relacjach trzeba zachować ostrożność, a najlepszym sposobem na to jest posiadanie partnera. Dojrzali ludzie mogą tworzyć różne związki. Wszystko zależy od nas, to kwestia naszych decyzji.

W dobie portali społecznościowych można zaobserwować dość powszechne zjawisko powrotów do szkolnych przyjaźni. Według psychologa kryje się za nimi próba powrotu do wyidealizowanego wzoru uczucia. Jeżeli w aktualnym życiu przeżywamy jakieś porażki, a relacje, w których jesteśmy, nie są satysfakcjonujące, to pierwsza przyjaźń czy miłość, jako ta idealna, powraca i może zacząć na nowo się rozwijać.

– Można zbudować po latach na tych fundamentach tylko przyjaźń? – pytam.

– To zależy – odpowiada Andrzej Wiśniewski. – Myślę, że te pierwsze związki, piękne, wyidealizowane, romantyczne, czasem platoniczne, są czymś w rodzaju wdrukowanego w naszą świadomość wzorca bliskich relacji. Jeśli w dodatku taki związek jest niespełniony, to ukochani śnią się nam przez całe życie. I dlatego młodzieńcze przyjaźnie są tak strasznie ważne, dlatego się je pamięta, dlatego budzą nasze dobre uczucia. Powrót do przyjaźni po latach może być udany, jeśli ludzie mają świadomość, że ich relacja może przerodzić się w miłość. Jeżeli decydują się pójść do łóżka, pojawia się pytanie dlaczego. Czy to znaczy, że zabrakło im czegoś w starym związku? Wtedy przyjacielska relacja radykalnie się zmienia, bo on i ona zakochują się w sobie, tworzą związek erotyczny, chcą być blisko fizycznie.

Sygnałów, że oto przekraczamy granice przyjaźni męsko-damskiej, jest wiele. Na przykład to, że zaczynamy ukrywać tę przyjaźń przed swoim partnerem. Że pragniemy nieustannego kontaktu, bliskości fizycznej, seksu. Że domagamy się wyłączności. Że ta relacja zaczyna dominować nad innymi, nad naszymi obowiązkami i całym życiem. Że emocje związane z „przyjacielem” rozpięte są na wysokich diapazonach – od euforii po stany depresyjne. Przyjaźń nie generuje takich stanów.

Trudno precyzyjnie zdefiniować, czym jest przyjaźń, bo w tej relacji wiele dzieje się między słowami. Czym wobec tego nie jest? – Przyjaźń nie jest antidotum na samotność – odpowiada Andrzej Wiśniewski. – Wielu ludzi boi się samotności, czyli bycia samemu ze sobą, więc zapełnia swoje życie różnymi osobami. Wtedy trudno mówić o przyjaźni, to raczej niewola. Przyjaźń jest czasami silniejsza od więzów rodzinnych. Rodziny się nie wybiera. Można mieć pretensje do wujka czy cioci, ale na święta trzeba się spotkać. W przyjaźni mamy wybór: to ja decyduję, żeby zbliżyć się do kogoś, kogo cenię, podziwiam, szanuję. Nie używam przyjaciół po to, żeby się dowartościować, zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa, czuć się kochanym. Na przyjaciół wybieram ludzi, z którymi mam podobne doświadczenia i którzy są ładni nie w sensie urody, ale w rozumieniu Kierkegaarda. Taka przyjaźń nie jest barterową transakcją. Daje poczucie wolności, wspierania, przyjemność bycia z drugim człowiekiem.

Dobrych znajomych ma się wielu, natomiast prawdziwych przyjaciół można mieć kilkoro. Bo w przyjaźni liczy się nie to, że nam coś załatwia, tylko że po prostu jest.

  1. Kuchnia

Desery, które rozpalą zmysły. Pomysł na walentynki we dwoje

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Deser przygotowany na walentynki można podać nie tylko na talerzyku, pucharku, czy w miseczce. Tego dnia można puścić wodze nie tylko kulinarnej fantazji.

Bezowy bałagan z owocami

Na bezę: 100 g białek 200 g cukru 1 łyżka soku z cytryny

Dodatki: 250 ml śmietanki 30-36% łyżka cukru pudru 50 g cukru 200 g mrożonych owoców leśnych 50 ml czerwonego wina garść owoców sezonowych: jagód, truskawek, malin, jeżyn

(Fot. Agnieszka Murak) (Fot. Agnieszka Murak)

Zacznij od bezy. Białka ubij na sztywną pianę, małymi porcjami dodaj cukier. Pod koniec ubijania wlej sok z cytryny. Ubitą masę przełóż na blachę wyłożoną papierem – kształt zależy od ciebie. Możesz upiec małe beziki albo jedną dużą bezę, którą potem pokruszysz.

Bezę wstaw do pieca nagrzanego do 110°C i w zależności od wielkości piecz od 1 do 4 godzin w przypadku jednej grubej bezy. W tym czasie śmietanę ubij na sztywno z cukrem pudrem i wstaw ją do lodówki, by stężała.

Przygotuj sos owocowy: w garnuszku zrób z cukru karmel. Gdy cukier będzie już płynny, dodaj mrożone owoce, a chwile później zalej wszystko czerwonym winem. Gdy poczujesz, że alkohol odparował, przykryj sos pokrywką i gotuj do momentu, aż cały cukier się rozpuści. Gotowy sos odstaw do ostudzenia.

Gdy beza się upiecze i wystygnie, pozostaje tylko złożyć deser. W szklance, pucharku albo jak tylko chcecie... Pokruszcie bezę i przekładajcie na przemian wszystkie składniki: trochę bezy, trochę sosu, trochę bitej śmietany, trochę owoców i znowu trochę bezy!

Brownie z solonym karmelem i lodami waniliowymi

Na solony karmel: 100 g cukru 20 g masła 200 ml mleka 150 ml śmietany 30-36%

Na brownie: 200 g gorzkiej czekolady 200 g masła 3 jajka 200 g drobnego cukru 100 g mąki 100 g białej czekolady

ulubione lody waniliowe

(Fot. Agnieszka Murak) (Fot. Agnieszka Murak)

Zacznij od karmelu: cukier rozpuść na patelni na wolnym ogniu, aż zacznie się robić złotobrązowy i cały będzie płynny – nie mieszaj go, możesz ewentualnie poruszać patelnią, by wszystko się równomiernie podgrzewało. Gdy będzie już płynny, dodaj masło i dokładnie mieszaj drewnianą łyżką. Gdy cukier i masło się połączą, dodaj mleko wymieszane ze śmietaną. Cały czas mieszaj, ale uważaj, bo bulgoczący karmel może pryskać. Gotuj do uzyskania jednolitej, w miarę gęstej konsystencji. Zestaw z ognia, dodaj szczyptę soli i dokładnie wymieszaj.

Przejdź do brownie. Gorzką czekoladę rozpuść z masłem na parze. Jajka ubij na jednolitą masę z cukrem – powinny podwoić, a nawet potroić swoją objętość. Do ubitej masy delikatnie dodaj mąkę i delikatnie, acz dokładnie, wymieszaj. Następnie dodaj wystudzoną rozpuszczoną masę czekoladową oraz pokruszoną białą czekoladę i znów delikatnie, dokładnie wymieszaj.

Całość przełóż na blaszkę wyłożoną papierem do pieczenia. Piecz 25 minut w 170°C. Gotowe brownie pokrój w kwadratowe kawałki, podawaj z gałką lodów na wierzchu, polaną solonym karmelem.

Lody bananowo-truskawkowe

2 dojrzałe banany 200 g truskawek 100 ml tłustego mleka kokosowego 1 laska wanilii

(Fot. Agnieszka Murak) (Fot. Agnieszka Murak)

Lody te możesz zrobić na dwa sposoby:

  1. Obrane banany i wyszypułkowane truskawki zamroź w całości. Gdy będą twarde, wyjmij je z zamrażarki, włóż do blendera i zblenduj z mlekiem kokosowym i ziarnkami z laski wanilii.
lub
  1. Zblenduj obrane banany i wyszypułkowane truskawki razem z mlekiem kokosowym i ziarnkami z laski wanilii. Włóż do wybranych przez siebie foremek i zamroź.
Przepisy pochodzą z książki Sex & cook. Miłość od kuchni", Roberta Kowalczyka i Michała Toczyłowskiego wydanej przez wydawnictwo Filo.|

fot. materiały prasowe fot. materiały prasowe

 

 

  1. Moda i uroda

Zmysłowa bielizna nie tylko w walentynki

Idealna bielizna ma podtrzymać co trzeba, być wygodna, a przy tym piękna i delikatna (Fot. iStock)
Idealna bielizna ma podtrzymać co trzeba, być wygodna, a przy tym piękna i delikatna (Fot. iStock)
Zobacz galerię 10 Zdjęć
Zmysłowa bielizna jest tak samo ważna jak każda inna część garderoby. Bywa niedoceniana. Całkiem niesłusznie, bo ciąży na niej wiele obowiązków: ma podtrzymać co trzeba, być wygodna, a przy tym piękna i delikatna. 

Zmysłowa bielizna jest tak samo ważna jak każda inna część garderoby. Bywa niedoceniana. Całkiem niesłusznie, bo ciąży na niej wiele obowiązków: ma podtrzymać co trzeba, być wygodna, a przy tym piękna i delikatna. 

Body TRIUMPH 199,90 zł (fot. materiały prasowe) Body TRIUMPH 199,90 zł (fot. materiały prasowe)

Biustonosz i majtki VICTORIA’S SECRET 220 zł i 155 zł (fot. materiały prasowe) Biustonosz i majtki VICTORIA’S SECRET 220 zł i 155 zł (fot. materiały prasowe)

Halka VICTORIA’S SECRET 450 zł. (fot. materiały prasowe) Halka VICTORIA’S SECRET 450 zł. (fot. materiały prasowe)

 

Biustonosz i majtki TRIUMPH 189,90 zł i 89,90 zł. (fot. materiały prasowe) Biustonosz i majtki TRIUMPH 189,90 zł i 89,90 zł. (fot. materiały prasowe)

Halka ETAM 149,90 zł. (Fot. materiały prasowe) Halka ETAM 149,90 zł. (Fot. materiały prasowe)

Biustonosz i majtki ETAM 129,90 zł i 79,90 zł. (Fot. materiały prasowe) Biustonosz i majtki ETAM 129,90 zł i 79,90 zł. (Fot. materiały prasowe)

Biustonosz LE BAISER/PAKAMERA.PL 179 zł, majtki H&M 29,99 zł. (Fot. materiały prasowe) Biustonosz LE BAISER/PAKAMERA.PL 179 zł, majtki H&M 29,99 zł. (Fot. materiały prasowe)

Halka VANILLA NIGHT & DAY 180 zł. (Fot. materiały prasowe) Halka VANILLA NIGHT & DAY 180 zł. (Fot. materiały prasowe)

 

Biustonosz i majtki LE PETIT TROU 249 zł i 189 zł. (Fot. materiały prasowe) Biustonosz i majtki LE PETIT TROU 249 zł i 189 zł. (Fot. materiały prasowe)