1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Dobry związek bez fizycznej miłości - czy to możliwe?

Dobry związek bez fizycznej miłości - czy to możliwe?

Seks to również erotyczna bliskość: przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach... Celem nie musi być stosunek i orgazm. - Przychodzą do mnie ludzie (...), którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki – mówi seksuolog Krzysztof Korona. (Fot. iStock)
Seks to również erotyczna bliskość: przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach... Celem nie musi być stosunek i orgazm. - Przychodzą do mnie ludzie (...), którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki – mówi seksuolog Krzysztof Korona. (Fot. iStock)
Żyrafy i hipopotamy przestają się rozmnażać w zoo, ponieważ znalazły się w nienormalnej sytuacji. Tak działa stres. A Polacy, chociaż wyszli z klatki, są wyjątkowo zestresowanym społeczeństwem. Zgłasza się do mnie coraz więcej par, które porzuciły seks albo seks je porzucił. Czy możliwy jest dobry związek bez fizycznej miłości – zastanawia się seksuolog Krzysztof Korona.

Najpierw zastanówmy się, czemu służy seks w związku, do czego jest potrzebny.
U jego źródeł leży instynkt, prokreacja, jednak ludzka erotyka już bardzo się od tego oddaliła.

Podobno są dobre małżeństwa, które potrafią serdecznie żyć bez seksu, tzw. białe małżeństwa, choć ja bym je raczej nazwał „bladymi”. Seks jest ważny, ponieważ małżeństwo to dzisiaj niezwykle trudne przedsięwzięcie. Miłość fizyczna bywa w nim amnestią, odpustem, wybaczaniem sobie, wspólną falą. Jego brak to zwykle koniec związku.
Często tak, ale niekoniecznie. Jeśli seks rozumiemy szeroko, więc też jako erotyczną bliskość, to w jej skład wchodzi przytulenie, głaskanie, drapanie po plecach, obdarowywanie siebie sobą nawzajem. Celem nie musi być stosunek i orgazm. Przychodzą do mnie ludzie po chorobach, którzy nie mogą, nie chcą ze sobą współżyć. Oboje godzą się na brak seksu, ale są między nimi inne formy bliskości. I to bywają dobre związki. Dla mnie małżeństwa, gdzie erotyka jest martwa, to takie związki, w których ludzie żyją obok siebie bez dotyku, bez porozumienia; pary, które nie mają dla siebie dobrego słowa, gestu czułości i bliskości. Pogrzeb seksu to smutna uroczystość, na której rzadko kiedy płaczą oboje.

Zgadzam się, że sam stosunek to tylko akt kopulacyjny, prawie zwierzęcy. Dlatego ubieramy seks w miłość, czułość i w kulturę. Erotyka ma różne formy, ważne, czego potrzebujemy i jak się umówimy. Większość ludzi potrzebuje jednak typowej jego formy z penetracją, z wytryskiem i z orgazmem, przynajmniej czasami. I nie przypadkiem prawo mówi, że brak współżycia może być dowodem rozpadu związku.
Na ogół tak, ale nie zawsze. Zgłasza się do mnie coraz więcej par, które porzucają seks albo to seks je porzucił. Ta grupa z każdym rokiem rośnie. Świat wariuje, więc seks razem z nim. Ludzie epoki wiktoriańskiej chcieli miłości bez seksu. Współcześni dostali seks bez miłości i niektórym na dobre to nie wyszło. To dlatego przychodzi do mnie żona, która kocha seriale telewizyjne, i skarży się na męża, który kocha laptop. Zjawia się mąż, który może by i chciał, ale kiedy wraca z Londynu na sobotę i niedzielę, żona akurat nie może. A jak może, to jemu organ odmawia posłuszeństwa. Narząd nieużywany systematycznie albo „używany inaczej” nie bardzo staje na wysokości zadania. Wybór w takiej sytuacji jest prosty. Obydwoje w obronie przed wstydem i upokorzeniem wyczekują na moment, kto powie pierwszy: „Dobrej nocy, idę spać”.

Nie chce mi się wierzyć, że to tendencja rosnąca, seks przecież dzisiaj jest wszechobecny.
Ale stres wokół jeszcze bardziej. Żyrafy i hipopotamy przestają się rozmnażać w zoo, nie kopulują, ponieważ są w nienormalnej sytuacji. Tak działa stres. A Polacy, chociaż wyszli z klatki, są wyjątkowo zestresowanym społeczeństwem, zawsze w biegu, w niepewności, w walce. Seks to chwila zatrzymania się i skupienia, a niełatwo teraz o to.

Ciekawe, jak ta sama sytuacja może prowadzić do dwóch skrajnych zachowań. Część ludzi właśnie z powodu stresu nadużywa seksu, traktując go jako reduktor napięcia, jako relaks. Inni z kolei wtedy nie mogą i nie chcą.
Tak właśnie jest. Rodzina seksoholików to właśnie ci, którzy za daleko poszli w traktowaniu seksu jako lekarstwa na lęki, niepokój, co staje się nałogiem… Przychodzi do mnie małżeństwo, mówią: „Zadecydowaliśmy, że już nie współżyjemy”. Po rozmowie jednak okazuje się, że tylko jedna strona nie chce seksu. Bywa, że ona mówi: „Jestem już za stara, już mi się nie chce”. Kiedy indziej on mówi: „Jestem zmęczony, nie mogę”. A często jak poskrobać, to okaże się, że żona już go nie podnieca. Przez dziesięć lat nie mieli seksu, po czym on nagle odchodzi do młodszej. Najczęściej seks znika w małżeństwie, kiedy jedna ze stron straciła pociąg do partnera albo straciły go obie strony.

To głównie kobiety czasami udają, że seks sprawia im przyjemność, aby zaspokoić swoich mężczyzn i ich nie zawieść. Mężczyznom o coś takiego trudniej, nie da się udawać wzwodu.
Taka taktyka najczęściej dotyczy kobiet z ludu. Gdy do mnie przychodzą, mają problem z językiem, z nazywaniem uczuć, ale w działaniu wiedzie ich instynkt i naturalna mądrość. Te ze wsi znają obyczaje zwierząt. Uważają, że mężczyzna musi co jakiś czas zostać zaspokojony, inaczej się zbiesi i pójdzie do innej. Takie zresztą proste myślenie dotyczy także mężczyzn, którzy przychodzą z prośbą o lekarstwo na impotencję w obawie, że jak kobieta nie będzie miała stosunku chociaż raz w tygodniu, „to jej się macica pochoruje”.

Nie lepiej dogadać się, otworzyć i popłynąć na tej samej fali? Dla związku, dla przyjemności i dla zdrowia.
Ci, którzy uprawiają seks, są zdrowsi niż ci, którzy go nie uprawiają. I nie chodzi tu tylko o fizyczne zdrowie. Słyszę od pacjentki: „Wszystko mnie boli, głowa, mięśnie”. Pytam o relacje z mężem. Nie doświadcza na co dzień bliskości, intymności, dotyku, więc też relaksu, jest spięta, chora na brak erotycznej miłości. To, niestety, częsty wątek zaburzeń nerwicowych, depresyjnych, migren, zaburzeń snu. Mężczyzna najczęściej z powodu braku seksu miewa problemy z penisem. Jeśli nie zdradza, nie spotyka się z prostytutkami i nie masturbuje się, to organizm zaczyna mu nawalać. Kobieta, jeśli ma wysokie potrzeby seksualne, miewa też poważne problemy, wiedzą coś o tym ginekolodzy. Szczególnie niszczące są wojny małżeńskie, gdzie seks jest potężną bronią. Jedno z partnerów dochodzi do wniosku, że będzie drugiego karało brakiem seksu.

Jestem pewien, że celują w tym kobiety, im łatwiej obyć się bez seksu.
Rzeczywiście, kobiety lepiej radzą sobie z abstynencją, ich ciało jednak też się buntuje. Zarówno mężczyźni, jak i kobiety, blokując seksualność, muszą sobie jakoś obrzydzić seks i partnera. A to nie jest bezkarne. Nasza seksualność to misterna konstrukcja, nie tak trudno coś tam zepsuć. U kobiet zaczyna pojawiać się anorgazmia, inne problemy. Ale mężczyzna musi wykonać jeszcze większą destrukcyjną pracę, by zablokować swą seksualność, a to powoduje w nim większe spustoszenia, czasami sami doprowadzają siebie do impotencji psychogennej.

Na pewno brak seksu bywa destrukcyjny dla naszej psychiki. Dlatego jestem przeciwnikiem celibatu księży. Zakonnice też czasami dawały popis psychoz zbiorowych z seksualnym podkładem.
U „normalnych” księży i zakonnic celibat nie jest drogą w kierunku choroby psychicznej czy dewiacji. Nie jest prawdą twierdzenie, że człowiek musi odbywać seksualne stosunki, bo inaczej zwariuje albo dostanie raka. U duchownych cierpienie przeżywane w związku z potrzebami seksualnymi paradoksalnie może być powiązane z przeżywaniem religijnej satysfakcji często nazywanej posłanniczą. Od satysfakcji seksualnej odróżnia ją to, że jest przeżywana jako swoisty „ból duszy”, która ofiarowana została Bogu z nadzieją na nagrodę po śmierci. Abstrahując od duchownych, pewne jest, że zanik seksu w związku jest światłem alarmowym. Trzeba rozmawiać, co się stało i co się dzieje. Jeśli obie strony z tym się godzą, coś ustaliły, można się jakoś dogadać. Zwykle jednak, kiedy jest sprawca i ofiara, tej drugiej dość często grożą także, niestety, dewiacje. Miałem pacjenta, którego żona odtrącała. Pocieszał się porno i masturbacją. Ale to szybko mu się znudziło. Więc masturbował się, prowadząc wóz. Potem było mu przyjemniej, gdy ktoś go zauważył, najpierw starsze kobiety, potem coraz młodsze. Kamera zarejestrowała, jak pokazywał się dziecku. I tak trafił do mnie...

Tłumaczę ludziom, że seks nie musi oznaczać stosunku i orgazmu. Ale seks nie musi być zawsze mówieniem o miłości, kolacją ze świecą i szampanem. Może to być też środek profilaktyczny w zakresie zdrowia psychicznego i fizycznego. Warto pamiętać, że seks to także zabawa i forma rozładowania napięcia. Jedno jest pewne: jeśli partner ma w nosie potrzeby drugiej strony, to katastrofa emocjonalna jest blisko. Umieranie związku miłosnego zawsze okupione jest ludzkimi dramatami, niestety, nie tylko w obszarze relacji ona i on. Nie zaniedbujmy więc siebie nawzajem.

Krzysztof Korona, psycholog, psychoterapeuta, seksuolog, właściciel Kliniki Piękna Wewnętrznego „Wellness Psychotherapy”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Seks

Jak przegonić nudę z sypialni i mieć udany seks?

O czym świadczy nuda w sypialni? Jakich problemów u siebie i w związku nie zauważamy? (fot. iStock)
O czym świadczy nuda w sypialni? Jakich problemów u siebie i w związku nie zauważamy? (fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Bardzo często nuda w sypialni to przykrywka dla problemów w innej sferze. Może się za nią kryć kryzys, zdrada, stres. Warto dotrzeć do prawdziwej przyczyny. Historię 35-letniej Wioli komentuje sex coach Marta Niedźwiecka.

Monotonia w łóżku może oznaczać, że tematem seksu po prostu się nie zajmujemy. Jeżeli para kocha się sporadycznie, zazwyczaj gdy dzieci nie ma w domu albo tylko po alkoholu – nie jest to prawdziwe kultywowanie życia erotycznego. O dobry seks trzeba się postarać. To oznacza podejmowanie działań, żeby było coraz lepiej. Zaangażowanie, pomysłowość, regularne oddawanie się czułościom – niespieszne i uważne. Co się dzieje, jeśli to zaniedbujemy?

Warto najpierw przyjrzeć się konkretnej sytuacji. Wiola, 35-letnia menedżerka, przyszła na konsultację do sex coach’a. Jak przebiegał dialog?

Wiola: W naszym małżeństwie jest taki problem, że jesteśmy znudzeni seksem. Coach: My to znaczy kto? Ja jestem znudzona. Po prostu nie mam ochoty. Miała pani ochotę wcześniej? Tak, gdy byliśmy zakochani. A czego teraz by pani chciała? Nie wiem, nigdy się nie zastanawiałam... Może, żeby było jak kiedyś. W jakich sytuacjach kiedyś czuła pani pobudzenie? Jak tylko myślałam o spotkaniu z moim przyszłym mężem. A teraz odczuwa pani pobudzenie? Nie wiem... A silniejszy stan – podniecenie? Nie wiem... A o czym pani fantazjuje? Czasem wspominam Roberta, kolegę, który bardzo mi się kiedyś podobał. Z Robertem byłoby fajniej? Nie wiem. Ja nie wiem, kiedy jest fajnie tak naprawdę. A porządna kobieta może lubić seks? Nie wiem. Raczej nie...

Pytania, jakie podczas wstępnej rozmowy zadaje Wioli sex coach, są kluczowe dla poznania przyczyn monotonii i stagnacji w jej życiu erotycznym, pozwalają bowiem poznać strukturę własnego podniecenia. U każdego człowieka można zaobserwować następujące po sobie fazy rozwoju podniecenia seksualnego, począwszy od ekscytacji i pożądania, aż po wystąpienie fizjologicznego podniecenia. Każda z nich może być impulsem do zainicjowania seksu, problem w tym, że kobiety nieczęsto je u siebie rozpoznają. Kochają się z poczucia obowiązku, same rzadko dążą do zbliżenia, i to wszystko przykrywają pojęciem „nuda”, pod którym kryje się niewielkie zainteresowanie seksem i nieumiejętność rozbudzenia w sobie pragnień. Ale idźmy dalej.

Jak się okazuje po dłuższej rozmowie, Wiola tak naprawdę nigdy nie weszła w świat dojrzałej seksualności – w liceum uprawiała petting, na studiach miała kilka przygód seksualnych, potem w pracy poznała swojego męża. Gdy była zakochana, wszystko działało samo. Potem zapragnęli powiększyć rodzinę i seks stał się bardziej drogą do niż celem samym w sobie, a gdy pojawiły się dzieci, zupełnie zszedł na dalszy plan. Prawda jest taka, że małżonkowie nigdy nie dbali o tę sferę. Ale można to zmienić!

Uśpiona kobiecość

Każdy człowiek rodzi się seksualny. Seks, podobnie jak mowa, jest podstawową ludzką kompetencją. Tyle że do rozwoju ośrodka mowy jesteśmy stymulowani od dzieciństwa... a sfera erotyki bardzo często jest zostawiana na boku. Wiele kobiet, podobnie jak Wiola, nosi w sobie przekonanie, że w związku powinny koncentrować się na emocjach, nie na seksie. W efekcie często nie wiedzą, co je podnieca, co im sprawia przyjemność, czego chcą. Dlatego w przypadku Wioli ważne jest to, aby postarała się odkryć swoją seksualność i przestała postrzegać seks jako obowiązek małżeński albo romantyczne marzenie. Powinna też rozprawić się z przekonaniem, że seks jest grzeszny i brudny, dzięki temu zyska całą paletę wrażeń, o których do tej pory nie miała pojęcia.

Jeżeli Wiola postanowi wejść na ścieżkę samopoznania, dobrze, żeby na początku odpowiedziała sobie na następujące pytania: „Czy chcę zacząć odkrywać siebie jako istotę seksualną?”, „Czy chcę dowiedzieć się, co mnie podnieca?”, „Czy chcę stwarzać sytuacje inicjujące seks?”. I odwrotnie – „Czy chcę nauczyć się odmawiać, jeśli nie pragnę zbliżenia?”. Nieodzownym etapem dojrzewania do seksualności jest odzyskanie kontaktu z własnym ciałem. Dobrym sposobem będzie postawienie na aktywność fizyczną. Mogą to być różne formy ruchu, bieganie, terapia ruchem Pięć Rytmów, taniec, joga. Aktywności pobudzające zarówno ciało, jak i zmysły. Równocześnie może otwierać się na swoje odczucia zmysłowe, bodźce z zewnątrz, w tym reakcje na innych ludzi, sytuacje, wrażenia.

Nie warto pomijać czy odrzucać masturbacji, bo jest ona wielkim laboratorium naszej seksualności. Daje szansę sprawdzania rzeczy, na które nie ma miejsca w seksie z partnerem. Szczególnie w przypadku, gdy kobieta kładzie duży nacisk na zadowolenie partnera. Dlatego dobrze jest przeczytać parę książek na ten temat, jeśli trzeba, wspomóc się gadżetami. Na początku jednak najlepiej by było, gdyby Wiola skupiła się na sobie, zauważyła, że sfera seksualności jest dla niej wciąż nieodkrytym lądem. Wtedy dopiero nastąpi etap poszukiwania odpowiedzi na kolejne pytania, m.in. o to, czy Darek, jej mąż, ją podnieca i czy ona podnieca Darka.

Męska porno-nuda

W rozmowie z coachem Wiola napomknęła, że Darkowi zdarza się wchodzić na strony pornograficzne. To ważna informacja, bo nawet jeżeli mężczyzna nie jest uzależniony od pornografii, to może mieć sformatowane przez nią reakcje seksualne i sposób myślenia o tej sferze. Żeby mógł zdać sobie sprawę, jak bardzo jest ulepiony z tego, co ogląda, potrzebna będzie abstynencja. Nie chodzi o to, żeby już nigdy więcej nie oglądał filmów porno, tylko żeby miał świadomość, że nadmiar tego typu bodźców fatalnie wpływa na życie seksualne. Darek potrzebuje abstynencji również po to, żeby poznać swoje prawdziwe reakcje seksualne. Będzie mógł zobaczyć, co w jego żonie go podnieca. Czego naprawdę potrzebuje.

Przed obojgiem sporo pracy. Startują z zupełnie innych punktów, ale mają podobne zadanie – rozpoznać swoją seksualność. Dla Darka oznacza to rezygnację z ciągłych nowości, które dostarcza pornografia. Ale dzięki temu może wiele zyskać – zacznie coraz dłużej utrzymywać erekcję, będzie mógł kochać się z większą uważnością.

Seks na nowo

Załóżmy, że Wiola już wie, co ją podnieca, i potrafi o siebie zadbać. A kiedy słyszy „nie”, nie czuje się odrzucona, bo jej potrzeby są zaspokajane, a odmowa nie jest wymówką, tylko komunikatem, który można przyjąć. Umie też zawalczyć o przestrzeń dla siebie – np. o czas wstrzemięźliwości od seksu. Dzięki temu ma szansę na spotkanie z samą sobą i uwolnienie się od presji małżeńskiego seksu. A to wymaga dojrzałości i stanowczości w kwestii określania granic; powiedzenia: „Teraz pracuję nad sobą i potrzebuję od ciebie zrozumienia”.

Załóżmy, że Darek nie ma dużego problemu z pornografią i także on nawiązał na nowo kontakt ze swoim ciałem. Zauważa też plusy seksu w realu – od ejakulacji do orgazmu upływa coraz więcej czasu, i ten czas jest coraz bardziej nasycony wspaniałymi bodźcami. Jeżeli oboje próbują różnych rzeczy i zaczynają mieć odczucie, że życie erotyczne przynosi im satysfakcję, to po paru miesiącach mogą wejść w taki rytm, że seks, który wcześniej pomijali ze względu na zmęczenie i brak ochoty, stanie się najlepszym zwieńczeniem nawet bardzo wyczerpującego i trudnego dnia. Teraz mogą być ze sobą blisko, bo są emocjonalnie razem, widzą się i to daje im zastrzyk energii. Kiedyś mówili: „Nie, nie dziś, bo padam na twarz”, teraz mówią: „Zróbmy to, bo jestem zmęczony i chcę być blisko”.

Teraz możemy spojrzeć na Wiolę i Darka i zobaczyć, jak długą drogę przeszli małymi krokami. Przez rozpoznanie swojej seksualności, poprawienie komunikacji doszli do prawdziwej intymności w związku. Nie są już parą złączoną tylko kredytem, dziećmi i zadaniami – utrzymują więź emocjonalną i seksualną.

I pamiętajmy, że jeżeli jesteśmy w miarę zadowoleni z naszego życia seksualnego, ale chcemy więcej fajerwerków, trzeba się o to postarać. Zacząć od prostych pomysłów, typu świeczka do masażu czy wspólna kąpiel, i stopniowo wprowadzać nowe. Seksem trzeba zająć się jak oddzielnym bytem. Lepiej czasem zostawić zmywanie czy pracę na później i pójść razem do łóżka.

Marta Niedźwiecka coach relacji intymnych, seksualności i związków

  1. Seks

Dlaczego wstydzimy się tego, co nas podnieca?

Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Wstyd powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. (Fot. Getty Images)
Bardzo często kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Ten wstyd powstrzymuje je od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Nastawiają się raczej na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji – mówi Olga Haller, psycholożka, terapeutka.

W Internecie i w prasie kobiecej można znaleźć mnóstwo informacji dotyczących tego, co nas podnieca lub może podniecać. Zainteresowało mnie zwłaszcza kilka artykułów skierowanych do kobiet. No i na przykład: jak pieścić piersi? Mamy kilka zdań, że kobiety lubią delikatnie. Następnie pojawiają się podpowiedzi typu: posmaruj piersi koniakiem, załóż futro na nagie ciało... A po co? Bo to obudzi w nim „lwa łóżkowego”. To kto tu ma się podniecać, dla kogo to futro?
Takie zalecenia mogą stać się inspiracją, jeśli jesteśmy świadome naszych potrzeb i granic. Ale ponieważ wiele z nas ma z tym problem, istnieje niebezpieczeństwo, że zrobimy coś dla partnera, wizerunku, wrażenia i nie będziemy mieć z tego ani przyjemności, ani bliskości. Większość tych rad nie służy otwarciu się na siebie. Podkreśla się, że od nas zależy przyjemność mężczyzny.

Rozmawiałam z kobietami po trzydziestce. Zapytałam je, czy dzielą się swoimi potrzebami z partnerami. Jedna, która otwarcie przyznaje się do tego, że uwielbia seks, odpowiedziała: „Ja nawet nie wiem, czego potrzebuję”.
Kobiety częściej nastawiają się na odpowiadanie na to, co robi partner, niż na aktywne współtworzenie intymnej relacji. Istnieje też inna strona medalu – to kobiety zaczynają wymagać od mężczyzn konkretów: połóż rękę tu, zrób to. A mężczyźni sprowadzeni do roli robota, który ma zapewnić orgazm, też czują się z tym źle. Myślę jednak, że kobietom szczególnie trudno odnaleźć kontakt ze sobą w seksie, gdyż większość z nas po prostu nie zna zbyt dobrze tej strony własnej natury.

A czym jest ten kontakt?
To świadomość swoich prawdziwych potrzeb, ale nie w sensie technicznym: chcę, żebyś mnie dotykał tu albo tam, chcę robić to czy tamto. Chodzi o otwarcie się na odkrywanie w intymnym tu i teraz przeżyć i potrzeb, o których mogłyśmy nawet nie wiedzieć, o poddanie się seksualnemu pobudzeniu, które nas poprowadzi. Ale tutaj mamy dylemat. Bo z jednej strony kobiety robią w łóżku różne rzeczy wbrew sobie (dla partnera, wizerunku i nie wiadomo czego jeszcze), a z drugiej – mogłyby robić to samo, gdyby rozpoznały, że naprawdę tego chcą! Ale na przeszkodzie stoi przekonanie, że jeśli sobie pozwolimy na popłynięcie, eksperymentowanie i „puszczenie” ciała bez kontroli, staniemy się dziwkami.

Nie wolno nam pokazywać, że coś nas naprawdę podnieca?
Że czegoś chcemy w seksie. To wątek, który przewija się w naszych rozmowach. Skąd mamy wiedzieć, czego chcemy, skoro większość z nas poznaje własne reakcje seksualne dopiero w kontakcie z chłopakiem, mężczyzną. Wielu dziewczynom, które rozpoczynają erotyczne kontakty, brakuje wiedzy i praktyki (tak, tak – praktyki!). I nie chodzi o kwestię, skąd się biorą dzieci, ale o to, na czym seks polega – że daje przyjemność, radość, bliskość, że jest tysiąc możliwych pieszczot... I że jest wielką siłą, którą trzeba poznać, oswoić. Dostajemy za to mnóstwo przekazów płynących z lęku i chęci ochrony: nie możesz być łatwa, bo będą źle o tobie mówić, on cię wykorzysta, a nawet – musisz zachować godność! Większość z nas ma zakodowane, że trzeba się pilnować, że seks to kruchy lód, po którym należy stąpać ostrożnie.

Lęk przed odczuwaniem podniecenia i marginalizowanie potrzeb seksualnych mogą spowodować, że będziemy wybierać niewłaściwych mężczyzn, którzy niekoniecznie nas podniecają albo którzy mają zaspokoić inne nasze potrzeby?
Nie mając obeznania z doznaniami i potrzebami fizycznymi w sferze erotycznej, możemy mylić stan zakochania ze stanem podniecenia. To podstawowy powód, dla którego kobietom się to miesza. Bo jeśli mamy kilkanaście lat, przytulamy się do chłopaka i czujemy podniecenie, a jednocześnie wiemy już dobrze, że nie powinnyśmy go czuć, no to wzdychamy i uznajemy, że jesteśmy zakochane! To usprawiedliwia nasze odczucia, a jednocześnie oddala od samych siebie. Błogość w dole brzucha, potrzeba pieszczot i rozładowania seksualnego napięcia (która z nas odważyła się tak to nazwać?!) – to są reakcje naszego ciała w intymnym kontakcie. Jeśli nie ukrywamy ich przed sobą, możemy się uczyć zdrowej kontroli. Kiedy wybuchają potrzeby seksualne, jako pierwsza może pojawić się fascynacja erotyczna. I to jest w porządku. Czasem wystarczyłoby pójść do łóżka raz, drugi, trzeci i się rozstać. Ale nie możemy, bo mamy zakodowane, że skoro pragnę seksu, muszę być zakochana i dalej to ciągnąć.

Tak zaczynają się problemy w związku? Zostajemy nienasycone, niezadowolone – i emocjonalnie, i seksualnie?
W tej kwestii Nancy Friday jest dla mnie zawsze ogromną inspiracją. W książce „Kobiety górą” pisze o klasycznych pretensjach kobiet do mężczyzn związanych ze stylem uprawiania seksu. Kobieta po seksie pragnie często kontaktu – pobyć blisko, przytulać się, rozmawiać. Kiedy rano on pełen energii wychodzi do pracy, ona wspomina, wącha jego koszulę, dzwoni, żeby usłyszeć jego głos... A on w czasie seksu doznał przez moment błogiego zespolenia, które przypomina mu bliskość z matką, wraz z niebezpieczeństwem zagarnięcia i zależności. Otworzył się na kontakt z partnerką, ale potem musi wrócić do siebie. Nie oznacza to, że jej nie kocha – po prostu wraca do siebie, żeby znów zbliżyć się do niej za jakiś czas. A kobieta zostaje z niedosytem uczuciowym – jakby nie mogła uwierzyć i przyjąć, że dobry seks jest wystarczającym powodem do radości i potwierdzeniem jakości relacji. Nie docenia tego, że jej przeżycia seksualne są ważne same w sobie – że może coś dostać, wziąć i zostać z tym zadowolona, pełna.

Jedna z kobiet na pytanie, co ją podnieca, odpowiedziała: „kontakt”. Ten kontakt zaczyna się dużo wcześniej niż tzw. gra wstępna. Kobiety powiedziały mi: „Niezwykle podniecająca jest rozmowa, to, co się dzieje w ciągu dnia, spojrzenia”.
Podniecające jest to, że jesteśmy pożądane, chciane, że mężczyzna widzi w nas istotę seksualną, w tym momencie jedyną. Czujemy się zauważone, wybrane, najważniejsze. Widzimy to w geście, wzroku, słyszymy słowa, głos, oddech, odczuwamy w dotyku. Rozgrzewa nas to nawet – a może właśnie szczególnie wtedy – kiedy nie jest to moment na seks lub do łóżka daleko. Oczywiście podniecać nas może też to, co same robimy, nasza inicjatywa. Ale tu znowu dotykamy problemu: czy możemy sobie na to pozwolić?

I tu mam przykład znajomych, które przyznały się, że zawsze unikały bardzo przystojnych mężczyzn. Włączały się obawy typu: mógłby mnie sobie owinąć wokół palca, do kogo ja tu startuję, to pewnie playboy. Albo spuszczały wzrok, gdy napotykały pełne zainteresowania spojrzenie. Czy to mężczyzna jako potencjalny kochanek budzi takie obawy?
Wielu kobietom trudno wytrzymać naładowanie energią seksualną. I dodam coś, co zabrzmi jak truizm: sądzę, że kobiety wstydzą się, że coś je podnieca. Kiedy coś nas naprawdę zaczyna porywać, robi się niebezpiecznie. Wstydzimy się pokazać, że pożądamy mężczyzny. Wstyd związany z tym wszystkim, czym nasiąkamy, powstrzymuje nas od swobodnej ekspresji w sferze seksu. Energia seksualna to potężna siła, a zdarza się, że idziemy za nią jak ćmy. I mamy powody, żeby się jej bać – kiedy jej nie znamy, rzeczywiście nie jesteśmy bezpieczne. Czasem kobiety wchodzą w związek małżeński i naprawdę nie są obudzone seksualnie. Mają kontakt ze swoją seksualnością w tym sensie, że pełnią wszystkie role: zakochują się, przeżywają pierwszy raz, wychodzą za mąż, rodzą dzieci. Zdarza się, że gdy stają się bardziej świadome siebie i niezależne, przeżywają romans i w nim dopiero doznają wrażeń, których nigdy wcześniej nie miały. Taki romans może być i fascynującym, i trudnym przeżyciem. Energia seksualna bardzo długo trzymana na uwięzi w pewnym momencie może wybuchnąć. Jeśli nie umiemy się z nią obchodzić, możemy boleśnie pobłądzić. Np. uznać, że nasze szczęście zależy od niego, i pójść za kochankiem na koniec świata niezależnie od tego, czy nam to służy, czy nie.

Może, by oswoić energię seksualną, warto przyjrzeć się, jak doświadczamy zmysłowego pobudzenia w ciele w nieseksualnych sytuacjach? Pewna kobieta opowiadała mi, że doświadczyła seksualnego pobudzenia po fitnessie, inna – gdy chodziła nago po leśnej polance. Ale takie doświadczenia łatwo zmarginalizować albo uznać za nienormalne.
My, kobiety, jesteśmy seksualne same w sobie, tak jak mężczyźni! Zmysłowości i podniecenia możemy doświadczać przy okazji różnych sytuacji. Pulsujące fale ciepła, mrowienia i rozluźnienia rozchodzące się z dołu brzucha po całym ciele. Intensywne odczuwanie ciała, skóry, genitaliów w kontakcie z trawą, wiatrem. Po fitnessie, podczas relaksu, kiedy spocone i gorące odpoczywamy. Kiedy zrzucamy ubranie podczas samotnego spaceru po łące albo pływamy nago. Czujemy, że nasze ciało żyje, że zmysłowo kontaktujemy się ze światem. Te doznania nas uwrażliwiają.

A co z fantazjami? Jak one przekładają się na rzeczywistość i na seks? Zebrałam kilka. Kobieta fantazjuje o seksie oralnym. Ona jest boginią, a mężczyzna klęczy u jej stóp i spija nektar spomiędzy jej nóg. Fantazja bardzo ją podnieca, ale w łóżku ma opory, wstydzi się. Inne fantazje: kocham się z obcym mężczyzną albo nawet kilkoma; na co dzień spokojna i uległa mężatka w fantazji uprawia dziki seks z innym na dyrektorskim fotelu męża.
Fantazja służy ominięciu tego, co nam przeszkadza w życiu mieć przyjemność z seksu. Czasami trzeba podrążyć, żeby znaleźć jej głębsze znaczenie. Ale fantazja z boginią wydaje mi się dość oczywista. Jako bogini przyznaję sobie prawo do przyjemności, zasługuję na nią, bo jestem wspaniała, mam władzę, pozwalam na tę pieszczotę i sobie, i mężczyźnie, moja wagina jest boginią. Czy łatwo nam przyznać takie prawa sobie, swojemu ciału, swojej waginie? Żeby móc mieć przyjemność z seksu oralnego, ta kobieta potrzebuje fantazji o bogini. Dzięki temu pokonuje przeszkody obecne w rzeczywistości. Fantazjowanie o innym mężczyźnie może służyć przełamaniu stereotypów. Czasem wydaje się, że coś jest do osiągnięcia tylko na zewnątrz, a nie w związku. Uległa mężatka dzięki swojej fantazji może pozwolić sobie na bycie dominującą, silną i wymagającą. No i zakwestionować swoją zależność, na co ma wewnętrzny zakaz w związku. Dzięki fantazjom możemy poznawać siebie. Są naturalnym przejawem naszej seksualności.

Jaki płynie wniosek z naszej rozmowy? Jak rozpoznać, co nas naprawdę podnieca?
Wszystko nas może podniecać, smarowanie piersi koniakiem, zakładanie futra na nagie ciało czy cokolwiek innego, jeśli odkryjemy, że to naprawdę nasze pragnienia. Nawet jeśli nie jesteśmy zakochane, a chcemy seksu! Czyli co? Potrzebujemy zaufać sobie, swojemu ciału, żeby pozwolić sobie bezpiecznie płynąć na fali seksualnych odczuć. Ale żeby tak się stało, większość z nas musi na nowo uwierzyć, że ma do tego prawo: bez czekania, aż mama, tata, partner czy społeczeństwo wyrażą aprobatę. Możemy zapytać siebie: czy mam fantazje seksualne i jakie one są? Co czuję, kiedy patrzę na siebie w lustrze? Czy znam swoje ciało, swoją waginę, czy kiedykolwiek na nią patrzyłam, dotykałam jej, a jeśli tak, to z jakim uczuciem? Co się ze mną dzieje, kiedy jestem w łóżku z mężczyzną? Może czegoś chcę lub nie chcę, a nie mówię o tym? Jakie mam przekonania na temat seksu? Żaden poradnik, żadna gazeta z instrukcjami nie uchronią nas od refleksji. Wszystko już mamy, tylko musimy objąć to uwagą. To nas może wyzwolić.

  1. Seks

Związki (zbyt) otwarte

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. Jak jest w praktyce? (Fot. iStock)
„Moja droga, żyjemy sobie cudownie, jak dwa gołąbki. Raz jedno wyfruwa z gniazda, raz drugie”. Ten stary dowcip dotyka ważnego tematu: czy gościnność seksualna może być dobra dla związku?

Nie był to pomysł Grażyny. Zaproponował go Janek. Powiedział: „kochanie, chciałbym, żeby nasz związek był otwarty”. „Masz na myśli sypianie z innymi kobietami?” – zapytała. Tak, dokładnie to miał na myśli. Ale ta otwartość miała działać w obie strony – Grażynie też wolno mieć kochanków. „Dobrze, ale po co? – nie mogła zrozumieć – przecież kocham ciebie i to z tobą chcę uprawiać seks”. Janek wytłumaczył: „Nasza miłość pozostanie najważniejsza. Ale w ten sposób nasz związek będzie zawsze świeży, nigdy się sobą nie znudzimy. Nie będziemy też o siebie zazdrośni, bo każde będzie wiedziało, że to tylko seks”. Dała się przekonać. Matka natura stworzyła nas przecież bez takich konwenansów. Ewolucyjnie mężczyźni są zaprogramowani na rozsiewanie swego nasienia, a kobiety na poszukiwanie najlepszego dawcy genów dla potomstwa. Tak sobie chwilę pomyślała i powiedziała: „Czemu nie? Spróbujmy”. I spróbowali...

Brzmi nieźle

Związek otwarty polega na umowie między partnerami: „ja mogę spotykać się z innymi i ty też możesz”. Robią to jawnie i nikt nikogo potem nie rozlicza z przygód. Tyle teoria. W praktyce takie związki często się różnią.

– Przede wszystkim wchodzimy w nie z różną motywacją – mówi Małgorzata Zaryczna, seksuolożka, psycholożka i terapeutka. – Czasem partner nas przekonuje, że to będzie wspaniałe, otwierające i wzbogacające doświadczenie, dzięki któremu związek nie stanie się seksualnie klaustrofobiczny. Inni uważają, że nie ma sensu być wiernym na siłę, skoro hormony nas pchają do akcji. Jeszcze inni proponują partnerom takie rozwiązanie, żeby się nawzajem nie ograniczać. Po co hamować ekspresję seksualną, skoro można ją w pełni przeżyć? Tym bardziej, że wprowadzenie nowych bodźców może dodatkowo służyć przypomnieniu, jak bardzo zależy nam na partnerze.

Zdarza się, że taka propozycja wychodzi od partnera, który ma większy apetyt na seks. – Z problemem niedopasowania temperamentu seksualnego boryka się większość par – uważa Zaryczna. – Logiczna wydaje się więc propozycja: „kiedy tobie nie będzie się chciało, załatwię to poza związkiem i nie będziemy się kłócić z tak prozaicznego powodu”.

I jeszcze fantazje, jak wspaniałą wolność da nam otwartość w tym zakresie! Przy tym unikniemy pretensji, że stanęliśmy na drodze pragnieniom partnera. Całkiem rozsądne, prawda?

Nie tylko panowie

Druga strona czasem się zgadza, bo podziela poglądy partnera, ale nierzadko tylko przytakuje, bo czuje, że nie ma wyboru: od zgody może zależeć utrzymanie związku. Ma poczucie, że jeśli powie: „nie, to on/ona odejdzie”. Przystaje więc na propozycję, bo nie ma lepszego pomysłu na uratowanie relacji.

Kto częściej wpada na takie pomysły? Mężczyźni. Ale kobiety nie pozostają zbyt daleko w tyle.

Beata jest zapaloną podróżniczką. Kiedy tylko może, pakuje plecak i wyrusza w świat. Ostatnio trampingowała przez całą Amerykę Południową. A że do zwiedzenia miała sporo, jej nieobecność trwała ponad pół roku. W domu został Grzesiek, jej partner, z którym jest od 10 lat. Beata to kobieta nowoczesna i wyzwolona, więc zaproponowała mu kiedyś: „Jak wyjeżdżam na dłużej niż dwa miesiące, pozwólmy sobie na seksualne przygody. W ten sposób więź nie ucierpi, a my nie będziemy musieli żyć w nienaturalnym celibacie”. Grzesiek powiedział: „w porządku”.

– Często gdy partner lub partnerka mówi, że ma ochotę na otwarty związek, ma na myśli zgodę na niewierność, ale… własną – ostrzega Zaryczna. – I choć proponuje to samo drugiej stronie, może się przeliczyć, kiedy ta z zaoferowanej mu wolności skorzysta. Może dojść do wniosku, że to jednak nie był dobry pomysł…

Bo choć podnieceni nęcącą perspektywą spróbowania zakazanego owocu, myślimy, że będzie nam smakować, ale z konsekwencji tak naprawdę nie zdajemy sobie sprawy. A świadomość, że nasz partner uprawia seks z kimś trzecim, zwykle jednak mocno boli.

Próba siły więzi

– Dobrze, jeśli wiemy, że przemawia przez nas po prostu zazdrość o partnera – mówi seksuolożka.

– Gorzej, gdy to od siebie oddalamy, i w zamian wywołujemy kłótnie o wszystko i o nic, wprowadzając atmosferę napięcia.

Po dwóch miesiącach seksualnej otwartości Janek zaczął czepiać się Grażyny o byle głupotę. O wierności czy niewierności nie padło ani słowo, tylko w szybkim tempie zaczęły się mnożyć konflikty. Oboje nie udźwignęli emocjonalnego ciężaru otwartego związku: po pół roku całkiem się rozpadł.

– Jeśli wchodzimy w otwarty związek z takich pobudek, jak Janek i Grażyna, albo wierzymy, że otwartość zapewni nam seksualną świeżość, możemy już zacząć planować rozstanie, bo mamy gwarancję, że nasze oczekiwania się nie sprawdzą – uważa Zaryczna. – Związek partnerski ma bowiem dwa podstawowe składniki: więź emocjonalną i więź erotyczną. Kiedy do tej drugiej sfery wpuszczamy osoby trzecie, musimy się liczyć, że staną one między nami. A na poluzowaniu więzi seksualnej zawsze cierpi więź emocjonalna. Związek otwarty, długo- czy krótkoterminowy, niszczy bliskość uczuciową i wzajemne porozumienie.

Umawiając się na otwartość seksualną, chcemy przejść przez relację łatwo i przyjemnie, nie pracując nad nią i zwalniając się z odpowiedzialności. I skazujemy związek na porażkę. Czy zawsze?

Nie ucierpiała na otwartości więź Joli i Piotra, małżeństwa z 15-letnim stażem, wypalonego jako para. Mają 5-letnie dziecko. Jola nie kochała już męża, ale postanowiła trwać w związku. Wpadła więc na pomysł: „Kiedyś się rozwiedziemy, a teraz będziemy sypiać z innymi, ale mieszkać razem i wspólnie wychowywać dziecko”.

– Więź nie ucierpiała, bo jej tak naprawdę nie było – mówi Zaryczna. – Układ: „mieszkamy razem, ale nic nas nie łączy”, nie jest związkiem, tylko czymś w rodzaju administracyjnej wspólnoty. To luźna relacja seksualna, podobnie jak związek z podróżnikiem, którego wiecznie nie ma w domu. Taka hybryda związku służy wygodzie, ale dzielenie wyłącznie adresu to atrofia emocji. Łatwiej wtedy wejść w związek otwarty. I można tak przez lata w nim funkcjonować. Dopóki któraś ze stron się nie zakocha albo nie będzie miała dość.

– „Związek otwarty” to oksymoron – jak „ciepły śnieg” albo „sucha woda”. Związek dwojga ludzi opiera się na łączącej ich więzi, tworzy jedność. Nie może być otwarty – twierdzi seksuolożka. – To tylko ładny szyld dla zwykłej niewierności.

Wielomiłośnicy

Zza oceanu przywędrował do nas poliamoryzm. Po naszemu: wielomiłość. Poliamoryści kochają więcej niż jedną osobę i pozostają w więcej niż jednym związku. Mówią: „poliamoryzm to odpowiedzialna niemonogamia”. Nie chodzi im tylko o seks, dla nich najważniejsza jest więź, bliskość i miłość. Mogą na przykład być w czterech związkach jednocześnie – w dwóch z mężczyznami, a w dwóch z kobietami. Poliamoryści wchodzą też w związki „krzyżowe” – ot, jedna wielka kochająca się rodzina. Ale czy szczęśliwa?

– Jeśli ktoś wciąż poszukuje, nie może się zdecydować co do swojej orientacji albo pragnie przygody, to otwarty związek czy poliamoryzm jest dla niego rewelacyjny – uważa Małgorzata Zaryczna. – Ale to dobre na jakiś czas, jak mieszkanie w akademiku. Nie ma się co łudzić, że to sposób na całe życie. Bo kiedy się kogoś pokocha naprawdę, chce się go mieć tylko dla siebie. Wyłącznie.

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.