1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Japoński syndrom

Japoński syndrom

Podobno Japonki masowo chcą się rozwodzić, gdy mąż przechodzi na emeryturę. Polki pragnienie rozwodu nachodzi nieco wcześniej, ale powód mają podobny. Dlaczego przez resztę życia mam obsługiwać faceta, z którym już nic mnie nie łączy?

Niedawno przyszła do mnie atrakcyjna 50-latka, która wyznała, że marzy o rozwodzie. Samej będzie jej trudno się utrzymać, ale woli żyć w biedzie niż z mężem. Co takiego wydarzyło się po 30 wspólnie przeżytych latach? Właściwie nic, tyle że dzieci dorosły, jeden syn ma już swoją rodzinę, drugi wkrótce się wyprowadzi. Syndrom pustego gniazda, pomyślałam. Moment, w którym kobieta przestaje czuć się potrzebna. Albo raczej czas na odkrywanie swoich pasji, rozwój zainteresowań, poszukiwanie nowego sensu życia. Ale kobieta, która do mnie przyszła, realizuje się zawodowo, kocha swoją pracę, ma przyjaciół. Czy już wcześniej myślała pani o rozwodzie? – pytam, bo może tylko czekała, aż dzieci dorosną, żeby w końcu rozstać się z mężem. Nie. Dopóki dzieci wymagały współpracy rodziców, nie zwracała uwagi na to, że coś nie gra. On więcej zarabiał, ona też pracowała zawodowo i zajmowała się domem. Srebrne gody obchodziła z poczuciem, że są dobrym małżeństwem. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, że nie jest w tym związku szczęśliwa. „Czemu do końca życia miałabym obsługiwać faceta, którego nawet nie lubię? Chcę w końcu być sobą, a nie żoną na jego usługach”.

Właściwie od początku nie było tak, jakby chciała. Automatycznie dostosowywała się do oczekiwań męża, dbała o to, by był zadowolony, wiedziała o jego zdradach, ale dla dobra rodziny przymykała oczy. Dopiero teraz poczuła, że chce odejść. Ależ był zdziwiony! „O co ci chodzi? Przez 30 lat było dobrze, a teraz ci nie pasuje? Wiedziałaś, jaki jestem, nic się nie zmieniło”. Ma rację, wiedziała. Godziła się z tym, gdy dzieci amortyzowały ich wzajemne kontakty. Była żoną i matką, rodzina jest najważniejsza. Teraz jest gotowa na wszystko. Na to, by zostać singielką tuż przed emeryturą.

Żeby tylko ona! W ostatnich miesiącach spotkałam cztery kobiety, które po pięćdziesiątce odkryły, że mąż to obcy facet, do którego wciąż muszą się dostosowywać. W którego obecności się duszą. Zwykle krytyczny, złośliwie komentuje ich nowe pasje, studia, kursy. Sam nie robi herbaty, nie pierze, nie sprząta. On żyje jak w bajce, bo one wciąż nakrywają stoliczek. I nagle czują, że chcą uciec. Mąż jest zdziwiony, czuje się zraniony, nie rozumie. Trochę jak w znanym dowcipie. Sędzia pyta: Dlaczego chce się pani rozwieść po 50 latach wspólnego życia? Żona mówi: Nie mogę znieść tego, jak on siorbie zupę. Mąż na to: Kobieto, czemu mi o tym nigdy nie powiedziałaś?

Niby mówimy, narzekamy, prosimy, ale nic nie zmieniamy, bo czekamy, aż on się zmieni. Jedna z czterech wspomnianych kobiet przez lata utrzymywała męża, który szukał pracy. Bezskutecznie. W końcu przestał szukać, a ona dalej go utrzymywała, tracąc do niego szacunek z tego i innych powodów. A teraz chce się rozwieść. W gruncie rzeczy bez uprzedzenia. Owszem, czasem narzekała, mobilizowała go, czasem z niego drwiła i to wszystko. Zwykłe małżeńskie niesnaski, bez których trudno wyobrazić sobie życie. Co innego Japonki. One nie skarżą się, nie narzekają, ponieważ tak zostały wychowane. Zresztą komu miałyby się skarżyć, skoro męża nigdy nie ma w domu? Przecież on utrzymuje rodzinę, jest w pełni oddany swojej firmie. Kobieta rodzi i wychowuje dzieci. Na początku małżeństwa czuje się samotna, ale potem się przyzwyczaja, organizuje sobie życie po swojemu. A kiedy on przechodzi na emeryturę, ona wpada w panikę. No bo nagle obcy facet w domu. Dzieci dorosły, nic już ich nie łączy. Chciałaby się rozwieść, ale z czego będzie żyła? Stres przeżywany przez Japonki, depresje, objawy psychosomatyczne doktor Nobuo Kurokawa nazwał „syndromem męża emeryta”. A ci mężowie emeryci nie wiedzą nawet, że coś jest nie tak, bo żony im o tym nie mówią. Problem milczących Japonek wydaje się egzotyczny. W Polsce wiadomo, że kobieta wylewa wszystkie swoje żale i pretensje, zrzędzi, narzeka, aż postawi na swoim. Przynajmniej w stereotypach. Ale w życiu bywa inaczej. Chętnie mówimy o związkach partnerskich, lecz wiele kobiet wciąż jest przekonanych, że to na nich spoczywa ciężar dbania o atmosferę w domu. Przecież mężczyzna jest tak skonstruowany, że nie stworzy domowego ciepła. Mężczyzna w świecie emocji jest jak słoń w składzie porcelany. Mężczyzna nie lubi bliskości. Jest z natury dziki i narowisty. To Marsjanin, z którym trzeba obchodzić się jak z jajkiem. Spełniać jego oczekiwania, nawet te, o których on nie ma pojęcia. Bo to my, kobiety, wiemy lepiej, czego potrzeba mężczyźnie. Oczywiście żony idealnej. Tolerancyjnej, bezkonfliktowej, tradycyjnej w kuchni i nowoczesnej w łóżku. Bo najważniejsze, żeby mąż był zadowolony. A żona? Żona wie, że miłość wymaga poświęceń. A już na pewno drobnych ustępstw, na które ona chętnie przystaje na rzecz wspólnego szczęścia. No bo dom, praca, dzieci, nie ma czasu zadbać o swoje. Ale dzieci w końcu dorastają, a ona zaczyna się dusić. Nic dziwnego, że chce się rozwieść. Ale czy nie lepiej spróbować najpierw zbudować związek, w którym jest miejsce dla obojga partnerów?

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

"O co" rozpadają się współczesne związki?

Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. (Fot. iStock)
"O co" rozpadają się współczesne związki? Czego potrzeba, by nie podzielić losu rozbitków? Rozmowa z psychoterapeutką Agnieszką Kramm.

Czy dzisiaj trudniej budować związek?
Niewątpliwie mamy do czynienia z powszechnym kryzysem relacji. Współczesne czasy narzucają ludziom dużo ról – mają być rodzicami, odnosić sukcesy zawodowe, finansowe, mieć pasje, rozwijać się duchowo. To ogromna presja, która rodzi frustrację i niespełnienie. Także w związkach. I to jest wyzwanie dla obydwu płci.

Niezależnie od różnic między nimi?
Owszem, może dochodzić do nieporozumień, zwłaszcza w sferze komunikacji. Mężczyźni i kobiety inaczej nazywają pewne rzeczy, inaczej też na nie reagują. Dlatego naszym podstawowym, codziennym rytuałem powinna być przestrzeń wygospodarowana dla siebie nawzajem. Mam wrażenie, że w dzisiejszej rzeczywistości o to się właśnie rozbijamy. O brak czasu, brak możliwości codziennego spotkania chociażby na pół godziny, kiedy ty słuchasz mnie, a ja słucham ciebie. Tylko wtedy dowiemy się o sobie czegoś nawzajem, nauczymy się porozumiewać.

Niektórzy mogą zrozumieć to „bycie razem” jako kolejny punkt do wciągnięcia na listę zadań. Wtedy nie będzie to prawdziwe bycie razem. Tu bardziej chodzi o znalezienie wspólnego elementu, czegoś, co obojgu nam daje radość, przyjemność, poczucie kontaktu. Dla jednych mogą to być wspólne wyprawy na rowerze, dla innych kolacje przy świecach w drogich restauracjach, dla jeszcze innych zajmowanie się domem. Chodzi o poczucie, że wspólnie coś tworzymy, przeżywamy. I że to nas łączy.

To recepta na trwałość i niezmienność uczuć?
Tak jak my cały czas się zmieniamy, tak samo musi zmieniać się nasza relacja. Tego się jednak boimy. To niesamowite, ale nigdy z samym sobą tak się nie skonfrontujemy, jak w bliskiej relacji. Tu wychodzą wszystkie nasze niepokoje, projekcje, odzywają się lęki, jeszcze z dzieciństwa. To właśnie dziecko w nas boi się i myśli: „Kiedyś razem chodziliśmy do kina, a teraz on już nie chce, woli grać z kimś innym w tenisa. Już mnie nie kocha”. Tymczasem związek jest nieustającym zaproszeniem do przemiany, ale i dbaniem o to, by nadal istniała w nim część wspólna.

Czyli u podstawy budowania bliskości leży umiejętność otwierania się na drugą osobę. Taką, jaka ona jest. Bez iluzji.
Tak, ale mamy z tym pewien problem. W długotrwałych związkach przestajemy bowiem odbierać partnera takim, jaki jest obecnie. Zamiast tego przywiązujemy się do jego wizerunku w naszej głowie albo do tego, jaki był kilka lat temu. To uniemożliwia nam prawdziwy kontakt, a bez niego nie otworzymy się na druga osobę. W relacjach dotykamy najbardziej delikatnych obszarów naszego „ja”. Zwykle mamy tendencję, żeby ukrywać to, co w nas miękkie, wrażliwe, bezradne. Tymczasem tu tkwi nasza największa siła: siła uczuć. Zamknięci na nie jesteśmy pozornie bezpieczni, ale nie kochamy wtedy naprawdę, a związek nie przynosi spełnienia. Warto przełamać lęk przed odsłonięciem się, bo to może uzdrowić nasze relacje. Kiedy powiemy otwarcie: „Czuję, że mnie zaniedbujesz. Martwię się, że już mnie nie kochasz”, możemy usłyszeć w zamian: „Nadal mi na tobie zależy, nie masz powodów do obaw”. Wtedy komunikacja między nami będzie płynęła prosto z serca. To trudna, ale jedyna droga.

Czasochłonna?
Być może, ale nie jest to czas stracony. Musimy dbać o sferę „my”, bo bez niej nie ma relacji. Parom, które do mnie przychodzą, zadaję ćwiczenie, które wydaje się proste i banalne, ale prawie nikomu nie udaje się go wykonać. Polega ono na tym, żeby raz na tydzień przez godzinę rozmawiać ze sobą w ten sposób, że najpierw przez 10 minut jedna osoba mówi, a druga tylko słucha. Czyli nie krytykuje, nie ocenia, nie komentuje, nie radzi. I tak na przemian. To wszystko. Ćwiczenie może o połowę skrócić czas psychoterapii, ale ludzie nie są w stanie go wykonać.

Dlaczego?
Bo nie mają czasu, bo zapominają, bo są tak potwornie zmęczeni… A na najgłębszym poziomie – bo boją się, że nie będą w stanie się porozumieć.

Jak walczyć z tym lękiem?
Może zabrzmi to dziwnie, ale musimy go zaprosić, przyjąć całym sobą. Zapytać siebie: „Czego się boję? Że on mnie wyśmieje, powie, że to jest głupie, czy że nie odpowie tym samym?”. A potem powiedzieć  partnerowi: „Strasznie się boję, że mnie nie zrozumiesz. Że już ci się nie podobam”. Gdy akceptujemy siebie w całości, jesteśmy w stanie mówić otwarcie o naszych uczuciach. Praca nad związkiem to zajęcie pełnoetatowe, ale też o wiele bardziej proste niż nam się wydaje. Wystarczy tak niewiele: wysłuchać siebie, partnera, nazwać wzajemne lęki oraz potrzeby i otwarcie o nich komunikować.

  1. Psychologia

Jak porozumiewać się z "byłym" lub "byłą" po rozwodzie?

Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. (Fot. iStock)
Rozwodom towarzyszą zwykle silne emocje. A pod hasłem "dla dobra dziecka" nierzadko ukrywa się chęć zemsty jednego rodzica na drugim. Jak ułożyć sobie kontakty z "byłym" lub "byłą", aby zostały zaspokojone potrzeby wszystkich stron? Może w tym pomóc mediacja - mówi terapeutka Maria Bremer.

Czy rodzice dziecka pozostają dla siebie rodziną, nawet jeśli już nie są razem?
Na pewno nadal są rodzicami wspólnego dziecka, ale czy zawsze są rodziną? Skoro się rozstali, to wydaje się, że już raczej nie... A z drugiej strony przecież kiedyś się nawzajem wybrali, chcieli być razem. Czyli może odpowiedź zależy od tego, czy sami tą rodziną chcą się czuć.

Ale relacja rodzice-dzieci to już coś innego... Zawsze chyba zostaje się rodziną dla swojego dziecka. Czym różni się ta relacja od innych więzi rodzinnych? Czy można w ogóle wycofać się z roli bycia rodzicem?
Tak jak w każdej relacji, tak i w tej zawsze są dwie strony - to, co dla rodzica jest wycofaniem z roli rodzica, dla dziecka oznacza porzucenie. Już samo rozejście się rodziców jest dramatem dla dziecka, a gdy dodatkowo jedno z nich znika z jego życia - dziecko może się jedynie utwierdzić w przekonaniu, że faktycznie miało ono jakiś związek z decyzją o rozstaniu. Nawet jeśli dorośli znajdą nowy pomysł na życie i zaczynają wchodzić w nowe miłosne relacje, to nie powinni zapominać o tym, że są już w jakiejś relacji z kimś, z kim nie mogą się rozstać.

Czy można jakoś stopniować poziom porzucenia przez rodziców? Czy na przykład ktoś, kto dzwoni do dziecka raz na dwa miesiące porzuca je bardziej, niż gdyby dzwonił co tydzień?
To bardzo subiektywne i zależy między innymi od etapu rozwoju, na jakim jest dziecko. Ale dziecko może czuć się porzucone, nawet żyjąc w pełnej rodzinie, bo wystarczy, że konkuruje z rodzeństwem. Nie można mówić o stopniowaniu porzucenia, bo rodzic żyje też w wyobraźni dziecka. Bywa, że relacja z rodzicem rzadziej widzianym, a jednak podtrzymywana i wartościowa, jest lepsza niż ta fizycznie częstsza, ale bez uważności na dziecko. Z mojego doświadczenia zawodowego wynika, że rodzic po rozwodzie często wyobraża sobie kontakt z dzieckiem jako spotkanie wypełnione aktywnościami. Ale ono widzi brak bliskości mimo fizycznego przebywania razem. I nie chodzi o to, żeby nic nie robić, tylko żeby robić to na zasadach, na jakich chce dziecko.

Mówimy o więzi dziecka z rodzicem, ale przecież jest jeszcze drugi rodzic, który na tę pierwszą wpływa. Jak często przy rozstaniu rodzice myślą o swojej przyszłej relacji w kontekście dziecka i o samej relacji z dzieckiem?
Zwykle rodzice są na tyle skoncentrowani na rozpadającej się relacji, na wzajemnej złości na siebie, że dziecko znika z ich pola widzenia. Często jest ono wykorzystywane jako element przetargowy w walce z drugą stroną bądź jako narzędzie zemsty w stylu: "Jestem lepszy, bo dziecko ma ze mną lepszy kontakt". I wtedy dziecko jest używane, ale nie zaopiekowane. Moment rozstania wymaga dużej pracy rodziców, z terapeutą czy mediatorem. Mogą zadbać o przyszłe relacje i jak najmniej skrzywdzić dziecko jako osobę, która nie jest przecież w żaden sposób winna sytuacji, przez którą przechodzi.

Dlaczego ludzie przychodzą do mediatora?
Ponieważ nie umieją ze sobą rozmawiać... Mówią sobie wzajemnie rzeczy, których druga strona nie rozumie, nie słyszy. Jakby rozmawiali innymi językami. Mediator jest w tej sytuacji kimś w rodzaju tłumacza, który, nie biorąc na siebie emocji skłóconych stron, pozwala im się dogadać. Mediator nie daje rad ani nie opowiada się po żadnej ze stron, choć czasami takie jest oczekiwanie. Za chęcią spotkania stoi wtedy ukryty plan, a nie zamiar porozumienia. Rolą mediatora jest obnażanie tej strategii, przy jednoczesnym zadbaniu o komfort obu stron. Bywa też, że na pierwszym spotkaniu mediator widzi zbyt duże napięcie między partnerami i może okazać się, że warto spotkać się osobno, żeby "wypuścić ciśnienie". Parze będzie łatwiej rozmawiać i usłyszeć się wzajemnie, a to jest podstawowym celem każdej mediacji.

Jak wygląda taka mediacja w praktyce?
Wszystko zależy od tego, czy jest czas na to, żeby mediacja wyszła poza ustalenie tzw. kwestii technicznych, czyli kto kiedy opiekuje się dziećmi albo jak dzielić koszty zajęć dodatkowych. Wtedy można zacząć od rozmowy o własnych potrzebach. Potrzeby są tak łączącym tematem, że ludzie już dzięki samej rozmowie zaczynają inaczej patrzeć na siebie. Jeżeli ktoś uświadamia sobie, jakie ma potrzeby i słyszy, że druga strona też ma takie potrzeby, np. dotyczące spotkań z dziećmi - to okazuje się, że różni je strategia ich realizacji, a nie same wartości. I wtedy bliżej jest do jakiegoś porozumienia. W mediacji metodą Porozumienia bez Przemocy - najbliższej mi - ważne jest, żeby powtórzyć to, co się usłyszało: dosłownie albo własnymi słowami.

Czy możesz podać przykład? Dla osób, które nie miały wcześniej kontaktu z tą metodą, w pierwszej chwili brzmi to dość sztucznie...
Chodzi o to, że tzw. trzecia siła - mediator - odgrywa rolę pośrednika. Kiedy na przykład jedna strona mówi do mediatora: "Mój mąż nie interesuje się szkołą dzieci", to mediator po po pierwsze, stara się doprowadzić do tego, żeby komunikat był wyrażony w pierwszej osobie, a po drugie, by został uszczegółowiony. Czyli np. "Chciałabym, żeby mój mąż chodził ze mną na wywiadówki". I tak sformułowana potrzeba jest przekazywana drugiej stronie przed mediatora, który następnie zadaje pytanie: "Co pan usłyszał?". "Że moja żona uważa, że za mało interesuje się dziećmi". A przecież ona tego wcale nie powiedziała! Zatem jako mediator próbuję doprowadzić do tego, żeby mąż powtórzył, że żona oczekuje, iż na wywiadówki będą chodzić razem. Wtedy będzie można już zapytać, co on na to. Gdy odpowie, że dajmy na to może chodzić co drugi raz, mediator znów pyta: "Co pani usłyszała?". "Że mężowi w ogóle na tym nie zależy". I znowu do mediatora należy sprostowanie, że mąż wcale tego nie powiedział. To czasami jest bardzo długa, mozolna droga do celu...

Dlaczego w pierwszej chwili strony słyszą coś tak bardzo różnego od tego, co zostało powiedziane?
W grę wchodzą bardzo silne emocje, które wyłączają racjonalną część naszego mózgu. Jeżeli jestem w swoim bólu, w poczuciu, że druga strona mnie nie szanuje, nie szanuje naszych dzieci i właściwie to w ogóle one go nie obchodzą - to nie słyszę tego, co ona faktycznie mówi. Doprowadzenie do tego, żeby strony powtarzały to, co zostało powiedziane, wprowadza fizyczną ulgę. To zajmuje dużo czasu, zwykle wymaga więcej niż jednego spotkania. Ale gdy ludzie już się usłyszą i usłyszą swoje potrzeby, to sposoby rozwiązania pojawiają się same. Dlatego tak ważne jest, żeby wyczyścić to, co się za tym brakiem możliwości porozumienia kryje.

A jak jest słyszany głos dziecka w mediacjach? Czy któreś z rodziców może mówić w jego imieniu?
Co właściwie oznacza mówienie w języku dziecka? Mówimy to, co nam się wydaje, że będzie dla niego dobre. Jeżeli więc jeden rodzic rezerwuje sobie wyłączność na mówienie w imieniu dziecka, to trzeba uważnie weryfikować, na ile są to faktyczne potrzeby dziecka, a na ile cele rodzica, bo może to być też obszar do nadużyć i wykorzystania dziecka do swoich rozgrywek. Jeżeli rodzic jest w stanie mówić o faktach np. "Zosia lubi jeździć konno. Co możemy zrobić, żeby jej to regularnie umożliwić?", to jest to coś innego niż deklaracja: "Wiem, jakie Zosia ma potrzeby i najlepiej potrafię je spełnić". Jeśli zaś chodzi o udział dzieci w mediacji, to zależy to od ich wieku, ale też i od dojrzałości dorosłych, bo nie można przerzucać odpowiedzialności na dzieci za sytuację, która nie wynikła przecież z ich powodu. Nastolatki, z czasem nawet młodsze dzieci, wiedzą już, czego dokładnie oczekują od rodziców i mają prawo, żeby ich głos został wzięty pod uwagę. Jednak trzeba wykazać się uważnością i delikatnością, a nie uciekać się do pytania w stylu: "Wolisz mamusię, czy tatusia?".

A co, jeśli wszystko jest wymediowane, ale jednak nie działa?
Jeżeli rodzice mają inną wizję, jak rozwiązać nowe problemy i nie mogą się porozumieć, a mają wcześniej dobre doświadczenia z mediacji - to mogą znów odwołać się do pomocy mediatora. To zależy tylko od ich woli. Najczęściej rodzice nie mogą się porozumieć w kwestiach dotyczących dziecka dlatego, ze coś między nimi jeszcze nie zostało przepracowane i napięcie nie opadło. Ale brak porozumienia, któremu zazwyczaj przez cały czas towarzyszy przekonanie, że "to wszystko dla dobra dziecka", prowadzi do tego, że dziecko w pewien sposób znika. Znam to z relacji dzieci, które mówią, że wolałyby, żeby ich nie było, bo wtedy nie byłoby problemu... A stąd prosta droga do depresji czy myśli samobójczych. Myślę, że dorośli nie zdają sobie sprawy, jak bardzo w swoim bólu czy zapamiętaniu mogą być nieuważni na koszty i cierpienia, które w związku z tym ponoszą dzieci. I wcale nie dotyczy to osób pochodzących z tzw. nizin społecznych, ale wykształconych, na stanowiskach, mimo to bardzo niedojrzałych emocjonalnie.

Na ile ważny jest głos innych członków rodziny, zwłaszcza dziadków?
Najważniejsze decyzje podejmują rodzice, ale ważne jest też usłyszenie innych osób, np. babci, która mówi, że zależy jej na spotkaniu z wnuczką przynajmniej dwa razy w roku, z okazji świąt. Oczywiście potem rodzice zrobią to, co postanowią, co wybiorą i co będą w stanie zrobić, ale chodzi o to, by inni też mogli wyrazić swoje potrzeby. Tymczasem często podczas konfliktu w związku strony skupiają się na sobie, tracąc z pola widzenia wszystkich innych, których ta sytuacja dotyczy... nawet dzieci. Z doświadczenia pedagogicznego wiem, z jaką dumą czy zadowoleniem dzieci mówią o swoich dziadkach, czy jak wiele im to daje pod kątem poczucia tożsamości. Zwłaszcza w sytuacji, gdy rozpada się ten najbliższy krąg. Ale jeżeli w babci widzę tylko matkę mężczyzny, który zrobił mi krzywdę, nie ma szans na otwartość, która pozwoliłaby mi usłyszeć o jej potrzebach.

A jeśli faktycznie tak ją postrzegam, to co zrobić, gdy raz w roku musimy spotkać się na urodzinach czy w święta? Zacisnąć zęby?
Myślę, że za każdym razem warto zastanowić się, dlaczego coś robimy. Bo czy chcę zaciskać zęby i udawać? W imię czego? Moim zdaniem można to rozwiązywać w taki sposób, że robi się urodziny osobno dla dwóch rodzin. Zwłaszcza, że rodziny się rozrastają, jest coraz więcej ludzi, więc taki podział może być naturalny. Podobnie święta, przecież one w Polsce trwają kilka dni, więc jest dość czasu, żeby dziecko mogło go spędzić z każdym z rodziców. W gruncie rzeczy wszystko sprowadza się do uczciwej odpowiedzi na pytanie: na ile chcę, żeby było dobrze dla dziecka, a na ile chcę postawić na swoim albo upieram się, bo zawsze tak było? Na ile wynika to z moich potrzeb: chcę być razem z bliskimi, chcę, by była dobra atmosfera, bo się kochamy, a na ile jest to przymus, bo zawsze był obiad ze wszystkimi i musi tak być, nawet jeśli zaciskamy zęby? To jest pytanie o wartości, na które każdy musi sobie odpowiedzieć indywidualnie.

  1. Psychologia

Jaka jest przyczyna nietrwałości współczesnych związków? Pytamy psychoterapeutów

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. (Fot. iStock)
Łatwo dziś ludziom przychodzi robić w tył zwrot, nawet w dobrych związkach. Powód nie musi być dużego kalibru. Właściwie każdy powód jest dziś dobry. Ale pod tymi błahymi pretekstami często kryją się bardzo głębokie przyczyny.

Rozstania to nowa specjalność współczesnego człowieka. Z roku na rok bijemy w tej dziedzinie rekordy. I co ciekawe – najczęściej mówią sobie „żegnaj” ludzie młodzi.

Pieniądze, seks i dzieci

Magda (28 lat, kieruje działem sprzedaży w firmie kosmetycznej) i Maciej (30 lat, informatyk w prężnym wydawnictwie) planowali ślub. Obydwoje pochodzą z małego miasteczka z robotniczych rodzin. Wszystkiego sami się dorabiają, z tym że ona oszczędza, a on wydaje na lewo i prawo. Ona ogląda każdą złotówkę, on kupuje drogie sprzęty, markowe ubrania, zmienia samochody. I z tego powodu ciągle się kłócili. Już nie mają okazji. Kiedy Maciej wyjechał w delegację, Magda zmieniła zamki.

Iwona i Andrzej (32 lata, lekarze) byli parą od podstawówki. Rozstali się po dwóch miesiącach wspólnego mieszkania.

Iwona: – Wydawało mi się, że znam Andrzeja, że mamy takie same potrzeby, że seks jest dla nas bardzo ważny. Na bycie ze sobą kradliśmy każdą wolną chwilę. Myślałam: „to facet mojego życia”. A wystarczyło, że zamieszkaliśmy razem, i zbliżenia przestały go już ekscytować. Odkryłam, że ma romans. Potem dowiedziałam się, że gdy byliśmy razem, też mnie zdradzał. Wniosłam pozew o rozwód.

Bożena (45 lat, nauczycielka) i Jarek (47 lat, strażak) w przyszłym roku obchodziliby 25-lecie małżeństwa. Dopóki nie mieli dziecka, ich związek kwitł, choć już wtedy kłócili się o ciążę – on naciskał, ona zwlekała. Po urodzeniu córki problemy narastały. On nie widział poza dziewczynką świata, żona od początku podchodziła do dziecka z rezerwą (przeszła depresję poporodową). Jarek każdą wolną chwilę poświęcał małej, rozpieszczał, pozwalał na wszystko, Bożena trzymała ją krótko. Apogeum konfliktu przypadło na wiek dorastania. Wtedy on jawnie stanął po stronie córki. Bożena uznała to za zdradę. Sprawa o rozwód jest w toku.

Tina B. Tessina w książce „Pieniądze, seks i dzieci” właśnie te trzy czynniki – pieniądze, seks i dzieci – uważa za najbardziej zapalne w związkach. Pieniądze – bo stają się substytutem miłości, władzy, poczucia własnej wartości, pozycji społecznej, bezpieczeństwa. Bywają też źródłem konfliktów: Jaka część zarobków jest wspólna, a jaka każdego z partnerów? A co wtedy, gdy jedno nie pracuje? Na co wydawać? Gdzie inwestować? Seks – bo bywa wykorzystywany do kontrolowania partnera i manipulowania nim. A z badań naukowych niezbicie wynika, że trwałość małżeństwa zależy nie tylko od tego, jak partnerzy radzą sobie z nieuniknionymi konfliktami, ale także od jakości zbliżeń. Dzieci – bo zmieniają w życiu małżonków wszystko: priorytety, życie towarzyskie, sytuację finansową i wzajemne relacje. Potem dochodzą konflikty na temat podziału obowiązków i wychowania.

Już nie mamy ochoty grać

Oficjalnie ludzie zeznają, że przyczyną rozstania jest niezgodność charakterów, zdrada i nadużywanie alkoholu. Mniej oficjalnie – na przykład w ogólnoświatowej ankiecie dla miesięcznika „Reader’s Digest” – mówią o przemocy (tak odpowiada 67 proc. ankietowanych we Francji, 50 proc. w Polsce; w Wielkiej Brytanii, Rumunii i Rosji – 49 proc.), ale również o niewierności (w Meksyku 64 proc., Chinach 57 proc., Rumunii 50 proc., RPA 49 proc. i Indiach 39 proc.).

Statystyki dowodzą, że przyczyny rozwodów są stare jak świat. Ale z drugiej strony obserwujemy nowe zjawisko rozstań z byle powodu i pod byle pretekstem. Psycholog Jarosław Przybylski:

– Ludzie trafiający do mnie po kolejnym zerwaniu związku są sfrustrowani i rozczarowani życiem we dwoje. Mówią, że odchodzili, bo się odkochali, bo on coraz bardziej ich denerwował albo że ona za dużo mówi. Powody rozstania czasem są wręcz groteskowe. Jeden z mężczyzn z rozbrajającą szczerością oznajmił: „po prostu któregoś dnia się obudziłem i już mi się nie podobała”.

Internautka na forum dla singli: „Jak dla mnie sprawa jest prosta. Rozstajemy się, bo nagle się okazuje, że już nie mamy ochoty grać. Już nie chcemy być tacy, jakim chce nas widzieć partner. Chcemy być sobą, a okazuje się, że nasze prawdziwe JA już takie interesujące nie jest. Bo taka jest prawda – po zakochaniu stajemy się ikoną, bliżej nam samym nieznaną. Stajemy się »lepsi«, bo staramy się być takimi, jakimi chce nas widzieć partner. Ale ile tak można? Potem wychodzimy z założenia, że tak dłużej się nie da i game over. W drugą stronę też to działa – lata mijają i okazuje się, że ukochany nie jest tą samą osobą co kiedyś. Jeśli zostanie przyjaźń, związek jest do uratowania, bo przecież chemia to nie wszystko. Prawda jest jednak taka, że większość z nas w związkach nawet się nie lubi. Gdy mija namiętność, zaczyna nas drażnić wszystko. I kobiety poświęcają się dzieciom, a faceci szukają kochanek”.

Jesteśmy samowystarczalni

Psycholog profesor Katarzyna Popiołek uważa, że przyczyny rozstań podawane przez partnerów, na przykład w sądzie, mają się nijak do rzeczywistych: – Ludzie mówią o niezgodności charakterów, a tak naprawdę przyczyną jest podobieństwo. To, że zderzają się tymi samymi kolcami: agresja spotyka się z agresją, nietolerancja z nietolerancją, niepohamowanie z niepohamowaniem. Rzeczywiste powody, takie jak przemoc, alkoholizm, też mają inne głębsze przyczyny.

Według Katarzyny Popiołek stabilność związku zależy od czterech czynników. Pierwszy to troszczenie się o kogoś, pragnienie niesienia pomocy. Drugi to współzależność. Czyli wzajemne poleganie na sobie, które przejawia się tym, że obchodzi nas to, co dzieje się z partnerem, że jego działanie ma wpływ na nasze, że wzajemnie na siebie oddziałujemy. Trzeci to zaufanie – czyli rodzaj pewności, że partner będzie wrażliwy na nasze potrzeby. Im dłuższy związek, tym większe zaufanie. A im większe zaufanie, tym mniejsza niepewność. I czwarty czynnik – zaangażowanie, czyli gotowość pozostania w relacji bez względu na okoliczności. Gotowość ta wywodzi się z traktowania związku jako wartości.

 
– Myślę, że przyczyną epidemii rozstań jest to, że te wszystkie cztery czynniki obecnie bardzo słabną – mówi prof. Popiołek. – A słabną dlatego, że świat się zmienił i to, co obowiązywało kiedyś, dziś wydaje się ludziom anachroniczne. Dziś dominującą postawą jest indywidualizm wypływający z filozofii, która mówi, że człowiek powinien dbać przede wszystkim o swoje potrzeby, czerpać z siebie, bo jest samowystarczalny. Jak tu więc przejmować się drugą osobą, gdy mam dbać o własne interesy, rozwijać się? Partner z problemem jest kulą u nogi, przeszkadza, więc lepiej wymienić go na nowy model.

Dzisiaj nie mamy przekonania, że będziemy razem w każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji życiowej. Stanowimy parę indywidualności, a każda myśli o własnej karierze. Rywalizujemy ze sobą, kto atrakcyjniejszy. Im większa atrakcyjność jednego z partnerów, tym większe prawdopodobieństwo, że porzuci on tego, który nie nadąża. Z kolei młodzi ludzie stoją przed pułapką zastawioną na nich przez biologię. Otóż natura tak sprytnie to zaprogramowała, że przyciągają się osobnicy dający szansę na najlepsze potomstwo. Ale czasem, gdy przyciąganie słabnie, okazuje się, że ludzie są tak różni, że nic ich ze sobą poza tym nie łączy.

Zabawiamy się na śmierć

Zdaniem psychologów przyczyną nietrwałości współczesnych związków jest też istny wysyp narcystycznych osobowości. Skąd się biorą? Z braku bliskich kontaktów z ważnymi dla nich osobami na wczesnym etapie rozwoju albo ich utratą. Wiele badań pokazuje, że w rodzinach słabną więzi, że rodzice zajęci są karierą, że brakuje wielopokoleniowych domów, czasu na rozmowę, którą zastępuje Internet. Na tej glebie wyrasta narcyz próbujący wypełnić poczucie bezsensowności i pustki bajkami o swojej wspaniałości. Ktoś taki nie jest zdolny do miłości innej niż własna.

Kolejnym gwoździem do trumny związków jest konsumpcjonizm. Zapełniamy swoje życie przedmiotami. Im są one wartościowsze, tym sami czujemy się wartościowsi. W końcu zaczynamy postrzegać siebie jak towar. Chcemy dobrze się sprzedać, być popularni, a to wymaga ciągłego pilnowania, co teraz jest na topie, zmusza do nieustannego udawania. Łatwiej udawać, że się jest kimś, niż być kimś, bo jak się chce być kimś, to trzeba wiedzieć, starać się, pracować. I tak spotyka się towar z towarem, a nie człowiek z człowiekiem. A towar, jak wiadomo, można szybko wymienić.

Winna też jest płynna nowoczesność (termin ukuty przez światowej sławy socjologa i filozofa Zygmunta Baumana). Czyli błyskawiczna zmienność wszystkiego, co nas otacza.

Prof. Katarzyna Popiołek: – To, co wczoraj było pożądane, dzisiaj jest śmieszne. Zasady wczoraj cenione dzisiaj są do niczego. Wszystko musi być tymczasowe, chwilowe. Następuje przedłużona bezdecyzyjność. Ludzie nie chcą się wiązać na dłużej, bo nie wiedzą, czy związek będzie do czegoś przydatny. A jak okazuje się nieprzydatny, to do widzenia. Ale to nie znaczy, że ludzie są dzisiaj źli. Oni po prostu poddawani są piekielnej presji mediów, popkultury, kusi ich bogactwo wyborów i wymóg życia chwilą, która powinna być łatwa, lekka i przyjemna. Amerykański filozof Neil Postman mówi, że świat się teraz zabawia na śmierć. Związek też musi być zabawny i przyjemny. Nie umiemy radzić sobie ze złym nastrojem, który nazywamy często na wyrost depresją. Każdy chce być u szczytu szczęścia, wrażeń, przeżyć. Odrzucamy naturalny rytm emocji, które raz są lepsze, raz gorsze. Panuje wielki lęk przed lękiem czy bólem. Źródłem takich postaw jest m.in. wychowanie. Współcześni rodzice chcą dzieciom dać wszystko, nie pozwalają się im ponudzić, posmucić. A w dodatku dzieci mają być nieustającym powodem do dumy i radości.

Chcemy odmiany

Kasia Żelaska, malarka mieszkająca we Francji, od 32 lat żona Gerome’a: – Prawie wszyscy nasi znajomi są po rozwodzie. Większość z nich to dobre, sprawdzone związki. Rozstali się bez jakichś większych przyczyn, po prostu chcieli odmiany.

Podobną tendencję zauważa Katarzyna Popiołek – rozpadają się całkiem dobre związki. Powód? Nudno. A nowy obiekt zawsze jest bardziej podniecający od starego. Zwłaszcza w seksie, który współczesna kultura przewartościowała do maksimum. Juwenalizacja społeczeństwa, czyli kult młodości, powoduje, że trwa totalna wymiana partnerów na młodszych. Ci wymieniający mają poczucie, że przez to sami stają się młodsi, że oddalają od siebie starość i śmierć.

Psychologowie podkreślają dramatyczny spadek naszej dojrzałości: nie chcemy brać odpowiedzialności za drugą osobę, ponosić konsekwencji swoich działań, dbać o innych. Zupełnie zmieniła się definicja związku – nie pragniemy dobra partnera, lecz chcemy poprzez niego być szczęśliwi. Partner jest tylko środkiem do samorealizacji, sukcesu, szczęścia, ewentualnie do podwyższenia naszej pozycji. Nie uczymy się trudu głębokiego bycia z nim. Nad trwały związek przedkładamy relacje powierzchowne, które szczęścia nie przynoszą, a męczą, więc je kończymy.

– Dzisiaj mentalność długiego trwania jest zastępowana mentalnością trwania krótkiego, zarówno w sferze zawodowej, jak i prywatnej – mówi prof. Popiołek. – Teraźniejszość jest oceniana przez pryzmat tego, co nadejdzie. A ponieważ przyszłość jest niewiadoma, więc wolimy nie mieć niczego na stałe.

Kasia Żelaska: – Jednemu z moich znajomych wydawało się, że jak rzuci partnerkę, będzie miał więcej energii do życia, innemu – że napisze wreszcie książkę, pewnej koleżance – że zajmie się sobą. Wszyscy po jakimś czasie stwierdzili, że nic takiego nie osiągnęli. Zupełnie tak jak w filmie Woody’ego Allena „You Will Meet a Tall Dark Stranger” ("Spotkasz wysokiego nieznajomego bruneta"). Starzejący się pisarz znudzony związkiem goni za kobietami, w tym za sąsiadką, którą podgląda przez okno. W końcu nawiązują romans. Pisarz przeprowadza się do kochanki i z jej mieszkania podgląda byłą żonę. Z nowej perspektywy żona wydaje mu się niezwykle atrakcyjna. Wszyscy bohaterowie żyją iluzjami, wpadają w pułapki własnych pragnień i w pogoni za idealnym związkiem rzucają partnerów. I co? Przekonują się, że jest tak samo albo gorzej.

  1. Psychologia

Rozwód czy separacja? Co wybrać, gdy jest już naprawdę źle?

Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. (Fot. iStock)
Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. (Fot. iStock)
Czasem w związku dzieje się tak źle, że lepiej się rozstać (choć na chwilę), niż dalej się męczyć. Przywykło się myśleć, że separacja daje jeszcze szansę na uratowanie małżeństwa, natomiast rozwód kończy je definitywnie. Mediator dr Tomasz P. Antoszek zna historie par, które się rozwodziły, a potem ponownie brały ślub. A także takich, które bardzo się lubiły, ale nie chciały być już razem…

Rozwód oznacza decyzję o końcu związku, a separacja zostawia szansę na powrót? W momencie wyboru: rozwód czy separacja? – rzeczywiście w dużej mierze chodzi o to, czy decyzja o rozstaniu jest definitywna, czy też nie. Jeśli obie strony są pewne, że nie chcą już być małżeństwem, to właściwszą decyzją – z punktu widzenia zarówno prawa, jak i psychiki – jest rozwód, oczywiście pod warunkiem że jest to zgodne ze światopoglądem i z wartościami, jakimi ludzie się kierują. Częstą pobudką decyzji o separacji jest to, że strony chcą dać sobie czas, bo wierzą, że jeszcze uda im się być razem.

Wyróżniłbym dwa rodzaje separacji: prawna, którą sankcjonuje sąd, oraz separacja nieformalna, kiedy małżonkowie żyją przez jakiś czas oddzielnie, jednak nie czyniąc żadnych formalnych kroków, by separację usankcjonować. Mówią na przykład: „Potrzebujemy kilku tygodni, żeby ochłonąć po zdradzie, rozwiązać problemy, ruszyć z martwego punktu”. Chcą się przekonać, jak będzie im się żyło na odległość, i zyskać większą jasność na temat wspólnej przyszłości. Od razu powiem jednak, że znam historie par, które się rozwodziły, a potem ponownie brały ślub, więc rozwód wcale nie musi być ostatecznym rozstaniem.

Co się dzieje w związkach, które decydują się na separację? Na separację często decydują się małżeństwa, gdzie jedna strona chce się rozstać, a druga nie jest tego pewna. Osoba, która dąży do rozwodu, czasem mówi: „OK, przekonaj się, że naprawdę tego chcę, mnie się nie spieszy”. Zdarza się również, że na separację decyduje się ten w związku, kto czuje się bardziej winny, bo przez lata zaniedbywał związek. W ten sposób chce dać drugiej stronie przestrzeń i czas, żeby rana się zabliźniła, i proponuje separację jako rozwiązanie tymczasowe. To wyjście sprawdza się także u par, które mają jakiś nierozwiązany konflikt. Życie pod jednym dachem sprawia, że konflikt eskaluje. Czasowe rozdzielenie może być szansą na zyskanie dystansu i lepszej perspektywy sporu. Para wtedy ustala na przykład: „Będziemy się spotykać raz w tygodniu w kawiarni czy w parku”. Separacja faktyczna trwa, lecz nagle okazuje się, że para zaczyna ze sobą randkować: on przychodzi z kwiatami, ona wkłada jego ulubioną sukienkę, znowu trzymają się za ręce. Związek się odświeża, a konflikt udaje się rozwiązać.

Z jakich jeszcze powodów pary wybierają separację, nie rozwód? Na przykład ze względu na światopogląd związany z religią – w Polsce przede wszystkim katolicką. Rozwód bowiem rozmija się z ich wartościami. Od takich osób można usłyszeć: „Rozumiem, że nie chcesz żebyśmy żyli razem, ale ja się na rozwód nie mogę zgodzić, ponieważ wzięliśmy ślub kościelny”. Takie podejście należy zrozumieć, warto jednak zauważyć, że wynika ono z błędnie pojmowanej relacji prawa kanonicznego do prawa świeckiego. Tak naprawdę to są dwa zupełnie odrębne porządki, ponieważ tzw. rozwód cywilny nie unieważnia małżeństwa – zgodnie z wiarą małżonków – wobec Boga i nie jest „rozwodem kościelnym”.

Innym powodem separacji  może być bardzo istotny wątek dzieci. On często sprawia, że małżonkowie dają sobie jeszcze szansę. Pomimo że się nie dogadują, są w stanie uzgodnić pewne zasady, żeby pokojowo funkcjonować dla dobra dzieci. Podczas mediacji można ustalić wszystkie sprawy z tym związane.

A czy separacja wpływa na małżeńską wspólność majątkową? Separacja jest dobrym rozwiązaniem, gdy strony chcą rozdzielności majątkowej, a nie dojrzały jeszcze do rozwodu. Orzeczenie przez sąd separacji skutkuje zniesieniem małżeńskiej wspólności majątkowej dokładnie tak jak przy rozwodzie. Jeśli ludzie nie chcą, żeby ich zarobki wpływały na wspólne konto lub jedno z nich nie chce jeszcze przekreślać małżeństwa, ale pragnie zabezpieczyć majątek – separacja jest narzędziem prawnym, dzięki któremu można osiągnąć ten cel.

A czy separacja może być traktowana jako etap przejściowy prowadzący do rozwodu? Na pewno pozwala oswoić się z myślą o nim. W wyroku rozwodowym jest coś ostatecznego. Ta definitywność bywa trudna nawet mimo że jest w jakimś sensie oczekiwana. Dla wielu osób rozwód stanowi bolesne przeżycie, do którego potrzebują się przygotować. Niekiedy separacja jest takim wzięciem oddechu, po którym małżonkowie wracają do siebie, a czasem wprost przeciwnie – utwierdzają się w przekonaniu, że decyzja o rozstaniu była dobra.

Co, gdy trudno nam podjąć decyzję: rozwieść się czy zdecydować na separację? Tu pomocna okazuje się mediacja. Jej rolą jest ułatwienie komunikacji, pozwala usłyszeć się skonfliktowanym małżonkom  inaczej niż wtedy, gdy rozmawiają sami. Mediator jest bezstronny i filtruje komunikaty, dzięki czemu strony przestają „strzelać” do siebie swoimi racjami, tylko mogą usłyszeć, z jakiego powodu coś jest dla kogoś ważne. To otwiera ich na zupełnie nowe rozwiązania, co z kolei prowadzi do konkretnych ustaleń. Mediacja jest po to, żeby dwie strony czuły się wysłuchane, by każda się wypowiedziała i miała poczucie, że ma wpływ na podjęcie wspólnej decyzji.

Z drugiej strony mediacja daje stronom „twarde” rozwiązania prawne. Samo zawarcie ugody przed mediatorem jest umocowane w prawie i po zatwierdzeniu takiej ugody ma moc wyroku sądowego. Małżonkowie mogą ustalić pewne warunki, na przykład dotyczące podziału majątku, które sąd weźmie pod uwagę przy rozwodzie albo je wprost zatwierdzi. W razie niewywiązania się ze zobowiązań jednej ze stron z taką ugodą można iść do komornika.

Jak zwykle przebiega mediacja? Na początku pracujemy nad zdefiniowaniem tego, na czym każdej ze stron zależy. Jeśli nie ma w tym zakresie jasności, mediacja pozwala przepracować na głębszym poziomie motywacje i oczekiwania. Małżonkowie zastanawiają się, jakie mają w tym momencie cele osobiste dotyczące związku czy szerzej: rodzinne. Później mediacja może się potoczyć w różne strony – małżonkowie mogą dojść do wniosku, że ich celem jest ratowanie związku albo zmierzają w stronę rozstania. Warto zaznaczyć, że mediator nie powinien prowadzić terapii, ale podczas mediacji zdarza się, że pary dochodzą do wniosku, że chcą przepracować razem pewne kwestie i zaprosić do tego procesu psychologa.

Jeśli sprawa rozwodowa już się toczy przed sądem, strony zawierają ugodę, informując tym samym sąd, że się pojednały i rezygnują z rozwodu. Jeśli nie ma widoków na utrzymanie małżeństwa, mediator pomaga w ustaleniu warunków rozwodu, na przykład dotyczących majątku, alimentów czy wychowania dzieci. Strony wówczas rozstają się w pokojowej lub przynajmniej mniej wojennej atmosferze.

A kiedy pan jako mediator widzi, że tli się jeszcze jakaś nadzieja na pojednanie? Zawsze zostawiam tę decyzję stronom, do niczego nie zachęcam ani niczego nie sugeruję. Stosuję techniki komunikacyjne, które pozwalają uczestnikom mediacji dotrzeć do tego, czego naprawdę chcą. Miewałem mediacje, podczas których okazywało się, że wniesienie pozwu było po prostu wołaniem o uwagę. Zdarza się, że ktoś zaczyna płakać, że tak naprawdę nie chce tego rozwodu, tylko nie mógł inaczej dotrzeć do żony czy męża. Albo nagle mówi: „Ale ja cię kocham” i trafia na bardzo różne reakcje drugiej strony.

Przetrwanie małżeństwa zależy od tego, co płynie z oczekiwań obu stron: jak widzą rozwiązanie tej sytuacji, jaką mają wizję przyszłości. Pytam wtedy: „Co by się musiało stać, żeby perspektywa dalszego bycia razem była możliwa?”. Czasem słyszę: „Absolutnie nic, bo to dla mnie jest już skreślone” albo: „Gdyby coś się zmieniło, to wówczas…”. Wtedy zadaję kolejne pytania: „Co konkretnie?”. Jeżeli uda się to zdefiniować i dwie strony wyrażają na to zgodę, mogą spróbować się pojednać.

Po jakich zachowaniach obu stron ocenia pan, że rozwód jest nieunikniony? Już na samym początku spotkania można odczytać wiele sygnałów: małżonkowie się nie witają albo udają, że się nie widzą. Bywa, że mówią do siebie per pan i pani, przerywają sobie, atakują się, są ironiczni, czasem okrutni. Kiedy zjawiają się u mediatora, a proces rozwodowy trwa już rok czy dwa lata, w aktach znajduje się wiele bolesnych: prawdziwych, ubarwionych lub zupełnie zmyślonych kwestii, które obie strony zdążyły o sobie napisać, by wykazać przed sądem winę drugiej strony oraz fakt, że tego małżeństwa już nie ma. Wtedy przychodzą do mediatora pełni żalu z powodu tego, co wzajemnie mówili o sobie przed sądem. Słowa bardzo ludzi dotykają. Dlatego do mediatora lepiej przyjść przed postępowaniem sądowym.

Podczas mediacji częściej widzi pan obojętność czy silne emocje? Obojętność jest chyba czymś najgorszym. Silne emocje, nawet wyglądające jak nienawiść, mogą świadczyć o tym, że jeszcze jest co ratować. Pod nimi zwykle kryje się zranienie. Są wskaźnikiem, że poruszany wątek jest istotny. Mogą też sygnalizować potrzebę zmiany. Powód tych emocji trzeba zawsze ustalić w rozmowie.

Prowadziłem mediacje, w których strony wręcz się lubiły, co wcale nie oznaczało, że dalej chcą być razem, jednak o wiele częściej spotykam się z obojętnością czy nawet wycofaniem. Strony wysyłają sygnały, które mówią: „Nie chcę na niego patrzeć”, „Nie chcę siedzieć z nią w jednym pokoju”. W takim przypadku mediator może rozmawiać ze stronami na osobności.

Trzecia postawa to pełna nienawiści chęć wejścia w konflikt, pokazania, że to ja mam rację, że to ja się czuję źle. Profesor Bogdan de Barbaro określiłby to zapewne chęcią unieważnienia drugiej osoby w konflikcie. To zamyka na dialog nie tylko w kierunku ratowania małżeństwa, ale również innych racjonalnych decyzji, które para mogłaby podjąć, rozmawiając ze sobą merytorycznie. Któż bowiem z nas chce być unieważniony?

Dr Tomasz P. Antoszek, mediator, prawnik, psycholog konfliktu. Wykładowca Szkoły Prawa Uniwersytetu SWPS, kierownik Katedry Prawa Prywatnego na Wydziale Psychologii i Prawa w Poznaniu, współzałożyciel DOMU MEDIACYJNEGO Antoszek i Kamińska w Poznaniu.

Rozwód a separacja

Różnice od strony czysto prawnej

Przesłankami rozwodu jest zupełny i trwały rozkład pożycia, a separacji – zupełny. Rozkład ma charakter zupełny, jeżeli ustały więzi fizyczne, duchowe i gospodarcze małżonków, a czy do tego doszło – ustala sąd. Skutkami rozwodu są: ustanie małżeństwa, powstanie rozdzielności majątkowej, wyłączenie dziedziczenia ustawowego, ustanie domniemania pochodzenia dziecka od męża matki, powstanie obowiązku alimentacyjnego względem wspólnych małoletnich dzieci, a w pewnych wypadkach również obowiązku alimentacyjnego między małżonkami. Sąd rozstrzyga też o władzy rodzicielskiej małżonków oraz o kontaktach z dziećmi. Skutki separacji są takie jak w przypadku rozwodu, z następującymi wyjątkami: małżeństwo nie ustaje, a małżonek pozostający w separacji nie może zawrzeć nowego małżeństwa, małżonkowie obowiązani są do wzajemnej pomocy, jeżeli wymagają tego względy słuszności. Separacja może zostać w każdej chwili zniesiona, co oznacza ustanie wszystkich skutków separacji i powrót do wcześniejszego pożycia małżeńskiego. Rozwodu oraz jego skutków nie można „cofnąć”. Orzeczona separacja ułatwia uzyskanie rozwodu. Sąd wówczas ustala, czy rozkład pożycia, który już nastąpił i został stwierdzony w postępowaniu o separację, jest trwały. Sąd może oprzeć się na zgodnych twierdzeniach stron, dotyczących tego, że nie widzą one szans na dalsze utrzymywanie małżeństwa. Udowodnienie, że nastąpiły przesłanki rozwodu, będzie na pewno prostsze. Poza tym w postępowaniu o separację, tak jak w postępowaniu o rozwód, rozstrzyga się kwestie związane m.in. z alimentami i władzą rodzicielską, co pozwala na uregulowanie pomiędzy małżonkami kilku istotnych spraw już w orzeczeniu ustalającym separację.

Potrzebne dokumenty

Do pozwu o rozwód lub separację należy dołączyć odpis skrócony aktu małżeństwa, odpisy skrócone aktów urodzenia dzieci – jeżeli strony posiadają wspólne małoletnie dzieci, dowód uiszczenia opłaty od pozwu (obecnie: 600 zł) lub wniosek o zwolnienie z kosztów sądowych, gdy strona wnosząca pozew nie jest w stanie ich ponieść. Jeżeli jeden z małżonków wnosi o orzeczenie rozwodu z winy drugiego małżonka, to na nim spoczywa obowiązek udowodnienia, że winę za rozkład pożycia ponosi współmałżonek. Może to być wykazane na przykład zeznaniami świadków. Jeżeli natomiast żądanie pozwu obejmuje zasądzenie alimentów na rzecz wspólnych małoletnich dzieci, konieczne jest wykazanie wysokości usprawiedliwionych potrzeb dzieci, zwłaszcza gdy są one zwiększone z uwagi na różne okoliczności, np. chorobę albo dodatkowe zainteresowania i chęć ich rozwijania, i w związku z tym przewyższają wysokość usprawiedliwionych potrzeb dzieci w podobnym wieku. Może to być wykazane na przykład na podstawie rachunków potwierdzających konkretne wydatki. Trzeba jednak mieć na uwadze, że przy ustalaniu alimentów sąd, oprócz wysokości usprawiedliwionych potrzeb dzieci, bierze pod uwagę również możliwości zarobkowe drugiego z małżonków.

Pomoc prawna

Radca prawny lub adwokat może pomóc w sporządzeniu pozwu o rozwód lub separację oraz reprezentować stronę w postępowaniu przed sądem.

Edyta Stanicka, radca prawny z Kancelarii Filipek&Kamiński, specjalizuje się w prawie rodzinnym i cywilnym.

  1. Psychologia

Momenty zwrotne w naszym życiu - koniec początkiem nowego

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. (Fot. iStock)
Śmierć rodziców, choroba dziecka, cierpienie partnera, wypadek – to bolesne punkty zwrotne w naszej podróży przez życie. Nieoczekiwane, nieplanowane, ale nieuniknione. Nawet jednak te zaplanowane, jak narodziny dziecka, mogą wywrócić nasz świat do góry nogami. Jak odnaleźć się po drugiej stronie życiowej zwrotnicy?

Magdalena, 34 lata, z wykształcenia inżynier budownictwa, z pasji – nauczycielka. Po przejściach. Trzy lata temu rozstała się z mężem, zmieniła zawód, wyjechała z Warszawy. – Żyłam intensywnie, szybko, dość wygodnie. Kiedyś znajomi poprosili mnie o korepetycje z matematyki dla swoich córek i tak mnie to wkręciło, że zaczęłam studia psychologiczne. Im bardziej się w nie zagłębiałam, tym bardziej utwierdzałam się w przekonaniu, że praca z dziećmi to moje powołanie. Nie miałam jednak odwagi niczego zmieniać. Bo firma męża, dom, wyjazdy. I pewnie byłoby tak do dzisiaj, gdyby pewnego dnia mąż nie oznajmił, że wyprowadza się do innej kobiety i nie chce, abym dalej z nim pracowała. To był dla mnie niewyobrażalny cios. A także – przerażenie, lęk, co będzie dalej, jak sobie poradzę. Zaraz potem zdiagnozowano alzheimera u mojej mamy. Jakby tego było mało – kilka miesięcy potem dowiedziałam się, że mam raka piersi. To wszystko powinno było mnie zabić, ale mnie uleczyło.

Na skrzyżowaniu dróg

Często po to właśnie są momenty zwrotne. Już samo określenie „zwrotne” oznacza, że coś się zmienia bezpowrotnie, że nie można wrócić do tego, co było. Na ogół jesteśmy skłonni do łatwych ocen: to dla nas pozytywne, to negatywne. I dopiero po czasie możemy odkryć, że to, co uznawaliśmy za złe, przyniosło dużo dobrego. Najczęściej negatywne okazuje się nie tyle samo zdarzenie (nawet jeżeli jest bardzo bolesne), ile sposób poradzenia sobie z nim. W chwilach przełomowych stoimy w rozkroku na skrzyżowaniu i nie wiemy, dokąd iść. Z jednej strony, mnóstwo naszej energii idzie na utrzymywanie utraconej pozycji. Magdalena na przykład odwlekała moment odejścia z firmy i wniesienia sprawy o rozwód. Może to tylko zły sen? Może jutro mąż się ocknie i wszystko będzie, jak było? Odrętwienie emocji, myśli, zupełny zastój. Z drugiej – zero nadziei na dostrzeżenie horyzontu spoza ciemnych chmur. Brak pomysłu na życie. Zamknięcie się na pomoc z zewnątrz, a tym samym odcięcie się od możliwości robienia kroku do przodu.

Dużo ludzi w takim stanie ucieka w alkohol, narkotyki, seks, hedonistyczne życie przypominające bal na Titanicu – wszystko zmierza do katastrofy, a oni udają, że im dobrze.

Inni budują twardą powłokę zewnętrzną: stają się opryskliwi, niemili. Wszyscy znamy nieprzyjemnych urzędników, którzy pod twardym, pełnym złości i agresji obliczem ukrywają niepewność i słabość. Tak naprawdę bardzo łatwo ich zranić. To zresztą dziwny psychologiczny paradoks – takie osoby poprzez swoje zachowanie wystawiają się na krytykę, ale strasznie z tego powodu cierpią, więc żeby to cierpienie zagłuszyć, atakują, a to z kolei napędza negatywne oceny. Jeszcze inni pod płaszczykiem uległości skrywają słabości – kogoś do rany przyłóż – manipulatora, który wykorzystuje innych, żeby budować swój wizerunek.

Na ogół reagujemy na takie osoby oskarżeniami, złością. A można na moment się zatrzymać, nie odpowiadać krzykiem na krzyk, pomyśleć, co takiego wydarzyło się w życiu tego człowieka, że tak reaguje. Gdy zaprzestaniemy słownego ping-ponga, może naprawdę dużo zmienić się w jego zachowaniu.

Mój cichy policjant

Dlaczego w przełomowych chwilach reagujemy agresją, ucieczką w nałogi, manipulacją? Ponieważ nie umiemy inaczej. Trudności traktujemy jak koniec świata. Czujemy, że wszystko się wtedy wali: dom, relacje, praca. Wypadamy z rutyny. Tamto życie, nawet jeśli nas nie satysfakcjonowało, było znane, bezpieczne i niewymagające pracy. Nowe jest nieznane, nieprzewidywalne i zmusza do zmierzenia się z samym sobą. Wymaga konieczności wyjścia z komfortowego miejsca, spojrzenia na nie z dystansu. A analiza swojego życia z dystansu nie zawsze jest przyjemna. Czasem wynika z niej, że tu i ówdzie czegoś nam brakowało, tam czegoś innego mieliśmy za dużo. Słowem – że trzeba coś z tym fantem zrobić. Moment zwrotny oznacza chaos, bo starego już nie ma, a nowe jeszcze nie nadeszło. Żyjemy, ale jakbyśmy nie żyli, tylko wegetowali.

Niektóre osoby w momentach zwrotnych natychmiast biorą jakiś kurs, nieważne jaki. Jak Katarzyna, menedżerka w firmie konsultingowej, która trzy miesiące po rozwodzie wyszła ponownie za mąż.

– Nie znoszę być sama, rozpamiętywać tego, co było. Szybko się rozwiodłam i szybko po raz kolejny zakochałam. Łukasz wydawał mi się świetnym partnerem i opiekunem dla moich dzieci. No cóż, pomyliłam się. Potem po raz kolejny. Ale nie rwę włosów z głowy z tego powodu. Będę szukać dopóty, dopóki znajdę właściwego mężczyznę.

Katarzyna nie daje sobie prawa do zatrzymania się. Nie wyciąga wniosków, tylko pakuje się w nowy związek. A w nim nie jest świadoma tego, co się dzieje, nie odczytuje sygnałów zbliżającego się kryzysu. A często można poznać, że oto zmierzamy do momentu zwrotnego, nawet jeżeli jeszcze nic się nie wydarzyło. Po czym? Po tym, że wzrasta nasza arogancja, że jesteśmy zbyt pewni, zbyt zachłanni na branie, na sukces. I już nie wystarczają nam starania partnera, chcemy więcej. Aż partner nie wytrzymuje ciśnienia. W sporcie nie zadowalamy się wygraną od czasu do czasu, chcemy wygrywać za każdym razem. Więc się napinamy, zaciskamy zęby. I co? Kontuzja, upadek. Czasem zdradza nas potrzeba nieustannego kontrolowania każdej sfery życia. Ale nie jesteśmy w stanie kontrolować wszystkiego. Więc coś – w naszym mniemaniu – się wali.

Psychologowie zgodnie podkreślają: gdy spotykają nas trudne wydarzenia – jak  rozwód, utrata pracy, choroba, śmierć, ciężka kontuzja – dajmy sobie prawo do smutku, żałoby. To pierwszy krok ku przyszłości. W takich momentach, gdy się zatrzymujemy, gdy zawieszamy działanie, możemy usłyszeć swoje prawdziwe emocje i uczucia.

Magdalena: – Pozwoliłam sobie na moment zatrzymania dwa lata temu, po tym jak dowiedziałam się o chorobie. I ten moment ciszy cały czas jest obecny w moim życiu, nazywam go cichym policjantem. Zawsze, ilekroć się rozpędzę, mój cichy policjant przywołuje mnie do porządku. Czyli zatrzymuje, każe wziąć parę głębszych oddechów i zastanowić się, co robić.

Budujmy na mocnych podstawach

Magdalena, teraz już absolwentka psychologii, wie, że w momentach zatrzymania uzyskuje dostęp do swoich zasobów, czyli wewnętrznych sił, mocy, talentów. Otwiera kolejne drzwi i zaczyna od nowa. Powoli, małymi krokami. Ten proces nazywa metaforycznie wypiętrzaniem góry. Twierdzi, że owa góra, aby mogła przetrwać kolejne kataklizmy, musi mieć solidne podstawy. Dlatego nie wystarczy uzdrowić jednego aspektu życia, na przykład relacji z ludźmi. Dobrze jest spojrzeć na siebie całościowo, holistycznie. Magda sprawdza, gdzie coś w jej życiu nie zadziałało – przygląda się temu, jak pracowała, wypoczywała, jak się odżywiała. I okazuje się, że wydarzenia, które wcześniej ją spotkały, mają o wiele głębsze korzenie, niż myślała. Przy okazji walki z chorobą zainteresowała się dietą, ruchem, pielęgnowaniem dobrych relacji. Ćwiczy swoje kompetencje, dba o siebie. Jej góra wypiętrza się powoli, ale na bardzo szerokiej płaszczyźnie.

– Jeszcze niedawno nie widziałam horyzontu, był całkowicie zachmurzony. A teraz moja góra przebiła chmury. Już widzę słońce! Ale z niczym się nie śpieszę. Zauważyłam, że kiedyś, kiedy moja góra wypiętrzała się szybko, szybko też się chwiała w posadach.

Katarzyna po trzecim nieudanym związku poszła na terapię. Terapeuta porównał jej budowanie relacji z mężczyznami do układania jengi z klocków (wieży, która ma mnóstwo pustych elementów, dlatego w każdej chwili może się zawalić).

Katarzyna: – Teraz wiem, że budowałam za szybko i na kruchych podstawach. Muszę pracować nad cierpliwością. Jeden związek się nie udał, wchodziłam w drugi, a potem szybko w trzeci. Te same błędy, jedna kalka. Kolejna jenga się przewróciła. Wcześniej żyłam w lęku, że czas ucieka, że mam 25 lat, więc muszę mieć męża i dzieci. Więc zrobiłam wszystko, żeby mieć. Potem dałam sobie wmówić, że muszę mieć faceta. Już więcej razy nie pozwolę zawładnąć się stereotypom, społecznym nakazom. A wszystko dzięki temu, że wreszcie wyciągnęłam wnioski z tego, co mi się przytrafiało, a raczej – co sama sobie fundowałam.

Katarzyna odkryła także – dzięki psychoterapii – przyczynę swoich zawodowych trudności. Zawsze gdy zabierała głos w większym gronie, zżerała ją trema. Mimo że bardzo dobrze przygotowywała się do wystąpień, wszystko miała w jednym palcu. Aż przed którymś posiedzeniem zarządu, na którym miała referować ważne badania, zrobiła tak, jak poradził jej terapeuta – wzięła głębszy oddech i powiedziała sobie: „Trudno, najwyżej nie dam rady”. Ale dała radę jak nigdy dotąd.

– Stało się coś niesamowitego: założyłam porażkę, a osiągnęłam sukces. Cały zarząd był totalnie zaskoczony. A wszystko dlatego, że przygotowałam się do tego wystąpienia, ale jednocześnie sobie odpuściłam, wyluzowałam się i dałam sobie prawo do porażki.

Wielkie otwarcie

Punktem zwrotnym naszego życia, do którego mało kto się przygotowuje, jest śmierć. Biologicznie jesteśmy zaprogramowani, żeby umrzeć, ale psychicznie kompletnie ten fakt wypieramy. Często dopiero choroba, odejście kogoś bliskiego sprawiają, że uświadamiamy sobie kruchość naszego życia.

Magdalena: – Mogę powiedzieć, że sens mojemu życiu nadała śmierć. Zrozumiałam, że mam określony czas i muszę zdecydować, jak chcę go spędzić. Dotarło do mnie, że życie ma początek i koniec. Wcześniej w ogóle o tym nie myślałam.

I zadałam sobie pytanie: o co mi chodzi? Czy o to, żeby coś po sobie zostawić? Nie za bardzo. Raczej żeby zmienić świat na lepsze. I wcale nie chodzi o wielkie czyny. Można zrobić coś małego dla drugiej osoby, coś bezinteresownego. Zaczęłam działać charytatywnie w hospicjum dla dzieci. Od roku uczę matematyki w szkole społecznej. Szkolę się na terapeutkę. Piszę książkę o swoich doświadczeniach. Zatrzymałam się. Wszystko dzięki śmierci. Na ogół jesteśmy wobec niej bezradni, więc szukamy sposobów na nieśmiertelność.

I znajdujemy. W religiach, które dają nadzieję na życie po życiu. W biologii, która udowadnia, że możemy przedłużyć siebie, dając geny potomstwu. Także historia i kultura kuszą, że jeżeli uczynimy coś wyjątkowego, możemy się zapisać na ich kartach. A ja sobie myślę: „No tak, tylko to wszystko odnosi się do przyszłości, a co teraz?”. Dla mnie tak naprawdę najważniejsze jest to, co możemy zrobić dla innych w tej chwili. W języku polskim istnieje piękne słowo „przeżyć”, ja je rozumiem jako przechodzenie przez życie, z akcentem na przechodzenie. A my na ogół nie skupiamy się na teraźniejszości, tylko projektujemy przyszłość.

Dla Magdaleny perspektywa śmierci okazała się początkiem, wielkim otwarciem na życie. Wyrwała ją z toksycznego związku, z pracy, która nie dawała satysfakcji. Pozwoliła odnaleźć spokój i radość. Po to właśnie są trudne zdarzenia – zwrotnice. Żeby ustrzec nas przed degeneracją. Poruszyć do głębi, wyrwać i dać kopa. A my możemy wtedy salwować się ucieczką albo stawić im czoła. Wybór należy do nas.

Konfucjusz powiedział kiedyś, że człowiek, dążąc do pewności, trwałości, poczucia bezpieczeństwa, porządku, nie powinien zapominać o zmienności losu, niebezpieczeństwie, upadku, zamęcie. Czyli o momentach zwrotnych. Bo one są częścią naszego losu.