1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Akceptacja w związku

Akceptacja w związku

</a> Joanna Godecka, dyplomowany lifecoach
Joanna Godecka, dyplomowany lifecoach
Zobacz galerię 2 Zdjęć
AKCEPTACJA - z łaciny acceptatio: dosł. przyjmowanie – oznacza wyrażenie zgody, aprobatę, potwierdzenie dla czegoś lub kogoś.Umieszczając to pojęcie w naszym alfabecie, mam na myśli ten stan, w którym potrafimy odnieść się ze spokojem do faktów.

Joanna Godecka, dyplomowany lifecoach Joanna Godecka, dyplomowany lifecoach

Akceptacja nie oznacza aprobaty. Jest bliższa nieosądzaniu, przyjmowaniu spraw takimi, jakimi są.  Dlaczego się tu znalazła? Ponieważ nasze opinie i osądy dotyczące nas samych oraz otaczających nas ludzi decydują o tym, czy czujemy się szczęśliwi, czy też nie.

Możesz codziennie, patrząc w lustro – mówić sobie, że masz za grube uda albo za mały biust, pozbawiając się w ten sposób poczucia atrakcyjności i zadowolenia z siebie. Możesz także - a jest to twój wybór – stwierdzić fakt: moje udo ma w obwodzie 52 cm, noszę biustonosz w rozmiarze 75 A. I akceptuję to. W ten sposób negatywną ocenę zamieniasz w fakt, którego nie używasz już dłużej do dręczenia siebie.

Akceptacja przesądza też o tym, czy w naszym związku partnerskim koncentrujemy się na tym, co nas dzieli czy łączy.

Oto przykład:

Ewa w czasie sesji skarżyła się na zachowanie swojego męża. „ Mam dość tego, że gdy wraca do domu, wciąż pochłonięty jest zawodowymi sprawami. Sprawdza maile, telefonuje, siedzi przy komputerze. Ja też pracuję, jestem ambitna, ale potrzebuję w domu prywatności i relaksu. On nie potrafi się wyluzować. Z tego powodu prawie każdy wieczór jest zmarnowany albo nawet kończy się kłótnią. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz się kochaliśmy, a atmosfera jest coraz gorsza. Zaczynam myśleć z niepokojem o naszej przyszłości. ”

Poprosiłam Ewę, by spróbowała odkryć, jakie emocje i niezaspokojone potrzeby męża mogą manifestować się w tych codziennych zachowaniach. Ewa po namyśle doszła do wniosku, że mąż jest zestresowany bo czuje silną presję, dlatego też trudno mu „wyluzować”. Kłótnie są wynikiem zmęczenia i napięcia. Wystarczyłoby w tej sytuacji zachować się bardziej empatycznie.

Uznała, że skoro mąż przychodzi z pracy zestresowany, powinna to zaakceptować. Choć wolałaby spędzić wieczór inaczej, nie będzie robiła problemu. Zastanowi się także nad tym, co mogłoby pomóc mężowi w odzyskaniu dobrego samopoczucia.

Oto, jak zrozumienie faktów i idąca za nim akceptacja pozwala nam bardziej wyrozumiale spojrzeć na sytuację, która coraz częściej doprowadzała do spięć.

Akceptacja w związku jest nieodzowna, aby sobie coś wybaczyć. Wstępem do tego jest takie oto myślenie oparte na akceptacji:

  • wolał(a)bym, aby to się nie wydarzyło, jednakże uznaję, że sytuacja, zachowanie było wynikiem potrzeby mojego partnera;
  • uznaję to za fakt, którego nie będę używać do wzbudzania poczucia winy;
  • niezależnie jak raniące i niewłaściwa było postępowanie mojego partnera, akceptuję go, bo nikt nie jest doskonały i każdy może popełnić błąd.
Co może zwiększyć naszą zdolność akceptacji?

Ćwiczenie aktywnego słuchania.

Zazwyczaj, kiedy słuchasz swojego partnera, reagujesz na jego słowa nawykowo, formułując od razu oceny i opinie. Dlatego prowadząc z nim rozmowę na jakiś temat, wyobraź sobie, że masz dodatkową parę uszu, która służy do tego, by słuchać inaczej.

Od teraz słuchaj, nie koncentrując się wyłącznie na swoich odczuciach, ale na odczuciach partnera. Jeśli opowiada ci coś, do czego on przykłada dużą wagę, a ty uważasz ten temat za błahy, powstrzymaj się od osądzania. Zadaj sobie pytanie  - dlaczego partner mi o tym mówi, jaką potrzebę zaspokaja podejmując ten temat?

Praktykuj otwartość

W dialogu z partnerem formułuj swoje wypowiedzi, koncentrując się na tym, co czujesz. Potraktuj to jako ćwiczenie. Mówiąc coś, co ma dla ciebie znaczenie emocjonalne, zwróć uwagę na to, by sygnalizować swoje uczucia wprost. Zamiast „Pewnie, już ci się nie podobam” - powiedź – „Boję się, że czas mija, a ja staję się mniej atrakcyjna. Chciałabym wciąż ci się podobać”. Albo zamiast „Jestem zmęczony, mam wszystkiego dosyć” powiedz „ Czasem boję się, że nie odniosę sukcesu, że nie zrobię tego wszystkiego, co planowałem”. Takie słowa budują akceptację w związku.

Rozważając trudną dla ciebie sytuację w relacji, zawsze szukaj odpowiedzi na następujące pytania:
  • jaką potrzebę zaspokajam ( lub mój partner, podejmując te czy inne działania?
  • jakie przekonania moje ( lub partnera ) sprawiają, że je podejmuję?
  • jakie emocje i uczucia moje ( lub partnera ) sprawiają, że je podejmuję?
Niech to się stanie twoim nawykiem.

Życzę Wam mądrej akceptacji.

www.twojdobrydzien.pl

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Dbać o siebie to trzymać ster swojego życia

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
My, kobiety, bardzo lubimy uszczęśliwiać innych własnym kosztem. Dlaczego tak uporczywie trwamy przy tym bezsensownym nawyku?

Wiele razy na koniec jakiejś kobiecej opowieści słyszę pytanie: „I co mam zrobić?”. Odpowiedź często wydaje mi się oczywista. Ale co z tego, skoro jest to moja odpowiedź? Nawet nie zamierzam się nią dzielić. „A co chcesz zrobić?” – pytam w takiej sytuacji. I zaczyna się żmudne poszukiwanie odpowiedzi, długie brodzenie przez niepewność i lęki, więc czasem idę na skróty i dopytuję: „A co powiedziałabyś swojej przyjaciółce, gdyby była w takiej sytuacji?”. Teraz odpowiedź zwykle przychodzi z łatwością. Wiemy, co warto zrobić w jakiejś sytuacji, ale same nie potrafimy podjąć decyzji. Lęki, wątpliwości, wyobrażenia, co pomyślą inni, trzymają nas w miejscu i nie pozwalają zrobić tego, co chcemy. Potrzebujemy, by ktoś z zewnątrz nas popchnął, dał nam pozwolenie, zapewnił, że mamy prawo zadbać o siebie, że nasze potrzeby i uczucia wcale nie są mniej ważne niż potrzeby i uczucia innych.

Coś się kończy, coś zaczyna

„Każdy dzień zachęca cię ku temu, byś zaakceptował rolę lidera w swoim życiu. Często żyjemy przyzwyczajeni do roli obserwatora i pozwalamy innym, by mówili nam, co mamy robić – co jeść, jak się ubierać, jakie produkty kupować, w jakiego Boga wierzyć, a nawet jak być szczęśliwym. Głęboko zakorzenione poczucie zależności od czegoś na zewnątrz, pozwalanie na to, by ktoś inny trzymał ster naszego życia, wydaje się być czymś naturalnym, choć mędrcy za wszelką cenę starają się nam powiedzieć, że nie tędy droga. Nie wierz ślepo w to, co słyszysz, co ci radzą, zawsze sprawdzaj to sam na sobie, stosując w swoim życiu. Eksperymentuj. Niech życie będzie twoim laboratorium”. Ten fragment książki „Uszanuj siebie. Wewnętrzna sztuka dawania i przyjmowania” Patrycii Spadaro wydał mi się bliski. Tak, też tak myślę. Życie to zadanie, za które warto wziąć odpowiedzialność.

Wiem, że na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Czasem nie potrafimy zrobić ruchu, bo w pułapce trzyma nas przekonanie, że nie mamy wyjścia. Albo gdzieś w głębi duszy wierzymy, że musimy trwać w toksycznej relacji, bo nic lepszego nam się już nie zdarzy. Jeśli zrezygnujemy z pracy lub ze związku, to może w innej pracy będzie gorzej albo już zawsze będziemy same? Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre. Czasem latami trwamy w tym, co jest, choć buntujemy się przeciwko temu, ale nie chcemy kończyć sytuacji. Bywa, że z obawy przed końcem nie chcemy jej nawet zaczynać.

Ewa, lat 32, uczestniczyła w warsztacie, gdzie kilka kobiet było po rozwodzie, o czym mówiły, przedstawiając się w pierwszej rundce. – Ja to chyba nigdy nie wyjdę za mąż – powiedziała, gdy przyszła jej kolej. – Chyba nie zniosłabym takiej porażki jak rozwód. – Porażki? Ja uważam rozwód za swój największy sukces – zaoponowała jedna z uczestniczek, wywołując dyskusję. Sukces to czy porażka? A może jedno i drugie? A może to zależy od okoliczności?

Wiele osób traktuje koniec jak coś złego, do czego za wszelką cenę nie należy dopuścić. Patricia Spadaro proponuje inne spojrzenie: „Kiedy doświadczysz zakończenia czegoś w życiu, potraktuj to jak uroczystość rozdania dyplomów i rozpoczęcie czegoś nowego. Życie przypomina salę szkolną i pod wieloma względami to, co dobiega końca, jest jak ukończenie pewnego etapu i promocja, mimo że na pierwszy rzut oka może się wydawać całkiem inaczej. W większości przypadków zakończenia przychodzą, ponieważ nauczyłeś się jednej lekcji i jesteś gotów na następną albo też wyczerpałeś wszystkie możliwości, które dotychczasowa sytuacja miała ci do zaoferowania i potrzebujesz zmiany scenerii, by na scenę weszły nowe możliwości. Zakończenia nie tylko są czymś naturalnym, ale i koniecznym”. Jasne, że nie wszystko można i warto kończyć, nawet jeśli jest źródłem cierpienia. Czasem zamiast kończyć, warto zaakceptować to, co jest. Dzięki temu zyskujemy wolność, choćbyśmy nadal były w trudnej sytuacji.

Wybór zamiast złości

Małgorzata, lat 42, matka niepełnosprawnego dwunastolatka, jest zła na cały świat, co widać od progu. Spóźniła się na warsztat, ale nie zamierza za to przepraszać. To i tak cud, że tu jest, bo zwykle nie ma szansy wyrwać się z domu. Syn wymaga stałej opieki, a nikt nie chce jej w tym pomagać. Wiele lat temu musiała zrezygnować z pracy, żeby się nim zająć, ledwie wiąże koniec z końcem, a właściwie nie wiąże, bo mąż odszedł, założył nową rodzinę i płaci bardzo małe alimenty, a ona nie ma jak pracować.

– I to ma być moje życie?! – wykrzykuje ze złością swój sprzeciw. Złość ją przepełnia. Wylewa się z niej w każdym kontakcie, w każdej mini sytuacji, inne osoby odruchowo trzymają się od niej z daleka. – I co mam zrobić? Powiedz mi, jak jesteś taka mądra! – A co byś chciała zrobić? – pytam, choć wiem, że to pytanie może jej się nie spodobać. – A kogo to obchodzi, czego ja chcę? W moim życiu nie ma miejsca na żadne chcenie! Jest tylko „muszę” i „powinnam”! – słyszę żal w jej głosie. – Mnie obchodzi. Co chciałabyś zrobić, Małgosiu? – pytam. Wybucha płaczem. Płacze długo, inne kobiety też mają łzy w oczach, w końcu się uspokaja.

– Więc co byś chciała zrobić, Małgosiu? – zaczynam od początku. – Przecież wiesz, że nic nie mogę zrobić – mówi z rozpaczą. – A gdybyś mogła? – Rzuciłabym to wszystko i zaczęła swoje życie od nowa. – To co cię powstrzymuje? – Ja go kocham, nie chcę go zostawić, to mój syn! – wyrzuca z siebie. – No to chcesz się nim opiekować czy wolałabyś rzucić to wszystko? – zależy mi, żeby sama sobie odpowiedziała na to pytanie. Małgosia znów płacze, a grupa razem z nią. – Chcę, ale już nie mam siły. Nikt mi nie pomaga, od lat nie mam czasu dla siebie, rodzina się ode mnie odwróciła, jest obrażona, że nie jestem miła, a jak mam być miła w tej sytuacji, która mnie wykańcza? – przyznaje wreszcie.

Małgosia złości się na innych, że mają lepiej. Zniechęca ich do siebie ciągłymi pretensjami. Skłania do tego, by bronili się przed nią, a nie pomagali jej, choć ich pomoc jest jej bardzo potrzebna. A gdyby tę sytuację udało się Małgosi zaakceptować? „Jakkolwiek paradoksalnie by to zabrzmiało, otwierając się na jakieś trudne doświadczenie, akceptując to, co jest, możesz łatwiej z niego wybrnąć. Dzieje się tak dlatego, że nie zużywasz już takiej ilości energii, jakiej potrzeba do stawiania oporu, przeprowadzania ataku, ukrywania czegoś lub zaprzeczania czemuś, co się wydarzyło. Teraz możesz przeznaczyć tę samą energię na poszukanie optymalnego rozwiązania” – pisze Patricia Spadaro.

Kiedy uda nam się zaakceptować trudną sytuację, w której jesteśmy, możemy zacząć szukać sposobu zadbania o siebie i swoje potrzeby. Co sprawi, że poczujesz się lepiej? Pytamy o to swoje przyjaciółki albo dzieci, kiedy jest im trudno. A siebie? Siebie też warto o to pytać. Gdybyśmy traktowały siebie tak, jak traktujemy innych, rzadziej tkwiłybyśmy w pułapce.

W gruncie rzeczy życie nieczęsto stawia nas przed wyborami albo-albo. To albo tamto. Znacznie częściej zadanie polega na tym, byśmy zmienili sposób myślenia i postrzegania rzeczywistości. Byśmy przestali reagować nawykowo, a zaczęli szukać własnych odpowiedzi.

Prosić i brać

Niedawno znów spotkałam Małgosię. Nadal jest matką niepełnosprawnego dziecka, ale ma trochę czasu dla siebie i na pracę. – Nie wiem, jak to się stało, ale mój były mąż zaczął mi trochę pomagać. Mama też nie jest już obrażona. Ani siostra. Trzy popołudnia w tygodniu mam wolne, w końcu czuję, że żyję. – To nie stało się samo, Małgosiu. Ty to zrobiłaś – nie mam wątpliwości. – Chyba tak. Przestałam się czuć taka pokrzywdzona, odkąd wiem, że chcę się opiekować swoim synem, a nie tylko muszę. Zaczęłam szanować siebie za swój wybór, już się nie czuję w pułapce. To po prostu jest moje życie.

Małgosia przestała się złościć i nauczyła się prosić o pomoc. Teraz nie tylko daje, ale również bierze. To ważna zmiana.

Patricia Spadaro proponuje w swojej książce, byśmy stawiali siebie na szczycie swojej listy priorytetów. „Nie czekaj do momentu, aż odhaczysz wszystkie inne zadania, które robisz dla innych, zanim zaoferujesz sobie to, czego potrzebujesz. Wyznacz dla siebie czas, aby troska o siebie nie była punktem, który zawsze spychasz na sam koniec listy”.

Tylko wtedy możemy naprawdę dawać innym, jeśli umiemy też dawać sobie.
Na wiele rzeczy nie mamy wpływu. Ale zdarza się też, że ze swojego wpływu nie korzystamy, choć cierpimy i możemy to zmienić. Jakbyśmy nie wierzyły w to, że zasługujemy na coś dobrego. Jakbyśmy ciągle były niewystarczająco dobre.

  1. Psychologia

Jak mężczyźni pamiętają swoją pierwszą miłość?

„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
To od nas zależy, czy zechcemy skorzystać z potencjału pierwszej miłości, aby odmłodzić i ożywić obecny związek, a także poczuć się młodymi. Mimo lat – mówi Benedykt Peczko.

Pamiętasz swoje młodzieńcze miłości? Oczywiście. Było ich kilka. Szczególnie jedną zapamiętałem jako doświadczenie, które mnie odmieniło, wyniosło na inną orbitę. Poznałem ją na rodzinnych wczasach, zakochałem się po uszy. Gdy wróciłem do domu, zauważyłem, że straciłem kontakt z przyjaciółmi, z kolegami. Moja wrażliwość wyostrzyła się, odczuwałem wszystko niezwykle intensywnie – muzykę, zachody słońca, krajobrazy. Czytałem poezje, liryki, które przemawiały do mnie jak nigdy dotąd. Czułem wiersze od podszewki, każdy rytm, rym, uczucia zawarte między słowami. Czułem się tak, jakby świat wnikał we mnie poprzez otwarte serce. Zachwycałem się pięknem mojej dziewczyny, widziałem piękno dookoła. Byłem zdziwiony, że inni nie zachwycają się światem, którego niezwykłość tak mnie oszałamiała.

To jest ta magia. Magia pierwszej miłości. Najczęściej szybko mija, a jednak pozostawia ślad: otwarcia, zachwytu, oddania, piękna, niewinności… Mistyczne doznania. Co się z nami dzieje, gdy się zakochujemy? Doświadczamy bardzo silnej więzi z ukochaną osobą. Marzymy. Tęsknimy. Niepokoimy się, że możemy ją utracić. To jest także jedno z pierwszych doświadczeń związanych z przekraczaniem ego. Ktoś zakochany przestaje sam sobie wystarczać. Kochana osoba staje się ważniejsza od przyjaciół, planów, celów. Jej brak jest wyraźnie odczuwany, boli. Bez niej życie traci smak. Jeśli miłość jest odwzajemniona, odczuwamy rezonans, zrozumienie bez słów – trudno ubrać w słowa rezonowanie na poziomie istnienia. To jak odkrywanie tajemnicy. Tajemnicy, która jest zarezerwowana tylko dla nas – zakochanych.

Takie doświadczenie to skarb, potencjał rozwojowy, drogowskaz. Jest w nas zapisane, zawsze dostępne. Odnoszę wrażenie, że mężczyźni dzielą swoje życie na sektory – szczenięca, romantyczna miłość już była i minęła, teraz jest życie na poważnie; mają świadomość wyzwań, przed którymi stoją. Jeśli już wracają do tamtych zdarzeń, to robią to raczej, aby je pomniejszyć, zlekceważyć: „Jaki głupi człowiek był, jaki naiwny!”. Tracą tym samym korzenie swojego miłosnego aspektu. Pierwsze miłości to trening, przygotowanie do dojrzałej miłości. Odkrywamy, czym miłość jest. Nikt nam tego nie może wytłumaczyć. Możemy czytać o miłości, przeczuwać, czym jest, mieć intuicję, jednak dopóki jej nie doświadczymy, jesteśmy jak teoretycy pływania: nigdy nie weszliśmy do wody po to, by pływać, nie spróbowaliśmy tego sami. Dopiero gdy się zakochujemy, zaczynamy rozumieć, co to znaczy kochać.

Przyjaciel zrezygnował z organizowanego przez szkołę europejskiego konkursu muzycznego, bo to wiązałoby się z przeniesieniem na jakiś czas do innego kraju, a on był zakochany i nie chciał rozstawać się z dziewczyną. Minęło 20 lat, a on ciągle żałuje tamtej decyzji, wyzywa siebie od głupków. Teraz łatwo tak powiedzieć, jednak gdyby wtedy pojechał, a po jakimś czasie wrócił i zobaczył, że dziewczyna ma innego chłopaka, to mogłaby być tragedia. Wtedy dopiero by żałował! Jakże często tworzymy iluzje, jak fantastycznie by było, gdyby tylko… Wyolbrzymiamy wyimaginowane wspaniałości tego, czego nie wybraliśmy. Jakiś czas temu było głośno o ludziach, którzy na spotkaniach „naszych klas” przypominali sobie o dawnych miłościach, zrywali dotychczasowe związki i wiązali się z dziewczynami i chłopcami z dawnych lat. To nie może się udać, ponieważ w takiej sytuacji przechodzimy przez regresję wiekową i próbujemy nadrobić coś, co przeminęło. Zapominamy, że jesteśmy już innymi ludźmi, w innym miejscu swojego życia.

Pierwsza miłość otwiera serce, ale to nie znaczy, że można cofnąć czas i wrócić do tego, co było? Raczej nie można, dlatego że tamto zakochanie było aktualne w tamtej czasoprzestrzeni, na danym etapie rozwoju każdej z tych osób. Przez lata gromadzimy inne doświadczenia, fascynują nas inne rzeczy, budujemy własny obraz świata, różnic przybywa. Zmęczeni obowiązkami możemy zechcieć wrócić do tamtych cudownych dni. To iluzja, że powrót jest możliwy. Chyba że dawnych zakochanych obecnie fascynuje to, co teraz w sobie odkrywają już jako dorośli, dojrzali i doświadczeni.

Jak zachować pamięć o pierwszych miłościach, czerpać z ich potencjału, jednak nie ulegać iluzji? Zakochani patrzą sercem i widzą sercem. Widzą to, co dla innych jest zakryte, niewidoczne. Właśnie ten sposób widzenia warto pielęgnować. Oprócz planów na przyszłość, zadań, wyzwań, obowiązków, formalnych zobowiązań warto wracać do miłosnego potencjału i go hołubić. Nawet jeśli w naszym świecie to wydaje się nierealne, nieprzeliczalne, nie do skalkulowania, niepraktyczne.

Miłość romantyczna idealizuje: ukochana wszystko robi doskonale, cudownie chodzi, mówi, tańczy. Jednak mija jakiś czas i okazuje się, że ma też wady, różne nieprzyjemne strony. Niezależnie od tego w dalszym ciągu możemy być w niej zakochani. Możemy widzieć ograniczenia, nawyki, niekorzystne sposoby zachowania i wiedzieć, że to nie one stanowią istotę tej kobiety. Możemy być zakochani w jej głębokiej wewnętrznej naturze, unikalnej tożsamości. Często słyszę od mężczyzn: „Miłość to bajka, a życie to życie”. To są dramatyczne wyznania. Wydaje się, jakby w ich życiu nie było miejsca na zakochanie, na zatrzymanie i poczucie, że oto jestem w miłosnym kontakcie z kobietą, z którą dzielę życie. Mówię wtedy, że to od nas samych zależy, w jaki sposób organizujemy swoje życie, jakie podejmujemy decyzje; czy decydujemy się podtrzymywać taki styl życia jak dotychczas, czy otwieramy się na doświadczanie miłości. Po wielu latach miłosne związki obumierają, tracą smak. Mężczyźni są tym sfrustrowani. Pocieszają się, że tak to już jest, na tym polega życie. Na tym polega ich życie.

W ubiegłe walentynki odwiedziłam moich 70-letnich znajomych. On kupił jej ogromne pluszowe serce, które po naciśnięciu śmiało się do rozpuku, a oni śmiali się razem z tym sercem! Tłumaczyli mi, że odkąd w Polsce przyjęło się święto zakochanych, robią sobie takie prezenty. Są prawie pół wieku po ślubie. Pogratulować!

Proponujesz mężczyznom sięganie po inspirację do ich przeszłości? Tak, a oni na to: „Mam się zachowywać jak nastolatek? Patrzeć z nią w rozgwieżdżone niebo? Słuchać ptaków? Śpiewać jej piosenki?”. A dlaczego nie?

Wyobrażam sobie szczęście kobiety, gdyby mężczyzna napisał dla niej wiersz. Albo kilka razy w tygodniu przynosił kwiaty, robił drobne prezenty, kupował książki, wysyłał czułe SMS-y w ciągu dnia. Przecież tak to było, gdy zaczynaliśmy. I to działało. Gdy robimy teraz podobne rzeczy, wtedy wracamy do tamtego stanu – ciekawości, podekscytowania, radości. To znane powiedzenie, ale warto je tu przytoczyć: jeśli chcesz żyć inaczej, musisz myśleć inaczej, czuć inaczej i działać inaczej. W nowy sposób. Jeśli nie wprowadzimy zmian, nic się nie zmieni. Możemy zacząć od pooglądania zdjęć z początków naszego związku, przywołania dobrych wspomnień, odwiedzenia naszych romantycznych miejsc. W ten sposób celebrujemy naszą miłość i ożywiamy ją.

Związek moich znajomych uratowały randki. Po 20 latach znów zaczęli się umawiać. Postanowili, że oboje będą tego pilnować – wolna godzina w ciągu dnia, telefon do męża i wspólna kawka na mieście. Wieczorem zakupy, a potem wspólnie obejrzany film. Kolacja w ulubionej restauracji. Od czasu do czasu jednodniowa wycieczka. Spacer po parku. A to wszystko nazywane jest randkami. Chodzi o to, aby nawiązać kontakt z tamtym wewnętrznym stanem zakochania: jak to wówczas odczuwałem, co mnie motywowało, jak się zachowywałem. Nie chodzi oczywiście o wierne kopiowanie zachowań, ale o przeniesienie jakości stanu wewnętrznego. Pozwolenie sobie, aby w obecności bliskiej osoby moje serce było otwarte, żebym mógł przeżywać zachwyt, intymność, tajemnicę – inni tego nie widzą i nie rozumieją, ale my rozumiemy się bez słów. Jesteśmy w przepływie, w rezonansie. Tutaj ważne jest pozwolenie sobie na to – nie jestem niepoprawnym romantykiem czy naiwniakiem, po prostu daję wyraz miłosnemu potencjałowi we mnie i to czyni mnie młodym. Miłość odmładza, dodaje sił i energii. I oczywiście wspiera wszystkie obszary naszego życia. Jakość życia zmienia się nieprawdopodobnie.

Najlepiej podobno zakochać się we własnej żonie. Znane są takie badania: spytano mężczyzn, którzy ożenili się po raz trzeci, o to, czy kolejne związki były lepsze od pierwszego. Ci mężczyźni powiedzieli, że spokojnie mogliby zostać w pierwszym; że gdyby poświęcili tyle czasu, uwagi i adoracji pierwszej żonie, ile później kolejnym partnerkom, pierwszy związek z pewnością by rozkwitł. Dojrzali mężczyźni mówią, że doskonale widzą procesy starzenia się, zmiany, które następują. A jednocześnie wiedzą, że pułapką jest zwracanie uwagi na szczegóły: ile partnerka waży, jak wygląda, ponieważ w ten sposób gubi się istotę jej osoby. Gdy zachowujemy zdolność bycia zakochanym, pozwalamy sercu patrzeć i widzieć poza zmarszczkami, zachwycać się. Niedoskonałości nie przesłaniają kobiety – wybraliśmy ją, a nie jej karierę, umiejętności, stan posiadania czy cokolwiek innego. Mówimy: „Kocham twoją kuchnię”. Ale przecież gdyby tylko o to chodziło, moglibyśmy zatrudnić kucharkę. Kocham cię, bo ty jesteś ty, a nie dlatego, że jesteś fajna, dobrze gotujesz, tyle w życiu osiągnęłaś, tyle dobrego zrobiłaś dla rodziny. Za to możemy być wdzięczni, a wdzięczność może tworzyć dodatkowe korzystne środowisko do zakochania, ale go nie zastępuje. Moja żona mówi: „Czas mija, uroda pozostaje”. W miłości chodzi o wewnętrzną urodę, która nigdy nie będzie miała zmarszczek. Kochając, swobodnie przechodzimy z poziomu operacyjnego w naszym związku na poziom egzystencjalny.

Gdy mężczyźni mówią, że byli naiwni, może chodzi im o to, że byli niewinni? Czym była ta „naiwność”? Nieskażonym, czystym, niewinnym widzeniem. I była w niej taka siła! Powrót do niewinności zakochania możemy połączyć z doświadczeniem, które nabyliśmy przez lata. Możemy być jednocześnie dojrzali i romantyczni.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP. 

  1. Psychologia

Jak utrzymać namiętność w długoletnim związku?

Jeden z najważniejszych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Szczęściarzami nie są ci, którym przychodzi ona z łatwością, lecz ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu. (Fot. iStock)
Jeden z najważniejszych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Szczęściarzami nie są ci, którym przychodzi ona z łatwością, lecz ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Szczęściarzami nie są ci, którym zakochanie i namiętność przychodzą z łatwością, tylko ci, którzy potrafią wykrzesać emocje z jeszcze ciepłego popiołu i po raz kolejny zakochać się we własnej żonie czy mężu.

Prawda niestety jest dosyć gorzka, jeden z najbardziej pożądanych składników miłości – namiętność – jest jednocześnie jej najmniej trwałym komponentem. Przy zakochaniu namiętność szybko sięga zenitu, ale po przekroczeniu pewnego poziomu nieubłaganie spada. Wtedy na pary, których relacje nie były wspierane innymi niezbędnymi filarami miłości: intymnością i zaangażowaniem, czeka nieuniknione fiasko.

Psychicznie dojrzała osoba rozumie różnicę pomiędzy emocjami, namiętnością, a trwałym, spokojnym, często pełnym wyrzeczeń i kompromisów związkiem nazywanym miłością. Właśnie dlatego Stephen Covey odkrył, że „kochać”, to czasownik i na skargi w rodzaju: „…ale nie kocham swojej żony”, z przekonaniem polecał: „To kochaj ją!” Działanie – to jest cudowny środek, który potrafi przywrócić tlejące uczucia.

Emocje i jeszcze raz emocje

Czy zastanawialiście się kiedyś, czemu sporo par się tworzy podczas zagrażających życiu sytuacji? Klęski żywiołowe, wojna, różnorodne nieszczęścia w życiu prywatnym stają się najmocniejszym spoiwem spotkanych przypadkiem ludzi, między którymi nagle i pozornie bez przyczyny rodzi się wielka namiętność. Gdyby te osoby natrafiły na siebie w innym czasie i przy innych (niezagrażających) okolicznościach, jest całkiem możliwe, że nigdy by nie zrodziło się pomiędzy nimi zakochanie. Dlaczego tak się dzieje? Okazuje się, że człowiek nie zawsze potrafi rozpoznać źródło swoich emocji i silne fizjologiczne pobudzenie (przyśpieszenia rytmu serca, pocenie się rąk itp.) traktuje jako przyczynę pojawienia się innej osoby o przeciwnej płci. Czyli jeśli w nagle spadającej windzie spotkały się dwie osoby, to jest ogromna szansa, że jedna z nich przynajmniej zaprosi drugą na randkę. Sama znajomość tego zjawiska nie daje rezultatów; nie chcemy także powodować żadnych klęsk żywiołowych. W życiu codziennym, by umiejętnie wykorzystać dane zjawisko, możemy zabrać naszą połówkę na ekstremalny odpoczynek: skoki ze spadochronem, lot balonem, wycieczka w góry, rafting. Każdy pomysł, który wywoła silne emocje, nawet nie koniecznie pozytywne, jest dobry.

Podobieństwo

Powiedzenie, że przeciwieństwa się przyciągają, w długotrwałych związkach raczej się nie sprawdza. Więc jeśli już dobraliśmy się w parę, to inspiracji warto szukać właśnie w podobieństwach. Zastanów się co ty i partner czy partnerka lubicie robić razem: jaka to jest forma odpoczynku, a może pracy? Czy lubicie razem gotować, jeździć konno, podróżować, zwiedzać wystawy, sprzątać? Każda aktywność, którą wykonujecie razem i z której razem czerpiecie przyjemność pogłębia i pielęgnuje związek.

Zmiana otoczenia

Osoby, które mają niską tolerancje na nudę, nie zawsze odnajdują się w rutynowych, codziennych czynnościach, a co za tym idzie ich uczucia zaczynają szybko gasnąć podczas długich, spokojnych wieczorów. Żeby taki partner nie poszukiwał nowości w kimś innym, warto zapewnić mu chociaż co jakiś czas pewne zmiany. Mogą to być podróże, spacery gdzie indziej, niż zazwyczaj, kilka dni w innym niż dom miejscu, przesuwanie mebli w pokojach, pomalowanie ścian, nigdy nie darowane wcześniej prezenty, nigdy nie poruszane tematy rozmów. Pomyślcie jak zareaguje partnerka, jeśli zamiast bukietu róż dostanie kwitnący kaktus, a co powie mąż, jeśli żona bez uprzedzenia zarezerwuje miejsce na noc w pobliskim hotelu (nie koniecznie musimy być przy tym na wyjeździe). Dobrze, jeżeli nasza zmiana współgra z zaskoczeniem, wtedy jeszcze bardziej zintensyfikujemy rezultat.

Wspólna praca

Szczęśliwy związek to taki sam cel jak każdy inny, który wymaga dużej pracy. Jeśli planujemy zostać sędzią, to staramy się jak najlepiej zdać maturę, wybieramy się na studia prawnicze, robimy aplikację, zastanawiamy się co jeszcze mogło by zwiększyć nasze szanse na osiągnięcie celu. Niestety udany związek traktujemy jako coś samoistnego i przypadkowego, właśnie dlatego często to prowadzi do rozczarowań. Okazuje się, że myślenie strategiczne sprawdza się nie tylko w życiu zawodowym, ale także i prywatnym. Zaproponuj partnerowi zastanowić się razem na jakim etapie związku jesteście, co jest za wami, czy udało się wyciągnąć jakieś wnioski z niepowodzeń, czy podążacie w dobrym kierunku, co chcielibyście zmienić, jak to zrobić? Planujcie swój związek jak planujecie karierę zawodową, stawiajcie sobie cele i wyznaczajcie konkretne działania. Miłość to nie loteria, tylko długoterminowy cel.

  1. Psychologia

Jak opanować emocje i uratować związek przed rozpadem?

</a> Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie
Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Jesteś może w związku, który na początku był doskonały, ale z czasem na jego powierzchni zaczęły pojawiać się rysy? Jeśli tak, to czytaj dalej – ten tekst przeznaczony jest właśnie dla osób, które nie kochają się już tak bardzo, jak wcześniej – przekonuje Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

Wielu moich klientów znajduję obecnie w świecie korporacji, ale wcześniej sporo czasu poświęcałem pracy z parami. W tamtym właśnie okresie opracowałem podejście, które nazywam terapią ponownego połączenia, aby pomóc ludziom odzyskać wzajemną miłość i szacunek. Muszę przyznać, że sam byłem zaskoczony jej skutecznością.

Terapię ponownego połączenia opracowałem głównie dla rozwodników, którzy chcieli dać sobie drugą szansę, co wymaga od terapeuty dużego nakładu pracy. Jeżeli twój związek jest jednak dość silny, ale jest w nim znacznie więcej irracjonalności, niż uważasz za wskazane, przedstawiam także wersję do samodzielnej realizacji, która pomoże ci naprostować sytuację.

Skuteczność tej metody wynika stąd, że nie tylko zachęca was do traktowania się nawzajem lepiej, ale także motywuje, żebyście stali się lepszymi ludźmi.

Przede wszystkim zademonstruję, jak wykorzystywałem to podejście zawodowo, a następnie nauczę cię stosować wersję „amatorską”.

– Dzień dobry – powiedziałem do słuchawki. – Mówi doktor Goulston, dzwonił pan do mnie. W czym mogę pomóc?

– Nazywam się Jack. Moja żona Suzie i ja już od dłuższego czasu mamy trudności w naszym związku – zaczął Jack. – Byliśmy u kilku terapeutów, a w końcu zdecydowaliśmy się na separację. Wyprowadziłem się do wynajętego mieszkania. Teraz jednak zdaję sobie sprawę, że wcale nie chcę rozwodu, chciałbym spróbować jeszcze raz. Wiele osób mi mówiło, że może być pan w stanie nam pomóc. Suzie także zgodziła się wziąć udział w terapii.

Wyjaśniłem Jackowi, że moje podejście ma ściśle określoną strukturę, której przestrzegania wymagam bez żadnych odstępstw.

– Zanim zgodzę się z wami spotkać, muszę wiedzieć, że razem z Suzie zgadzacie się w stu procentach na to, jak będzie wyglądać pierwsze czterdzieści minut sesji – dodałem.

Jack i Suzie zgodzili się na moje warunki, zaplanowaliśmy więc sesję, podczas której dałem obojgu możliwość przedstawienia swoich zastrzeżeń wobec drugiej połówki. Z uznaniem przyznaję, że udało im się nie wpadać sobie w słowo – była to jedna z zasad, które ustaliłem. Zastosowali się także do mojej reguły, by wylewać z siebie frustrację przez część czasu, a przez resztę sugerować rozwiązania problemów.

Kiedy skończyli, spojrzeli na mnie pełni oczekiwania. W widoczny sposób zakładali, że nie mogę się doczekać omówienia ze szczegółami ich wzajemnych żalów.

I tu ich zaskoczyłem.

– Wszystko, co powiedzieliście do tej pory, od początku do końca, jest… nieistotne – oświadczyłem.

Od razu mogłem powiedzieć, że Jack i Suzie w końcu w jakiejś kwestii się zgodzili – oboje uważali, że mi odbiło.

Być może ty także tak uważasz. W końcu zacząłem od polecenia Jackowi i Suzie, by wymienili wszystkie problemy, które ich zdaniem ich rozdzielały – a potem skomentowałem, że obchodzą mnie one tyle, co zeszłoroczny śnieg. Mało kto oczekuje takiej odpowiedzi od psychiatry.

Ja jednak wiedziałem, co mówię. To nie ich czyny sprawiły, że związek stał się toksyczny, tylko ich osobowości.

– Powiem coś teraz i chciałbym, żebyście zdecydowali, czy się z tym zgadzacie, czy nie. Mogę zacząć? – popatrzyłem na nich uważnie.

– Yyyy, tak – odpowiedział Jack.

– Okej – dodała Suzie, która wydawała się jeszcze mniej przekonana do całego pomysłu.

Najpierw pokazałem im rysunek:

Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie Negatywne cechy osobowości w związku: pamiętliwość, mściwość, oziębienie

 

– Negatywne cechy osobowości w związku dzielą się na trzy kategorie, które przedstawiam jako trzy koncentryczne okręgi. Wewnętrzny okrąg to pamiętliwość. Uruchamia się ona, kiedy ktoś nas zdenerwuje lub sfrustruje. Każdy z nas ma tę cechę, miała ją nawet Matka Teresa. Jeżeli nie będziemy jej kontrolować, możemy stać się pamiętliwi w stu procentach. Właśnie tacy są ludzie zgorzkniali – są w stu procentach pamiętliwi. Znacie kogoś takiego?

Oboje skinęli głowami.

– Nie jest miło przebywać w ich towarzystwie, co?

Ponownie pokiwali głowami.

– Jeżeli pamiętliwość weźmie nad wami górę, przepływa do środkowego okręgu, który reprezentuje mściwość – kontynuowałem. – Kiedy tak się dzieje, koncentrujecie się na zemście na osobie, która, waszym zdaniem, was obraziła. Można to zrobić albo krzywdząc bezpośrednio tę osobę, albo siebie – na przykład pijąc na umór albo w niekontrolowany sposób wydając pieniądze. Jeżeli zaś żadne z was nie opanuje mściwości, wylewa się ona do zewnętrznego okręgu, czyli oziębienia. Na tym etapie patrzycie na siebie z wyrazem twarzy, który komunikuje: „Nie znam cię. Nie lubię cię. To koniec”. Czy rozumiecie, jakie ma to przełożenie na was związek? – zapytałem.

Potwierdzili z zamyślonym wyrazem twarzy. Przeszedłem więc do kolejnego etapu.

– Czy zgodzilibyście się ze mną, że w zasadzie każdy codziennie przeżywa różne denerwujące, rozczarowujące albo frustrujące doświadczenia?

Ponownie skinęli głowami.

– A czy zgodzilibyście się ze stwierdzeniem, że reakcje ludzi w  takich sytuacjach plasują się na skali? Na pozytywnym końcu są osoby, które nie lubią być w takiej sytuacji, ale przyjmą porażkę na klatę i nie dostaną z tego powodu szału, nie wyładowują się ani na innych, ani na sobie. Wykazują opanowanie pod presją. Podziwiamy je za to i chcemy być jak one. Prawda?

– Tak.

– Z kolei na negatywnym końcu skali są ludzie, którzy najmniejszą trudność czy przeszkodę traktują jak najgorszą katastrofę, wrzeszczą na innych lub bezlitośnie wyładowują się sami na sobie. To ludzie, których lubimy najmniej, nie chcemy przebywać w ich towarzystwie i nie chcemy być tacy jak oni. Dlaczego? Bo są dziecinni, a ich zachowanie wydaje się nam odpychające.

Pokiwali głowami.

– A oto, jak to się przekłada na wasz związek – zacząłem podsumowywać. – W kontekście waszej relacji zachowujecie się jak narkomani. Jesteście uzależnieni od reagowania na frustracje w sposób dziecinny i odpychający. Jesteście pamiętliwi. Mściwi. I właśnie dlatego doszło między wami do oziębienia, bo nie jesteście w stanie wytrzymać nawzajem swojego towarzystwa, więc się rozstaliście. Czy to w miarę jasne?

– Tak – odpowiedzieli.

Zrozumieli, na czym polega problem. Teraz musieli już tylko go rozwiązać – a ja wiedziałem, jak to zrobić.

– Od dziś chciałbym, żebyście byli dla siebie nawzajem sponsorami – powiedziałem.

Wyjaśniłem, że ich zadaniem na każdy dzień jest praca nad rozwojem odporności emocjonalnej i umiejętności radzenia sobie z irytacją, frustracją i rozczarowaniem bez wybuchania jak granat ręczny. Mieli ćwiczyć przyjmowanie przeciwności ze spokojem i dojrzalsze radzenie sobie z nimi. Przedstawiłem im strategie opanowania w obliczu trudności.

Potem przeszedłem do istoty tej metody.

– Chciałbym, żebyście zapisywali każdą sytuację, kiedy zatriumfujecie nad negatywnymi emocjami. Kiedy uda się wam nie wrzasnąć na jęczące podczas jazdy samochodem dzieciaki. Kiedy zachowacie spokój, gdy ktoś w pracy popełni głupi błąd, zamiast zmyć mu głowę. Albo kiedy będziecie bardzo cierpliwi w rozmowie z trudnym rodzicem. Na koniec każdego dnia podzielicie się tymi zwycięstwami ze sobą nawzajem. Dzielić się macie także porażkami – nie jesteście już dla siebie wrogami, tylko sponsorami.

Jack i Suzie zrobili, jak kazałem. Łatwo nie było, mieli lepsze i gorsze dni, ale w ciągu kolejnych paru miesięcy stało się coś niesamowitego – zamiast skarżyć się wzajemnie na swoje niedociągnięcia, zaczęli mi opowiadać, jak bardzo się nawzajem szanują. Zaczęli patrzeć na siebie z uśmiechem i dotykać się tak, jak dotykają się ludzie, którzy się kochają.

Rok później odnowili przysięgę małżeńską.

W początkowym okresie mojej pracy psychiatry wykorzystywałem to podejście w pracy z wieloma parami po rozwodzie lub w separacji, które chciały spróbować jeszcze raz. Oto, co stwierdziłem:

► Po 6 tygodniach wiele z nich stwierdziło, że ich związek jest lepszy niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 12 tygodniach wiele zauważyło, że są lepszymi ludźmi niż kiedykolwiek wcześniej.

► Po 18 tygodniach wiele z nich mówiło mi, że inni pytają, co takiego się zmieniło. W jednym przypadku moi podopieczni zachichotali i odpowiedzieli: „Postanowiliśmy dorosnąć”.

Dlaczego to podejście sprawdza się czasem tak dobrze? Ponieważ daje każdemu z partnerów cel, do którego można aspirować. Jeżeli ludzie podchodzą do związku jak do transakcji, skupiają się albo na tym, żeby ich było na wierzchu, albo na osiągnięciu kompromisu. W mojej metodzie jednak porzucają aspekt transakcyjny i stają się lepsi, niż którekolwiek z nich uważało za możliwe – stają się ludźmi, z których są dumni.

Co więcej, oboje pomagają sobie osiągnąć ten wyjątkowy cel. Dopingują się nawzajem. Klepią się po plecach i motywują, a w tym czasie, niezauważenie, zaczynają się na nowo kochać i szanować.

W związku, w którym dzieje się bardzo źle, cały proces może stanowić duże wyzwanie. Jeżeli więc twój związek przechodzi poważne problemy albo już jesteście rozwiedzeni bądź w separacji, powinniście zwrócić się o pomoc do profesjonalnego terapeuty. Jeżeli jednak darzycie się głęboką miłością, a wasza relacja jest zasadniczo silna, ale czujesz, że oboje osuwacie się w odmęty szaleństwa (albo już w nich tkwicie), możecie wykorzystać tę metodę samodzielnie. To uproszczone podejście nazywam zwykle żyli długo i szczęśliwie, bo to cel zupełnie możliwy do osiągnięcia, jeżeli tylko jesteś gotowy popracować, by go osiągnąć.

Kluczem do tej metody jest przyjęcie do wiadomości, że za problemy w związku odpowiedzialni jesteście oboje. Aby odnieść sukces, oboje musicie czuć skruchę za popełnione błędy, a nie tylko frustrację wobec siebie nawzajem. Jeżeli macie dzieci, musicie też przyjąć do wiadomości, że wasze złe zachowanie i egoizm szkodzą także im.

Jeżeli potrafisz się do tego przed sobą przyznać, a twój partner czy partnerka także jest w stanie przyjąć osobistą odpowiedzialność, to wypróbujcie moje podejście:

  1. Usiądź z partnerem i powiedz: „Chcę spróbować czegoś, co pozwoli jeszcze bardziej wzmocnić nasz związek. Myślę, że pomoże nam to wręcz stać się lepszymi ludźmi”.
  2. Opowiedz, w jaki sposób chcesz lepiej radzić sobie ze zdenerwowaniem, frustracją i rozczarowaniem tak, abyś nie stał się pamiętliwy lub mściwy i żeby wasza relacja nie oziębła.
  3. Zapytaj, czy twój partner jest skłonny być twoim sponsorem w tym procesie. Zapytaj także, czy możesz zostać jego sponsorem. Jeżeli się zgodzi, zobowiążcie się wobec siebie nawzajem, że będziecie starać się być lepszymi ludźmi.
Każdego dnia poświęćcie nieco czasu, by opowiedzieć sobie nawzajem o swoich triumfach i porażkach. W roli sponsora dawajcie sobie wsparcie moralne i chwalcie się za postępy.

Myślę, że zaskoczy cię, jak bardzo dojrzejesz na skutek tej metody, zarówno jako partner w związku, jak i jako człowiek. Założę się, że twoja druga połówka także dojrzeje. W głębi serca większość ludzi, którzy zachowują się niedojrzale, pragnie wznieść się ponad takie zachowanie i stać się lepszą wersją siebie. Dla chcącego nic trudnego.

A moja metoda na pewno nie jest trudna.

Przydatna wskazówka

Kiedy wraz z partnerem czy partnerką pomagacie sobie nawzajem stać się lepszą wersją siebie, przestajecie jednocześnie być gorszą wersją siebie.

Plan działania

  1. Wspólnie z partnerem przeanalizujcie swój związek. Czy wspieracie się nawzajem? Czy się szanujecie? Czy więcej czasu się razem śmiejecie, czy kłócicie? Czy cieszysz się na spotkanie z partnerem na koniec dnia, czy może coraz bardziej boisz się powrotu do domu? Jeżeli macie dzieci, jakich dobrych lub złych rzeczy uczą się z waszego związku?
  2. Jeżeli nie podobają ci się twoje odpowiedzi na te pytania, przyjmij odpowiedzialność za własne błędy w związku. Przyjmij też odpowiedzialność za ból, jaki sprawiły twojemu partnerowi i innym członkom rodziny.
  3. Zapytaj partnera, czy chciałby podjąć wspólnie z tobą wysiłek, abyście stali się bardziej racjonalnymi i lepszymi partnerami – a także ludźmi.

  1. Psychologia

Jak radzić sobie z rozchwianymi emocjonalnie ludźmi?

Furia i słowa rzucane na oślep - to częsty problem w wielu relacjach (fot. iStock)
Furia i słowa rzucane na oślep - to częsty problem w wielu relacjach (fot. iStock)
Zobacz galerię 2 Zdjęć
Słowa wypowiedziane pod wpływem emocji mogą bardzo ranić. Często jednak osoby, które je wypowiadają, nie do końca przywiązują do nich wagę. Mało tego, zdarza się, że po emocjonalnej wymianie zdań niczego nie pamiętają. Jak więc postępować z tymi, którzy nie mają na myśli tego, co mówią? – wyjaśnia Mark Goulston, autor książki „Jak rozmawiać z furiatami”.

To, co zaraz napiszę, może brzmieć seksistowsko. Wysłuchaj mnie jednak, a może mi wybaczysz.

W większości związków jedna osoba często wydaje się być bardziej logiczna – co jednak nie znaczy mniej szalona, ale o tym później – a druga bardziej emocjonalna. Zwykle osobą bardziej logiczną jest mężczyzna, a bardziej emocjonalną kobieta.

Naturalnie nie zawsze tak jest. Taki jednak schemat widzę na podstawie trzydziestu lat pracy z parami.

Nie jest więc dla mnie niespodzianką, kiedy w moim gabinecie mężczyzna siedzi z zaciśniętymi ustami, a kobieta wrzeszczy na niego: „Jesteś zupełnie jak mój ojciec!” albo „Nigdy mnie nie kochałeś!”. Nie zaskakuje mnie, kiedy mężczyzna próbuje odpierać jej argumenty logiką, co tylko doprowadza ją do większej furii. I wcale nie jest dla mnie zaskoczeniem, kiedy co jakiś czas mężczyzna wstaje z krzesła, mówi: „To koniec” i wychodzi.

A oto coś, czego dowiedziałem się dzięki wieloletnim obserwacjom takich scen – kobieta sprawia wrażenie irracjonalnej osoby w związku, ale większym „wariatem” jest często mężczyzna.

Naturalnie scenariusz ten nie zawsze zakłada związek kobiety i mężczyzny. Przykład, który chcę przedstawić, to relacja ojca i syna.

Trzydziestoparoletni Bill martwił się tym, jak bardzo przez ostatnie piętnaście lat oddalił się od niego jego ojciec Sam. Kiedy zapytałem Billa, dlaczego jego ojciec utrzymuje dystans, odpowiedział: „Nie mam pojęcia”.

Tydzień później przyszli na spotkanie razem. Podczas sesji Sam opowiedział mi o dniu, w którym jego wówczas dziewiętnastoletni naćpany syn powiedział mu: „Nienawidzę cię! Mam najgorszego ojca ze wszystkich osób, które znam. Wolałbym, żeby któryś z nas umarł”. Sam zareagował na te słowa wycofaniem i utrzymywaniem dystansu emocjonalnego od syna – sytuacja ta trwała do dnia ich spotkania w moim gabinecie.

Bill był w szoku. Ledwo pamiętał całą sytuację, ponieważ był wówczas pod wpływem narkotyków. Potrząsnął głową i zapytał, czy to zdarzenie przyczyniło się do powstania bariery między nimi.

– Bardzo wyraźnie powiedziałeś mi, jak bardzo mnie nienawidzisz i że chcesz, żebym się trzymał z daleka, do tego stopnia, że wolałeś, by jednego z nas już nie było. Wolałem dać ci przestrzeń, żeby nie zaogniać sytuacji. Od tamtej pory chyba po prostu czekałem, żebyś mnie zaprosił z powrotem do swojego życia – odpowiedział spokojnie i rzeczowo Sam.

– Ale przez narkotyki ja w ogóle nie myślałem jasno – rozpłakał się Bill.

Wieloletni ból sprawił, że i Samowi zaszkliły się oczy.

– Myślałem po prostu, że naprawdę mnie nienawidzisz i nie chcesz mieć ze mną nic do czynienia.

A teraz pytanie – kto był w tym scenariuszu osobą irracjonalną? Odpowiedź brzmi – obaj. Każdy z nich jednak był irracjonalny w inny sposób. Osobą, na której chcę się skupić w tym rozdziale, jest Sam, pozornie ten bardziej logiczny.

W stanie wzburzenia emocjonalnego ludzie często coś mówią lub robią, zanim zdążą to przemyśleć. Praktycznie wszystkie ich szalone deklaracje – które w trakcie ich tyrady brzmią szczerze – nie mają żadnej podstawy. Co więcej, tak jak w przypadku Billa, często w ogóle nie pamiętają, że coś takiego powiedzieli.

Niestety jednak nadmiernie logiczne osoby – jak Sam – tego nie rozumieją. Ich własny schemat działania zakłada myślenie, zanim coś się powie albo zrobi. Błędnie zakładają, że inni zachowują się tak samo. To wyjaśnia, dlaczego gdy człowiek logiczny (jak Sam) słyszy słowa kogoś emocjonalnego: „Wynoś się!” albo „Chcę rozwodu!”, albo „Nigdy więcej się do ciebie nie odezwę”, zaczynana planować, jak się wyprowadzić (w sensie fizycznym) albo wycofać (emocjonalnie).

Tak właśnie stało się w przypadku Sama. Zamiast dokopać się do faktycznych uczuć Billa, Sam zdecydował się na emocjonalne wycofanie, co doprowadziło ich obu do utraty piętnastu lat, których jako ojciec i syn nigdy nie odzyskają.

W tym przypadku logika nie jest tak naprawdę racjonalna. Wręcz przeciwnie, jest szalona – i właśnie dlatego, jeżeli jesteś tą logiczną osobą w związku, musisz zrobić coś niezgodnego z instynktem, czyli dokopać się do prawdziwych emocji rozmówcy.

A oto, jak to zrobić.

Przede wszystkim, kiedy stoisz przed kimś na emocjonalnej huśtawce, kto mówi coś w rodzaju „Jesteś dupkiem!” albo „Odchodzę!’, musisz zrozumieć jedno:

On tak naprawdę nie ma tego na myśli.

Dlaczego więc to mówi? Bo jest przytłoczony zalewem emocji i musi dać im upust. Może ci być trudno nie zareagować na jego słowa, ale musisz pamiętać, by nie traktować ich dosłownie.

Spróbuję to wytłumaczyć na przykładzie napoju gazowanego. Kiedy go otwierasz, zaczyna lekko gazować – to twój rozmówca w zwykły dzień. Jeżeli jednak potrząśniesz mocno butelką i dopiero ją odkręcisz, napój eksploduje – to właśnie dzieje się w tej sytuacji.

Pozwól więc, żeby twój rozmówca upuścił jeszcze trochę pary. Możesz to zwizualizować jako pianę wydobywającą się z potrząśniętej butelki napoju gazowanego. A kiedy zacznie się uspokajać, ty zacznij drążyć.

W tym celu spójrz mu w oczy i powiedz coś takiego: „Widzę, że jesteś na mnie bardzo zły. Powiedz – nienawidzisz mnie czy jesteś po prostu potwornie rozczarowany, że zrobiłem X (albo nie zrobiłem Y)?”.

Na tym etapie te słowa będą ci przychodzić bardzo trudno. W końcu w twojej rzeczywistości jesteś osobą racjonalną, a twój rozmówca działa irracjonalnie.

Powiedz to jednak i tak, bo to wtedy zachodzi magia.

Dlaczego? W rzeczywistości u podstaw gniewu i frustracji nie leży nienawiść ani pogarda, tylko rozczarowanie. Ludzie rzadko jednak używają tego wyrazu. Zamiast niego wypowiadają okropne, pełne nienawiści słowa, których tak naprawdę nie mają na myśli.

Jeżeli dasz im do wyboru opcję rozczarowania, a oni przyznają, że czują się raczej rozczarowani niż pełni nienawiści, zwykle szybko się uspokajają. Ty z kolei nie musisz się okopywać na pozycjach obronnych, bo rozczarowanie dotyczy czegoś, co zrobiłeś, a nie samej istoty tego, jakim człowiekiem jesteś.

Jeżeli więc irracjonalna osoba przyzna: „Tak, jestem tobą rozczarowana”, odpowiedz spokojnie i z empatią: „Jak bardzo?”. Pozwól jej się wypowiedzieć. Następnie drąż dalej: „Czy możesz podać jedną rzecz, którą zrobiłem albo której nie zrobiłem, a która rozczarowała cię najbardziej od momentu, kiedy się znamy?” – a potem za nią przeproś.

Może to być dla ciebie bardzo trudne, ale przekonasz się, że dzięki temu twój rozmówca spojrzy na ciebie inaczej, z większą sympatią. Być może dojdzie do jeszcze jednego ciekawego wydarzenia – twój rozmówca może ci powiedzieć: „Wiem, że też robię rzeczy, które cię rozczarowują”, a to już początek zupełnie innej rozmowy.

Wszystko to może się wydawać zupełnie nie fair – w końcu to nie ty wrzeszczysz, nie ty płaczesz i na pewno nie ty mówisz te straszne, okrutne rzeczy.

Obserwuję bacznie klientów, którzy w moim gabinecie odgrywają różne wersje przedstawienia „logika kontra emocje” i zwykle stwierdzam, że osoba logiczna kiedyś (świadomie albo nieświadomie) głęboko zraniła osobę emocjonalną swoim chłodem, lekceważeniem, upominaniem, brakiem uwagi czy wyśmiewaniem (bo tak najczęściej reagują osoby logiczne w swoim najgorszym wydaniu). To oznacza, że odpowiedzialne są obie strony i obie powinny się nawzajem przeprosić.

Proszę po prostu, żebyś przeprosił jako pierwszy.

Przydatna wskazówka

To, że ktoś jest logiczny, nie oznacza jeszcze, że jest racjonalny.

Plan działania

  1. Jeżeli masz do czynienia z osobą, która pod wpływem emocji mówi okrutne rzeczy, powiedz sobie: „Ona tak naprawdę nie ma tego na myśli”.
  2. Przy następnej takiej okazji słuchaj nie uszami, tylko oczami. Kiedy twój rozmówca już upuści pary, zapytaj: „Czy napraw­dę mnie nienawidzisz, czy po prostu strasznie cię zawiodłem?” i działaj na podstawie odpowiedzi.
  3. Słowo ostrzeżenia – ktoś, kto stale odczuwa huśtawkę emocjonalną lub gniew, może mieć zaburzenia osobowości. Jeżeli podejrzewasz taki problem, to zamiast wypróbowywać tę strategię zwróć się o profesjonalną pomoc.