1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Miłość to za mało

Miłość to za mało

123rf
123rf
Danielle B. Grossman, amerykańska psychoterapeutka specjalizująca się w terapii par, jest zdania, że sama miłość nie wystarczy do tego, żeby wieść szczęśliwe i harmonijne życie we dwoje. Co jeszcze zatem jest nam potrzebne?

Niestety, zazwyczaj nikt nas nie uczy, jak żyć w relacji, jak być autentycznym i wolnym z drugim człowiekiem, jak dawać i przyjmować miłość. Poniżej znajduje się lista emocjonalnych umiejętności, które, według Danielle B. Grossman, są niezbędne do dobrego funkcjonowania związku.

1. Rozpoznawanie i nazywanie swoich emocji odczuwanych w danym momencie. 2. Werbalna, bezpośrednia komunikacja swoich emocji. 3. Zarządzanie swoimi emocjami bez konieczności destruktywnego odreagowywania na innych. 4. Zrozumienie, co pomaga zarządzać własnymi emocjami. 5. Umiejętność tolerowania stanu, gdy czasowo nie jest się blisko z partnerem. 6. Akceptowanie bólu i cierpienia partnera przy jednoczesnej bliskości. 7. Umiejętność śmiania się z siebie. 8. Zdolność zobaczenia, że działania w dobrej wierze mogą przynosić szkody. 9. Umiejętność przyjęcia odpowiedzialności za swoje zachowania i przeproszenia za nie. 10. Umiejętność komunikowania się z szacunkiem dla drugiej osoby. 11. Umiejętność przyjmowania krytyki bez taktyk obronnych takich, jak zaprzeczanie, obwinianie, zastraszanie. 12. Zdolność określenia, czego chcesz od innych. 13. Tolerancja rozczarowania innymi. 14. Dar patrzenia na życie ze zdrowym dystansem. 15. Zdolność patrzenia na drugą osobę w całej jej złożoności. 16. Akceptacja ciemniejszej strony partnera. 17. Tolerancja tego, że ktoś nas nie zawsze rozumie.

18. Tolerancja dla tego, że partner ma inne niż my myśli, przekonania, uczucia. 19. Posiadanie poczucia, że ma się prawo do własnych opinii, przekonań, uczuć, wyobrażeń. 20. Świadomość, że są plusy i minusy każdego wyboru. 21. Pełna akceptacja różnic między nami a partnerem. 22. Zdolność bezpośredniego wyrażenia swoich odczuć na temat uczuć partnera. 23. Umiejętność samodzielnego funkcjonowania zawodowego i społecznego. 24. Pogodna akceptacja dla starzenia się i śmierci. 25. Umiejętność puszczenia bólu przeszłości. Wybaczenie. 26. Koncentracja na chwili obecnej. 27. Podstawowa umiejętność organizacji czasu. 28. Tolerancja nudy. 29. Dążenie do samopoznania i samorozwoju. 30. Umiejętność stawiania granic w trosce o swoje zdrowie psychiczne i fizyczne. 31. Umiejętność rozpoznawania doświadczenia uczucia bezsilności i przeżywanie go bez odreagowywania na innych. 32. Akceptowanie granic innych osób. 33. Liczenie się z możliwością odrzucenia. 34. Brak kontrolujących zachowań i szantażu emocjonalnego. 35. Zdolność do zachowania spokoju podczas dyskusji i konfliktów. 36. Umiejętność szukania zdrowych kompromisów, aby dwie strony czuły się wygrane.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Fundamentem szczęśliwej rodziny jest udane małżeństwo

- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
Konflikty w rodzinie są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa – mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. 

Wszystkim marzy się szczęśliwa rodzina. Od czego zaczynać jej budowanie?
Zastanówmy się, jak zaczyna się związek. Dwie osoby zakochują się w sobie, co jest stanem bardzo przyjemnym, ale jednocześnie szczególnym, bo widzi się wtedy u drugiej osoby tylko rzeczy pozytywne. Wydaje się, że znaleźliśmy kogoś idealnego, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Ten stan nie trwa bardzo długo, potem powinno nastąpić wzajemne poznanie się i dostrzeżenie swoich wad i ograniczeń. Żeby jednak dwoje ludzi mogło się poznać, muszą ze sobą rozmawiać nie tylko o rzeczach zewnętrznych, ale też o sobie: co czują, co myślą, czego potrzebują, jakie mają poglądy na wiele spraw. I to jest bardzo ważne.

Czy nie sprzyja temu tak powszechna dzisiaj praktyka mieszkania razem przed ślubem?
Niekoniecznie. Dość często jest tak, że młodzi ludzie szybko zamieszkują ze sobą, a jeszcze szybciej, bez poznania się, dochodzi do seksu, a więc największej intymności. Jeśli ten pierwszy etap poznawania się zostanie przeskoczony, to może nie być już okazji, by to nadrobić. Pary, które bardzo szybko zaczynają ze sobą mieszkać, owszem, są ze sobą, ale na ogół bardzo dużo pracują albo szybko pojawia się dziecko i tak naprawdę się nie znają!

Jakie niebezpieczeństwa z tego wynikają?
Każdy wyobraża sobie wspólne życie inaczej, jeden chce, aby było tak jak w jego rodzinie, ktoś inny odwrotnie. Każda ze stron ma swoje oczekiwania, a wychowała się w innej rodzinie, w której obowiązywały inne normy, inaczej spędzało się wolny czas.

I co wtedy?
Ja bym optowała za rozmową. Dla wielu osób to jednak coś bardzo trudnego, bo w ich rodzinach się nie rozmawiało. Często większy problem mają z tym mężczyźni, co z kolei wiąże się z różnicami w treningu społecznym dziewczynek i chłopców – dziewczynki częściej rozmawiają ze sobą o uczuciach i potrzebach, zwierzają się swoim przyjaciółkom już jako kilkulatki. Chociaż nie zawsze jest tak, że to kobieta umie rozmawiać. Dla trwałości związku dwojga ludzi ważna jest ich dojrzałość.

Na czym ona polega?
Na tym, że znam siebie – umiem wyrażać swoje potrzeby, pragnienia – ale też liczę się z rzeczywistością, czyli z tym, że osoba, z którą jestem, też ma swoje potrzeby i one są równie ważne. Im jesteśmy dojrzalsi, tym łatwiej pogodzić nam się z tym, że nasz partner jest inny niż my oraz że daleko mu do ideału. Trzeba liczyć się z ograniczeniami – że nie zawsze może być tak, jak ja chcę – i ze sobą rozmawiać, czyli także słuchać. Bo dla niektórych rozmowa to monolog. I jeszcze jedno, jeżeli chcemy budować trwały związek, to jednak świat wartości i preferowany model życia – czyli to, jak postrzegamy rolę kobiety i mężczyzny, czy chcemy mieć dzieci itp. – powinny być zbliżone.

Pojawia się dziecko i często wraz z nim przychodzi poważny kryzys związku.
Bo już nie jesteśmy tylko we dwójkę, tylko dla siebie, ale pojawia się ktoś trzeci, kto potrzebuje nas obojga. To jest krytyczny moment, stawia inne wyzwania kobiecie, inne mężczyźnie. Często trudniej jest ludziom, którym dziecko rodzi się na początku, po krótkiej znajomości, czasem nieplanowane, ponieważ nie stali się jeszcze parą, nie nauczyli się wchodzić w dynamikę kompromisów, a już muszą funkcjonować we trójkę. Istnieje niebezpieczeństwo, że mama skupi się tylko na macierzyństwie i odsunie męża od siebie i dziecka. Młody mężczyzna na ogół sam nie będzie się wtedy dobijał o swoje miejsce.

O przepraszam, dzisiaj młodzi tatusiowie rwą się do opieki nad swoim potomkiem. W ogóle dzisiejsi rodzice chcą sami brać odpowiedzialność za wychowanie dzieci, a babcie z kolei nie palą się do zajmowania wnukami.
I to jest dobre. Młodzi rzeczywiście coraz częściej mówią do babci: My cię poprosimy, jak będziesz potrzebna. Wtedy istnieje większa szansa, że tata odnajdzie się w nowej roli.

Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną potencjalne konflikty, bo ono też ma swoje zdanie, swoje pragnienia.
Konflikty są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa. Istnienie symbolicznego „pokoju rodziców” i „pokoju dziecinnego”, podsystemu „rodzice” i podsystemu „dzieci”.

Dzisiaj wielu rodziców pyta nawet małe dzieci o zdanie na każdy temat.
To bardzo szkodliwy dla dzieci model wychowania, w którym mogą one decydować o wszystkim od małego. Uczenie dziecka podejmowania decyzji to długi proces. Na początku robią to za nie rodzice. Potem z każdym rokiem zwiększa się zakres spraw, o których dziecko może samo decydować, no ale zawsze ważna jest przytomność mamy i taty. Przytomni rodzice, nawet jeżeli ich dziecko jest już nastolatkiem, pozostawiają sobie przestrzeń, w której to oni decydują. I jeżeli np. 13-letnia córka komunikuje, że idzie na prywatkę do nieznanych ludzi, mówią „nie”.

Tylko że czasem jest za późno na mówienie „nie” nastolatce.
Jest za późno, jeżeli ona o wszystkim wcześniej decydowała sama. To rodzice tworzą normy funkcjonujące w domu i w ten sposób budują bezpieczeństwo dziecka. Dzieci w wieku przedszkolnym, które mogą same wybierać, kiedy idą spać, co jedzą, dokąd idą, nie czują się bezpiecznie. I to jest ten paradoks. Bo rodzice myślą, że jak one będą decyzyjne od małego, to wyrosną na zdrowych emocjonalnie ludzi, a jest dokładnie odwrotnie. Dla dziecka bezpieczny świat to taki, w którym rodzice wiedzą.

Co powinni wiedzieć już na początku?
Dwie idee wydają się ważne. Pierwsza dotyczy budowania w sobie przekonania, że dziecko jest kimś odrębnym ode mnie, kimś, kto w pierwszych latach życia bardzo mnie potrzebuje, kto jest ode mnie zależny, ale ma własne potrzeby, cele, zadania i kiedyś odejdzie. Druga wiąże się z użytym przez angielskiego psychoanalityka D. Winnicotta terminem „wystarczająco dobrej mamy”. Rodzice mają być wystarczająco dobrzy, nie muszą starać się być idealni. No i rozmowa. Dzieci uczą się, słuchając, jak rodzice ze sobą rozmawiają, na ile sobie ustępują, jak się kłócą (bo przecież można się kłócić tak, żeby nie niszczyć drugiej osoby), i obserwując, jak się potem godzą. Gdy tata z mamą opowiadają o tym, co było w pracy, to dziecko też ma ochotę podzielić się tym, co wydarzyło się w szkole. A gdy przy kolacji jest włączony telewizor, to dziecko wyciąga swoje zabawki, a potem rodzice odkrywają ze zdumieniem, że nie znają swoich dzieci. Naprawdę można żyć pod jednym dachem i być od siebie daleko. Rozmowa jest kluczem do bliskości.

Barbara Smolińska dr nauk humanistycznych, certyfikowany psychoterapeuta i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Członek Komisji Etyki Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Psychologia

Codzienność to test dla związku

Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. (Fot. iStock)
„I nie opuszczę cię aż do śmierci!” No tak, ale… nikt nie obiecywał, że będzie łatwo! Los nie raz jeszcze wystawi nas na ciężkie próby, chorobę, zdradę, a nade wszystko na... nudę. Jak dać radę trudom codzienności, mówi psycholog Mariola Kosowicz.

Codzienność nie jest zabójcą miłości?
Nie. Jest testem naszych zaniedbań. Obiecaliśmy sobie być razem w zdrowiu i chorobie. Mijają lata, a wspólna codzienność okazuje się szara, pusta i nudna, a czasami, zupełnie niespodziewanie, do drzwi puka: choroba, problemy finansowe czy zdrada. Codzienność to także mój ból brzucha, jego katar, wspólne troski, skąd wziąć pieniądze na rachunki. Odpowiedzialne i dojrzałe wchodzenie w związek oznacza akceptację również tego, że może być trudno, bo miłość to nie krótkotrwała emocja, tylko relacja, którą buduje się każdego dnia. To ciągłe dorzucanie do pieca, żeby ogień nie wygasł.

Kiedy wygasa, to…
Budzimy się osobno, nawet jeśli leżymy w tym samym łóżku. Z niechęcią patrzymy na partnera, ożywają pretensje z przeszłości. Trwa codzienność, która nie łączy. To bardziej przymus trwania w związku: dla dobra dzieci, wspólnego konta w banku, z przyzwyczajenia albo lęku przed samotnością. Ale może być inaczej: kiedy związek jest dobrem w naszym życiu, to uśmiechamy się do siebie nawzajem i w naturalny sposób czujemy, że bez tej drugiej osoby ten dzień byłby smutny. Tęsknimy, kiedy partner wyjeżdża. W ciągu dnia, nawet najbardziej zajęci pracą, wysyłamy sobie ciepłe wiadomości, nawet te formalne: ,,Kup chleb” z emotikonem buźki. ,,Wracam do domu” oznacza wówczas nie powrót do czterech ścian, ale spotkanie z ludźmi, którzy są dla nas ważni.

Większość z nas łudzi się, że tak właśnie będzie, a potem gubimy drogę do dobrej codzienności. Codzienność jest wielką niewiadomą. Każdy z nas ma takie „kawałki” siebie, które bywają trudne w relacji, ale dojrzały partner jest w stanie przyjąć nas w całości. A my jego. Kiedy spotykamy drugą osobę, widzimy w niej, a raczej chcemy widzieć, głównie to, czego pragniemy: bratnią duszę, drugą połówkę... I wystarcza to na pierwszy moment bycia razem. Bieg dni bezlitośnie obnaża jednak prawdę. Pojawiają się poważne sygnały świadczące o tym, że partner nie jest do końca taki, jak nam się wydawało, ale z lęku, wygodnictwa lekceważymy to, mówiąc: ,,jestem przewrażliwiona”, albo: ,,on się zmieni”, „wszyscy mężczyźni tak mają, czego tu się spodziewać”. Zamiast  szukać coraz bardziej nieskutecznych form zaklinania rzeczywistości typu: ,,może kiedyś się zmieni”, lepiej dla związku, i w konsekwencji zdrowiej, zmierzyć się z problemem i  porozmawiać o tym. Zacząć na przykład: ,,Obydwoje mamy kłopotliwe nawyki. Nasza codzienność zaczyna być walką. Zróbmy coś z tym”. Niestety, wiele związków nic z tym nie robi. Tymczasem chęci jednej strony nie wystarczą. Ja chcę rozmawiać, a on/ona mówi: „ciągle się czepiasz, jak ci się nie podoba, to sobie zmień”. I tak tkwią przy sobie z musu, każde na swój sposób uciekając od smutnej prawdy o związku. A kiedy wyjeżdżają na wakacje, zabierają ze sobą znajomych po to, żeby nie być tylko we dwoje. To nie codzienność jest trudna czy smutna, to my bywamy byle jacy. Nie dorzucamy do pieca, chcemy budować związek na tej początkowej fascynacji. Albo z czasem uzurpujemy sobie prawo do wyłączności względem drugiej osoby.

 
Chodzę po domu w poplamionym T-shircie, a on rozrzuca brudne skarpetki?
Każdego dnia mamy doskonałe pomysły na zakupy czy pracę, ale najmniej planów mamy na jakość życia emocjonalnego. Dlatego wszystko zrzucamy na czynniki zewnętrzne, m.in. nudną codzienność. Przestajemy być dla siebie atrakcyjni i to nie tylko w sensie zewnętrznym, ale przede wszystkim psychicznie, emocjonalnie i intelektualnie. Przestajemy troszczyć się o siebie nawzajem i coraz częściej to ktoś z zewnątrz staje się tym atrakcyjnym i bardziej bezpiecznym powiernikiem naszych trosk, kimś, komu czujemy się potrzebni. Dopuszczamy się zdrady, ale tłumaczymy to sobie na różne sposoby. Komentując rozwód koleżanki, mówimy: ,,Nic dziwnego, że po dwudziestu latach małżeństwa odszedł od niej do młodej sekretarki. Zabiła ich codzienność”. Tymczasem to nie codzienność zawiniła, ale bylejakość. Byle jak komunikujemy się ze sobą, byle jak spędzamy wspólne chwile, byle jak wyglądamy, bo „dla kogo mam się w domu stroić?”. Odzieramy codzienność z atrakcyjności. Nierzadko dopiero wtedy, gdy pojawia się kryzys, przypominamy sobie, że jednak zależy nam na nim czy na niej i przywołujemy na ratunek odświętność. Niektóre kobiety, kiedy dowiadują się, że są zdradzane, biegną do sklepu po zmysłową bieliznę, idą do fryzjera. I nie ma w tym nic złego, pod warunkiem, że rzeczywiście dostrzegły swój udział w bylejakości wspólnego życia. Co oczywiście nie jest żadnym usprawiedliwieniem dla zdrady.

I nie ma co zwalać winy na nudną, szarą teraźniejszość?
Świat nie może brać odpowiedzialności za jakość naszej codzienności, on ją tylko przynosi. Czyja to wina, że w wielu domach już nawet nie rozmawia się o problemach, bo nie ma z kim, bo każda próba jest ucinana krótkim: ,,Ty znowu swoje”, albo: ,,Przestań truć!”. Dom powinien być miejscem, w którym mamy czasami prawo pomarudzić, mieć gorszy dzień czy się polenić. Być naszym azylem. A rodzina jako system ma być zamknięta, hermetyczna w tym sensie, że jeśli coś się dzieje między mną a mężem, to rozmawiam o tym z nim, a nie z przyjaciółką. Bezpieczeństwo systemu polega na tym, że nie ma pustej przestrzeni, w którą mogą wejść: alkohol, czasochłonne hobby czy kochanek, czyli to wszystko, co zapełni pustkę.

Może więc czasem trzeba dodać ognia, zorganizować romantyczny wyjazd we dwoje?
Dobra codzienność to umiejętność autoryzacji swoich wyborów, które nie poprzez fajerwerki, ale małe gesty i rytuały znane tylko nam umacniają związek. Trzeba się lubić, a wówczas możemy kochać się raz w miesiącu i mieć z tego prawdziwą satysfakcję, wyjeżdżać raz na jakiś czas i czerpać z tego przyjemność. Stawiajmy na jakość, a nie ilość. Można przecież spotykać się w sypialni co noc, a w ciągu dnia lekceważyć się i nie szanować. Ilość seksu, wspólnych wieczornych wyjść czy wspaniałych wyjazdów nie świadczy bynajmniej o jakości związku. Razem można się też fajnie nudzić, a kiedy jest za nudno, jedno może zaproponować: ,,Może byśmy coś zrobili?”, a drugie spytać: ,,Wychodzimy na kolację czy smażymy naleśniki?”. I nie potrzeba fajerwerków.

Czasami poszukujemy tych fajerwerków na zewnątrz, zamiast w związku.
To prawda. Kiedy nasze zadowolenie uzależniamy od dobrej pracy, świetnych przyjaciół czy ekskluzywnych przedmiotów, to kiedy to tracimy, codzienność staje się okrutna, a świat do niczego. Tymczasem o wiele ważniejsze jest to, czy lubimy siebie, czy życie z nami może dawać satysfakcję naszym bliskim i nam samym. Bez tej świadomości obudzimy się w wieku 40, 50 lat z refleksją, że emocjonalne CV naszego związku jest bardzo ubogie. Rozpraszając się na poszukiwanie ekscytacji na zewnątrz, gubimy coś ważnego. A przecież do związku wnosimy jakość każdego dnia. Warto tak sobie zaplanować dzień, żeby nie wracać do domu wyczerpanym, ale mieć siłę na pobycie z rodziną, wspólną kolację czy rozmowę.

A co z traumatycznymi wydarzeniami, które spadają na związek?
Nie muszą go zniszczyć, ale na pewno weryfikują prawdę o nim. Kryzysy są i będą częścią życia człowieka, związku, rodziny. Na jedne pracujemy sami, inne, jak choroba czy śmierć osoby bliskiej, pojawiają się nieproszone. Z psychologicznego punktu widzenia, to nie kryzys jest największym problemem, ale to, w jaki sposób sobie z nim radzimy. Na przykład życie z poważną chorobą w rodzinie, to wielkie wyzwanie dla każdej ze stron i jest czymś naturalnym, że potrzeba czasu, żeby się w tym odnaleźć. Rodzina korzysta wtedy ze znanych systemowi zachowań zaradczych. Jedni biegną w pogoni za jeszcze lepszym lekarstwem (którego często nie ma) w myśl: ,,im więcej dla ciebie robię, tym bardziej cię kocham”. Inni potrafią rozmawiać, wspólnie popłakać, pośmiać się i dbać o dobrą jakość każdego dnia. Jeszcze inni odkrywają, że są sobie bardziej obcy niż myśleli. Bywa również, że choroba osoby bliskiej jest dla zdrowego partnera sytuacją nie do udźwignięcia, bo „to on zawsze dbał o mnie, nie mam siły tego znosić” – i sam zaczyna chorować albo znajduje sobie następnego opiekuna. Nierzadko choroba odwraca role w związku, każe nauczyć się nowych. Udowadnia także, że codzienność to pogodzenie się z tym, co przynosi nam życie, nie rezygnacja, ale akceptacja.

  1. Psychologia

Jak kochać szczęśliwie?

Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. (fot. iStock)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Czy o miłości powiedziano już wszystko? Czy warto pisać kolejne poradniki psychologiczne i artykuły poruszające temat zakochania, budowania związku i dbania o relację? Czy rozmowy o tym nigdy nam się nie znudzą? Moim zdaniem odpowiedź brzmi : nie. Ani nie znudzą, ani nie wyczerpią wszystkich refleksji i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Bo miłość to najtrudniejsze z uczuć. Najpiękniejsze, najważniejsze, czyniące nasze życie wyjątkowym i barwnym, ale również najtrudniejsze.

Aby umieć kochać szczęśliwie, trzeba odrobić wiele niełatwych życiowych lekcji. Bo dojrzewanie do miłości to proces, który wymaga nie tylko naszej motywacji i wiary w możliwość bycia szczęśliwym, ale także wielu psychologicznych kompetencji, które musimy nadrabiać w życiu dorosłym, ponieważ w naszym dzieciństw nie mieliśmy okazji nauczyć się tego, co jest warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej. A są nim przede wszystkim miłość do siebie i wiara we własną wartość, odwaga w podejmowaniu ryzyka oraz otwartość na drugiego człowieka i zdolność do empatii.

Jako psycholog i terapeuta par wiem jedno: każdy z nas ma w tych obszarach coś do przepracowania. I każdy przynajmniej kilka razy w życiu zadawał sobie pytania: jaki popełniam błąd? Dlaczego nie znajduję spokoju i szczęścia? Co sprawia, że cierpię, że ranią mnie bliskie osoby? Czy znajdę miłość? Czy będę umiała o nią zadbać? Uważam, że każdy z nas potrzebuje czasem wsparcia i podpowiedzi, co robić, gdy zagubi się w meandrach miłości, zatraci w zakochaniu czy doświadczy bolesnej straty. Bo każdy czasem traci wiarę w miłość szczęśliwą.

Skąd te wątpliwości, rozterki, lęki i błędy, które popełniamy? Ano stąd, że nikt z nas nie miał idealnego dzieciństwa i każdy wchodzi w dorosłość z jakimś bagażem nieprzepracowanych, trudnych doświadczeń i emocji. Dlatego uważam, że każdy z nas czasem potrzebuję wsparcia, podpowiedzi, jak radzić sobie z uczuciowymi dylematami, a te odnajdzie w artykułach i poradnikach, w których o psychologi uczuć i mechanizmach budowania relacji piszą osoby, mogące swoją wiedzą i doświadczeniem służyć czytelnikom. I uważam, że każdy, kto po takie wsparcie sięgnie, odnajdzie coś dla siebie. Bo każdy z nas ma swój obszar do przepracowania, który sprawia, że trudno mu kochać szczęśliwe.

Część z nas to „niedokochane dzieci" spragnione akceptacji i bezwarunkowej miłości. Takie osoby są w stanie zgodzić się na wiele, zbyt wiele, aby ktoś, często ktokolwiek, je pokochał. Wikłają się w toksyczne, przemocowe relacje, wierząc, że krzywdy których doznają, to „ich wina". Dlatego ich lekcją jest uczenie się bycia asertywnymi i umiejącym szanować i kochać siebie. Cześć z nas to zranieni wrażliwcy, którzy zamykają się w bezpiecznej skorupce, nie ryzykując bycia porzuconymi. Boją się rozczarowania. Boją się miłości. Pytają: co zrobić, aby nigdy nie zostać zranionym? I znajdują odwiedź: można nigdy nie kochać. To prawda. Wtedy nikt nas nie zrani. Gdy się nie przywiążemy, gdy nie zaryzykujemy, nie zostaniemy zranieni. Ale czy warto zapłacić taką cenę? Czy warto zrezygnować z uczucia tylko dlatego, że się boimy? Dla takich osób wyzwaniem jest uczenie się odwagi pomimo lęku, który czują. Bo każdy się boi. Ci, którzy ranią, udają obojętność, gdy ktoś cierpi; ci, którzy uciekają przed odpowiedzialnością, i ci, którzy nie potrafią kochać dojrzale też się boją. Ich lękiem jest przywiązanie i zależności. Bo miłość to odpowiedzialność. A ona jest dla wielu osób trudna.

Miłość to również sztuka dbania o drugiego człowieka. Dlatego wymaga postawy empatycznej i uważnej na potrzeby innych. Miłość szczęśliwa to także szacunek do siebie samego i poczucia własnej wartości. To pogodzenie własnych potrzeb z dbaniem o szczęście tych, których kochamy. Nie każdy potrafi tę równowagę zachować. Dla wielu z nas bycie otwartym na drugiego człowieka w sposób, który pozwala chronić również własne granice i własną intymną przestrzeń, to nie lada wyzwanie. Uważam, że do miłości szczęśliwej każdy z nas musi dojrzeć i nauczyć się tych psychologicznych umiejętności, które pomogą mu w tym procesie. Dlatego każdy kolejny artykuł, na temat tego jak przygotować się do zbudowania relacji, jak uczyć się kochać dojrzale i odpowiedzialnie, jak być w miłości szczęśliwym, jest tak cenny. I dlatego uważam, że warto o miłości rozmawiać, warto dzielić się swoimi doświadczeniami i szukać cały czas odpowiedzi na ważne i aktualne pytania. Bo warunkiem koniecznym miłości szczęśliwej jest umiejętność dbania również o siebie.

Maria Rotkiel: psycholożka, terapeuta, autorka poradników psychologicznych.

  1. Psychologia

Od zakochania do dojrzałego związku

W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
W związku od początku najważniejsza jest szczerość, a także bycie w kontakcie z samym sobą oraz świadomość własnych uczuć. Podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu jest również dzielenie się odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby. (Fot. iStock)
Podstawą dojrzałego związku są wspólne cele, bagatelizowane na początku różnice mogą stać się przeszkodą nie do pokonania - tłumaczy Marta Wołowska-Ciaś, terapeutka Gestalt.

W początkowej fazie znajomości zakochani najchętniej w ogóle nie rozstawaliby się. W pewnym momencie to „zakleszczenie” się kończy. Zakochanie to faktycznie wyjątkowy moment w związku. Można powiedzieć - niepowtarzalny, pod wieloma względami. Wszystko dzieje się po raz pierwszy: pierwsze spojrzenia, spotkania, dotyk,  potem: wyjawianie tajemnic, rozmowy o przeszłości, dzieciństwie, planach na przyszłość, pocałunki, intymne kontakty…  To budzi niesamowicie pozytywne uczucia. Ekscytacja i niemal euforia towarzyszą każdemu spotkaniu, oczekiwaniu na telefon, rozmowę, wiadomość. Po kilku tygodniach partnerzy spotykają się coraz częściej, spotkania trwają coraz dłużej i dochodzi do nich w bardzo różnorodnych sytuacjach. To już nie tylko randki w kinie i kolacje przy świecach, ale wspólne weekendy, wyjazdy we dwoje, poznawanie znajomych. Zakochani stają się coraz mniej zahamowani i bardziej skłonni do wzajemnego pochwalania się i ganienia. Stają się bardziej empatyczni, rozwijają swoje własne zwyczaje, systemy porozumiewania się, scenariusze wzajemnych kontaktów.  

Jak wykorzystać ten proces dla budowania dojrzałej relacji? Od początku ważna jest szczerość i uczciwość w związku, a także bycie w kontakcie z samym sobą, świadomość własnych uczuć tu i teraz. Dzielenie się zarówno pozytywnymi, jak i negatywnymi myślami i odczuciami w odpowiedzi na działania drugiej osoby jest podstawą w budowaniu prawdziwego kontaktu.

Na przykład? Kiedy osoba jest świadoma swoich własnych uczuć w danym momencie - warto pamiętać, że są to: złość, smutek, radość, strach - ma wolność wyboru i zachowania. Kiedy partner spóźnia się na kolację albo spotkanie może powiedzieć: „Jest mi przykro, kiedy nie przychodzisz punktualnie. Czuję się wtedy dla ciebie mało ważna. Możemy o tym porozmawiać?”. Albo: „Złości mnie, kiedy umawiasz się ze mną, a przychodzisz razem z koleżanką. Oczekuję, że będziesz to ze mną omawiała w przyszłości, dobrze?”.

Aby związek mógł przejść w kolejną fazę, potrzebne są wspólne cele. Nie muszą być identyczne. Jednocześnie wspólne planowanie, rozmowy na temat przyszłości mogą korzystnie wpłynąć na cementowanie relacji. Jeśli cele nie będą zsynchronizowane co do głównych założeń, takich jak na przykład posiadanie albo nie dziecka, miejsce zamieszkania, jeśli zbagatelizujemy te różnice na początku, to potem mogą się okazać przeszkodą w stworzeniu trwałego związku.

Kiedy związek zaczyna dojrzewać? Kiedy mija pierwsza faza związku (około 8-9 miesięcy), „partnerzy silniej odczuwają, że ich indywidualny interes jest nieodłączny od istnienia i jakości łączącego ich związku.[...] Coraz częściej i silniej występują jako para (a nie dwie jednostki) w relacjach z innymi ludźmi. [...]  Zwiększają wysiłek wkładany w związek, podwyższając w ten sposób jego ważność we własnej przestrzeni życiowej"*. To także czas, kiedy budujemy swoje granice w związku. Dlatego tak bardzo ważna jest świadomość własnych granic. Gdzie kończę się ja, a gdzie zaczynasz się ty? Samo zadawanie sobie takiego pytania w związku, rozmowa o tym może zwiększyć naszą wiedzę i odczuwanie samych siebie.

Jak stawiać granice w związku, żeby nie zranić partnera? Drogowskazem w stawianiu granic powinny być nasze uczucia i znajomość własnych potrzeb. Warto szukać odpowiedzi na pytania: „ jak ja się czuję, kiedy mój partner proponuje to czy tamto albo zachowuje się w stosunku do mnie w taki albo inny sposób? ”, „czego potrzebuje, chcę, co tak naprawdę lubię?”.  Jeśli będziemy przekraczać siebie, nie wyjdzie nam to na dobre, a tym bardziej nie przysłuży się relacji. Wcześniej czy później „wyjdzie”, być może bocznymi drogami, w nieadekwatnej sytuacji, nasza złość czy zranienie.

Ale może się zdarzyć, że postawienie granicy będzie raniące dla partnera. Wtedy konieczna jest rozmowa, żeby zrozumieć, co kryje się za taką sytuacją. Być może nasze zachowanie przypomina mu jakieś niedokończone sytuacje z przeszłości i otwiera niezabliźnioną ranę. Może ma inny system wartości, wychowanie, wiarę, zasady i stąd mogą wynikać jego uczucia. Tego nie wiemy. To może oczywiście dotyczyć nas samych. Dlatego im bardziej jesteśmy świadomi siebie, tym łatwiej budować dobre relacje. Stawianie granic to wyraz troski i szacunku do siebie i do partnera. I pamiętajmy: asertywność to nie tylko umiejętność mówienia NIE, ale także mówienia TAK.

*cytaty pochodzą z: B. Wojcieszke „Psychologia miłości”

  1. Psychologia

Jak mężczyźni pamiętają swoją pierwszą miłość?

„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
„Magia” pierwszej miłości często jest przez mężczyzn lekceważona. Tymczasem jest to doświadczenie, z którego można wiele skorzystać w życiu dorosłym. (fot. iStock)
To od nas zależy, czy zechcemy skorzystać z potencjału pierwszej miłości, aby odmłodzić i ożywić obecny związek, a także poczuć się młodymi. Mimo lat – mówi Benedykt Peczko.

Pamiętasz swoje młodzieńcze miłości?
Oczywiście. Było ich kilka. Szczególnie jedną zapamiętałem jako doświadczenie, które mnie odmieniło, wyniosło na inną orbitę. Poznałem ją na rodzinnych wczasach, zakochałem się po uszy. Gdy wróciłem do domu, zauważyłem, że straciłem kontakt z przyjaciółmi, z kolegami. Moja wrażliwość wyostrzyła się, odczuwałem wszystko niezwykle intensywnie – muzykę, zachody słońca, krajobrazy. Czytałem poezje, liryki, które przemawiały do mnie jak nigdy dotąd. Czułem wiersze od podszewki, każdy rytm, rym, uczucia zawarte między słowami. Czułem się tak, jakby świat wnikał we mnie poprzez otwarte serce. Zachwycałem się pięknem mojej dziewczyny, widziałem piękno dookoła. Byłem zdziwiony, że inni nie zachwycają się światem, którego niezwykłość tak mnie oszałamiała.

To jest ta magia. Magia pierwszej miłości. Najczęściej szybko mija, a jednak pozostawia ślad: otwarcia, zachwytu, oddania, piękna, niewinności… Mistyczne doznania. Co się z nami dzieje, gdy się zakochujemy?
Doświadczamy bardzo silnej więzi z ukochaną osobą. Marzymy. Tęsknimy. Niepokoimy się, że możemy ją utracić. To jest także jedno z pierwszych doświadczeń związanych z przekraczaniem ego. Ktoś zakochany przestaje sam sobie wystarczać. Kochana osoba staje się ważniejsza od przyjaciół, planów, celów. Jej brak jest wyraźnie odczuwany, boli. Bez niej życie traci smak. Jeśli miłość jest odwzajemniona, odczuwamy rezonans, zrozumienie bez słów – trudno ubrać w słowa rezonowanie na poziomie istnienia. To jak odkrywanie tajemnicy. Tajemnicy, która jest zarezerwowana tylko dla nas – zakochanych.

Takie doświadczenie to skarb, potencjał rozwojowy, drogowskaz. Jest w nas zapisane, zawsze dostępne.
Odnoszę wrażenie, że mężczyźni dzielą swoje życie na sektory – szczenięca, romantyczna miłość już była i minęła, teraz jest życie na poważnie; mają świadomość wyzwań, przed którymi stoją. Jeśli już wracają do tamtych zdarzeń, to robią to raczej, aby je pomniejszyć, zlekceważyć: „Jaki głupi człowiek był, jaki naiwny!”. Tracą tym samym korzenie swojego miłosnego aspektu. Pierwsze miłości to trening, przygotowanie do dojrzałej miłości. Odkrywamy, czym miłość jest. Nikt nam tego nie może wytłumaczyć. Możemy czytać o miłości, przeczuwać, czym jest, mieć intuicję, jednak dopóki jej nie doświadczymy, jesteśmy jak teoretycy pływania: nigdy nie weszliśmy do wody po to, by pływać, nie spróbowaliśmy tego sami. Dopiero gdy się zakochujemy, zaczynamy rozumieć, co to znaczy kochać.

Przyjaciel zrezygnował z organizowanego przez szkołę europejskiego konkursu muzycznego, bo to wiązałoby się z przeniesieniem na jakiś czas do innego kraju, a on był zakochany i nie chciał rozstawać się z dziewczyną. Minęło 20 lat, a on ciągle żałuje tamtej decyzji, wyzywa siebie od głupków.
Teraz łatwo tak powiedzieć, jednak gdyby wtedy pojechał, a po jakimś czasie wrócił i zobaczył, że dziewczyna ma innego chłopaka, to mogłaby być tragedia. Wtedy dopiero by żałował! Jakże często tworzymy iluzje, jak fantastycznie by było, gdyby tylko… Wyolbrzymiamy wyimaginowane wspaniałości tego, czego nie wybraliśmy. Jakiś czas temu było głośno o ludziach, którzy na spotkaniach „naszych klas” przypominali sobie o dawnych miłościach, zrywali dotychczasowe związki i wiązali się z dziewczynami i chłopcami z dawnych lat. To nie może się udać, ponieważ w takiej sytuacji przechodzimy przez regresję wiekową i próbujemy nadrobić coś, co przeminęło. Zapominamy, że jesteśmy już innymi ludźmi, w innym miejscu swojego życia.

Pierwsza miłość otwiera serce, ale to nie znaczy, że można cofnąć czas i wrócić do tego, co było?
Raczej nie można, dlatego że tamto zakochanie było aktualne w tamtej czasoprzestrzeni, na danym etapie rozwoju każdej z tych osób. Przez lata gromadzimy inne doświadczenia, fascynują nas inne rzeczy, budujemy własny obraz świata, różnic przybywa. Zmęczeni obowiązkami możemy zechcieć wrócić do tamtych cudownych dni. To iluzja, że powrót jest możliwy. Chyba że dawnych zakochanych obecnie fascynuje to, co teraz w sobie odkrywają już jako dorośli, dojrzali i doświadczeni.

Jak zachować pamięć o pierwszych miłościach, czerpać z ich potencjału, jednak nie ulegać iluzji?
Zakochani patrzą sercem i widzą sercem. Widzą to, co dla innych jest zakryte, niewidoczne. Właśnie ten sposób widzenia warto pielęgnować. Oprócz planów na przyszłość, zadań, wyzwań, obowiązków, formalnych zobowiązań warto wracać do miłosnego potencjału i go hołubić. Nawet jeśli w naszym świecie to wydaje się nierealne, nieprzeliczalne, nie do skalkulowania, niepraktyczne.

Miłość romantyczna idealizuje: ukochana wszystko robi doskonale, cudownie chodzi, mówi, tańczy. Jednak mija jakiś czas i okazuje się, że ma też wady, różne nieprzyjemne strony.
Niezależnie od tego w dalszym ciągu możemy być w niej zakochani. Możemy widzieć ograniczenia, nawyki, niekorzystne sposoby zachowania i wiedzieć, że to nie one stanowią istotę tej kobiety. Możemy być zakochani w jej głębokiej wewnętrznej naturze, unikalnej tożsamości. Często słyszę od mężczyzn: „Miłość to bajka, a życie to życie”. To są dramatyczne wyznania. Wydaje się, jakby w ich życiu nie było miejsca na zakochanie, na zatrzymanie i poczucie, że oto jestem w miłosnym kontakcie z kobietą, z którą dzielę życie. Mówię wtedy, że to od nas samych zależy, w jaki sposób organizujemy swoje życie, jakie podejmujemy decyzje; czy decydujemy się podtrzymywać taki styl życia jak dotychczas, czy otwieramy się na doświadczanie miłości. Po wielu latach miłosne związki obumierają, tracą smak. Mężczyźni są tym sfrustrowani. Pocieszają się, że tak to już jest, na tym polega życie. Na tym polega ich życie.

W ubiegłe walentynki odwiedziłam moich 70-letnich znajomych. On kupił jej ogromne pluszowe serce, które po naciśnięciu śmiało się do rozpuku, a oni śmiali się razem z tym sercem! Tłumaczyli mi, że odkąd w Polsce przyjęło się święto zakochanych, robią sobie takie prezenty. Są prawie pół wieku po ślubie.
Pogratulować!

Proponujesz mężczyznom sięganie po inspirację do ich przeszłości?
Tak, a oni na to: „Mam się zachowywać jak nastolatek? Patrzeć z nią w rozgwieżdżone niebo? Słuchać ptaków? Śpiewać jej piosenki?”. A dlaczego nie?

Wyobrażam sobie szczęście kobiety, gdyby mężczyzna napisał dla niej wiersz.
Albo kilka razy w tygodniu przynosił kwiaty, robił drobne prezenty, kupował książki, wysyłał czułe SMS-y w ciągu dnia. Przecież tak to było, gdy zaczynaliśmy. I to działało. Gdy robimy teraz podobne rzeczy, wtedy wracamy do tamtego stanu – ciekawości, podekscytowania, radości. To znane powiedzenie, ale warto je tu przytoczyć: jeśli chcesz żyć inaczej, musisz myśleć inaczej, czuć inaczej i działać inaczej. W nowy sposób. Jeśli nie wprowadzimy zmian, nic się nie zmieni. Możemy zacząć od pooglądania zdjęć z początków naszego związku, przywołania dobrych wspomnień, odwiedzenia naszych romantycznych miejsc. W ten sposób celebrujemy naszą miłość i ożywiamy ją.

Związek moich znajomych uratowały randki. Po 20 latach znów zaczęli się umawiać. Postanowili, że oboje będą tego pilnować – wolna godzina w ciągu dnia, telefon do męża i wspólna kawka na mieście. Wieczorem zakupy, a potem wspólnie obejrzany film. Kolacja w ulubionej restauracji. Od czasu do czasu jednodniowa wycieczka. Spacer po parku. A to wszystko nazywane jest randkami.
Chodzi o to, aby nawiązać kontakt z tamtym wewnętrznym stanem zakochania: jak to wówczas odczuwałem, co mnie motywowało, jak się zachowywałem. Nie chodzi oczywiście o wierne kopiowanie zachowań, ale o przeniesienie jakości stanu wewnętrznego. Pozwolenie sobie, aby w obecności bliskiej osoby moje serce było otwarte, żebym mógł przeżywać zachwyt, intymność, tajemnicę – inni tego nie widzą i nie rozumieją, ale my rozumiemy się bez słów. Jesteśmy w przepływie, w rezonansie. Tutaj ważne jest pozwolenie sobie na to – nie jestem niepoprawnym romantykiem czy naiwniakiem, po prostu daję wyraz miłosnemu potencjałowi we mnie i to czyni mnie młodym. Miłość odmładza, dodaje sił i energii. I oczywiście wspiera wszystkie obszary naszego życia. Jakość życia zmienia się nieprawdopodobnie.

Najlepiej podobno zakochać się we własnej żonie. Znane są takie badania: spytano mężczyzn, którzy ożenili się po raz trzeci, o to, czy kolejne związki były lepsze od pierwszego. Ci mężczyźni powiedzieli, że spokojnie mogliby zostać w pierwszym; że gdyby poświęcili tyle czasu, uwagi i adoracji pierwszej żonie, ile później kolejnym partnerkom, pierwszy związek z pewnością by rozkwitł.
Dojrzali mężczyźni mówią, że doskonale widzą procesy starzenia się, zmiany, które następują. A jednocześnie wiedzą, że pułapką jest zwracanie uwagi na szczegóły: ile partnerka waży, jak wygląda, ponieważ w ten sposób gubi się istotę jej osoby. Gdy zachowujemy zdolność bycia zakochanym, pozwalamy sercu patrzeć i widzieć poza zmarszczkami, zachwycać się. Niedoskonałości nie przesłaniają kobiety – wybraliśmy ją, a nie jej karierę, umiejętności, stan posiadania czy cokolwiek innego. Mówimy: „Kocham twoją kuchnię”. Ale przecież gdyby tylko o to chodziło, moglibyśmy zatrudnić kucharkę. Kocham cię, bo ty jesteś ty, a nie dlatego, że jesteś fajna, dobrze gotujesz, tyle w życiu osiągnęłaś, tyle dobrego zrobiłaś dla rodziny. Za to możemy być wdzięczni, a wdzięczność może tworzyć dodatkowe korzystne środowisko do zakochania, ale go nie zastępuje. Moja żona mówi: „Czas mija, uroda pozostaje”. W miłości chodzi o wewnętrzną urodę, która nigdy nie będzie miała zmarszczek. Kochając, swobodnie przechodzimy z poziomu operacyjnego w naszym związku na poziom egzystencjalny.

Gdy mężczyźni mówią, że byli naiwni, może chodzi im o to, że byli niewinni?
Czym była ta „naiwność”? Nieskażonym, czystym, niewinnym widzeniem. I była w niej taka siła! Powrót do niewinności zakochania możemy połączyć z doświadczeniem, które nabyliśmy przez lata. Możemy być jednocześnie dojrzali i romantyczni.

Benedykt Peczko jest psychologiem, trenerem, psychoterapeutą, dyrektorem Polskiego Instytutu NLP.