1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Seks
  4. >
  5. Jak zacząć szczęśliwy związek?

Jak zacząć szczęśliwy związek?

123rf.com
123rf.com
Nie wszystkie związki się udają, ale zawsze warto próbować. O czym należy pamiętać, żeby dać sobie szansę na szczęśliwy związek ?

Wyciągaj wnioski

Zastanów się, dlaczego poprzedni związek się skończył.  Warto zrozumieć przyczynę rozstania, żeby uniknąć tych samych błędów. Jeśli w kontaktach z ludźmi (przyjaciółmi, partnerami, współpracownikami) jakaś cecha albo jakieś zachowanie cię denerwują, to nie łudź się, że w związku będzie inaczej. Owszem, na początku zakochani są ślepi i głusi, ale ta pierwsza fascynacja szybko mija. Lepiej od razu uczciwie powiedz sobie, że to człowiek nie dla ciebie, zamiast potem narzekać na jego irytujące nawyki.

Naucz się spotykać nowych ludzi

Wspólne zainteresowania sprzyjają budowaniu szczęśliwego związku.  Uczęszczaj więc do miejsc, w których chętnie spędzasz czas, a nie tylko wpadasz na jednorazowe „łowy". Jeśli lubisz taniec - zapisz się do szkoły tańca, jeśli wolisz czytać książki  – chodź na spotkania autorskie, a jeśli na przykład uwielbiasz gotować – idź na warsztaty kulinarne. Nie bądź zdziwiona, że w klubie fitness nie spotkasz nieśmiałego intelektualisty...

Szukaj swojego księcia

Zwłaszcza po złych doświadczeniach w poprzednich związkach trudno uwierzyć, że książę na białym  koniu istnieje. Ale naprawdę nie wszyscy mężczyźni kłamią, zdradzają, wykorzystują itd. itp. Jeśli coś cię zainteresuje w nowym znajomym, zaufaj intuicji i daj wam szansę. Przedstaw go przyjaciołom, wyjedźcie razem na weekend. Jeśli zależy ci na dojrzałym związku a nie tylko na  krótkiej przygodzie wstrzymaj się do seksu na pierwszej randce.

Zawsze masz wybór

Pamiętaj, że to ty decydujesz, czy chcesz kontynuować jakąś znajomość czy nie. Zobacz, jak zachowuje się nowy znajomy, gdy jesteście sami a jak w towarzystwie; obserwuj, czy liczy się z twoim zdaniem; słuchaj, co mówi i czego od ciebie oczekuje. Zawsze możesz skończyć relację, w której nie czujesz się dobrze.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Otwarty związek - jakie są zasady tej gry?

Grafika pochodzi z bestsellerowej książki „Ciekawe czasy” Naoise Dolan,
opowiadającej historię uczuciowego trójkąta pomiędzy Avą, Edith i Julianem. (materiały prasowe)
Grafika pochodzi z bestsellerowej książki „Ciekawe czasy” Naoise Dolan, opowiadającej historię uczuciowego trójkąta pomiędzy Avą, Edith i Julianem. (materiały prasowe)
Co to znaczy otwarty związek? - Jesteśmy razem, ale nie obowiązuje nas wierność. Możemy mieć na boku romanse i seks, ale pozostajemy wobec siebie uczciwi, bo tego nie ukrywamy  i nie mamy pretensji. Czy to w ogóle możliwe? Dla kogo i po co? Pytamy Biancę-Beatę Kotoro, psychoseksuolożkę i terapeutkę.

Czy ludzie, którzy zdecydowali się na otwarty związek, trafiają do gabinetu seksuologa? Przecież z seksem nie mają kłopotu: żadnych zahamowań, akceptacja zdrady.
Jest odwrotnie, niż może się wydawać. Zacznę od historii pewnej pary ze świata artystycznego, co ma znaczenie, bo tam wisi w powietrzu przekaz, że masz być wolny! Nieskrępowany żadnymi zasadami, bo ciebie nie obowiązuje to, co powinno nauczyciela czy lekarza. Kiedy więc po trzech latach małżeństwa mąż powiedział, że potrzebuje seksu na zewnątrz związku, żona się zgodziła. Od partnera dostała także przyzwolenie. On przez kolejne cztery lata miał trzy związki. Był też święcie przekonany, że i ona – tak często wyjeżdżając – korzysta z wolności. Pewnego dnia po powrocie żony z kilkudniowego wyjazdu służbowego powiedział: „Może mi dziś wreszcie opowiesz, to doda nam pikanterii, co tam robiłaś i z kim”. A ona się rozpłakała i powiedziała, że nigdy nie była w stanie z nikim innym iść do łóżka. Mogła tylko flirtować i raz się całowała! I że muszą się rozwieść, bo ona już tak żyć dłużej nie da rady…

A on słysząc słowo „rozwód”…
Powiedział, że idą na terapię, bo on na wszystko się zgadza, tylko nie na rozwód. Nie ma ochoty stracić ani jej, ani dziecka. Usłyszał od niej, że warunkiem jest powrót do monogamii. Trafili do mnie ze względu na specjalizację seksuologiczną, gdyż żona chciała się upewnić, czy dwaj poprzedni terapeuci, do których poszli, nie mylili się, gdy radzili jej, aby się z kimś przespała. Miała poczuć się wtedy lepiej, bo wyrównałaby rachunki i odreagowała napięcie. Powiedziałam: „To tak nie działa”. Zrobiłaby sobie tylko krzywdę, gdyby tak postąpiła. Rozpoczęliśmy więc terapię: on przestał się spotykać z innymi kobietami, choć miał poczucie straty, ale też przepraszał ją i zapewniał o swoich uczuciach. Ale im bardziej się kajał, tym bardziej ona mówiła, że nie wie, co będzie z nimi za dwa, trzy lata...

Dlaczego kiedyś, a nie teraz?
Tworząc otwarty związek, często mylimy miłość z grą w pokera: Kto kogo ogra? Na ile tej drugiej osobie na mnie zależy? Na ile mogę przesunąć jej czy jego granice? I właśnie taka gra o władzę toczyła się między nimi od początku. Teraz ona była górą, a przedtem on. Musieli przestać grać, jeśli mieli być razem. Zamiast rozgrywać – zacząć mówić o swoich prawdziwych uczuciach, odkrywać głębokie potrzeby. Na nowo poczuć, czy to jest ten mężczyzna, ta kobieta, z którą chce iść przez życie. Czy, poczynając od kwestii seksualnych, podnieca mnie już sam jej/jego zapach, a kończąc na intelektualnych, czy cenię sobie rozmowy z nią/z nim.

Poczuć, czy jeszcze się kochają.
Właśnie. Polepszyło się między nimi, kiedy po mojej sugestii dotyczącej tego, czy jest coś, co mogliby robić razem, zatrudnili nauczyciela tańca. I gdy uczyli się kroków w miejsce rozgrywania kto kogo – pojawiły się między nimi szczere emocje: radość, zawstydzenie, złość. A jak któreś próbowało przejmować kontrolę, trener mówił: „w tańcu są zasady”. Słyszeli więc, że jeśli chce się razem tańczyć, to trzeba je przyjąć.

Gra, zasady? Otwarty związek ma przecież wzbogacić życie seksualne: „Ty się czegoś nauczysz, ja się czegoś nauczę i potem będziemy to razem robić”, prawda?
Tak się nam tylko wydaje, ale rozwijać możliwości i wrażliwość cielesną najlepiej razem, kiedy jesteśmy sobie wierni i mamy do siebie pełne zaufanie. Wtedy możemy zamknąć oczy i puścić wszelką kontrolę. Ujawnić swoją zmysłowość, odważyć się na eksperymentowanie. Śmiało poszukiwać i pozwolić na poszukiwanie stref erogennych. Uczymy swoje ciała doświadczać maksymalnej rozkoszy i dawać taką rozkosz. A za sprawą uczuć, które stymulują nasze neuroprzekaźniki, hormony, jesteśmy w uniesieniu zmysłów i wzmożonej sensualnej wrażliwości. I dlatego nasze doznania są o niebo intensywniejsze. Ucząc się seksu razem, mamy więc niezwykłe odczucia, które nas do siebie zbliżają.

Życia seksualnego nie wzbogaca zwiększenie liczby jego uczestników?
Jeśli poszukujemy nowych doznań, to na początku możemy odczuć fascynację. Niezależnie od tego, czy w domu mamy fajny seks, czy raczej nie, bo partnerka lub partner mówią: „Tego robić w łóżku nie będę”, to kiedy próbujemy czegoś, czego nie było nam dotąd wolno skosztować, to nasze ciało na to zwykle silnie reaguje. Mówimy: „Jest super!”. Nie trwa to jednak długo. To, co nas w dodatkowej kochance czy kochanku fascynuje, to niewiadoma. Jak zareaguje? Ale za trzecim, czwartym razem już to wiemy. Szukamy więc kolejnej kochanki, kochanka, a potem znów… Wpadamy w uzależnienie od ekscytacji, od przekraczania granic. Stajemy się Don Juanem – fantastycznym kochankiem dla nowych partnerów, ale na jedno, góra trzy spotkania. Potem wyczerpuje się nam repertuar seksualnych zachowań.

Seks staje się schematyczny, kiedy mamy otwarty związek i wielu partnerów?
Mamy przećwiczony scenariusz łóżkowy na trzy godziny. Może to być obowiązkowo wzajemne mycie. Potem masaż. Następnie miłość francuska, czyli seks oralno-genitalny. I przechodzimy do penetracji pochwy czy odbytu w przeróżnych pozach. Wszystko to zaplanowane i odhaczone. Możemy mieć fajny seks z kimś, kogo lubimy, ale seks z kimś, kogo kochamy, jest wyjątkowy. Niepotrzebna jest mapa punktów erogennych, niezbędna przy seksie technicznym. Seksuolodzy wiedzą, że istnieje tajemniczy czynnik, który nazywa się pożądanie. Mężczyźni i kobiety mówią: „Kiedy z nią (z nim) jestem, dzieje się coś niezwykłego”.

Wielu powie, że z natury jesteśmy poligamistami.
Każdy może mówić, co uważa za prawdę. Wchodząc jednak w związek, dajemy sobie (to nasza decyzja, a nie biologia) w prezencie pudełko „wierność”, przewiązane czerwoną kokardą, w którym jest obietnica wyłączności naszego ciała i duszy. Jeśli odwzajemnimy dany sobie podarunek, w zamian dostaniemy coś niezwykle cennego – tajemnicę intymną, która zbliża nas do siebie, scala, bo znamy ją tylko my dwoje. Ta tajemnica dotyczy tego, co robimy tylko my i co odkrywamy tylko przed sobą. Co jest tylko nasze, a o czym inni nie wiedzą i się nie dowiedzą. Ale też czego nigdy nie skosztują! To jest to „coś”, co ekscytuje nas w dobrym monogamicznym związku. Niezwykła wartość, o której rzadko mówimy, a która łączy na lata.

Nie mówimy o tej wartości wcale, bo liczy się ilość, a nie tajemniczość?
Otwarty związek to jak zajadanie smutków czekoladą, bez myślenia o tym, że w biodrach przybywa nam centymetrów. Coś nas ekscytuje, jest fascynujące, nasze myśli krążą wokół kogoś niedostępnego. Nakręcamy się: te SMS-y, fantazje na temat wspólnego wyuzdanego seksu... Odłącza się nam myślenie przyczynowo-skutkowe, zaczynamy żyć chwilą, ona nas ekscytuje. Wydaje się nam, że świat jest u naszych stóp, bo mamy tak wiele romansów: „Tomek ma boskie ciało, a Daniel to mistrz minety!”. Albo: „Z Kamą robimy superoral, a Gabi ma cudowne ciało!”. Możemy się tym upoić, ale kiedy usiądziemy gdzieś sami, to pomyślimy: „Ale z kim ja właściwie jestem? Kim ja jestem?”. To wyzwanie – głęboko się nad sobą zastanowić! A więc na chwilę można się związkiem otwartym poekscytować, ale co potem?

„Umówiliśmy się, że wiemy, z kim romansujemy, ale złamał tę zasadę, bo go kochanka poprosiła!” – to słowa kobiety żyjącej w otwartym związku.
Zawsze pytałam pary żyjące w takich związkach, czy mają jakieś zasady. I zawsze słyszę, że tak. Uśmiecham się wtedy, bo wiem, że potrzebujemy zasad. Tylko że w otwartym związku z założenia kręci nas to, żeby je łamać. I nadchodzi taki moment, że któreś z dwojga zada sobie pytanie: „A co będzie, jak i tę zasadę złamię?”. Nie jest to decyzja podjęta z premedytacją przy porannej kawie: „Teraz zrobię wbrew umowie”, po prostu ta pragnąca ekscytacji część nas chce zrobić kolejną rzecz, której nie wolno, sięgnąć po naprawdę zakazany owoc! Bo w otwartym związku ekscytuje i podnieca właśnie łamanie zasad. Nie chodzi o seks!

Jak to nie chodzi o seks? Na czym się więc opiera otwarty związek?
Fundujemy go sobie na złamaniu zasady wierności, a potem staramy się łamać wszystkie inne. Nie z powodu wolności, bo ona jest i w demokracji, i w anarchii. Ale w demokracji są zasady, a kiedy je odrzucamy – przechodzimy w anarchię. Stajemy się wówczas agresywni albo lękliwi, bo bez ram. A ludzie bez ram nie potrafią dobrze funkcjonować. Proces dojrzałości polega na tym, aby rozumieć, czym jest wolność. A wolność nie oznacza, że robię wszystko, co chcę. Ale że postępuję zgodnie z zasadami, które sama przyjmuję. Jeśli wchodzę w związek, to godzę się na to, że jedna osoba jest dla mnie najważniejsza i tylko z nią łączy mnie intymność. A jest to bardzo ważne, bo jedną z naszych głębokich potrzeb jest potrzeba wyłączności, wierności, bliskości. Można poeksperymentować, ale jako ludzie chcemy mieć poczucie, że ktoś należy tylko do mnie i ja tylko do niego. To naturalne, że tworzymy pary.

Usłyszałam od znajomej: „No i zakończył się nasz otwarty związek, bo on się zakochał”.
W wolnych związkach nie ma miłości, jest pożądanie, jest układ, jest gra. Ten, kto może w nim wytrzymywać, zazwyczaj się nie zakochuje. Uczucie miłości nie jest dla niego wewnętrznym czuciem, ale kwestią umowy. Może doświadczył czegoś, co kazało mu uwierzyć, że nie warto kochać? Może się jednak zdarzyć, że spotka kogoś, kto sprawi, że otworzy się na miłość, uwierzy, że zasługuje na to, żeby być kochanym przez jedną osobę i jednej osobie dawać miłość. A gdy pojawi się to uczucie, chcemy, żeby ta osoba była tylko dla nas – i my żebyśmy byli tylko dla niej.

Ale kobiety często zgadzają się na otwarty związek ze względu na partnera, dlatego że kochają za bardzo, a nie że wcale.
Pytanie, gdzie postawimy granice akceptacji. Ktoś powie: „Bardzo cię kocham, ale będę pić i co piątek spędzać wieczór z inną”. A druga strona na to: „Tak bardzo cię kocham, że będę z tobą”. Niestety, jest to wyraz źle pojętej miłości. Gdy czara goryczy i rozczarowania się przelewa, ona ma dość, mężczyzna czuje się oszukany: „Nie powiedziałaś, że nie chcesz”, „Nie powiedziałaś po pierwszym razie, że było ci źle, nie tak”. Jak zabrniemy w jedno kłamstwo, które dotyczy cielesności, to zafundujemy sobie efekt kuli śnieżnej. Dlatego trzeba na początku powiedzieć: „Stop! To nie dla mnie”.

Zdarza się też, że kobiety same pragną otworzyć związek z powodu temperamentu?
Kobiety chcą lub zgadzają się otworzyć związek, jeśli myślą o sobie: „Jestem wyzwolona, mam swoje potrzeby, nie należę do nikogo, tylko do siebie”. Bazują więc na egocentrycznym „ja”. Można i tak, ale człowiek w pewnym momencie rozwoju ma potrzebę, aby zacząć też dawać. W seksie czerpiemy z tego satysfakcję. I w zdrowych relacjach to jest właśnie fantastyczne, że czerpiemy satysfakcję i ją dajemy. No i nasuwa się też pytanie, jak będzie później. Czy nadal kobieta będzie tak upajała się dotykiem, pocałunkami, zmysłowością? A jak będą wyglądały jej intymne relacje z mężem? Czy będzie w nich ta wyjątkowość? A może ich seks stanie się techniczny? Zazwyczaj dotyk nie jest już tak ekscytujący jak kiedyś i bliskość z partnerem znika, kiedy dopuścimy tak samo blisko do siebie inne osoby. No i już po kilku razach kobieta może się poczuć jak przedmiot, choć się na taką grę zgodziła lub jej chciała.

Znam otwarty związek, w którym to głównie kobieta korzysta z prawa do posiadania kochanków, a partner nadal ją adoruje.
Skoro im tak dobrze się żyje, to nam nic do tego. Nasuwa się tylko pytanie, jak oni zdefiniowali swój otwarty związek. Czy może to raczej projekt? I co z ich emocjonalnością? Może jedno chce przyjmować ból, a drugie go zadawać i sprawować władzę, w ramach zasad i reguł? Jeżeli kobieta lubi ćwiczenia fizyczne w ramach seksu i nie ma z tego powodu wyrzutów sumienia, a jej partnera to nie rani, to okay. Ale jeśli coś ją w seksie sportowym uwiera, to potem nie będzie czuła się dobrze ani sama ze sobą, ani z partnerem.

Czy można otwarty związek zamknąć?
To wymaga wysiłku. Odpowiedzi na fundamentalne pytania: Czy zależy mi na tej osobie? I czy potrafię postawić kreskę pomiędzy tym, co było, a co będzie? A więc jeśli oboje potrafią odciąć się od przeszłości, mają taką kontrolę nad sobą i emocjami, że nie ulegają im (co nie znaczy, że ich nie czują), to owszem, mogą być dalej razem.

Dziś otwarte związki są bardziej popularne?
Na pewno jest na nie większe przyzwolenie społeczne. Do terapeutów trafiają jednak nadal pary lub pojedyncze osoby zdruzgotane i zagubione byciem w takim układzie. Czasami trwał on kilka miesięcy, a czasem 12 lat. Czują, że nadużyli samych siebie, przekroczyli własne granice. Nie chcę urazić ani oceniać ludzi w wolnych związkach, ale proponowałabym, by odpowiedzieli sobie na takie pytania: Czy z łatwością przychodzi mi się dzielić sobą? A tą drugą osobą? Gdzie jest moja granica? Czy to, co nas łączy, to miłość, czy układ zawarty w imię innych rzeczy? Czym dla mnie jest związek?

Książka „Ciekawe czasy” Naoise Dolan, opowiadająca historię uczuciowego trójkąta pomiędzy Avą, Edith i Julianem ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, w przekładzie Doroty Maliny. Książka „Ciekawe czasy” Naoise Dolan, opowiadająca historię uczuciowego trójkąta pomiędzy Avą, Edith i Julianem ukazała się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, w przekładzie Doroty Maliny.
  1. Seks

Czy bez zakazów jest sexy? - pytamy Katarzynę Miller

Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Jak często kochalibyśmy się, gdyby nie towarzyszyły nam żadne kulturowe ograniczenia? Czy seks bez cenzury może być jeszcze ekscytujący? (fot. iStock)
Czy seks byłby sexy, gdyby nie był choć trochę zakazany i grzeszny? Czy musimy przekraczać granice, żeby mieć w łóżku przyjemność? Czy miłość fizyczna bez cenzury obyczajowej, bez wymyślonych, niegrzecznych scenariuszy byłaby taka pociągająca – wyjaśnia Katarzyna Miller, psychoterapeutka.

Slavoj Žižek, filozof kultury, w filmie dokumentalnym Sophie Fiennes „Z-boczona historia kina” mówi, że nie przeżywalibyśmy seksu, gdybyśmy w głowie nie mieli myśli, że czegoś nam nie wolno. A więc seks bez dodatkowej wkładki nie byłby sexy.
Byłby sexy, jak cholera. Nawet bardziej… Chociaż może to, co mówię, to wyraz mojego marzenia o byciu dzieckiem natury, które kocha się w słońcu na plaży, w lesie na polanie, bez wstydu i ograniczeń? Ale też nie może nie być przyjemne dla ludzi to, że się pieszczą, dotykają, całują, że mają orgazm... A tego by w seksie bez zakazów i bez tabu nie zabrakło. Gdyby seks nie był zakazany, dawałby nam samą przyjemność, bez tej drażniącej nuty perwersji. Bo oprócz tego, że miło jest czuć na skórze wiaterek, miło jest pływać w chłodnej wodzie, tak samo miło jest ocierać się o drugie ciało, ciało kogoś, kto ładnie pachnie, kto nas podnieca, kto może być pociągający albo atrakcyjny...

Albo pociągający, albo atrakcyjny?
No tak, bo może ci się ktoś nie podobać fizycznie, ale nagle – kiedy zaczniecie na przykład tańczyć czy przez przypadek się dotkniecie – wybucha między wami ogromna namiętność. Przeżyłam to kiedyś. Zatańczyłam z pewnym panem, który wydawał mi się nieciekawy, ale kiedy się dotknęliśmy, poczułam to samo co on. Tańczyliśmy sześć razy z rzędu, aż jego żona dała mu parasolką w łeb i zabrała do domu. Swoją drogą dużo się nauczyłam z tego jej zachowania. Wtedy wybałuszyłam oczy: „Jak ona się nie wstydzi?”. Mamusia uczyła mnie, że dama się tak nie zachowuje. Ale ta kobieta była prawdziwa, zrobiła to, co musiała, i uratowała swój związek. Bo co z tego, że my oboje pamiętamy o tym tańcu do dziś? To nikomu nie szkodzi! A gdyby nie walnęła go parasolką, to pewnie bym z nim poszła do łóżka. I nie wiadomo, czy zgranie z parkietu przeniosłoby się do sypialni. Sam taniec jest też doświadczeniem spełniającym, a ja byłam tego wieczoru doskonale spełniona.

A wracając do tematu…
Gdyby seksualność była czymś naturalnym, to żyłoby się nam zdrowiej i przyjemniej. Może byłoby nas mniej, bo nie ciupcialibyśmy się tak często jak teraz, robilibyśmy to tylko dla przyjemności, a nie z 37 innych powodów, które biorą się właśnie stąd, że seks jest trochę tabu, trochę brudny, trochę zły. A wielu ludzi najbardziej w seksie kręci właśnie to przekraczanie zakazów… Pewien mój klient dowiedział się, że jest zdradzony, od kochanka żony, który chciał go tym poniżyć: „Miałem twoją babę”. Potem przez wiele lat podrywał kobiety będące w związkach, a potem porzucał, bo to nie one go interesowały. Obchodziło go to, żeby zdradzony facet dowiedział się, że jest rogaczem… Takich akcji naliczył 39. Gdy powiedziałam mu, że wcale nie chodzi o jego temperament, ale odwet, że oddaje swój ból innym mężczyznom, zdziwił się, a potem rozpłakał. No więc gdyby zakazów, tabu, grzechu nie było, kochalibyśmy się znacznie rzadziej, może z kimś innym i tylko wtedy, kiedy chcielibyśmy mieć dzieci albo gdy bardzo byśmy się sobą zauroczyli i zapragnęli bliskości cielesnej...

Gdyby nie było zakazów i tabu, mniej byśmy się kochali? Pruderyjni moraliści są innego zdania i dlatego starają się utrzymać wszystkie zakazy.
Zakazy prowokują, by je łamać. No, oczywiście, gdyby nagle wszystkie zniknęły, to przez jakiś czas zapewne ludzie dużo częściej decydowaliby się na przygodny seks, na zasadzie posmakowania już dozwolonego owocu. Ale potem nastąpiłoby uwolnienie od seksualnych obsesji. Seks miałby mniej mroku i na pewno byłoby mniej przestępstw seksualnych. Nie można by seksem ludzi zniewalać, uwodzić, manipulować nimi. Ale też kobiety musiałyby się wtedy nauczyć przyjmować odmowę. Mężczyźni przez setki lat byli narażeni na nasze „nie”. Jeśli chcemy równouprawnienia, też musimy się tego nauczyć. Bo czy seks jest tabu, czy nie, ktoś mi się może podobać, a ja jemu nie. I na to nic nie poradzimy. Zawsze można dostać kosza. A co do przeciwników wolności seksualnej – mnożąc zakazy i nakazy, osiągają odwrotny efekt z powodu naszej przekory. Chcemy tego, czego mieć nie możemy. Tacy jesteśmy od dziecka. Kiedy rodzice zabraniali nam jeść lody, podejrzewaliśmy, że chcą je mieć tylko dla siebie. Dziecko nie wie, że powody bywają racjonalne. Ale też irracjonalne jak wtedy, kiedy rodzice ośmieszają dzieci, gdy przyłapią je na zabawie w doktora. Robią to dlatego, że sami sobie z seksem nie radzą, są pozbawieni frajdy seksualnej, przesiąknięci zakazami wyniesionymi z własnego domu. I dlatego automatycznie, bezrefleksyjnie tego samego zabraniają swoim dzieciom. Tak sobie z pokolenia na pokolenie przekazujemy masę złych rozwiązań. I szkodliwych, bo na przykład brak edukacji seksualnej czy szczerych rozmów o seksie powoduje, że nastolatki mają żenującą wiedzę o życiu intymnym ludzi i dzwonią do telefonów zaufania, takich jak Ponton, pytając, czy wystarczy napić się coca-coli, żeby nie zajść w ciążę. Jeśli rodzice nie potrafią rozmawiać o seksie, to niechnchociaż kupią książki i zostawią w domu w widocznym miejscu, dziecko je znajdzie i czegoś się dowie. Odczaruje ten straszny grzeszny seks.

Czy dobrze by było, gdyby nie było żadnych granic?
Ale one są: nie zabijaj, nie kradnij, nie poniżaj, nie szydź. To wystarczy. W seksie jako takim nie ma nic złego, seks jest zły, gdy go używamy do zdobycia władzy nad drugim człowiekiem, poniżenia go czy nękania. Ale seks taki może być tylko wtedy, kiedy wynika z zakazów i perwersji, jaka się z nich rodzi.

Jednak seks z mężem kumpeli to nie perwersja, tylko świństwo.
Człowiek bardzo potrzebuje wolności, a ponieważ zabiera się nam ją od dziecka, to staramy się ją wyszarpać. Jedni podjadają cichaczem słodycze, drudzy kradną albo ryzykują życie. Każdy ograniczony w swoich prawach człowiek, który czuje, że coś się w nim szarpie i chce wydostać na zewnątrz, znajduje sobie swój kawałek wolności. A seks nadaje się do demonstracji wolności niesłychanie dobrze. To nawet może być wyraz bezczelności: „Ja tu się nie boję!”. Zakazy niesłychanie nas rajcują! Jeśli rodzice mówili: „Tego nie możesz, to nie wypada, my lepiej wiemy, co dobre dla ciebie, jak zrobisz to – przestajesz być naszym dzieckiem” – jeśli tak cię wychowywano, to gdy mąż kumpeli ci się podoba, myślisz: „Zrobię, co będę chciała! Dam sobie prawo!”. I robisz to, bo choć zapłacisz za ten seks poczuciem winy, to ono właśnie da ci ten smak, że nie słuchasz innych (i swojego wewnętrznego rodzica). Ale nie masz potrzeby przekory, gdy rodzice uczyli cię wybierać. Mówili: „Możesz nie nakładać czapki, sprawdź sama, czy nie będzie ci za zimno”. Jeśli mogłaś decydować i poznawać konsekwencje, to masz w sobie ukształtowanego wewnętrznego dorosłego i nie musisz wciąż walczyć z rodzicami. Nie musisz odrzucać zakazów i nakazów, żeby czuć się dorosła. Podejmujesz decyzje, a nie buntujesz się i robisz na przekór, choć masz już 40 lat.

Czyli wychowanie w rygorze może nas demoralizować?
Ja nie palę, bo ojciec mi powiedział: „Spróbuj, zapal, ja palę od 13. roku życia i żałuję, bo nie mogę rzucić”. To było na feriach zimowych. A ponieważ mi nie zabronił, mogłam spokojnie, zgodnie ze swoimi odczuciami uznać, że mi papierosy nie smakują. Że ten dym i smak jest ohydny. Podobnie było z alkoholem. Upiłam się kiedyś na wakacjach z ojcem i czułam tak źle, że potem upiłam się jeszcze tylko raz i koniec, nigdy więcej. Piję tylko trochę. Szkoda, że z jedzonkiem tak mądrze nie rozegraliśmy sprawy…

A seks?
Opowiedziałam ojcu o swojej inicjacji i on mnie podtrzymał na duchu, bo to nie było udane przeżycie, ale czasy były takie, że nie rozmawiało się otwarcie o seksie. A szkoda, bo mogłabym uniknąć wiele bólu i rozczarowań.

Ale czy my chcemy seksu bez dodatku perwersji, przełamywania tego, co uznane za dobre? Nowe powieści kobiet o seksie nie są o wolności seksualnej, ale o sadomasochizmie...
A więc ich autorki odwołują się do zakazów wyrastających ze starej kultury. Już im wolno pisać, więc piszą, ale jedną nogą stoją w XIX wieku, gdzie wyobrażenia gwałtu uwalniały od poczucia winy, że „ja sama chciałam”. Ale są też inne książki, jak ta autorstwa Catherine Millet – „Życie seksualne Catherine M.”, w której pani kustosz bierze mężczyzn, korzysta z seksu, jak robią to mężczyźni. Jednak jakiekolwiek by te książki były, dobrze, że kobiety mają prawo je jawnie pisać i jawnie czytać. Oznacza to, że przyznają się do tego, że są istotami seksualnymi, a to przełamanie podstawowego tabu naszej kultury. Gdyby było więcej miękkiej kobiecej pornografii, to mężczyźni by więcej o nas wiedzieli. Nie tylko nakręcaliby się, wyobrażając sobie dwie lesbijki w łóżku, ale pamiętali, jak ważny jest dotyk, gra wstępna, zbliżanie się do siebie…

A więc czy w ogóle jesteśmy w stanie dziś, tak wychowani, kochać się bez zakazów?
Jest takie opowiadanie: dziewczyna udaje, że daje się poderwać nieznajomemu, którego odgrywa jej narzeczony. Ale wtedy ten wyzywa ją od dziwek i odchodzi. Dlaczego? Bo ma bardzo malutkie poczucie wartości i na pewno nie wie, czym jest radość z seksu, bliskość, spontaniczność. Ma za to w głowie pełno zakazów. A kochać się bez zakazów znaczy iść za tym, co czuję i czego pragnę, nie za tym, co sobie w głowie wymyślę, a potem próbuję na siłę realizować. Każda dobra rzecz w życiu jest tu i teraz. Pewnie, trzeba też czasem planować. Ale radość daje nam to, co dzieje się tu i teraz. Zmysły kierują nas ku przyjemności, która jest niewinna. Naturalna. Kiedy leżycie sobie na ciepłym piaseczku i słoneczko świeci, wiatr od morza jest taki słodki, to czy nie byłoby jeszcze wspanialej zdjąć majteczki i się pokochać? Byłoby. Żeby tak się stało, potrzebne jest nam naturalne podejście do seksu jako do rozkosznego elementu życia.

Ale jeśli tego nie umiemy, to co mamy zrobić?
Problem tkwi we wpajanym nam poczuciu winy. To ono, wyniesione z domu i lekcji religii, próbuje nas zatrzymać przed wszystkim, co nam sprawia przyjemność. Co daje rozkosz. I kiedy dajesz sobie przyjemność na siłę, czyli przełamujesz zakazy, swoje lęki przed karą bożą, przed złością mamusi, to czujesz napięcie. Ono może podkręcać, ale zakłóca prawdziwą przyjemność. No i w takiej sytuacji musisz dać Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, i pozwalasz sobie na przeżycie ekscytacji, choć za chwilę musisz sobie dać w łeb za tę swawolę. Marudzisz, obrażasz siebie i czekasz na karę, a więc się podstawiasz. To jak biczowanie się za zmysłowe myśli… Jednak poczucie winy działa tylko tam, gdzie ludzie się boją, bo jak się boją, to nic ich nie cieszy. A wtedy niemożliwa jest prawdziwa zmysłowość. Trzeba więc te lęki pokonać, a poczucie winy nas nie zatruje. Wtedy będziemy mogli iść za zmysłami. Za zwykłą dziecięcą potrzebą zabawy i przyjemności, bo zabawą jest wszystko, co daje przyjemność. Tylko że to musi być przyjemność po naszemu, nie przez podglądanie i naśladowanie jakichś innych dorosłych, na przykład naszych rodziców. Musimy iść za zmysłami, ale tak, jak my sami czujemy. A kiedy nam się uda, kiedy nasze ciało tu i teraz doświadcza spontanicznej przyjemności, to i naszej duszy jest lżej.

A więc seks bez zakazów to seks nastawiony na zmysły, czystą przyjemność?
Wielu mężczyzn nie uznaje dotyku w seksie. Chcą tylko mechanicznego seksu i doznania ulgi. Postępują tak, bo usłyszeli w życiu tyle zakazów i nakazów, tyle wycierpieli, że się w ogóle sobą nie cieszą. Nauczyli się tylko, że w tym napięciu, w którym żyją, wytrysk daje im na chwilę ulgę. To, co robią w łóżku, to nie jest seks dla przyjemności. Ci mężczyźni nie wiedzą, że mogą mieć z dotykania ich ciał przyjemność. Ale jeśli mają kochanki, które mają ochotę na erotyczny seks, to one im pokażą, że pieszczenie całego ciała jest rozkoszne i przyjemne także dla mężczyzny.

Ale mężczyźni często nie chcą, żeby ich pieścić.
E tam, trzeba powiedzieć: „Kochanie, jesteś zmęczony? To się połóż, ja cię będę głaskać, masować, posmaruję olejkiem, pocałuję”. Jeśli się nie da, to znaczy, że ten mężczyzna ma poważny problem z bliskością. Ale normalny facet, któremu kobieta zaproponuje masaż pod prysznicem, nie powie nie. I tak powolutku przyzwyczai się do pieszczenia jego samego. A potem do pieszczenia jej… Bohaterka filmu „Take this Waltz” poznaje mężczyznę, który jest inny niż jej mąż. Mówi otwarcie i z radosną pewnością siebie, co by z nią zrobił, długo, dokładnie o tym opowiada i oboje ich to słodko nakręca. Co prawda ona ucieka, ale potem do niego wraca. Bo jej mąż nie czuł się nigdy jej godny i w seksie nie był naturalny. Wielka namiętność trwa dwa lata, potem wygasa. Ale ona dzięki temu doświadczeniu zmienia się, wzbogaca. W ostatnim kadrze filmu jest szczęśliwa, uśmiechnięta, bo dała sobie prawo do inicjacji, do wyzwolenia...

  1. Psychologia

Bilans związku – czy ty i twój partner podążacie w tym samym kierunku?

Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo? (fot. iStock)
Decyzja o wspólnym życiu to ryzykowny krok w nieznane. Ty i on wsiadacie do łódki – maleńkiej łupinki kołyszącej się na wodach groźnego oceanu. Dzielnie wiosłujecie przed siebie. Ale czy na pewno do tego samego brzegu?

On mi się w ogóle nie podobał, nawet go nie lubiłam… – tak zaczyna swoją opowieść Danka, jedna z moich pacjentek. Roberta poznała na imprezie u znajomych. Ona brylowała w towarzystwie, a on wodził za nią zachwyconym wzrokiem.

– Opłakiwałam wtedy swoją ostatnią miłość – opowiada. – To był facet, który odchodził i wracał do mnie jak bumerang. Właśnie po raz kolejny zniknął z mojego życia. Przyjaciółki radziły mi: „Danka, klin klinem”, a Robert akurat był pod ręką. Starał się, zabiegał, uwodził, no i… wpadłam jak śliwka w kompot. Zaczęłam odpowiadać na jego adorację, dawać do zrozumienia, że mi także zależy, a wtedy on zwolnił tempo. Kiedy proponowałam spotkanie sam na sam, on mówił, że może następnym razem, bo dzisiaj nasza paczka wybiera się do kina. Parę razy próbowałam się do niego przytulić, pocałować, ale on robił uniki. Poklepywał mnie po plecach jak dobrego kumpla, przytulał jak brat siostrę, całował w policzek. W towarzystwie nadal sprawiał wrażenie, że jest mną zainteresowany. Wszyscy byli pewni, że między nami coś się szykuje. Byłam wściekła, czułam, że robi ze mnie idiotkę. Koleżanka doradziła mi, żebym się zdystansowała, nie dawała po sobie poznać, że mi na nim zależy. Tłumaczyła, że każdy facet to myśliwy, sam chce zdobywać. Kiedy robiłam krok do tyłu, on zbliżał się; dzwonił, pisał SMS-y, nazywał mnie „kotkiem”, „misiaczkiem”. Takie akcje dodawały mi odwagi, zaczynałam wierzyć, że jemu także na mnie zależy. Pewnego dnia zapytał, czy zostanę u niego na noc. Pomyślałam, że wreszcie podjął decyzję, że się zdeklaruje. Zostałam, poszliśmy do łóżka, było cudownie, ale kiedy rano zapytałam, co robimy dalej, odpowiedział, że umówił się z kumplami na piwo i że wieczorem zadzwoni. Mam już tego dosyć, nie rozumiem, o co mu chodzi. Zależy mu na mnie, czy chodzi tylko o seks?

– A czego ty chcesz? – pytam w odpowiedzi. Danka jest zdziwiona. Jak większość kobiet, na początku relacji miała dokładnie zaplanowany scenariusz, ale nie swój, tylko partnera. Wiedziała, czego od niego oczekuje, jaki krok on powinien zrobić, jak się powinien zachować. O swoich uczuciach nie wiedziała nic. Czuła się zaproszona (nie wiadomo, na jakiej podstawie) do wspólnej łódki i zgadywała, jaki kurs chce obrać Robert.

Świadomość swoich intencji

– Czy myśli pani, że jemu na mnie zależy? – dopytuje Danka. – Przecież tak się nie zachowuje facet, któremu kobieta się nie podoba.

Próbuję jej tłumaczyć, że tu nie chodzi o jakąś kobietę, tylko o nią. O to, co ona czuje, czy zachowanie Roberta uszczęśliwia ją, czy rani. Nie chcę słuchać opowieści o tym, co on zrobił, a co powinien zrobić. Nie mam zamiaru interpretować jego zachowania, doradzać jej, co powinna zrobić, żeby on był bardziej zaangażowany. Tłumaczę, że wspólne życie ma szansę tylko wtedy, kiedy obydwie strony mają świadomość swoich intencji, bo na intencje partnera nie mamy żadnego wpływu. Że wszelkie intelektualne strategie, gry, manipulacje to mało efektywne zabiegi. Odwodzę od pokusy „poważnej” rozmowy z Robertem, dopóki ona sama nie będzie pewna, czego chce od tego mężczyzny, co pragnie mu dać. Wreszcie na jednej z sesji Danka zdecydowała: – Tak naprawdę nie chodzi mi o niego. Po prostu nie chcę być w ten sposób traktowana przez żadnego faceta.

Przypomniałam jej wtedy to, co powiedziała mi na pierwszej sesji, że on jej się nawet nie podobał. Zaczarowała się faktem, że zainteresował się nią jakiś mężczyzna, na dodatek w tym czasie, kiedy czuła się zraniona przez innego. Zalała Roberta mnóstwem uczuć: rozczarowaniem, tęsknotą za miłością, lękiem przed odrzuceniem, chęcią bycia w związku.

Pamiętaj: Jeśli decydujesz się wsiąść z kimś do wspólnej łodzi z zamiarem popłynięcia na Hawaje, powiedz mu, że właśnie tam chcesz dotrzeć i zmiana kursu nie wchodzi w grę.

Miłość nie znosi poświęceń

– Zainteresowałam się nim, bo był inny niż mężczyźni, których spotykałam do tej pory – tak zaczęła swoją opowieść Magda. Nie wiedziała, czy chce ratować związek, czy rozstać się z Michałem. Od roku czuła, że ją i Michała niewiele już łączy. Żyją obok siebie, coraz rzadziej się kochają. Magda ma swoją firmę, która przynosi coraz większe dochody. Michał nie pracuje, kolejny raz wznowił studia. Kiedy Magda sugeruje, żeby dołożył się do rachunków, on pożycza od rodziców.

– Znajomi zwracają mi uwagę, że się zmieniłam – mówiła Magda. – Unikam wspólnych wyjazdów, bo Michał nie ma pieniędzy, a ja jestem zmęczona sponsorowaniem. Na knajpy też mu szkoda kasy. Ma ulubioną siłownię, filmy i książki.

Kiedy zapytałam, czego ode mnie potrzebuje, powiedziała: – Czuję, że powinnam zakończyć ten związek, ale nie mam odwagi, bo Michał to w gruncie rzeczy taki dobry człowiek.

Gdy zaczęłyśmy zgłębiać pojęcie „dobrego człowieka”, okazało się, że Magda, jak wiele z nas, pielęgnuje w swojej głowie mnóstwo powszechnych mitów w stylu: „To najlepszy kandydat na męża”, „Zegar biologiczny tyka”, „Najpierw kariera, potem pora na męża, dziecko, rodzinę”. Magda ma 30 lat. Powiedziała mi, że jej ojciec w dniu jej osiemnastych urodzin zrobił listę gości weselnych, którą co rok uaktualnia.

Na kolejną sesję postanowiłam zaprosić ją razem z Michałem. Oczami wyobraźni widziałam go jako nieudacznika, który zarabia mniej od swojej partnerki i jeszcze pożycza pieniądze od rodziców, a tymczasem siedział przede mną zadbany, zadowolony z siebie mężczyzna, a obok niego drobniutka, skulona kobieta z poczuciem winy na twarzy. Z miesiąca na miesiąc coraz bardziej chudła, miała problemy ze snem, bolał ją kręgosłup i często się przeziębiała. Nikła w oczach. Czułam, że jeśli nie przestanie poświęcać samej siebie w imię związku, może stać się coś bardzo złego. Tłumaczyłam jej, że Michał lubi swoje życie i wcale nie chce niczego zmieniać. Żył podobnie jak jego rodzina; rodzice byli artystami, nie mieli stałych źródeł dochodu. – Może właśnie to mi się podobało w Michale, że żyje tak na luzie, nie martwi się o jutro – tłumaczyła mi. Ale sama chciała żyć inaczej. W jej rodzinie stała praca, oszczędności, planowanie wszystkiego – to były podstawowe wartości.

Różnice nas przyciągają, kuszą, są obietnicą ciekawego życia, ale z czasem stają się kością niezgody. Trudno jest rozstać się z tzw. dobrym człowiekiem, rozum podpowiada: „Nie spotkasz nikogo lepszego”, poza tym żal odejść, kiedy tyle zainwestowało się w związek. To wszystko prawda, jednak kiedy „w imię miłości” poświęcasz siebie, ważne wartości, rezygnujesz z marzeń i potrzeb – twoje serce i ciało cierpią.

Pamiętaj: Nie masz mocy, by zmienić partnera, zwłaszcza jeśli jemu odpowiada tryb życia, jaki prowadzi. Kiedy wsiadasz do łodzi i jesteś gotowa płynąć gdziekolwiek tylko po to, by nie być sama, albo zaspokoić oczekiwania rodziców, bądź tego w pełni świadoma. I zadaj sobie pytanie: „Czy właśnie tego chcesz?”.

Najpierw miłość, potem ślub

Iwona, kolejna moja pacjentka, jest w związku z mężczyzną, który „boi się zobowiązań”. Jak twierdzi, nie ma wystarczająco ustabilizowanej pozycji zawodowo-materialnej, żeby zdecydować się na ślub, nie jest gotowy na dziecko, na wspólne mieszkanie ma jeszcze czas. Podoba mu się życie beztroskiego nastolatka (choć ma już trzydziestkę), który zarobione pieniądze wydaje na własne przyjemności. Tymczasem Iwona marzy o stabilizacji, białej sukni, deklaracji przed ołtarzem i coraz poważniej – o dziecku. –  Jak mam go do tego przekonać? – pyta.

Kiedy tłumaczę, że nie jest w stanie tego zrobić, czuje się rozczarowana. – A może on mnie nie kocha? – dalej drąży temat.

Niestety, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Historia związku Iwony podobna jest do poprzedniej. Jednak jest o wiele poważniejsza, bo dotyczy ważnych kwestii wspólnego życia.

Kiedy jesteśmy zakochane, patrzymy na partnera i związek przez różowe okulary, wierzymy, że nasze pomysły na życie, plany i marzenia dotyczą nas obydwojga, bo „przecież skoro się kochamy…”. Wsiadamy do wspólnej łodzi i naiwnie wierzymy, że kurs jest z góry ustalony. Tylko przez kogo?

Dlatego powiedziałam Iwonie: – Nie wierz w te bzdury, że skoro on cię kocha, to myśli i czuje identycznie jak ty. Ty chcesz ślubu, dziecka, odkładania pieniędzy na mieszkanie, spędzania czasu w określony sposób, a tymczasem on myśli inaczej. I ma do tego prawo. Każde z was wyniosło z domu rodzinnego określone pomysły na związek, rodzinę, wyznawane wartości, priorytety. I każde wierzy, że jego pomysł jest najlepszy. Kiedy minie czas pierwszych zauroczeń, faza zakochania dojrzewa do decyzji przekształcenia się w zaangażowaną miłość, albo w… walkę, pełną rozczarowań i cierpienia. Zamiast liczyć, że uda ci się zmienić partnera, dobrocią bądź szantażem przekonać do własnej wizji, przygotuj się do poważnej rozmowy.

W ważnych sprawach nie warto improwizować

Satysfakcjonujący związek, tak samo jak satysfakcjonująca podróż, wymaga konkretnego planu. Dokąd chcecie razem dopłynąć? Jaki macie pomysł na wspólne życie? Co z waszą pracą? Czy (i ile) chcecie mieć dzieci? Jak lubicie spędzać wolny czas, jakie macie priorytety jako para? Te ustalenia to fundament związku i choć rozmowa może nie być łatwa, bez tego ani rusz. Tłumaczenie w stylu: „nie stać nas na ślub” czy: „jak wpadniemy to OK, ale póki co dobrze się bawmy” to z reguły ucieczka od problemu, chęć odwleczenia decyzji w czasie. Zamiast zastanawiać się, czy on cię kocha, zapytaj wprost, czy małżeństwo jest dla niego wartością, czy chce mieć dzieci. Jeśli o tym porozmawiacie, oszczędzicie sobie rozczarowań i cierpienia. W tak poważnych sprawach nie warto improwizować. Fajny seks czy wspólne pasje to za mało, by zbudować na tym stabilny związek. Z twoich i jego marzeń, oczekiwań, wartości i pomysłów na życie musicie zbudować część wspólną, w której obydwoje będziecie czuli się spełnieni i autentyczni.

Pamiętaj: Przynajmniej raz na pół roku warto zrobić bilans związku, by sprawdzić, czy wasza łódź dalej płynie w kierunku, który obojgu wam pasuje.

 

  1. Psychologia

Fundamentem szczęśliwej rodziny jest udane małżeństwo

- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
- Rozmowa jest kluczem do bliskości - mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. (Fot. iStock)
Konflikty w rodzinie są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa – mówi psychoterapeutka Barbara Smolińska. 

Wszystkim marzy się szczęśliwa rodzina. Od czego zaczynać jej budowanie?
Zastanówmy się, jak zaczyna się związek. Dwie osoby zakochują się w sobie, co jest stanem bardzo przyjemnym, ale jednocześnie szczególnym, bo widzi się wtedy u drugiej osoby tylko rzeczy pozytywne. Wydaje się, że znaleźliśmy kogoś idealnego, kto zaspokoi wszystkie nasze potrzeby. Ten stan nie trwa bardzo długo, potem powinno nastąpić wzajemne poznanie się i dostrzeżenie swoich wad i ograniczeń. Żeby jednak dwoje ludzi mogło się poznać, muszą ze sobą rozmawiać nie tylko o rzeczach zewnętrznych, ale też o sobie: co czują, co myślą, czego potrzebują, jakie mają poglądy na wiele spraw. I to jest bardzo ważne.

Czy nie sprzyja temu tak powszechna dzisiaj praktyka mieszkania razem przed ślubem?
Niekoniecznie. Dość często jest tak, że młodzi ludzie szybko zamieszkują ze sobą, a jeszcze szybciej, bez poznania się, dochodzi do seksu, a więc największej intymności. Jeśli ten pierwszy etap poznawania się zostanie przeskoczony, to może nie być już okazji, by to nadrobić. Pary, które bardzo szybko zaczynają ze sobą mieszkać, owszem, są ze sobą, ale na ogół bardzo dużo pracują albo szybko pojawia się dziecko i tak naprawdę się nie znają!

Jakie niebezpieczeństwa z tego wynikają?
Każdy wyobraża sobie wspólne życie inaczej, jeden chce, aby było tak jak w jego rodzinie, ktoś inny odwrotnie. Każda ze stron ma swoje oczekiwania, a wychowała się w innej rodzinie, w której obowiązywały inne normy, inaczej spędzało się wolny czas.

I co wtedy?
Ja bym optowała za rozmową. Dla wielu osób to jednak coś bardzo trudnego, bo w ich rodzinach się nie rozmawiało. Często większy problem mają z tym mężczyźni, co z kolei wiąże się z różnicami w treningu społecznym dziewczynek i chłopców – dziewczynki częściej rozmawiają ze sobą o uczuciach i potrzebach, zwierzają się swoim przyjaciółkom już jako kilkulatki. Chociaż nie zawsze jest tak, że to kobieta umie rozmawiać. Dla trwałości związku dwojga ludzi ważna jest ich dojrzałość.

Na czym ona polega?
Na tym, że znam siebie – umiem wyrażać swoje potrzeby, pragnienia – ale też liczę się z rzeczywistością, czyli z tym, że osoba, z którą jestem, też ma swoje potrzeby i one są równie ważne. Im jesteśmy dojrzalsi, tym łatwiej pogodzić nam się z tym, że nasz partner jest inny niż my oraz że daleko mu do ideału. Trzeba liczyć się z ograniczeniami – że nie zawsze może być tak, jak ja chcę – i ze sobą rozmawiać, czyli także słuchać. Bo dla niektórych rozmowa to monolog. I jeszcze jedno, jeżeli chcemy budować trwały związek, to jednak świat wartości i preferowany model życia – czyli to, jak postrzegamy rolę kobiety i mężczyzny, czy chcemy mieć dzieci itp. – powinny być zbliżone.

Pojawia się dziecko i często wraz z nim przychodzi poważny kryzys związku.
Bo już nie jesteśmy tylko we dwójkę, tylko dla siebie, ale pojawia się ktoś trzeci, kto potrzebuje nas obojga. To jest krytyczny moment, stawia inne wyzwania kobiecie, inne mężczyźnie. Często trudniej jest ludziom, którym dziecko rodzi się na początku, po krótkiej znajomości, czasem nieplanowane, ponieważ nie stali się jeszcze parą, nie nauczyli się wchodzić w dynamikę kompromisów, a już muszą funkcjonować we trójkę. Istnieje niebezpieczeństwo, że mama skupi się tylko na macierzyństwie i odsunie męża od siebie i dziecka. Młody mężczyzna na ogół sam nie będzie się wtedy dobijał o swoje miejsce.

O przepraszam, dzisiaj młodzi tatusiowie rwą się do opieki nad swoim potomkiem. W ogóle dzisiejsi rodzice chcą sami brać odpowiedzialność za wychowanie dzieci, a babcie z kolei nie palą się do zajmowania wnukami.
I to jest dobre. Młodzi rzeczywiście coraz częściej mówią do babci: My cię poprosimy, jak będziesz potrzebna. Wtedy istnieje większa szansa, że tata odnajdzie się w nowej roli.

Dziecko rośnie, a wraz z nim rosną potencjalne konflikty, bo ono też ma swoje zdanie, swoje pragnienia.
Konflikty są nieuniknione i trzeba mieć świadomość, że to jest w porządku. Bo tam, gdzie są różne potrzeby, różne poglądy, musi dochodzić do ich konfrontacji. Fundamentem udanej rodziny jest udane małżeństwo. To jest podstawa. Istnienie symbolicznego „pokoju rodziców” i „pokoju dziecinnego”, podsystemu „rodzice” i podsystemu „dzieci”.

Dzisiaj wielu rodziców pyta nawet małe dzieci o zdanie na każdy temat.
To bardzo szkodliwy dla dzieci model wychowania, w którym mogą one decydować o wszystkim od małego. Uczenie dziecka podejmowania decyzji to długi proces. Na początku robią to za nie rodzice. Potem z każdym rokiem zwiększa się zakres spraw, o których dziecko może samo decydować, no ale zawsze ważna jest przytomność mamy i taty. Przytomni rodzice, nawet jeżeli ich dziecko jest już nastolatkiem, pozostawiają sobie przestrzeń, w której to oni decydują. I jeżeli np. 13-letnia córka komunikuje, że idzie na prywatkę do nieznanych ludzi, mówią „nie”.

Tylko że czasem jest za późno na mówienie „nie” nastolatce.
Jest za późno, jeżeli ona o wszystkim wcześniej decydowała sama. To rodzice tworzą normy funkcjonujące w domu i w ten sposób budują bezpieczeństwo dziecka. Dzieci w wieku przedszkolnym, które mogą same wybierać, kiedy idą spać, co jedzą, dokąd idą, nie czują się bezpiecznie. I to jest ten paradoks. Bo rodzice myślą, że jak one będą decyzyjne od małego, to wyrosną na zdrowych emocjonalnie ludzi, a jest dokładnie odwrotnie. Dla dziecka bezpieczny świat to taki, w którym rodzice wiedzą.

Co powinni wiedzieć już na początku?
Dwie idee wydają się ważne. Pierwsza dotyczy budowania w sobie przekonania, że dziecko jest kimś odrębnym ode mnie, kimś, kto w pierwszych latach życia bardzo mnie potrzebuje, kto jest ode mnie zależny, ale ma własne potrzeby, cele, zadania i kiedyś odejdzie. Druga wiąże się z użytym przez angielskiego psychoanalityka D. Winnicotta terminem „wystarczająco dobrej mamy”. Rodzice mają być wystarczająco dobrzy, nie muszą starać się być idealni. No i rozmowa. Dzieci uczą się, słuchając, jak rodzice ze sobą rozmawiają, na ile sobie ustępują, jak się kłócą (bo przecież można się kłócić tak, żeby nie niszczyć drugiej osoby), i obserwując, jak się potem godzą. Gdy tata z mamą opowiadają o tym, co było w pracy, to dziecko też ma ochotę podzielić się tym, co wydarzyło się w szkole. A gdy przy kolacji jest włączony telewizor, to dziecko wyciąga swoje zabawki, a potem rodzice odkrywają ze zdumieniem, że nie znają swoich dzieci. Naprawdę można żyć pod jednym dachem i być od siebie daleko. Rozmowa jest kluczem do bliskości.

Barbara Smolińska dr nauk humanistycznych, certyfikowany psychoterapeuta i superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego oraz Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Członek Komisji Etyki Sekcji Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego.

  1. Psychologia

Związek po zdradzie - jakie manipulacje stosują partnerzy?

Wielu partnerów nie jest w stanie powstrzymać się od zachowań, które tylko poglębiają kryzys w związku (fot. iStock)
Wielu partnerów nie jest w stanie powstrzymać się od zachowań, które tylko poglębiają kryzys w związku (fot. iStock)
Ratowanie związku po zdradzie to wyjątkowo trudne zadanie. Wiele osób – i zdradzający, i zdradzani – popełnia wtedy szereg błędów, które tylko pogłębiają kryzys. Czego nie robić, jeśli nadal wam na sobie zależy?

Kryzys wywołany przez zdradę jest jednym z najczęstszych powodów, dla których pary trafiają do gabinetu psychoterapeutycznego. To wyjątkowo trudny moment pod wieloma względami: poziom zaufania jest niewielki, a poziom emocji może być odurzający. Jeżeli w takim momencie para decyduje się na pracę nad swoją relacją, to musi naprawdę zaangażować wszelkie swoje zasoby i odkrywać te, które dotąd były nieuświadomione. Wysiłek może doprowadzić do ponownego zbudowania relacji, ale - co warto raz jeszcze podkreślić! - wymaga to dużej motywacji i przytomności, by nie wpaść w powszechne pułapki jakie pojawiają się w takich sytuacjach.

Poniżej przedstawiamy najczęstsze zagrożenia –  manipulacyjne zachowania, które uniemożliwiają pomyślne wyjście z kryzysu i rozwój związku.

Osoba zdradzająca

Najczęstsze manipulacje, jakie stosują osoby, które zdradziły:
  • Ukrywanie zdrady i negowanie obserwacji drugiej strony: „wydaje ci się, że coś się zmieniło”.
  • Mówienie, że zdrada wydarzyła się bez przyczyny: „to było tylko fizyczne, więc nie ma się nad czym zastanawiać”.
  • Przenoszenie odpowiedzialności na drugą stronę: „byłaś nieczuła”, „nie doceniałeś mnie” itp. Utrzymywanie, że tylko przy tamtej osobie mogę się czuć jakiś/jakaś (spontaniczny, atrakcyjny, mądra, wyzwolona itp.).
  • Umniejszanie uczuć i cierpienia drugiej strony: „przecież ci powiedziałam, więc chyba mi zależy na tobie, nie?!”, „ja już o tym zapomniałem - ty też powinnaś” itd.
  • Koncentrowanie się na sobie: „taka jestem straszna, nie zasługuję na ciebie”; „mam problemy z bliskością, przestraszyłem się tego, jak mi na tobie zależy (przekonaj mnie, że warto o to walczyć i że damy radę)”.
  • Twierdzenie, że zostaje się z drugą osobą tylko ze względu na wspólne dzieci.

Osoba zdradzona

Wiadomość, że zostało się zdradzoną/zdradzonym zwykle stanowi szok i wywołuje ból, smutek i złość. Bardzo ważne jest, aby dać sobie prawo do tych uczuć, wyrażać je, znaleźć wsparcie. Jeśli po pewnym czasie nadal zależy ci na ratowaniu związku, to warto zapoznać się z poniższą listą.

Manipulacje stosowane przez osoby zdradzone:

  • Niechęć do ponoszenia jakiejkolwiek odpowiedzialności za to, co przyczyniło się do kryzysu (odpowiedzialność za samą zdradę leży oczywiście po stronie, która zdradziła), np. „nasze małżeństwo było przecież idealne, zanim mnie zdradziłaś/eś”.
  • Używanie argumentu zdrady przy wszystkich sporach (także całkowicie niezwiązanych z tematem zdrady) jako pozycji negocjacyjnej: „teraz masz robić to, co ja chcę”; to daje osobie zdradzonej złudne poczucie siły („racja i wyższość moralna są po mojej stronie”).
  • Tłumaczenie swoich własnych trudności przez zdradę: „przez to, co zrobiłeś/aś, nie mam poczucia własnej wartości, sensu życia, nie odniosę sukcesu zawodowego” itd.
  • Używanie zdrady jako pretekstu, żeby odejść (osoba już wcześniej planowała odejść, ale nie chciała brać odpowiedzialności za zostawienie partnera).
  • Przeniesienie całej winy na partnera: „skoro nie ja zdradziłem, to nie ja powinienem pracować nad relacją”.
  • Twierdzenie, że zostaje się z drugą osobą tylko ze względu na wspólne dzieci (stosują to obie strony).

Co nie jest manipulacją?

Warto unikać postaw i zachowań opisanych powyżej, a skupić się na podjęciu decyzji, czy na pewno chce się ratować związek. Wymaga to odważnego adresowania uczuć i potrzeb obu stron, szczerego przyjrzenia się związkowi sprzed zdrady i wprowadzania koniecznych zmian. Trwałość związku nie jest czymś danym na zawsze, a bez zaangażowania i prawdziwości trudno o szansę na stworzenie bliskiej relacji. Po zdradzie lub bez niej.

Agnieszka Serafin i Mikołaj Czyż są psychoterapeutami Instytutu Psychologii Procesu, założycielami Centrum Rozwoju dla Par, w którym wspólnie prowadzą terapię par.