Na czym polega intymność i bliskość w związku?

fot. istock

Co sprawia, że stajemy się dla siebie wyjątkowi i jedyni? Jakie są składniki miłości, bez których to uczucie jest tylko ściemą? Intymność i bliskość. Jak je budować? Zastanawia się Wojciech Eichelberger, psychoterapeuta.

Dla tych, którzy mają szczęście być od lat w trwałych związkach, oczywiste jest, kto jest im najbliższy. Ale jeśli ktoś ma kilku byłych, trudno mu czasem się rozeznać.

Miłość bez bliskości i intymności nie istnieje. Na wszystkich poziomach: emocjonalnym, cielesnym i duchowym – lub przynajmniej na jednym z nich – naturalnie i odruchowo dążymy do bliskości. Bierze się to z głębokiej potrzeby, by przynajmniej jedna osoba na tym świecie wiedziała o nas wszystko i mimo to nas kochała, a przynajmniej akceptowała. I żebyśmy my kochali jakąś drugą osobę, mimo że wiemy o niej wszystko. Tak więc w związku umieszczamy nasze głębokie pragnienie bycia kochanym bezwarunkowo, absolutnie. Na tym się zasadza dążenie do bliskości i tym jest prawdziwa bliskość. Ale możność obdarzenia kogoś absolutną miłością jest równoznaczna z tym, co nazywa się przebudzeniem. W relacjach międzyludzkich manifestuje się ono tym, że umiemy wybaczać i kochać innych, ale i siebie mimo wszystko. Niestety, niewielu z nas uświadamia sobie, jak głębokie wyzwanie jest uwikłane w miłość. Nie traktuje więc jej jako wehikułu duchowego treningu. A ci, którzy sobie to uświadamiają i podejmują wyzwanie, przekonują się, że to chyba najtrudniejsza z duchowych ścieżek.

Dlaczego najtrudniejsza?

Po pierwsze, jeśli tylko jedno z uczestników związku dostrzega w nim szansę na duchowy rozwój i poważnie ją traktuje, to prędzej czy później drugie się zniechęci. Na przykład jeśli partner nas krzywdzi, poniża i wykorzystuje, a my mu to nieustannie wybaczamy – nie widząc z jego strony żadnej skruchy, chęci zmiany czy zadośćuczynienia – to nas demoralizuje. Sami wtedy uprawiamy świętoszkowatość, a nie świętość, uznając za cnotę swój brak odwagi w stawianiu granic.

Po drugie, często mamy pokusę bycia w związku wyłącznie biorcą wybaczającej, wszechogarniającej miłości, zapominając o świętej zasadzie wzajemności, czyli nie wymagaj i nie oczekuj od partnera tego, czego nie wymagasz od siebie.

Po trzecie, w bliskim związku łatwo odżywają i odzywają się wszystkie nasze traumy, zranienia i rozczarowania wyniesione z relacji z rodzicami i innymi ważnymi dla nas w dzieciństwie ludźmi. A te negatywne emocje bywają tak silne, że jeśli ich szybko nie ogarniemy z pomocą terapeuty, to rozwalą nam związek w kilka miesięcy. Wtedy zamiast bliskości pojawia się dystans, walka w imię obrony przed kolejnym zranieniem.

Po czwarte, bliski związek demaskuje wszystkie pozory i hipokryzję, czyli każdy rozdźwięk pomiędzy tym, co deklarujemy i uważamy na własny temat, a tym, jak się zachowujemy. Bliskość wymaga rezygnacji z masek i pozorów, co budzi lęk przed kompromitacją i odrzuceniem…

Chronimy się chyba szczególnie, jeśli przeżyliśmy miłosne zranienie już w dorosłym życiu…

Każdy poczuł się kiedyś odtrącony, ale robimy ogromny błąd, jeśli z tego powodu zamykamy się na dojrzałą, ewoluującą ku doskonałości miłość i na objęcie nią drugiego człowieka. Warto zaryzykować. Ale czasem tak się boimy rozstania i zranienia, że wolimy połowiczną, a przez to bezpieczną bliskość z kilkorgiem ludzi niż ryzykowanie całkowitej bliskości z wybraną osobą. Zwłaszcza że bliskość i intymność są możliwe bez miłości, na przykład w przyjaźni, a te dziś bywają trwalsze niż małżeństwo. W przyjaźni odczuwamy czasem większą zażyłość niż w miłości. Bo na przykład przyjaciela mamy od szkoły średniej, a partner, z którym jesteśmy, to już nasz szósty związek. Takie są czasy, że relacje zbudowane na przyciąganiu seksualnym nie muszą mieć miłosnego wymiaru, więc są z definicji nietrwałe. Dlatego przyjaciel czy przyjaciółka, z którymi nie mamy seksualnej intymności, są nam często bliżsi niż partnerzy seksualni. Wspólnota seksualna traci rangę wskaźnika bliskości i siły związku.

A więc wspólny seks nie jest już przestrzenią, która pozwala nam uznać, że łączy nas coś jedynego, wyjątkowego?

Coraz częściej nie jest. W ogromnej mierze decyduje tu emancypacja ekonomiczna i obyczajowa kobiet, które już nie muszą sprawdzać determinacji, wytrwałości i dojrzałości swoich seksualnych partnerów, bo w razie pomyłki i tak sobie same poradzą. Oczywiście, są jeszcze tacy, dla których wspólnota seksualna oparta na wyłączności nadal jest wyznacznikiem relacji najbliższej i najważniejszej. Obawiam się jednak, że wkrótce trafią do kategorii obyczajowych dinozaurów. A ja nie powiem ci, czy to dobrze, czy źle…

Może więc zdefiniujmy intymność i bliskość.

Ale na nowo. Na czym polega dzisiaj intymność i bliskość w związku? Zaryzykuję tezę, że o intymności i bliskości w stopniu większym niż seks decyduje pokrewieństwo mentalno-intelektualne, czyli podobieństwo lub wspólnota wartości, poglądów, zainteresowań, pasji, aspiracji i gustów, a także stylu i poziomu życia. Wtedy istnieje większa szansa na wzajemny szacunek, miłość i trwałość, a także na to, co tak ważne w związkach – że zamiast nieustannie z płonną nadzieją, że ten drugi jest źródłem szczęścia, gapić się na siebie nawzajem, będziemy patrzeć i podążać w tym samym kierunku. Seks też powinien być wtedy bardziej udany. A w razie pojawienia się dzieci wychowywanie ich będzie też bardziej spójne i bezkonfliktowe.

A co ze szczerością?

Często się zdarza, że żona czy mąż, partner lub partnerka nie są tymi osobami, którym możemy najwięcej o sobie powiedzieć. Głównie dlatego, że większość z nas pozostających w stałych, bliskich związkach zazwyczaj po maksimum pięciu latach zaczyna przeżywać trudności, które są zamiatane pod dywan i w związku z tym toczy z partnerem/partnerką różne gry i batalie. Wprawdzie mieszczą się one w przestrzeni wzajemnej relacji i nie dewastują tego, co ich łączy, ale sprawiają, że po obu stronach rośnie przestrzeń sekretów. Bo gry najczęściej polegają na udawaniu i blefowaniu. I tak kończy się marzenie o absolutnej szczerości. Wtedy przyjaciel czy przyjaciółka są lepszym adresem.

Gry? Rozumiem, że trzeba je zakończyć?

Tak byłoby najlepiej. Jednak często obawiamy się tego, co by się stało, gdybyśmy powiedzieli prawdę, boimy się przesadzonej reakcji drugiej strony. Na przykład straciliśmy pracę. A mamy taki uraz z rodzinnego domu czy z poprzedniej relacji, że jak przyznamy się do porażki, to zostaniemy odrzuceni.

I naprawdę można wtedy mówić o bliskości? Tracę pracę i nie mówię mężowi? Trochę to dziwne.

Ale ludzie tak właśnie robią. Mąż może się załamać, a ty możesz dziś nie mieć na to siły. Bywa, że cudny człowiek ma na jakimś punkcie uraz. I co? Czekasz na dobry moment, żeby mu o tym powiedzieć. Albo liczysz na to, że znajdziesz nową pracę i wtedy dopiero powiesz, co się wydarzyło. W międzyczasie nosisz to w sobie, choć ci ciężko. A kiedy już nie dajesz rady unieść tego sama, idziesz do przyjaciela: „Mój facet o tym nie wie i nie mogę mu o tym powiedzieć, boby się załamał”. A w tym samym czasie twój facet idzie do przyjaciela i mówi: „Wiesz, moja kobieta jakoś dziwnie się zachowuje, jest wycofana, może przeczuwa, że ukrywam przed nią to, o czym ostatnio rozmawialiśmy…”.

No właśnie. I to nie jest w porządku!

Nie ma co oceniać, czy to jest porządku, czy nie. Każdy związek jest inny i nie można narzucać ludziom, jak mają razem żyć. Para może żyć przez lata na dystans, nie rozmawiać ze sobą i jakoś korzystać choćby z tej odrobiny bliskości i wsparcia, jaką mogą sobie dać i jaką mogą przyjąć. Seks, jeśli w ogóle jest, niewiele tu zmienia w wymiarze ich bliskości. Dla ciebie to byłoby tak mało, że nie do zniesienia. Ale dla nich to prawdopodobnie szczyt bliskości. Czy mamy im zakazać milczenia przy kolacji i chodzenia na pogawędki do przyjaciół? Jeśli ktoś boi się bliskości, to niech choć z przyjacielem pobędzie bliżej.

Ale wraca podstawowe pytanie: czy łączy nas wtedy bliskość?

Tak, bo ona nie wymaga stuprocentowej gotowości do zwierzeń i całkowitego odsłonięcia. Każdy ma prawo do myśli i uczuć, którymi się nie dzieli. Zagrożeniem jest przemilczanie ważnych spraw, takich jak na przykład seks. Często gdy seks staje się problemem, nie jesteśmy szczerzy. Ona nie powie mu, że jest kiepski w łóżku, więc udaje orgazmy. A on, jeśli nie ma w sobie pożądania, nie powie, by jej nie robić przykrości. Bierze więc viagrę po kryjomu i milczy. Albo pogada z przyjacielem… Niestety, bywa, że jak za dużo przemilczamy, w końcu dochodzi do rozstania. Dlatego warto pamiętać, że sprawy dotyczące tego, co nas łączy, a szczególnie te intymne, powinny być znane obojgu. Tylko wtedy możemy je wspólnie rozwiązywać.

Granice, co komu wolno mówić, chyba przesunęły się na skutek wzrostu liczby rozwodów i związków partnerskich. Co pewnie też sprzyja rozstaniom?

Pewnie tak. Ludziom coraz trudniej dziś rozmawiać bezpośrednio i szczerze. Chętniej ujawniamy prawdę o sobie tam, gdzie czujemy się bezpieczni, czyli anonimowo w Internecie. Ale warto pamiętać, że jeśli ma być blisko, nie może być anonimowo.

Przyjaźń to szczerość, bliskość i bywa, że intymność, ale bez seksu. Tylko co, jeśli zwierzamy się z problemów w związku swojemu eks, bo teraz to, co nas łączy, nazywamy przyjaźnią?

Jeśli nie ma w tym podtekstu erotycznego ani sugestii, że przyjaciel czy przyjaciółka byliby lepszymi partnerami lub kochankami, to dlaczego nie mają się sobie zwierzać? Pod warunkiem że mogą liczyć na dyskrecję i lojalność. Nasi byli, jeśli przyjaźnimy się po rozstaniu, mogą być cennymi doradcami i obserwatorami. Ale w tym wypadku trzeba uważać na to, żeby nie opowiadać o nowych partnerach, lecz wyłącznie o sobie.

No co ty? Mogę pierwszemu mężowi opowiedzieć o tym, jak sobie żyję z obecnym partnerem?

Podkreślam: możesz mówić o tym, co ciebie dotyczy, nigdy o tym, co jest wyłącznie sprawą partnera, i tylko wtedy, kiedy jesteś pewna dyskrecji i lojalności słuchacza. Ważna jest twoja świadomość intencji, która stoi za tym, że tej właśnie osobie się zwierzasz: czy nie dążysz do wskrzeszenia dawnego uczucia między tobą a byłym partnerem. A może prowadzisz grę z byłym o to, kto ma teraz lepiej albo gorzej? Czy to na pewno zwykła rozmowa z kimś, kogo lubisz i kto cię rozumie?

Zamieszanie wynikające z tego, że związki są nietrwałe, powoduje, że czasem angażujemy się bardziej w sprawy byłej żony czy męża niż obecnych partnerów.

To kwestia tego, gdzie w tej sprawie stawiają nam granice obecni partnerzy. I trzeba zapytać także siebie: „Z kim teraz jestem najbliżej?”. Ten problem dotyczy najczęściej mężczyzn, którzy odeszli od poprzednich partnerek i mają z nimi dzieci. Wtedy albo poczucie winy, albo poczucie odpowiedzialności sprawia, że mężczyzna przesadzi z pomaganiem byłej. A powinien poukładać sobie priorytety. Odradzam dążenie do sytuacji, w której każdy dorosły człowiek ma tylko jedną osobę do dzielenia się ważnymi dla siebie sprawami. I że to ma być tylko ta osoba, z którą sypiamy i żyjemy na co dzień. Bliskie związki to teren tak trudny i zaminowany, że poruszający się w nim potrzebują często grona doradców i konsultantów. Umówienie się na to, że o ważnych sprawach rozmawiamy tylko we dwójkę, kazałoby nam błądzić po omacku, zamiast pytać przechodniów o drogę. Byłoby to więc nierozsądne. A często też niezdrowe, bo tworzyłoby w związku nadmierne ciśnienie spraw niezałatwionych.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »