Zakochani w idei miłości, czyli bowaryzm XXI wieku

fot. iStock

Są ludzie tak zakochani w idei miłości, że trudno im zakochać się w samym człowieku. Prawdziwy związek nie spełnia ich romantycznych wyobrażeń, bo nie jest jak z książki lub filmu. Klasyczny syndrom pani Bovary ma się dziś całkiem dobrze. Jak go u siebie zdiagnozować i – co ważniejsze – jak krok po kroku zwalczyć?

Ma być bezgraniczna, pełna namiętności, obsesyjna… Wszystko, co odbiega od tego modelu, to żałosna podróbka. Tak właśnie pojmowała miłość Emma Bovary, bohaterka XIX-wiecznej powieści Gustawa Flauberta. Nic dziwnego, że czuła się niespełniona. I że nieustannie takiej miłości szukała. Mąż? Zbyt pospolity, by dać jej rozkosz, namiętność i upojenie – czyli to, za czym tak tęskniła, co tak zachwycało ją w książkach, które czytała. „Póki nie wyszła za mąż, sądziła, że go kocha; zaczynała jednak przypuszczać, że pewno się myliła, bo szczęście, które powinno zrodzić miłość, jakoś nie zakwitło” – czytamy u Flauberta. Owszem, z kochankami doświadcza przez chwilę upragnionych dreszczy. Ale też zazdrości, zaborczości, zależności. Wreszcie – porzucenia.

Określenie „bowaryzm” zostało użyte po raz pierwszy w 1892 roku, przez francuskiego filozofa Jules’a de Gaultiera, w jego rozprawie „Bowaryzm, psychologia w dziele Flauberta”. Dla samego pisarza termin ten oznacza „zderzenie ideałów romantycznych z miałkością zastanej rzeczywistości”. Współcześnie, bo w 2013 roku, francuski słownik „Le Grand Robert” odnotował po raz pierwszy czasownik bovaryser, który znaczy tyle co „marzyć o innym losie, przeznaczeniu, bardziej od obecnego satysfakcjonującym”. Cóż, mimo upływu czasu bowaryzm ma się całkiem nieźle… Choć przyjął nieco inne, współczesne rysy.

Niedorzeczny kult

Jak dziś zachowywałaby się Emma Bovary? Pewnie oglądałaby komedie romantyczne, może telenowele. I miała pretensje do partnera, że się za mało stara. Nie walczy, nie klęka, nie nadstawia głowy. Nie wspina się po balkonie, nie wydzwania domofonem… Osoby dotknięte bowaryzmem nie potrafią docenić prostych gestów. „Prosty” oznacza dla nich tyle co pospolity. Pragną szczytów wyrafinowania, oryginalności. Być może nawet książę z bajki nie spełniłby ich oczekiwań… Pewnie musiałby wyglądać jak Ryan Gosling. Na pewno nie mógłby chodzić do zwyczajnej pracy. Żadnej rutyny, żadnych problemów!

Ktoś, kto postrzega w ten sposób miłość, przeżywa swoje relacje głównie w głowie. Czuje się przyciągany przez niedostępnych, skomplikowanych partnerów – często myli te cechy z namiętnością i romantyzmem. W związkach trudno mu wyjść poza fazę zakochania. Partner „z ludzką twarzą” zwykle okazuje się za bardzo ludzki. To odkrycie prowadzi do rozczarowań i frustracji. Tak to jest, kiedy ideał sięga bruku… Jednocześnie osoby szukające idealnej miłości mogą odczuwać silny lęk przed porzuceniem (i rozpacz, kiedy do niego dojdzie). Prawdopodobnie doświadczyły jakiejś formy porzucenia w dzieciństwie, a w dorosłym życiu odczuwają deficyt miłości i rozpaczliwie potrzebują uwagi partnera.

Rzecz dotyczy nie tylko kobiet. Mężczyźni też potrafią zafiksować się na ideał (mniej czy bardziej romantyczny). I obrażać się na rzeczywistość, że nie potrafi go doścignąć.

Rozczarowanie samo w sobie jest naturalnym etapem w relacji. Jeśli wierzyć amerykańskiemu psychologowi Jedowi Diamondowi, takich faz w związku partnerskim jest pięć: zakochiwanie się (miłość romantyczna); przejście w związek; rozczarowanie; budowanie trwałego, dojrzałego związku i wreszcie etap o mocnej nazwie „siła dwojga zmienia świat” (kiedy para, jako prawdziwa wspólnota, realizuje wspólne cele). Wielu osobom trudno wyjść poza trzecią fazę, czyli rozczarowanie właśnie. Tymczasem dopiero gdy przez nią przejdziemy i zaczniemy pochylać się z czułością nad różnicami, nad tym, co wydaje się takie trudne do zaakceptowania, mamy szansę zbudować coś trwałego. Nie jest łatwo: trzeba wycofać projekcję, zintegrować własny cień. Być bardzo uczciwym wobec samego siebie.

Fascynacja miłością rodem z filmów i wiara, że i nas może „to” spotkać, prowadzi do spadku zaangażowania w aktualną relację. Tak przynajmniej wynika z badań przeprowadzonych przez dr. Jeremy’ego Osborna z Albion College. Niby niewinne, a jednak… Co zrobić więc z wszechobecnym kultem romantycznej miłości, który dyktuje nam, jak powinny wyglądać nasze związki? Profesor Bogdan Wojciszke w książce „Psychologia miłości” zauważa bez ogródek, że jest on równie rozpowszechniony co niedorzeczny. To tak jakby w czyjejś biografii skupić się na opisie czternastego roku życia i uznać go za reprezentatywny dla całości… Nic dziwnego, że kiedy romantyczne uniesienia bledną, czujemy się zagubieni. Nie doceniamy złożoności miłości. Zdaniem prof. Wojciszke jej trzy najważniejsze składniki to intymność, namiętność i zaangażowanie. Intymność polega na dbaniu o dobro partnera, na wzajemnym szacunku, zrozumieniu i wsparciu, na dzieleniu się przeżyciami. W namiętności chodzi przede wszystkim o emocje – nie tylko takie jak pożądanie, czułość i radość. Również o niepokój, tęsknotę, zazdrość (kluczowe jest pragnienie jak najpełniejszego połączenia z partnerem). Zaangażowanie oznacza, że gotowi jesteśmy wytrwać w relacji, pracować nad nią – nawet w niesprzyjających okolicznościach. Wszystkie te składowe podczas trwania związku zmieniają się, ewoluują. Nawet po wielu wspólnych latach wciąż jesteśmy w drodze.

Pochwała bliskości

Bowaryzm czy inaczej zauroczenie romantyczną miłością bierze się w dużej mierze z lęku przed bliskością. A ta – cóż – bywa mało widowiskowa… Jeśli jesteśmy uczepieni mitów o dwóch połówkach jabłka albo tęsknimy za chłopcem (czy dziewczyną) z plakatu, zawsze będziemy mieć w zanadrzu cały szereg „ale”. Zawsze coś będzie nie tak. Powiedzmy sobie szczerze: seks w domowym wydaniu rzadko przypomina sceny filmowe z tego rodzaju akcją. Przecież w filmach kobiety śpią w biustonoszach i budzą się rano z kompletnym makijażem! A pewne formy zalotów z komedii romantycznych w normalnym życiu podpadałyby pod stalking!

W prawdziwej relacji jest pot i ból głowy. Jest zmęczenie, „zły” nastrój. Jest nuda. Banał. Irytacja. Zniechęcenie. Są kryzysy. Odkrywasz rzeczy dotyczące drugiej osoby, które niespecjalnie przypadają ci do gustu. Ma kiepski gust literacki (muzyczny też taki sobie). Pije litry kawy (i zostawia brudne kubki). Brakuje mu poczucia rytmu. Kiedy się złości, jego głos nabiera piskliwego tonu. Wstaje o jakichś dziwnych porach, a jej fryzura wtedy – hm, jest nieobecna. Zdarza mu się jeść junk food (czasem nawet na stojąco!). To chyba wystarczy, żeby się do niego lub do niej zniechęcić? A z drugiej strony to znamię pod łopatką… Nikt inny nie ma takiego! Czyż nie przypomina centrum wszechświata? I czy nie anuluje wszystkich pozostałych niedoskonałości? Tylko miłość zna odpowiedź na takie pytania. Ta ludzka, ziemska. Zwyczajna.

Czy jesteś Panią Bovary?

Poniższe pytania mogą być pewną wskazówką w zrozumieniu, czy idealizujesz miłość:

Czy często odczuwasz melancholię?

Czy potrafisz docenić prostotę w relacji, drobne, czułe gesty? A może wciąż oczekujesz spektakularnych akcji – bukietów róż i fajerwerków?

Jak wygląda twoja narracja na temat partnera/partnerki – ta zewnętrzna i ta wewnętrzna? Sprawdź, ile tam krytyki, żalu, presji, różnych „ale” i „gdyby tylko…”.

Czy w dzieciństwie przeżyłaś/przeżyłeś porzucenie? Czy odczuwasz lęk przed byciem porzuconą/porzuconym? Potrzebujesz ciągłej uwagi i adoracji?

Co robisz, gdy pojawia się rozczarowanie? Chcesz uciekać, wycofać się? Czy jest w tobie gotowość, by przyjrzeć się bliżej niewygodnej sytuacji i emocjom, jakie w tobie uruchamia? Sprawdzić (również poprzez terapię), co stoi za twoim rozczarowaniem, jaka potrzeba nie została zaspokojona, czy jest szansa na przekroczenie tego progu?

Czy jesteś w stanie dostrzec, że to, co rozczarowało cię w partnerze/partnerce, jest czymś, czego nie akceptujesz w sobie? Może po prostu trudno ci przyjąć, że – przy całej swojej niezwykłości – jesteś też zwyczajna/y, omylna/y, słaba/y?

Jak wygląda intymność w twojej relacji? Czy dajecie sobie uczuciowe wsparcie, wymieniacie intymne informacje?

Czy w twojej relacji jest namiętność? Czy próbujesz narzucać jakieś kanony, bo „nie tak to powinno wyglądać”?

Co z zaangażowaniem, wytrwałością? Jesteś gotowa/y pracować nad relacją, czy stawiasz na „żyli długo i szczęśliwie”?

Jeśli kogoś kochasz, czy aby na pewno obiektem twojej miłości jest żywy człowiek, czy raczej twoje wyobrażenie o nim? Sprawdź – to wcale nie takie oczywiste…

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »