1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Jacek Braciak: Prawda? Czymże jest prawda?

Jacek Braciak: Prawda? Czymże jest prawda?

fot. Rafał Masłow
fot. Rafał Masłow
Nieszczególnie lubi dojrzałość, bo „ta cała dyplomacja, to prognozowanie, próby umiaru, ta pozorna dorosłość – to wszystko jest o kant dupy potłuc”.

Jacek Braciak mówi o tym, co myśli o miłości, z jakiego powodu nie zagrałby w „Smoleńsku”, czemu nie mizdrzy się do świata i dlaczego lubi, gdy życie jest takie nie wiadomo trochę jakie.

Jerzy Stuhr powiedział, że moment, kiedy aktor „łapie” rolę, to ten, gdy zakłada buty swojego bohatera.

A nie Tadeusz Łomnicki, a przed nim Jerzy Leszczyński? Coś w tym rzeczywiście jest, że buty są fundamentem w sensie dosłownym i tym bardziej metaforycznym. Buty i charakteryzacja, które determinują aktora do tego, by coś tam w środku siebie znalazł i się z tym stopił. Bo nie mogę zgodzić się z tezą, że aktor ma grać. Wręcz przeciwnie. Aktor nie powinien grać. Jego zadanie, moim zdaniem, polega na myśleniu i czuciu. Zdaje się, że to Gustaw Holoubek z kolei powiedział: „To jestem ja, tylko w innych okolicznościach niż w życiu”. Zwykle nieosiągalnych na co dzień, ale bez ciężaru pokusy prywatności, więc chętnie podłączam się do głosu genialnego Holoubka i gdy gram, myślę: „To ja, to ja jestem prezesem telewizji, hotelowym boyem, szefem kuchni”.

W „Kamperze” gra pan szefa kuchni, silnego, zdecydowanego faceta w eleganckich butach...

To moje prywatne buty, które kupiłem na pchlim targu przy Namysłowskiej, tam koło basenów, dziesięć lat temu za 60 złotych. Ręcznie szyte.

A kupiłby pan sobie buty za sześć tysięcy?

Nie, na pewno nie... Raz kupiłem nową daewoo nexię, kosztowała swoje, ale na szczęście mi ukradli.

Na szczęście?

Tak, bo to niezawodny i okropny samochód. Od punktu A do punktu B i to wszystko. Żadnej frajdy.

Czego mu zabrakło?

Nie wiem do końca. Jazda samochodem ma dla mnie wręcz terapeutyczne znaczenie, więc muszę się w nim dobrze czuć. Wszystko jedno, czy to maluch, którego kiedyś kupiłem od Czarka Żaka, czy amerykański krążownik, bo to się nie wiąże z parametrami, tylko z poczuciem bycia w tej puszce... Wiem, tamten daewoo był po prostu nudny [śmiech]. Zaraz, ale o czym my rozmawiamy? To są dygresje, przeklęte dygresje... To wszystko przez panią.

Ach tak?! Szef kuchni, którego pan gra, nudny nie jest. Mało tego. Pojawia się na chwilę, ale bez niego tego filmu by nie było, a pana udział w „Kamperze” określono jako „udział specjalny”. O co w tej nazwie chodzi? Jest pan przynętą?

Nie mam zielonego pojęcia, ale już kilkakrotnie zdarzyło się, że pojawiam się na plakacie albo wśród głównej obsady, choć moja rola jest mniejsza. Miałem takie zdarzenie przed laty, że przyjechałem do Rzekcina, do domu. Niespodziewanie. Do tego Rzekcina, gdzie...

„Dokuczała zimna woda, studnia, pęknięta ściana, przemoczone buty, daleko do przystanku, wiecznie odmrożone ręce”.

A w lodówce leżała wtedy tylko jakaś smętna parówka. Zmieszana mama powiedziała: „Nie zdążyłam...”, i zapytała mnie, co ostatnio robiłem. A ja co? Akurat zagrałem epizod hotelowego boya w serialu „Panny i wdowy”. Z panem Nowickim, i w ogóle byłem wniebowzięty. W dwa dni zarobiłem równowartość miesiąca ciężkiej pracy mojej mamy przy kapuście u plantatora. A praca ta polega na tym, że wykonuje się ją na przełomie września i października, kiedy są już przymrozki. Zaczyna się o świcie, gdy w liściach główki kapusty jest pełno wody, więc po 10 minutach człowiek jest mokry od pasa w dół i zziębnięty. I tak pracuje cały dzień. A tu nagle ja, z poczuciem, że w tym serialu przecież tak naprawdę nic wielkiego nie zrobiłem, ubrali mnie, pomalowali, wypowiedziałem jedną kwestię, nakarmili mnie w cateringu i odwieźli roburem do akademika. Miałem wtedy ogromne skrupuły, ale pozbyłem się ich, ponieważ pomyślałem sobie, że skoro są ludzie, którzy chcą mi za to płacić... Bo kapustę też mogę wycinać, kapustę może wycinać każdy. I tu się gryzę w język – aktorem też może być każdy.

Ja nie.

Dlaczego?

Zagrałam raz elfa w amatroskim przedstawieniu dla dzieci. Trauma do dziś.

Aaa, bo była już pani dorosła i to się wiąże z tym wszystkim, czego nabywamy z wiekiem, wstydem, wyobrażeniem siebie. Natomiast jak się ma naście lat i trafia się do szkoły teatralnej, to robią z tobą, co chcą, źle lub dobrze, często, niestety, fatalnie. No, ale gdy tobie akurat profesor Łapiński, Englert, Hanin dają sygnał, że nie jest źle, wchodzisz w to natychmiast. I, proszę uwierzyć, że przy pewnym potencjale pychy bycie aktorem jest łatwe. Trzeba mieć jeszcze tylko w sobie wolę ekshibicjonizmu, zdolność egoizmu i potrzebę bezwstydu. I już – aktor gotowy [śmiech].

Ja umarłam ze stresu, a gdy na widowni zobaczyłam Krzysztofa Maternę i Marka Kondrata... wróciłam za kotarę i duszkiem wypiłam pół butelki whisky. A potem nie mogłam trafić karocą z wróżką w środku do wyjścia. 

A widzi pani, dlatego alkohol jest niewskazany na scenie.

A poza?

Jak tam kto uważa.

A pan jak uważasz?

Że są pewne rzeczy niebezpieczne, których należy unikać.

Czego jeszcze warto unikać?

Niczego poza tym.

W filmie „Kamper” bohaterowie non stop jarają trawkę.

A, to co innego [śmiech]... Jarają, ale nie udają upalonych. Ja tam w ogóle nie przyłapałem nikogo na niczym nieprawdopodobnym. No, raz się tylko zbrzydziłem w tej scenie ze skaleczeniem i mrożonym kurczakiem. Ale poza tym to dobry film. Pamiętam, gdy reżyser powiedział: „Ciekawe, czy zrozumiesz, o czym chcą powiedzieć 30-latki”. Zrozumiałem, mało tego – uważam, że to film o wszystkich nas, od 17. roku życia do końca.

Czyli o czym jest ten film? O miłości?

Tak, posłużmy się tym banałem. Ale jest też o akceptacji świata, zrozumieniu, o przyjęciu cierpienia jako pewnej rzeczy permanentnej, świadomości, że wszystko, co się dzieje, to są nawracające cykle. I ja z perspektywy swoich 48 lat mogę powiedzieć na pewno – tak, wszystko w życiu jest cyklem. Bardzo powtarzalnym. Zakochanie, miłość, związek, rozpad. I znowu to samo. I znowu to samo...

Czyli myśli pan, że związek na całe życie nie ma szans?

Wydaje mi się, że nie, ale to mój punkt widzenia, bo czasem jednak widzę związki, gdzie w skrajnych wypadkach ludzie po prostu na siebie trafiają, albo oparte jest to na jakimś poświęceniu.

A może jest tak, jak mówi Marek Kondrat, że miłość do grobowej deski należy sobie obiecywać po 65. roku życia?

O, to to, tu bym się z Markiem zgodził. Ale i tak musi w tym być jeszcze jakiś poziom tolerancji, niechęć do zmieniania tego drugiego człowieka i brak pokusy zabawiania się w „na moje wyszło, panie dyrektorze”. Chyba tylko to gwarantuje dobry związek.

A umiejętność popatrzenia oczami tej drugiej osoby?

Też, można to nazwać czułością.

W filmie mówi pan do młodego Kampera: „Całe życie możesz być kolesiem w szortach, i to ma swoje dobre strony, ale koniec końców zawsze dostaniesz po dupie od takiego gościa jak ja”.

Mam teraz zanalizować ten tekst? Ja jestem prostym aktorem, wypowiadam swoje kwestie, idę do domu i nic nie pamiętam.

A jakieś pozafilmowe refleksje na temat?

Różnie jest. Czasem myślę: „A tam, nie chcę być już młody, pies trącał ten idiotyzm i te szorty”. Tak, bo lekkomyślność i wszystkie inne historie z młodości, owszem, mają urok, pod warunkiem że zachowamy proporcje, ale... kto by umiał zachować proporcje? Starać się tylko można. Godzę się z wieloma rzeczami, ale jeśli mogę być szczery, to mam do życia pretensję o tę tzw. dojrzałość. Ona niczego nie daje, wszystko zabiera. Ta cała dyplomacja, to prognozowanie, te próby umiaru, ta pozorna dorosłość – to wszystko jest o kant dupy potłuc.

Czyli to jest tylko takie udawanie szczęśliwego, gdy ma się 48 lat?

Prawda jest taka. Szorty są fajne, ale nie jak się ma 20 lat, ponieważ wtedy to jest oczywiste, bo co można mieć, jak się ma 20 lat? Tylko krótkie gacie. Ale jak się ma więcej lat i te gacie nagle się przydarzą? Boże, to jest cudowne [śmiech].

Kiedy chodzi pan więc w krótkich gaciach?

Mentalnie? Teraz mam krótkie gacie. I te krótkie gacie dają mi poczucie spokoju, a nawet powiedziałbym błogości, ale wiem też już o sobie to, że zaraz może mnie dopaść labilność.

A jak emanują te krótkie gacie w życiu codziennym?

Nic nie powiem, proszę zapomnieć.

Ja na przykład tańczę Eminema, gdy nikogo nie ma.

Ho, ho… Ja jeszcze niedawno tańczyłem do „Grzesznego tanga” Adama Struga.

No, to ewidentnie krótkie gacie, ale w kant.

Wstrzymajmy te konie! To nie ma związku ze sprawą, w jakiej się spotkaliśmy.

Wręcz przeciwnie.

Miałem obawy co do tego wywiadu [śmiech].

Wróćmy więc do miłości.

O, Boże...

Można się nawzajem kochać bez lubienia siebie?

Ostatnio oglądaliśmy z moją 13-letnią córką Marysią „Taksówkarza”, „Ojca chrzestnego” od dechy do dechy. Byliśmy też w kinie na „Carol”, z której chcieliśmy wyjść dokładnie w tym samym momencie, ale głupio nam było sobie to w trakcie powiedzieć. Byliśmy w Narodowym na genialnym „Tangu” Mrożka. I pomyślałem sobie, że miłość to takie uczucie trochę urzędowe, ale jeśli dochodzi do tego lubienie siebie nawzajem? Dopiero wtedy mamy tę miłosną całość. I w tym nie ma żadnego „chyba”. I ten stan powinien dotyczyć wszystkich sfer. Nie tylko tych...

Nieprzytomnych zauroczeń?

Tak. Miłość to też rozmowy, siedzenie razem i picie herbaty, takie pobycie. Lubienie, no.

A da się bez tego żyć?

Dobra. Odpowiem. Nie, absolutnie nie da się żyć bez miłości. Ale trzeba napisać, że powiedziałem to z przydechem dwudziestokilkuletniej aktorki z serialu. Bo one nie mówią tembrem, tylko przydechem. Bo przydech w ich mniemaniu niesie atmosferę i uczuciowość.

A teraz bez przydechu.

Oczywiście, że da się żyć bez miłości, jak bez wielu innych rzeczy. Bo co? Jeśli nikogo nie kochasz, to nagle umierasz? Nie. Miłość to wartość dodana do reszty życia.

Tyle że wmówiono nam, że ona musi trwać całe życie?

A my psim swędem i owczym pędem w to idziemy. Myślę, że wiele rzeczy funkcjonuje siłą rozpędu, bo wmówiono nam, że tak ma być, niekoniecznie chcąc nam zrobić krzywdę. Uznano kiedyś po prostu, że są pewne cechy gwarantujące bezpieczeństwo, harmonię, budowanie rodziny z pokolenia na pokolenie. I tam wpakowano też miłość do grobowej deski, ale ile w tym było ludzkiej tragedii?! O tym dowiadujemy się z pamiętników i intymnych powieści z przełomu XIX i XX wieku. Bo w życiu zawsze jest coś za coś. Ale proszę mi powiedzieć, co akurat ja mogę o tym wiedzieć?

No, chyba ma pan jakąś swoją prawdkę.

O, to teraz proszę uważać. Gdy Jezus oświadczył, że nastanie królestwo prawdy, Piłat odpowiedział: „Prawda? Czymże jest prawda?”. I myślę, że do dziś gdzieś tam chodzą pod rękę i o tym rozmawiają, jeden z drugim czy sami ze sobą.

Czyli co? Życie jako rozmowa ze sobą?

W ogóle nie komentuję tego zdania. Nie słyszałem.

To nieprawda.

To proszę napisać „milczenie” albo zrobić takie kropki w nawiasie. „Życie jako rozmowa z sobą”? Brzmi jak tytuł następnej książki Paula Coelho albo poradnika.

Sorry, tak właśnie z tym życiem jest, niestety. Ale do tej rozmowy ze sobą warto też kogoś dopuścić, prawda?

Tak, ale warto też pamiętać to, co napisał Amos Oz: „Serce jest najbardziej zdradliwe. Któż mu zawierzy?”. Ta myśl zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Idąc dalej – jak można więc mieć pretensje do kogoś, że się zakochał, a potem odkochał? No, nie można! Bo skoro tak się stało, to znaczy, że była jakaś rysa na związku, czegoś zabrakło i trzeba dalej szukać. Do tego więc dodam jeszcze taką myśl: „Tchórzostwo jest największą z ułomności ludzkich”. Czyli w sumie wie pani co? To dobrze, że życie jest takie nie wiadomo trochę jakie. Że coś spada jak grom z jasnego nieba albo w ciemnym zaułku pojawia się zabójca.

Bo inaczej?

Byłoby trywialnie. Jak w tym samochodzie, co mi go ukradli. Albo jak z pójściem do wróżki. Idziemy, nabywamy wiedzy na temat przyszłości, ale gdzie tu urok?

Był pan kiedyś u wróżki?

Raz, dawno, u wróża, który bez kuli, kota, sowy, ale w garniturze wyjaśnił mi, o co chodzi z tym wisielcem do góry nogami. Nic się nie sprawdziło, chociaż... może w szerszej perspektywie... No, ale znów jesteśmy w przeklętej dygresji.

Zagrałby pan w filmie „Smoleńsk”, gdyby przyszła taka propozycja?

Nigdy nie zagrałbym w filmie, czy to byłby „Smoleńsk”, czy „Bitwa o Wał Pomorski”, który nosi piętno politycznej agitki.

Ale podobno jest tak, że jeśli się nie interesujesz polityką, to ona i tak zainteresuje się tobą.

Ja się interesuję polityką i to, co się teraz dzieje, mną wstrząsa. Cała telewizja to zresztą jakieś wstrząsy, nieszczęścia, pożary, utonięcia, zabójstwa – emocjonalne artykuły pierwszej potrzeby. Kiedy słyszała pani, że urodziły się szczęśliwe pięcioraczki albo samolot doleciał do celu? A potem dziwimy się, że jest powszechny hejt. A co ma być, jeśli nigdy nie ma pochwały rzeczy?

Powrót „Teleranka” na antenę pana nie kupił?

Takie sztuczki nic mi nie robią, bo kojarzą mi się z PRL-owską telewizją, gdzie w technikum rolniczym przy tablicy stał straszny pan i rysował koszmarne wzory. Resentymenty kojarzą mi się też z Eriką Steinbach, nacjonalizmem i ksenofobią. I przecieram oczy ze zdumienia, gdy słyszę, że znajdujemy się w stanie permanentnego zagrożenia terroryzmem, chociaż... to są akurat słowa kogoś ewidentnie niezrównoważonego. Nie ma więc co ich rozważać. Ale poza tym ja w ogóle nie sądzę, bym miał prawo zabierać głos we wszystkich kwestiach i zajmować tym innych. I tak jestem wystarczająco pyszny, bo jestem aktorem, więc nie chcę być jeszcze luminarzem. Bo my nie jesteśmy luminarzami, tylko chłopami, jak każdy Polak. Nie jesteśmy elitą. Elita to chory wytwór kultury obrazkowej, gdzie byle debil, który pokazuje się w telewizji, nieważne, co robi, czy zapowiada pogodę, czy ją przepowiada, nagle jest autorytetem. Boże, Boże, okropne.

Myśli pan, że da się pana lubić?

Pamiętam sytuację, gdy pani przy kasie mówi: „A co pan taki smutny?”. „A dlaczego pani tak myśli?” „Bo pan zawsze taki wesoły”. „A pani mnie zna?” „No, z telewizji”. „Łaskawa pani, ja nie jestem teraz w telewizji!”. W powszechną więc sympatię dla mojej osoby nie wierzę, ale... nie lubię być zakładnikiem własnego wizerunku, typu „A ten Braciak to taki w tej »Rodzince« fajny, a w tej »Brzyduli« taki śmieszny, a cha, cha”, więc w sytuacji alternatywy: mizdrzyć się do świata czy być sobą, zawsze instynktownie stawiam na siebie. Poza tym, wie pani co? Lata całe żyłem, udowadniając, że mimo dyskusyjnej urody coś umiem, i strasznie się z życiem mocowałem. Dziś robię w większości, co chcę, ale czasem przypomina mi się, co mówiła mama: „Szkoda świeczki, szkoda knota”. Szkoda, że wcześniej tego nie rozumiałem.

Jacek Braciak, w 1991 r. ukończył Akademię Teatralną w Warszawie. Genialne kreacje stworzył w takich filmach, jak: „Drogówka”, „Różyczka”, „Jasne błękitne okna”, „Łucja i jej dzieci”, „Edi”. Prywatnie ojciec trzech córek: Jadwigi, Zofii i Marii. Wychował się w Rzekcinie. Mieszka na Saskiej Kępie w Warszawie.

Tekst pochodzi ze „Zwierciadła” 6/2016.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Kobieta wyzwolona i domator – jak się rozwijać w związku, kiedy się różnimy?

Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, warto mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. (Fot. iStock)
Wyobraźmy sobie, że kobieta z tego przykładowego związku jest osobą aktywną, ciągle coś wymyśla, jeździ, poznaje, rozpoczyna. Mężczyzna, który traci dla niej głowę, to domator, lękający się zmian. Zachwyca się, że ona jest taka ruchliwa i sobie fantazjuje, że będzie wspaniałą żoną, matką i będą tworzyć cudowne domowe ognisko.

Na początku, kiedy jest jeszcze fascynacja, zazwyczaj wszystko idzie gładko. Kobiecie przez chwilę odpowiada klimat domowy, a mężczyzna od czasu do czasu daje się namawiać na wypady za miasto. W wersji idealnej, gdyby mieli dość siły wewnętrznej, on mógłby odkryć w sobie chęć większego działania w strefie erosa - dostać skrzydeł i robić rzeczy, których sam nigdy nie miał śmiałości nawet zacząć. Z kolei kobieta mogłaby odkryć, że nie musi być zawsze silna i działająca, tylko czasem może usiąść sobie w fotelu albo zrobić pyszny makaron i odczuwać z tego powodu radość i odprężenie. Taki rozwój wypadków w życiu nie zdarza się jednak często. Można założyć, że ten układ po fazie zakochania będzie przechodził kryzys. Jeżeli mężczyzna nie będzie w stanie przejść swojego progu na to, żeby być bardziej aktywny ani też nie zmusi kobiety, żeby była bardziej bierna, zacznie się między nimi walka.

Takie trudności są czasem nie do pokonania. Może się okazać, że dla mężczyzny z naszego przykładu ten związek jest za słabą siłą, żeby zaczął działać. Nie wyrwie go z poczucia, że on się nie nadaje się do ekspansji. Może został wychowany w rodzinie, w której ojciec był całkowicie podporządkowany matce. Jego kobieta też wcale nie musi się pod jego wpływem uspokoić. Może w jej rodzinie i matka, i wszystkie babki były aktywne. Za tym zwykle kryje się jawna lub ukryta krytyka przeciwstawnego modelu. Kobieta mogła słyszeć coś takiego - „Żebyś nie była taka jak ta Kryśka, co już z trzecie dziecko ma i nic z życia, zobaczysz, jak skończysz tak jak ona, to facet cię wystrychnie na dudka a ty będziesz siedziała w domu w garach”. Cały system takich przekonań rodzinnych, ale też kulturowych skutkuje ograniczeniami, które blokują, ograniczają nasz rozwój. Jeśli dla mężczyzny z naszego przykładu ważne jest, by zacząć działać na zewnątrz, jest duża szansa, że gdy rozstanie się z tą, za chwilę zakocha się w podobnej kobiecie. Pozna ją, kiedy właśnie u cioci lepi pierogi ale za chwilę oświadczy mu, że wybiera się w podróż dookoła świata. To będzie jego kolejne podejście i może się okazać, że jest ono łatwiejsze niż poprzednie, bo będzie już w innym punkcie swojego rozwoju.

Co robić, kiedy wchodzimy w fazę trudności, konfliktów i nasz związek zaczyna wyglądać beznadziejnie? Gdy nie ma energii, aby zmienić związek, ani żeby z niego wyjść, pojawia się stan depresji albo zaczynamy szukać innego partnera lub partnerki. Czasem różnica między ludźmi jest za duża a indywidualne progi za wysokie, żeby w danym związku coś się dopełniło. W każdym jednak czegoś się uczymy, coś integrujemy. Bo to, na jakiego trafiamy partnera, zależy od tego w jakim punkcie rozwoju jesteśmy. Czasami warto jest dopuścić do siebie myśl, że to nie partner jest paskudny, tylko może to, co mnie w nim denerwuje, jest dla mnie czymś ważnym. Może warto zastanowić się dlaczego dostaję szału, bo on tylko ciągnie mnie do łóżka. Może uważam, że w życiu powinnam tylko poświęcać się rodzinie i w związku z tym daję dużo przestrzeni na wymiar miłości zwany caritas, a seks zaniedbuję? Taki kierunek myślenia jest najbardziej rozwojowy, ale także najtrudniejszy, bo konfrontuje nas z naszymi kompleksami, ograniczeniami. Zmusza nas do tego, żebyśmy zrobili coś więcej niż tylko zmienili partnera. Do takiego myślenia zachęcałabym w sytuacji, kiedy podobny układ powtarza nam się w kolejnym związku.

Czasem jest tak, że potrzebujemy innego partnera, bo z obecnym już niczego nowego, ważnego dla nas nie doświadczymy. Podam przykład. Wchodzę w związek z mężczyzną, który odkrywa przede mną wspaniały świat seksu i jest mi cudownie. On natomiast poznaje przy mnie co to znaczy być kochanym, zaopiekowanym, wspieranym. Przez jakiś czas wszystko jest super, ale nagle stwierdzam, że to już, że on nic więcej przede mną nie otworzy, a ja też nie mam mu już nic więcej do dania. To jest ten moment, że pewne jakości się dopełniają i albo pojawi się coś nowego, co będziemy odkrywać w tym związku, albo zaczną nas fascynować inni partnerzy. Cały czas mówimy o wymiarach indywidualnych, natomiast pozostaje jeszcze pytanie jak to działa w związku jako całości, bo pewne obszary są wspólne dla nas obojga. Często pary mówią - my to uwielbiamy się kochać, czyli dla nich ważny jest seks, inni - największym sensem naszego życia są dzieci, co oznacza, że nacisk kładą na caritas. To są wymiary, w których oboje czujemy się komfortowo, natomiast zawsze są też takie, które dla nas obojga są trudniejsze. Kiedy jest kryzys w związku, warto się zastanowić co się dzieje w tych obszarach, których w naszym życiu nie ma lub które są najsłabiej reprezentowane.

Często jednak latami tkwimy w jakimś jednym schemacie i potrzeba poważnego kryzysu, żeby to zauważyć. I czasami jest już za późno, bo jedna ze stron nie chce już niczego. Kiedy zauważymy, że „jedziemy” jednymi tylko torami, fajnie mieć odwagę żeby powiedzieć partnerowi, że czegoś mi brakuje, że coś bym chciała. Umieć stanąć za sobą. Często jest tak, że blokujemy się, myślimy – nie ma co o tym mówić, on i tak mnie wyśmieje, nie zrozumie, to wcale nie ważne. Niemożliwe jest przecież, żebyśmy zostawili dzieci i pojechali na weekend nad Biebrzę albo cały dzień spędzili w łóżku. A dlaczego nie?

  1. Seks

Jesteśmy szczęśliwym małżeństwem, ale śpimy w oddzielnych łóżkach

Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi. (Fot. iStock)
Typowa reakcja na osobne sypialnie małżonków wygląda mniej więcej tak: „Śpicie oddzielnie? Wyrazy współczucia! Już po miłości!”. My tymczasem mówimy: Chcecie się kochać? Rozdzielcie się na noc.

- To koniec! My już ze sobą nawet nie sypiamy – powiedziała Marta, kiedy po raz pierwszy przekroczyła próg mojego gabinetu. Obawiała się kryzysu w swoim, skądinąd udanym od pięciu lat, małżeństwie.

Zapytałam, od jak dawna nie uprawiają seksu.

– Nie, seks wciąż jest, teraz nawet lepszy niż na początku. Chodzi o co innego: mamy osobne sypialnie – odpowiedziała. – Od jakiegoś czasu chodziłam niewyspana, bo Mateusz strasznie chrapie. Nie pomagało przewracanie go na bok ani gwizdanie. Niemal każdej nocy budziłam się kilka razy z rzędu. Ja miałam podły humor, on czuł się winny. W końcu jednego wieczora przeniósł się na kanapę do salonu. A ja po miesiącu rzuciłam pomysł, że może kupię sobie pojedyncze, wygodne łóżko, takie, o jakim zawsze marzyłam, i wstawię je do swojego gabinetu. Miałabym swój oddzielny kąt... Pracuję w firmie, ten gabinet to bardziej zachcianka niż konieczność. Jednak w głębi duszy liczyłam, że Mateusz będzie protestował. Pamiętam, jak na początku małżeństwa uwielbialiśmy zasypiać przytuleni ,,na łyżeczkę”. Tymczasem on stwierdził, że to świetny pomysł! Nawet pomógł mi wybrać łóżko.

Spytałam, czy czuje się szczęśliwa w swojej sypialni. Marta powiedziała, że tak. Nigdy nie miała własnego pokoju. W domu rodziców dzieliła go ze starszą siostrą, w wynajętym mieszkaniu ze współlokatorką, a po ślubie – z mężem.

– Uwielbiam swoje nowe łóżko, mogę mieć wreszcie jedwabną pościel, której Mateusz nie znosi, mogę czytać do późna w nocy i nikt nie gdera, żebym zgasiła światło. Mateusz zasypia sobie przy włączonym telewizorze, z laptopem na kołdrze, ale… kiedy mówię koleżankom, że mamy osobne sypialnie, twierdzą, że to koniec małżeństwa – przyznała.

No tak, w końcu ślub to obietnica dzielenia łoża, stołu i konta w banku. Tylko dlaczego jakoś nie przeszkadza nam, że jadamy osobno obiady na mieście? Oddzielne konta w banku też nie budzą niepokoju, ale pragnienie rozdzielonych sypialni jednoznacznie kojarzy się z kryzysem związku. Może niesłusznie?

Razem czy osobno?

Spanie w jednym łóżku stało się modne dopiero pod koniec XIX wieku, podczas rewolucji przemysłowej, kiedy ludzie zaczęli osiedlać się w zatłoczonych miastach i żyć w małych mieszkaniach, ale ostatnio zwyczaj ten jest coraz bardziej démodé. Tak przynajmniej twierdzą amerykańscy projektanci domów, którzy coraz częściej dostają zamówienia na projekty osobnych sypialni, do tego każdej w innym stylu. W recepcjach sieci najbardziej eleganckich hoteli do dobrego tonu należy pytanie małżonków, czy życzą sobie jeden czy dwa pokoje. Profesor Humphrey Klinkenberg z kliniki Sleepwise w Wielkiej Brytanii twierdzi nawet, że wspólna sypialnia to nieraz pierwszy krok do rozwodu. I nie chodzi jedynie o to, że widok ukochanej kobiety z maseczką na twarzy może na dobre uśpić męskie zmysły, ale raczej o dynamikę snu. Okazuje się bowiem, że kobiety i mężczyźni śpią inaczej.

My – genetycznie zaprogramowane do lekkiego snu, by wstać do płaczącego niemowlęcia – wybudzamy się częściej i nawet drobny szmer może nas postawić na nogi. Panowie nie mają takich problemów. Chrapanie – bardziej męska domena, może ograbić nas z 70 minut snu każdej nocy, co tygodniowo daje 8 godzin. Zbyt wąska wspólna kołdra, przeciągana w nocy raz na jedną, raz na drugą stronę łóżka, to kolejny argument za rozdzieleniem łoża. No i mamy jeszcze całkiem odmienne przyzwyczajenia. On lubi oglądać w łóżku telewizję, ty chcesz spać przy włączonej lampce. Ty lubisz temperaturę w sypialni nie wyższą niż 18 stopni, on jest zmarzluchem – i awantura gotowa.

Na straży udanego seksu

Co z seksem, gdy odgradzają nas ściany, drzwi, korytarz? To pytanie trapi amatorów osobnych sypialni. Co z dzieleniem bliskości, intymności, szczerymi rozmowami ciągnącymi się do rana, zapachem ukochanego, który koi nerwy po ciężkim dniu? A kto powiedział, że do tego niezbędna jest wspólna sypialnia?! Z badań seksuologów wynika, że małżeńskie łoże to ostatnie miejsce, które zachęca do spontanicznego seksu. W sypialni kochamy się bardziej z poczucia obowiązku czy rutyny (w końcu mamy siebie pod ręką). Wspólne łóżko to często miejsce pracy (każde na swoim laptopie), telewizyjnych seansów, a także małżeńskich kłótni, kończących się ostentacyjnym odwróceniem do partnera plecami.

Polscy psychologowie na temat oddzielnych sypialni wypowiadają się raczej ostrożnie, twierdzą, że to dobry pomysł na chwilę, na przetrwanie małżeńskiego kryzysu. Tymczasem małżonkowie najczęściej, by czmychnąć ze wspólnego łoża, uciekają się do pretekstu. On: ,,Kochanie, dopóki mały przychodzi w nocy do naszego łóżka, będę spać na kanapie, bo wiesz, że w pracy muszę być wyspany”. Ona: ,,Kochany, wiesz, że nie znoszę zapachu piwa, może przeniósłbyś się na noc do gabinetu?”.

No cóż, można i tak, ale czy szczerość w związku nie jest ważniejsza od wspólnej kołdry? Po dwóch, trzech latach symbiozy w relacji – dobrowolnej emigracji na bezludną wyspę tylko we dwoje, gdzie ty, tam i ja, tworzenia wspólnej części związku – pojawia się naturalna potrzeba odzyskania niezależności, a w tym także posiadania własnej przestrzeni. Osobni znajomi, odrębne pasje, pojedyncze wypady za miasto – stają się doskonałą okazją, by zatęsknić za sobą nawzajem, a także mieć czym się podzielić z partnerem. Oddzielne sypialnie to właśnie chęć posiadania przestrzeni tylko dla siebie, zaspokajanie potrzeby wygody czy nawet realizacja dziecięcych marzeń spania w jedwabnej pościeli, której nie trzeba z nikim dzielić. A seks? Zapraszanie się do sypialni może być cudownym elementem gry wstępnej i popisem twórczych inwencji. Bywa, że niedostępność partnera budzi chęć przekory, staranowania drzwi…

Mąż gościem w sypialni? Czemu nie? Sytuacja staje się odświętna, inna, daleka od rutyny… Trochę tęsknoty też nie zaszkodzi miłości. Przypomnij sobie, z jakim apetytem rzucacie się na siebie, kiedy jedno z was wraca ze służbowego wyjazdu.

Własne kobiece ustronie

Jeśli szkoda ci tej bliskości, potrzebujesz czasem w nocy poczuć, że nie jesteś sama, a z drugiej strony kusi cię chęć posiadania prywatnego kobiecego ustronia – urządź sobie buduar z własnym łóżkiem i korzystaj z niego od czasu do czasu. Nie musicie przecież każdej nocy spać osobno ani każdej nocy razem, ale świadomość, że zawsze, ilekroć masz na to ochotę, możesz czmychnąć „do siebie” – na pewno związkowi nie zaszkodzi.

Tylko jak powiedzieć partnerowi, że chcesz spać osobno? Najpierw rozpoznaj tę potrzebę u siebie i zrozum pobudki, z jakich ona wynika. Jeśli pierwsza myśl, która się pojawia w twojej głowie, to: „Już dłużej nie chcę spać z nim w jednym łóżku”, może powinnaś zastanowić się nad terapią małżeńską. Kiedy zaś wizja własnego łóżka, kolorowych poduszek, pokoju urządzonego po babsku od dawna chodzi ci po głowie (nie bez myśli o zmysłowych przygodach z partnerem pośród zwiewnych koronek), po prostu powiedz mu o tym – otwarcie, szczerze, bez uciekania się do pretekstów. I spełnij swoje marzenie.

  1. Seks

Jak walczyć z egoizmem w sypialni?

Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. (Fot. iStock)
Najlepsze relacje seksualne tworzą ci, którzy znają swoje pragnienia, potrafią o nich mówić i dążyć do ich realizacji, ale też umieją przesunąć je na drugi plan i skierować reflektor na potrzeby partnera. O tym, jak wiele złego może wyrządzić w sypialni źle rozumiany, przesadny egoizm mówi seksuolożka prof. Marią Beisert.

Co możemy zrobić, jeśli trafimy w łóżku na partnera, który myśli wyłącznie o sobie?
Jeśli jest to osoba narcystyczna, to trzeba mieć świadomość, że dla niej spojrzenie na seks czy związek z innej perspektywy niż własna może być niemożliwe. Narcyz jest bardzo trudnym partnerem i kochankiem, chociaż często niezwykle atrakcyjnym. To dwie strony tego samego medalu. Pakiet.

Jednak nie każdy, kto w łóżku myśli tylko o sobie, jest Narcyzem.
Oczywiście. Młodzi ludzie, którzy dopiero zaczynają życie seksualne, dość często w seksie biorą pod uwagę tylko siebie, bo wydaje im się niemożliwe, by druga osoba przeżywała coś innego. Swoje wyobrażenia o potrzebach partnera budują więc na tym, czego sami potrzebują. Ten problem wynika z braku wiedzy i jest bardzo prosty do rozwiązania – wystarczy zacząć się komunikować. Można mówić wprost: „ja potrzebuję tego i tego”, „lubię to i to”, „bawi mnie to i to” albo położyć rękę drugiego człowieka tam, gdzie trzeba, pokazać, jaki ruch ręką jest odpowiedni czy zmienić pozycję.

Niektórzy uważają, że seks z instruktażem jest gorszy.
Tak, tak, że jest mniej spontaniczny, obdarty z tajemniczości… To wynika z dość powszechnego, ale fałszywego wyobrażenia, że dobry seks jest wtedy, gdy dwie osoby rzucają się na siebie i osiągają orgazm w tym samym momencie. Nie muszą się dostosowywać, bo wszystko samo się układa, pasuje jak w puzzlach. Tyle że w życiu tak się zwykle nie dzieje, więc jeśli ludzie chcą mieć przyjemność w seksie, dobrze, by zaczęli komunikować swoje potrzeby.

A jeśli to pokaże, że pragną czegoś zupełnie innego? Na przykład jedno chce uprawiać seks bardzo często, a drugie bardzo rzadko. Kto ma ustąpić?
Wcześniejsze podejście terapeutyczne skłaniało się ku rozwiązaniu, by osoba o mniejszym temperamencie dostosowywała się do partnera, który ma większe potrzeby. Dzisiejsze wskazuje raczej odwrotny kierunek. Ja myślę, że wszystko zależy od kontekstu i tego, co dla każdego z partnerów oznaczałoby dostosowanie się do drugiej osoby. Jak duży koszt każdy z nich musiałby ponieść. Akurat kwestia różnych temperamentów jest jedną z najtrudniejszych do rozwiązania i, niestety, nie zawsze, nawet przy najlepszych chęciach obu stron, da się znaleźć dobre wyjście.

Porozmawiajmy więc o różnych poglądach na antykoncepcję. Powiedzmy, że mężczyzna chce, by kobieta brała tabletki, a kobieta woli, żeby stosowali prezerwatywy.
Trzeba się dowiedzieć, co stoi za każdą z potrzeb. Może na przykład kobieta woli prezerwatywy, bo boi się, że zapomni wziąć tabletkę i zajdzie w ciążę, ale ostatecznie daje się namówić na wysiłek związany z pilnowaniem regularnego przyjmowania leków, bo uznaje, że nie jest to wielkie poświęcenie. A może jest przeciwna antykoncepcji z powodów religijnych i branie pigułek byłoby dla niej rezygnacją z istotnych wartości.

Rozumiem, że dobra relacja seksualna wymaga tego, by wiedzieć, kiedy odpuścić, uznać: „To ustępstwo wiele by kosztowałoby mojego partnera, więc ja ustąpię, bo dla mnie to niewielki wysiłek”?
Tak. Taka elastyczność jest bardzo ważna. Nie chodzi jednak o rezygnację, która pojawia się wtedy, gdy ktoś w seksie rezygnuje z zaspokajania swoich potrzeb, bo czuje, że nie ma innego wyjścia, na przykład jest zależny od partnera ekonomicznie i sprzeciw mógłby oznaczać stratę dachu nad głową – to jest bardzo niszczące, rodzi bierną agresję i wielkie pretensje. Chodzi o akceptację, czyli sytuację, w której ktoś godzi się, by jego potrzeby nie były w danym momencie zaspokojone i nie doznaje z tego powodu krzywdy. Wie, że też coś na tym rozwiązaniu zyskuje. To jest zdrowa sytuacja.

Może pani podać przykład takiej akceptacji?
Pracowałam kiedyś z młodą parą. Jej zależało na seksie oralnym, na który on nie miał ochoty, a jemu na seksie analnym, który z kolei jej nie sprawiał przyjemności. Ostatecznie, trochę żartując, ustalili, że będzie na zmianę – raz seks oralny, raz analny. Oboje coś odpuścili, bo byli przekonani, że nagroda jest atrakcyjna, a koszt niezbyt wysoki. Oczywiście nie doszłoby do tego porozumienia, gdyby jedno z nich było skrajnym egoistą, bo dla takiej osoby każdy wysiłek jest zbyt duży do poniesienia. Miałam w przeszłości takiego pacjenta. Lubił, niby mimochodem, cytować swojego dziadka: „Nie rób nikomu dobrze, nie będzie ci źle”.

Co na to jego partnerka?
Najpierw skarżyła się na brak gry wstępnej, bo mąż bardzo szybko się podniecał, dążył do penetracji, miał szybko orgazm i od razu kończył wszelkie działania. W końcu odeszła do innego mężczyzny. Mąż miał szansę, by temu zapobiec, ale nie chciał się zgodzić na żadne modyfikacje kontaktów seksualnych. Mówił, że nie chce ingerować w naturalną reakcję swojego organizmu i na propozycję, by tuż po orgazmie starał się jak najszybciej doprowadzić do kolejnego stosunku, odpowiadał: „Ja już wtedy nie mam ochoty i nie będę się zmuszał!”.

Nadal wielu jest mężów, którzy sądzą, że kontakt seksualny służy głównie zaspokojeniu potrzeb mężczyzny?
Jest ich coraz mniej, ale to oni najgłośniej krzyczą, że współczesne kobiety powariowały, bo mają jakieś życzenia i żądania w seksie. Są zaskoczeni, że mieliby się do czegokolwiek w łóżku dostosowywać. Kiedyś mężczyzna nadawał kobiecie wyższy status, czynił ją na przykład panią dyrektorową, i oczekiwał, że w zamian dostanie seks na swoich warunkach. Ale dziś ona może odpowiedzieć: „Co z tego, że ty mnie czynisz panią dyrektorową, skoro ja cię czynię panem profesorowym?”. Nie każdy mężczyzna potrafi pogodzić się z tym, że kobiety wyraźnie mówią: „Tego i tego potrzebuję. Chętnie się dowiem także, czego ty potrzebujesz”. I to jest zdrowe. Dbanie o własne potrzeby to baza, która pomaga zbudować dobrą relację, także seksualną. Przecież jeśli widzimy, że partner nie czerpie radości z seksu, sami też czujemy dyskomfort. Pod warunkiem oczywiście, że nie idzie to w narcyzm. Poza tym mówienie o swoich potrzebach uatrakcyjnia życie seksualne. Stwarza pole dla nowych doznań. Ktoś może nie wpadłby na jakiś pomysł w seksie, a dzięki temu, że partner wystąpił z inicjatywą, może poszerzyć wiedzę o sobie, o tym, co lubi i pragnie.

Zastanawiam się, czy w związku z przemianami społecznymi i kulturowymi trzeba jeszcze kobiety przekonywać, że w łóżku mają prawo myśleć o swoich potrzebach?
Jestem przekonana, że tak, bo zmiany, o których mówimy, nie dotyczą jednak całego społeczeństwa. W Polsce wciąż dość silna jest kultura patriarchalna, w której kobieta przyzwoita to ta, która nie myśli o swoich potrzebach, tylko koncentruje się na tym, by partnerowi było przyjemnie. Niektóre kobiety świadomie stawiają siebie na drugim miejscu, bo chcą w ten sposób przywiązać do siebie mężczyznę albo zyskać poczucie, że postępują zgodnie z normami, zachowują się tak, jak należy. Są też takie, które teoretycznie przyznają, że również mają prawo dążyć do przyjemności w seksie, ale jednocześnie mocno w nich tkwi to, co wpojono im w dzieciństwie – że mądra żona nie myśli o sobie, tylko o tym, jak zatrzymać męża. Ten konflikt między tym, co podpowiada nam zdrowy rozsądek, a tym, co mamy wdrukowane, może być bardzo trudny do pokonania. Dlatego jestem przekonana, że nadal bardzo ważna jest edukacja i przypominanie, że każdy człowiek ma prawo realizować swoje potrzeby seksualne.

Są relacje, w których to kobiety nie szanują seksualnych potrzeb partnera?
Oczywiście. Narcystycznych kobiet są całe bukiety. Jest też grupa, która uważa, że ich potrzeby seksualne są ważniejsze i powinny być zaspokajane w pierwszej kolejności. Te kobiety oczekują, że mężczyźni będą się wokół nich uwijać, i to najlepiej bez instrukcji. Ich podejście wynika z przekonania, że kobieca seksualność jest wyjątkowa i skomplikowana, a męska nie wymaga uwagi. Mówią: „Facet zawsze się jakoś zaspokoi”.

Zarówno kobiety, jak i mężczyźni mogą też żyć w przekonaniu, że to, czego chcą w seksie, się nie liczy, bo oni sami są mało ważni.
Zwykle są to ludzie, których potrzeby w dzieciństwie nie były zaspokajane albo były zaspokajane w nieodpowiedni sposób czy w nieodpowiednim momencie, np. musieli jeść, mimo że nie byli głodni. Czasem słyszeli: „Nie ma: chcę. Są obowiązki”. Takie doświadczenia mogą potem utrudniać czerpanie radości z życia i z seksu. Jeśli jednak trafią na dobrego partnera, który powie: „Zajmijmy się wreszcie tobą” albo będzie często dociekać, co im sprawia przyjemność, mają szansę nauczyć się rozpoznawać swoje potrzeby i dbać o ich zaspokojenie. Wiedza na temat własnej seksualności rozbudowuje się przecież z każdym kolejnym kontaktem erotycznym. Nikt nie rozpoczyna życia seksualnego z pełną świadomością swoich pragnień i preferencji.

  1. Psychologia

Aloha znaczy miłość. Kilka słów o filozofii huna i masażu lomi lomi nui

W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
W filozofii huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów, tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. (Fot. iStock)
Ta ceremonia to coś więcej niż relaks i przyjemność. To czułość w najczystszej postaci. Jedni porównują ją do bycia łagodnie obmywanym przez wody oceanu, inni – do troskliwego dotyku matki lub zmysłowych objęć kochanka. Joanna Przybyła, która specjalizuje się w hawajskim masażu lomi lomi nui, wyjaśnia, jaka filozofia stoi za tymi wszystkimi doznaniami.

Ja po prostu stwarzam przestrzeń akceptacji i czułości. Chcę, by osoba masowana czuła się bezpieczna, zrelaksowana i otoczona miłością – to esencja ceremonii lomi lomi nui – mówi terapeutka holistyczna Joanna Przybyła. Celem jest lekkość, miękkość, przepływ. W miękkim ciele może bowiem płynąć swobodnie MANA, czyli energia życiowa, w innych systemach nazywana praną, qi lub czi. Sam masaż też jest płynny, z dużą ilością olejków i posuwistymi, niemalże tanecznymi ruchami osoby masującej. – Niektórzy mówią, że ten dotyk jest jak fale oceanu, ja widzę w nim ruchy żółwia oceanicznego, który w majestatyczny sposób rozgarnia wodę swoimi wielkimi płetwami – wyznaje. To bardzo intensywna praca mięśniowo-powięziowa. Pracuje się przedramionami i dłońmi na dużych partiach mięśni oraz na stawach, wykonując właściwie jeden podstawowy ruch, ale w różnych konfiguracjach. – W przekładzie „lomi lomi nui” można rozumieć jako „dotyk miękką łapą zadowolonego kota” – śmieje się terapeutka.

W ten właśnie łagodny, niespieszny sposób (ceremonia masażu trwa zwykle około dwóch godzin) rozpuszcza się zastoje, zlokalizowane w napiętych mięśniach czy zastygłych stawach. Miękkość ma się pojawić we wszystkich strukturach – bo jeśli puścimy kontrolę ciała, to i umysł będzie mógł się uwolnić. Rytuał jest płynny i lekki także dlatego, by łatwiej mogła się podczas niego ujawnić intencja, z jaką przychodzimy.

Bo lomi lomi nui to masaż intencyjny. Zaczyna się go od małej ceremonii, sam na sam ze sobą, w pokoju do masażu. Swoją intencję trzeba poczuć i ją wyrazić. A wcześniej dobrać ją z myślą o naszym najwyższym dobru – to może być na przykład intencja większej harmonii w naszym życiu, uzdrowienia, zamknięcia tego, co złe, spokoju ducha, większej radości, nowej miłości... Joanna Przybyła prosi, by z tą intencją zapalić świeczkę, która będzie się paliła podczas całego masażu. – Chodzi o to, by to puścić, by poszło to z lekkością. Poczuć w ciele, jak się już manifestuje – temu też służy masaż – tłumaczy.

Na początku terapeutka pyta masowanego, czy życzy sobie, żeby zaintonowała dwie modlitwy, obie po hawajsku. Pierwsza to „Aumakua”. Samo słowo znaczy: wyższe „ja”. W modlitwie prosi się je, by zesłało na masowaną osobę wodę życia i żeby jej intencja mogła się zamanifestować. AUMAKUA to nasz duch opiekuńczy, który potrafi uzdrawiać i ma wielką moc, ma też kontakt z Bogiem, naturą, wszechświatem, źródłem – jakkolwiek ten byt chcemy nazwać. Akurat Hawajczycy są mocno związani z naturą, ona dla nich jest bogiem, można więc uznać, że to prośba skierowana do niej.

Druga modlitwa to „Noho ane ke akua”, w której Joanna odwołuje się do bogini Laka, opiekunki tancerzy hula. Bo osoba, która masuje, jest tak naprawdę tancerzem hula. Taniec hula ma specyficzne kroki i sposób poruszania się. Osadzenie nisko na kolanach i rozbujane biodra symbolizują połączenie z energią ziemi. W tańcu i podczas masażu kroki są te same. – Dlatego dla mnie lomi lomi nui to rodzaj medytacji w ruchu – mówi terapeutka.

Ceremonii towarzyszy też hawajski klimat – muzyka, olejki, wyższa temperatura powietrza. Osoba masowana leży na gumowanym prześcieradle, ułatwiającym wykonywanie ruchów masujących pod ciałem. Jest bez bielizny, pareo przykrywa jedynie miejsca intymne, które nie są dotykane. Joanna omija też piersi – skupiając się jedynie na przestrzeni pomiędzy nimi. Zaczyna od pleców, karku i tyłu nóg, masuje łagodnymi, ale zdecydowanymi ruchami. Po chwili podnosi rękę, jedną i drugą, oraz nogi, trzeba nimi bardzo delikatnie poruszyć w stawach, tak jakby masowany płynął żabką.– Najlepiej, gdy w żaden sposób nie pomaga mi podczas podnoszenia jego ręki czy nogi, bo w ten sposób całkowicie poddaje się masażowi – mówi terapeutka. – To uczy tego, jak zaufać drugiej osobie na tyle, by przestać kontrolować to, co robi z naszym ciałem. Im bardziej odpuścimy tę kontrolę, tym więcej skorzystamy. Ale kiedy czuję, że ciało wyhamowuje, że nie ma jeszcze tego pełnego poddania, traktuję to z szacunkiem. Widocznie nie jest jeszcze na to gotowe, ale może ta lekkość za jakiś czas się pojawi. Może ciało odnajdzie wreszcie przyjemność w odpuszczeniu kontroli.

Nowa przestrzeń życia

Zgodnie z nurtem Aloha International, organizacji, w której kształciła się Joanna Przybyła i z ramienia której jest też nauczycielką, masaż lomi lomi nui łączy filozofię huny, czyli starożytnej wiedzy polinezyjskich kahunów z tańcem hula oraz kinomaną, czyli pracą poprzez ciało. – Ciało jest bramą do naszej świadomości, ale jest też domem dla myśli, jak mówi huna. Ono jest naszym drogowskazem, przewodnikiem. Tym bardziej powinniśmy o nie dbać – tłumaczy terapeutka. Musimy je nakarmić, ubrać, zadbać, by było mu ciepło – tylko wtedy jesteśmy w stanie funkcjonować. Dopiero kiedy zadbamy o swoją przestrzeń fizyczną, będziemy w stanie pomyśleć o czymkolwiek innym. Dlatego szanujmy nasze ciało, słuchajmy, co do nas mówi, żeby nie musiało krzyczeć.

Co ciekawe, w masażu i filozofii huny tył ciała symbolizuje przyszłość, czyli coś, czego nie jesteśmy w stanie zobaczyć, natomiast przód to przeszłość. – Kiedy mówię o tym ludziom przed masażem, to potem wyznają, że podczas ceremonii mocno tego doświadczali. Plecy, pośladki, łydki, kark – te rejony mamy zwykle najbardziej spięte. Niektórzy mówią, że kiedy podczas masażu stopniowo się rozluźniały, czuli, jakby się wreszcie otwierali na swoją przyszłość. Na to, że może być piękna i służąca – opowiada Joanna. – Czasem dla kobiet trudny jest moment, kiedy z brzucha obracam je na plecy i widać ich piersi. Na poziomie bardzo intuicyjnym, płynącym z serca, czuję, jakby wstydziły się swojej przeszłości. Ale w trakcie masażu to się zmienia. Słyszę, że robią głęboki wdech i wydech, jakby odpuszczały to, co było. Chciałabym, by zrozumiały, że nasza przeszłość, jakakolwiek była, jest do uznania, czułego spojrzenia na nią, zaopiekowania się nią. To już minęło, nie zmienimy tego, nasze przeszłe doświadczenia, nawet jeśli wymagające, pozwalają po przetransformowaniu osadzić się w mądrości i mocy.

W trakcie masażu często pojawiają się łzy wzruszenia. Poczucie, że był to bardzo osobisty moment. – Kobiety mówią, że nigdy nie okazały sobie tyle czułości, ile dostały ode mnie. Mężczyźni wyznają, że nie pamiętają, by ich matka była dla nich kiedykolwiek tak dobra jak ja. Też odczuwam to wzruszenie. Dla mnie to piękny taniec duszy z duszą, ciała z ciałem – mówi Joanna Przybyła.

I dodaje, że ważny jest też moment, w którym schodzi się ze stołu do masażu. Warto zwrócić wtedy baczną uwagę na swoje kroki, bo w tym momencie wchodzi się w zupełnie nową przestrzeń swojego życia.

Joanna Przybyła, terapeutka holistyczna, praktyk i nauczycielka masażu lomi lomi nui. Specjalizuje się też w terapiach dźwiękiem. Więcej informacji na www.kalejdoskopth.pl.

  1. Psychologia

Jakie cechy mężczyźni lubią u kobiet? Perfekcjonizm czy naturalność...

Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. (Fot. iStock)
Ryzykując pokazanie się facetowi taką, jaka jesteś możesz zyskać go naprawdę, na długo. Udając kogoś innego, kogoś łatwego w życiu i przyjemnego do patrzenia skazujesz siebie na to, że cały czas trzeba będzie ten wizerunek pielęgnować i poświęcać mu dużo czasu i wysiłku.

Na pewno faceci mają kilka ulubionych cech u kobiet, ale chyba po prostu są to cechy, które są doceniane zarówno przez kobiety, jak i przez mężczyzn. Do nich można zaliczyć: poczucie humoru, optymizm, ciekawą osobowość, dojrzałość emocjonalną, poczucie własnej wartości.

Najważniejsze, żeby najpierw polubić siebie i swoje wady, a nie tylko zalety! Żeby potem móc polubić kogoś innego, również z jego zaletami i wadami.
Jeżeli masz takie wysokie oczekiwania w stosunku do siebie – to nie będziesz też akceptować normalności i wad u mężczyzny – to obusieczna broń.

To, ile jesteśmy w stanie dać swobody innym – tyle możemy dać akceptacji sobie. I odwrotnie!
Nie pytaj więc, jak możesz być atrakcyjniejsza dla facetów, tylko jak być sobą w relacji z facetami..,

  • Mężczyzna może się w tobie zakochać, jeśli pokażesz mu siebie. Jeżeli będziesz się starała byś perfekcyjna, to zakocha się w idei, o ile w ogóle się zakocha, a nie w tobie.
  • Jeżeli pozwolisz mu na to, żeby mężczyzna się zakochał w koncepcie ciebie idealnej, to jesteś zamknięta w celu, w jaskimi, w klatce własnego wizerunku.
  • Bycie w tej celi oznacza, że musisz umniejszać swoje prawdziwe "ja" cały czas. Oznacza, że będziesz coraz bardziej rozgoryczona i ściśnięta.
  • Dlaczego tak się dzieje? I co powoduje, że kobiety same zamykają się w więzieniu, nie mówią i nie pokazują siebie, a co gorsze - boją się siebie?
  • Bierze się to z tego, że przez dłuższy czas lub całe życie twoje pragnienia nie były ważne i nikt nie zachęcał cię żebyś je okazywała, a wręcz przeciwnie: Twoje pragnienia były nieważne, a ty żeby przeżyć, musiałaś być nieobecna.
  • Kobiety z takim syndromem są często bardzo pomocne, chętne do dawania, bardzo miłe, chętnie do uśmiechu, wyglądają bosko, tak też się prezentują, a w środku jest lęk, że ktoś odkryje, że nie są takie świetne, że mają fałdkę na brzuchu.
  • Uwierz, że mężczyźni chcą poznać ciebie, a nie twój obraz ciebie. Bo przy kobiecie, która akceptuje się ze wszystkim i potrafi być wyluzowana i normalna - oni także mogą poczuć się swobodnie.
  • Musisz budować granice, a nie mieć ich coraz mniej, a twoje pytanie brzmi, jakbyś jeszcze i tę resztkę chciała usunąć.
  • Budowanie granic to uczenie się tego, co lubisz lub nie lubisz, chcesz lub nie chcesz, godzisz się lub nie godzisz, a potem okazywanie tego. Dla przykładu takie stwierdzenie "Nie lubię, jak mężczyzna moich marzeń mnie ignoruje. Nie chce być ignorowana". To jest hasło do ciebie, o tobie, to nie jest hasło, które ma zmienić jego. Jest związane z tobą. Ty musisz najpierw wiedzieć, czego nie chcesz i nie zgadzać się na to.
  • Masz się uczyć poznawać swoje potrzeby i wyrażać je. Wprost.
  • Z czasem będzie cię coraz bardziej drażnić, że nie masz czegoś, co chcesz lub masz coś, co cię nie spełnia. Coraz lepiej będziesz wiedziała, co robić. Ale na to potrzeba czasu, bo też przez długi czas zagłuszałaś swoje pragnienia.
  • Wracając do twojego pytania. Nie ma takich cech, których chcą mężczyźni, bo każda kobieta ma w sobie coś specjalnego i ludzie się dobierają wedle wzoru, który jest nie do przewidzenia. Ta sama wada u jednej kobiety jest zaletą według innego faceta. Trzeba trafić na swojego, na tego, który będzie lubił twoje duże biodra, to że śpisz do południa i to że lubisz się kochać po kilka razy dziennie lub odwrotnie.
  • To co jest ważne, to bycie sobą i stanie za sobą. Taka kobieta jest bardzo atrakcyjna, gdyż związek z nią ma duże szanse być długi i spełniający. Kobieta, która umie powiedzieć: "Nie, dziękuję" jest dla mężczyzny atrakcyjna. Oznacza, że jest silna i dba o swoje potrzeby przez co on nie musi się bać, że ją skrzywdzi.

Więcej w książce "Instrukcja obsługi faceta" Katarzyny Miller i Suzan Giżyńskiej, wyd. Zwierciadło.