1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. Salma Hayek: Salma CUD

Salma Hayek: Salma CUD

123rf.com
123rf.com
Karierę rozpoczęła w latach 90. Nie tak znowu dawno, a jednak w innej epoce, w której sukces latynoskiej aktorki w Hollywood był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Salma Hayek sprawdza się w roli producentki, żony, mamy, ale i aktywistki, odkąd założyła wspólnie z mężem fundację.

Karierę rozpoczęła w latach 90. Nie tak znowu dawno, a jednak w innej epoce, w której sukces latynoskiej aktorki w Hollywood był dla wszystkich sporym zaskoczeniem. Przetarła szlaki i nadal czuła niedosyt. Salma Hayek sprawdza się w roli producentki, żony, mamy, ale i aktywistki, odkąd założyła wspólnie z mężem fundację. – Bo – jak mówi – także hollywoodzkie gwiazdy muszą walczyć z dyskryminacją.

Jest pani feministką?

Jestem. Kocham kobiety i jestem gotowa bić się o to, żeby ich życie stało się lepsze. Pękam z dumy, że urodziłam się kobietą, i wierzę, że tylko my możemy uczynić świat łaskawszym. Jestem wreszcie feministką dlatego, że spotkałam wiele wspaniałych kobiet, dzięki którym stałam się tym, kim jestem. Jesteśmy silne, dużo silniejsze od mężczyzn. Problem w tym, że nadal się nas dominuje, krzywdzi, odbiera nam prawo głosu. Staram się w miarę swoich możliwości zaradzić tej sytuacji. Myślę o fundacji Kering, którą stworzyliśmy z moim mężem [francuskim miliarderem François--Henrim Pinaultem – przyp. aut.].

O niej jeszcze porozmawiamy, tymczasem chciałabym zapytać o pani historię. Jak dziewczyna z Meksyku została hollywoodzką aktorką?

Byłam bardzo kochanym dzieckiem, pewnie właśnie to dało mi wiarę w siebie. Początkowo w ogóle nie myślałam o aktorstwie, studiowałam nauki polityczne. Wie pani, że całkiem serio chciałam zostać prezydentem Meksyku? Oczywiście, było to praktycznie niemożliwe, ale nie żałuję moich młodzieńczych fascynacji. Wyznaję zasadę, że w życiu najważniejsza jest determinacja w dążeniu do celu. I mówię to, mimo że nieraz ponosiłam klęskę. W Meksyku byłam gwiazdą telewizji i kiedy zdecydowałam się wyjechać i spróbować sił w Hollywood, nikt nie wierzył, że mi się uda. Amerykańscy producenci uważali, że jako Latynoska mogę być przekonująca jedynie w rolach służących i prostytutek. Faktycznie przez długi czas grywałam ogony, a to, że w końcu zaistniałam w Stanach jako aktorka, zawdzięczam głównie swojemu uporowi. Zawsze miałam bardzo buntowniczą naturę, uważam, że każdy wybór zawiera w sobie szansę na wygraną, porażki tylko mnie motywują. Proszę pomyśleć, jak często realizujemy w życiu pragnienia innych ludzi, jak często cenzurujemy i racjonalizujemy nasze własne uczucia i idziemy na kompromis. Niepotrzebnie.

Kolejne przeprowadzki z kraju do kraju zawsze oznaczały tylko wygraną? Nie tęskni pani za swoimi korzeniami?

Nie, ponieważ wszystko, co kocham, noszę w sobie. Byłam bardzo związana z moją rodziną, z Meksykiem, ale mimo to wyjechałam do Los Angeles. Po latach,  kiedy już się tam zadomowiłam, spakowałam walizki i wyruszyłam do Paryża. Z kolei teraz mieszkam w Londynie, ponieważ zależało mi na tym, żeby moja córka Valentina chodziła do angielskiej szkoły. Wszędzie, gdzie mieszkałam, traktowano mnie jak kogoś z zewnątrz, co zawsze mnie dziwiło, bo z reguły bardzo dobrze się adaptuję. To prawda, że aby móc żyć w innym kraju, nie należy oglądać się wstecz. Trzeba odciąć się od osoby, którą się było, i iść dalej. Tylko tak można ochronić się przed pierwszym szokiem po przeprowadzce i związaną z nim depresją. Wiem, o czym mówię. Sprawiam wrażenie osoby przebojowej, ale także i mnie zdarzyło się myśleć, że już nic się w moim życiu nie zmieni, że nic dobrego mnie nie czeka, że będę się starzeć w samotności i grywać beznadziejne role. Ale właśnie wtedy stał się cud – poznałam mojego męża i założyłam rodzinę. Jestem żywym dowodem na to, że można się podnieść nawet wtedy, kiedy wydaje nam się to niemożliwe. Gdybym wiedziała, że będę miała wspaniałego męża, który będzie mnie uwielbiał, uniknęłabym na pewno wielu przepłakanych nocy. François zawsze wierzył, że to, co najlepsze, mam jeszcze przed sobą. Powtarzał, że cały świat musi się dowiedzieć, do czego jestem zdolna. A wraz z narodzinami Valentiny otworzyła się przede mną nowa epoka: zostałam matką po czterdziestce i choć dokonałam w życiu wielu rzeczy, będę się upierać, że córka jest moim największym osiągnięciem.

O zdobyciu pozycji w świecie aktorskim mówiła pani, że było skutkiem wytężonej pracy. Związek dojrzałych ludzi też wymaga nakładu sił?

Raczej świadomości. Kiedy poznałam mojego męża, miałam 40 lat i wiedziałam już, na czym polega tajemnica udanej relacji – trzeba się zachwycić wnętrzem drugiego człowieka. Oczywiście, to także kwestia wspólnych zainteresowań, pasji, wzajemnej tolerancji i szacunku, ale związek ma pozostać żywą tkanką, obie strony muszą do niego wnosić ciekawość drugiego człowieka. I wielki szacunek. Druga osoba nigdy, przenigdy nie może nas poniżać, podważać naszej wiary w siebie. Ale nie jestem zwolenniczką relacji symbiotycznych, każdy powinien zachować swoją przestrzeń, w której może się rozwijać.

Tylko że indywidualny rozwój nie zawsze idzie w parze z udanym życiem rodzinnym.

To rzeczywiście wymaga kompromisów – ja na przykład postanowiłam, że moje nieobecności w domu nie będą przekraczać dwóch tygodni. Z tego powodu odrzuciłam wiele interesujących ról do tego stopnia, że moja ośmioletnia córka zaczęła mnie ostatnio namawiać, żebym więcej pracowała! Kiedy była mała, chciałam zrezygnować z kariery – mój mąż był jednak temu absolutnie przeciwny. Uważał, że na pewno podołam i połączę jedno z drugim. Miał rację. Zresztą ostatnio coraz częściej zabieram córkę na zdjęcia. Valentina to uwielbia.

Zupełnie spokojnie wspomina pani o swoim wieku. W pani zawodzie nie jest to takie oczywiste.

Starość nie jest dla mnie żadnym problemem, to po prostu logiczne następstwo młodości. Może to sprawa wychowania? W Meksyku nawet śmierć nikogo nie przeraża, wierzymy w to, że nasi zmarli są wciąż z nami. Co prawda od kiedy zostałam matką, zaczęłam się bardziej bać o siebie, nie chciałabym osierocić mojego jedynego dziecka. Mam tylko nadzieję, że odziedziczyłam dobre geny po matce. Jest wciąż piękną kobietą i nigdy nie miała obsesji na punkcie swojego wieku. Jesteśmy starzy, kiedy przestajemy marzyć i dążyć do zrealizowania jakichś pomysłów. Fizyczność nie jest najważniejsza, chociaż uwielbiam udowadniać, że kobieta może być zawsze sexy. Podchodzę do tego jak do kolejnego feministycznego wyzwania.

Skoro starość zaczyna się od spadku aktywności, pani nic takiego nie grozi. Nadal sporo pani gra, nie mówiąc już o innych zawodowych aktywnościach.

Myślę, że udało mi się przetrwać, bo nie można mnie zaszufladkować – nie pasuję do istniejących schematów.

Bywała pani producentką własnych filmów – w ten sposób powstały słynna biografia malarki Fridy Kahlo z panią w roli głównej i serial „Brzydula Betty”. Pani najnowsza produkcja to wspomniany „Prorok” Khalila Gibrana. Skąd ten wybór?

Zostaję producentką, kiedy prawie fizycznie czuję, że dany film musi powstać. Tak było też w przypadku „Proroka” – ulubionej książki mojego dziadka ze strony matki, który zmarł, kiedy miałam sześć lat. Bardzo go kochałam. Ta książka, a następnie film w jakimś stopniu mi go zwróciły, dzięki nim zrozumiałam, kim ojciec mamy był naprawdę. To także hołd złożony moim libańskim korzeniom – dziadek był Libańczykiem. „Proroka” czytają miliony ludzi na całym świecie, ale ja pragnęłam nadać mu formę animacji, spojrzeć na problematykę życia i śmierci oczami dziecka. Podobnie zrobił przecież Antoine de Saint-Exupéry w „Małym księciu”.

Na początku rozmowy wspomniała pani o fundacji Kering, która zainicjowała wiele akcji na rzecz praw kobiet, w tym cykl spotkań Women in Motion [Kobiety w ruchu] na festiwalu w Cannes. Niektórym trudno uwierzyć, że gwiazdy filmowe także doświadczały dyskryminacji z powodu płci.

Nie należy zapominać, że gros producentów i reżyserów wciąż stanowią mężczyźni i że aktorzy otrzymują dużo wyższe gaże od swoich koleżanek po fachu. Kobiety w kinematografii przez długie lata odgrywały rolę ozdobnych breloków, wiem, o czym mówię, bo sama stanowiłam część tego systemu. Sytuacja ulega zmianie, ale wciąż pozostaje wiele do zrobienia. Dlatego organizuję spotkania z reżyserkami, producentkami, aktorkami, żeby opowiedziały słuchaczom o swojej wizji zawodu. Wiele z nich ma poczucie prawdziwej misji. Wierzę, że z naszych wysiłków, z tych wszystkich małych cegiełek powstanie w końcu wspaniała budowla. Być może to utopia, ale wierzę, że musimy wciąż próbować zmieniać rzeczywistość.

Salma Hayek rocznik 1966. W Meksyku została gwiazdą dzięki telenoweli „Teresa”, ale międzynarodowy rozgłos przyniósł jej film „Desperado”, gdzie zagrała u boku Antonia Banderasa. Wśród jej najgłośniejszych ról jest też ta w „Czterech pokojach” Tarantina.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Materiał partnera

Nietrzymanie moczu – jak leczyć tę dolegliwość i jakie są jej przyczyny

Fot. materiał partnera
Fot. materiał partnera
Nietrzymanie moczu to dolegliwość egalitarna – dotyka zarówno kobiety, jak i mężczyzn, bez względu na wiek. Bardzo często nietrzymanie moczu powoduje wstyd, frustrację i obawy, że dojdzie do kompromitującej sytuacji albo że otoczenie wyczuje przykry zapach. Warto dowiedzieć się, jakie są przyczyny nietrzymania moczu, jakie postaci może przyjmować ta przypadłość oraz jak radzić sobie, gdy się pojawi. Przeczytaj nasz artykuł i dowiedz się, czym jest nietrzymanie moczu, czym może być spowodowane i jak je leczyć.

Czym jest nietrzymanie moczu?

Nietrzymanie moczu, czyli inaczej inkontynencja, to dolegliwość polegająca na niekontrolowanym oddawaniu moczu lub jego mimowolnym popuszczaniu. To, czy dochodzi do całkowitej mikcji (oddania moczu), czy jedynie jego popuszczania, zależy od stopnia nasilenia tej przypadłości, a także od jej rodzaju.

Trzy podstawowe postaci nietrzymania moczu to:

  • wysiłkowe nietrzymanie moczu,
  • naglące nietrzymanie moczu,
  • mieszana postać (nagląca i wysiłkowa) nietrzymania moczu.
W każdym z tych trzech przypadków dolegliwość może być w różnym stopniu nasilona, choć przy naglącym nietrzymaniu moczu zazwyczaj dochodzi do całkowitej mikcji, czyli mimowolnego całkowitego opróżnienia pęcherza. Łatwo się domyślić, że w przypadku gdy osoba dotknięta tą dolegliwością nie zdąży do toalety, może dojść do bardzo krępującej sytuacji. Z tego powodu osoby borykające się z nietrzymaniem moczu często rezygnują ze spotkań towarzyskich i zwykłych codziennych aktywności poza domem. Nie musi tak być – w dalszej części artykułu podpowiadamy, co zrobić, by funkcjonować normalnie.

Nietrzymanie moczu – przyczyny

Przy wysiłkowym nietrzymaniu moczu najczęstszą przyczyną jest osłabienie mięśni Kegla, czyli mięśni dna miednicy. Prawidłowo funkcjonujące mięśnie Kegla pozwalają na zatrzymanie strumienia moczu podczas jego oddawania, umożliwiają też powstrzymanie mikcji do czasu wizyty w toalecie. Słabe mięśnie Kegla to często wynik zaniedbań – należy je ćwiczyć jak wszystkie inne mięśnie, inaczej z czasem zanikają. Osłabienie mięśni dna miednicy może jednak być także skutkiem choroby, stosowania niektórych leków, podeszłego wieku, operacji (np. usunięcia prostaty czy operacji urologicznych u kobiet). Często nietrzymanie moczu związane z osłabieniem i rozluźnieniem mięśni Kegla zdarza się też w ciąży – jest to spowodowane zmianami hormonalnymi mającymi na celu przygotowanie do porodu siłami natury.

Naglące nietrzymanie moczu zdarza się często przy zapaleniu pęcherza. Borykają się z nim także panowie z przerostem gruczołu krokowego. Do naglącego nietrzymania moczu może dochodzić także w ciąży, gdy powiększająca się macica powoduje ucisk na narządy wewnętrzne, w tym na pęcherz moczowy.

Nietrzymanie moczu może też być spowodowane niewłaściwą dietą (ostro przyprawione potrawy, alkohol, kawa, mocna herbata) oraz siedzącym trybem życia skutkującym nadwagą i otyłością.

Jak leczyć nietrzymanie moczu?

Współczesna medycyna oferuje wiele metod leczenia nietrzymania moczu. Dostępne jest leczenie farmakologiczne (leki doustne), operacyjne oraz poprzez trening wzmacniający mięśnie Kegla i zmniejszający reaktywność pęcherza. Trening mięśni Kegla zalecany jest zarówno dla kobiet, jak i dla mężczyzn, którzy także mogą borykać się z wysiłkowym nietrzymaniem moczu, np. po operacyjnym usunięciu prostaty. Leczenie operacyjne nietrzymania moczu jest bardzo skuteczne i mało inwazyjne, nie należy się więc go obawiać.

Nietrzymanie moczu – jak normalnie żyć z tą dolegliwością?

Z nietrzymaniem moczu można normalnie funkcjonować. Dostępne są specjalne wkładki urologiczne TENA i majtki chłonne TENA w wersji dla kobiet oraz dla mężczyzn. Zapewniają one skuteczną ochronę przed wilgocią i przed przykrym zapachem, a przy tym są całkowicie dyskretne i bardzo wygodne, ponieważ dostosowane do anatomii pań lub panów. Należy jedynie wybrać odpowiedni rozmiar i stopień chłonności wkładu. Przy bardziej nasilonym nietrzymaniu moczu i na noc polecane są pieluchomajtki TENA lub pampersy dla dorosłych. Wszystkie te produkty mogą być refundowane na NFZ.

  1. Kultura

Sylwia Wilkos - obywatelka świata

Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Sylwia Wilkos: W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom. (Fot. Weronika Ławniczak)
Wyjechała do Los Angeles z powodu polskiego filmu, a rozkręca amerykańskie produkcje inspirowane tamtejszymi autorami i bohaterami. Weszła w świat, którym rządzą wielkie pieniądze i mężczyźni. Bez kompleksów, na swoich zasadach. Dziewczyna z Biłgoraja, producentka i scenarzystka, Sylwia Wilkos.

Mieszkasz od czterech lat w LA, mieście, które jawi się nam jako raj na Ziemi. Bo ocean, słońce, ciepło. Jesteś w raju?
Rzeczywiście mamy tu wiecznie niebieskie niebo, rześkość oceanu, ciepło. Mało jest miejsc na Ziemi, które zawierają jednocześnie tak mocne energie. Nie bez powodu wiele globalnych projektów zmieniających świat powstaje właśnie tu. Można powiedzieć, że Kalifornia generuje energię latania, bo człowiek ma poczucie, że cały czas fruwa. Ale można zafruwać się na śmierć.

Co cię przed tym „zafruwaniem się” uratowało?
To, że jestem z Polski i dzielę sobie świat pomiędzy tu i tam. Według Tybetańczyków człowiek osiąga swój największy potencjał w miejscu, w którym się urodził. A ja urodziłam się w Polsce – w kraju cierpienia, nostalgii, gdzie jednak łatwo się zakorzenić. Natomiast tu żyje się trochę w odrealnieniu, co jest trudne na dłuższą metę. Kiedy czekałam na zieloną kartę i nie mogłam wyjechać stąd przez siedem miesięcy, to każdy kolejny dzień był już dla mnie udręką.

Za czym wtedy tęskniłaś?
Za czterema porami roku, za naturalnymi cyklami przyrody, w których się wychowałam. Dla mnie wiosna to kaczeńce, łąki pełne kwiatów. Lato to wysyp chabrów, bławatków, maków. Potem w Polsce jest przygaszona jesień i hartująca zima. W LA mam cały rok te same palmy, błękit nieba, co wydaje się totalnym rajem, ale jak wychowało się gdzie indziej, w innym rytmie, to brakuje tych cykli przyrody i związanych z nimi zmian. Nie narzekam oczywiście, ale gdy za długo jestem w LA, mam poczucie, że oto pojawia się, jak na EKG, ciągła linia [śmiech]. I podobnie czuję się, gdy za długo jestem w Polsce. Potrzebuję tej drugiej nogi.

Jak to się stało, że tam pracujesz?
Tak naprawdę to było trochę tak, że najpierw chciałam wyjechać do Oksfordu, nawet szukałam tam mieszkania. I w czasie kiedy właśnie byłam w Anglii, odezwał się ktoś z Paramountu w sprawie remake’u „Jacka Stronga”, filmu, który wyprodukowaliśmy w Scorpio Studio w Polsce.

Ameryka cię zawołała?
Na to wygląda. Bo kiedy właśnie postanowiłam coś zmienić, to kosmos powiedział mi: „Okej, ale to nie jest ta zmiana, którą planujesz, pojedziesz do Stanów”. Nigdy nie chciałam mieszkać w Stanach. No, ale dzwonił sam szef produkcji z Paramountu. Najpierw w ogóle nie uwierzyłam, że może chodzić o propozycję współpracy. Taka nasza polska niewiara. Paramount proponował kupno licencji do filmu, ale nas to nie interesowało, zatrzymaliśmy prawa, zostaliśmy współproducentami. Pomyślałam, że będę pracować w Stanach i wracać do Polski. I tak na początku się działo. A potem okazało się, że jak wyjeżdżałam do Polski, to oni zajmowali się innymi projektami. W pewnym momencie podjęłam więc decyzję o kupieniu biletu w jedną stronę. Postanowiłam mieszkać w Stanach dopóty, dopóki nie zrobię filmu. Niestety, kiedy prace były już zaawansowane, Paramount zaczął się borykać z poważnymi problemami.

Masz teraz nowych amerykańskich wspólników. Jak ich do siebie przekonałaś?
Wszystko stało się naturalnie. Mojego wspólnika, Dana Chubę, doświadczonego producenta, poznałam przy okazji pracy z Paramountem. Kiedy okazało się, że wytwórnia ma problemy, Dan zapytał mnie, co robimy z „Jackiem Strongiem”. Odpowiedziałam: wycofujemy. Dan na to, że cokolwiek zrobię, pójdzie ze mną. I od tej pory pracujemy razem. Założyliśmy firmę, która nazywa się Sun Dragon, czyli Słoneczny Smok, w Polsce moja firma to Moon Dragon, czyli mamy dwa smoki [śmiech]. Pracujemy równolegle nad kilkoma projektami. Dawno temu kupiłam prawa do książki Edmunda Wnuka-Lipińskiego „Apostezjon”, wspaniałej trylogii o totalitaryzmie. Mamy już tłumaczenie na angielski, koncepcję projektu oraz partnera amerykańskiego. Z każdej części powstanie serial. Kolejnym pomysłem bliskim realizacji jest serial o Coco Chanel.

Skąd ten pomysł?
Zawsze podziwiałam CC i jako kobietę, i jako markę. Czekałam na filmy o niej, ale denerwowało mnie, że opowiadane są z pozycji mężczyzn, poprzez kolejne romanse Coco. Pomysł filmu o niej przyszedł – znów – naturalnie. Weszłam kiedyś do księgarni w Brentwood i widzę książkę o Coco Chanel: „Pearls, Perfume, and the Little Black Dress”. Dowiedziałam się, że za pół godziny odbędzie się tu spotkanie z autorką, Susan Goldman Rubin. Długo z nią rozmawiałam, spodobało mi się to, co mówiła o CC. Na przykład to, że CC dała kobietom wygodę, a dopiero potem wolność, że wyzwoliła je nie tylko od gorsetów, ale i od męskiego spojrzenia. Kiedy Susan dowiedziała się, że robię filmy, zaproponowała mi prawa do książki. I tak zaczęła się nasza przygoda z CC. Ten projekt to prawdziwy diament, ja chcę go oszlifować i pokazać światu.

Masz na oku też inną mocną kobietę.
Tak, Tamarę Łempicką. Od lat się nią interesowałam, chcieliśmy nakręcić fabułę, ale uznaliśmy z Danem, że tak bogate życie lepiej opowiedzieć w serialu. Skontaktowaliśmy się z prawnuczką Tamary, Marisą, która jest szefową Fundacji Tamary Łempickiej. W sumie mamy, na różnych etapach pracy, osiem projektów, w tym, bliski realizacji, serial o Zbigu Brzezińskim, jednej z najważniejszych postaci amerykańskiej polityki. Zagra go Patrick Wilson, który będzie też współprodukował film.

Jednak najbardziej spektakularny wydaje się projekt według dzieł amerykańskiej ikony literatury, Trumana Capote’a.
Dan zapytał kiedyś, czy byłabym zainteresowana jego twórczością. Nie wiedziałam, czy mam poważnie o tym myśleć, bo Capote to gigant, sądziłam, że jest poza naszym zasięgiem. A potem okazało się, że jego spadkobierca to przyjaciel Dana, Alan Schwartz. Kupiliśmy prawa do 16 opowiadań Capote’a, nakręcimy na ich podstawie dwa sezony serialu, po osiem odcinków każdy. Mamy prawa między innymi do legendarnej „Miriam”, „Dzieci w dniu urodzin” czy „Pięknego dziecka” o Marilyn Monroe.

Czy to nie bezczelność, że Polka chce opowiadać Amerykanom świat jednego z najbardziej amerykańskich pisarzy?
Teraz, jak o tym mówisz, to myślę, że jest to trochę zuchwałe. Ale wszystko przychodzi do mnie przez zupełny przypadek, choć wiem, że nie ma przypadków. Dan mówił wielokrotnie o Capote’em, a ja to puszczałam mimo uszu. Aż w pewnym momencie, trochę z inspiracji amsterdamskiego Netflixa, z którym rozmawialiśmy o zupełnie innym projekcie, ułożyła mi się w głowie cała koncepcja serialu według jego opowiadań. Z drugiej strony Capote, mimo sławy i chwały, całe życie pozostał outsiderem, więc myślę, że fajnie spojrzeć na niego oczami kogoś z zewnątrz.

Jak wpłynęła na ciebie praca w Ameryce?
Dzisiaj z perspektywy czasu widzę, że to najlepsze, co mi się przytrafiło w ostatnim czasie. Pamiętam, jak Ula Dudziak, która ma za sobą doświadczenie emigrantki, powiedziała mi kiedyś, że najgorsze to utknąć w tęsknocie za tą drugą stroną oceanu. Myślę, że już się od tej tęsknoty uwolniłam. Ale wtedy, kiedy wyjeżdżałam z Polski i oddawałam najemcy klucze do swojego warszawskiego mieszkania, poczułam, że czeka mnie wielka niewiadoma. To był moment krytyczny. Pamiętam rozmowę z moim amerykańskim kumplem, któremu zwierzyłam się, że czuję się jak imigrantka. Na co on: „Możesz myśleć o sobie jako »imigrantka« albo »obywatelka świata«, to twój wybór”. Więc wybrałam to drugie. Pomyślałam sobie: „Mogę mieć najlepsze tam i najlepsze tu”. I tak się dzieje. Jadę sobie tam i cieszę się oceanem, słońcem, przyjeżdżam tu i mam cztery pory roku. I wszędzie jestem w domu, co uświadomił mi COVID-19 – mogłam korzystać z lotów „do domu” w Ameryce i Polsce.

Starasz się być ambasadorką Polski?
Nie myślę w tych kategoriach. Pewnie gdybym usiadła i się zastanawiała, jak tu zaszczepić polskość za granicą, toby nic z tego nie wyszło. Po prostu robię tam filmy o wspaniałych ludziach: pułkowniku Kuklińskim, Zbigu Brzezińskim, Tamarze Łempickiej.

Pracujesz w filmowym centrum świata. Czujesz respekt?
Zawsze czuję respekt wobec osiągnięć innych. Ale nie jechałam tam jak do jakiejś Mekki. Podróżowałam wcześniej po całym świecie, studiowałam w Oksfordzie, nie idealizowałam Ameryki. Teraz uczę się tamtego rynku, mam świetnych przewodników, staram się robić to, co jest tam przyjęte, ale też szukam swojej drogi. Na przykład w Ameryce fukcjonuje określony sposób pitchowania projektów [przekonywania do nich innych – przyp. red.]. Pytam: „Dlaczego mam pitchować w ten sposób?”. Słyszę: „Bo takie są zasady”. A ja zdecydowałam, że będę to robić po swojemu.

I?
Przekonałam się, że to mi nie przeszkadza, tylko pomaga. Gdybym musiała wejść w schemat, czułabym się nienaturalnie. To kwestia wyboru, decyzji, czy bycie Polką przeszkadza, czy pomaga. W gruncie rzeczy wszystko może pomagać: to, że studiowałam w Anglii, pracowałam w Europie, że teraz pracuję w Stanach, że robię to z szacunkiem dla tego, co oni wypracowali, ale też po swojemu. Pamiętam, jak razem z Danem spotkaliśmy się z Basilem Iwanykiem, producentem między innymi „Johna Wicka”. Pytam, skąd ma takie nazwisko, a on: „Mój ojciec pochodzi ze Lwowa”. „Mój dziadek też” – odpowiadam. Na co Dan: Polish mafia. Po czterech latach pracy ze mną Dan zaczął doszukiwać się polskich korzeni i znalazł je w szóstym pokoleniu. Bardzo mnie tym rozbawił. Spotykam na przykład producentkę, która tak jak ja studiowała w Oksfordzie, i potem wszystko jest łatwiejsze.

Z tego, co mówisz, wynika, że procentuje bycie sobą, a jednocześnie otwartość na innych. Uczenie się na dobrych wzorcach, ale także odwaga przekonywania do swoich racji. Co jeszcze?
To, żeby się nie napinać, żeby dać się życiu prowadzić. Wtedy czasem trzeba zawrócić, a czasem przyśpieszyć. W takim podejściu jest zaufanie do świata i tego, co on nam przynosi.

Oprócz tego, że zajmujesz się produkcją filmów, jesteś także scenarzystką, między innymi filmu o Krzysztofie Baczyńskim.
Ten scenariusz jest już gotowy do produkcji. Krzysztof Baczyński to była moja fascynacja od podstawówki, chodziłam wszędzie z jego poezją. Jak czytałam jego słowa: „nie bój się nocy”, to czułam, że mówił do mnie. Tak naprawdę założyłam swoje pierwsze studio filmowe, Scorpio Studio, żeby zrobić film o Krzysztofie, a potem pojawiły się następne pomysły.

To była odważna wolta w twoim życiu, bo nie znałaś się na robieniu filmów.
Zawsze mnie ciągnęło do opowiadania historii, kreowania świata, bo też film i literatura bardzo pomagały mi w życiu. Myślałam o dziennikarstwie, reżyserii, szukałam po omacku. Studiowałam prawo, nauki polityczne i socjologię. Potem pracowałam w dużych korporacjach. Na szczęście uświadomiłam sobie, że największą pułapką, jaka na mnie czyha, jest stać się niewolnikiem tego świata. Ktoś powiedział, że niewolnik nie chce być człowiekiem wolnym, tylko chce być panem innych niewolników. Jestem ogromnie wdzięczna kosmosowi, że dał mi potężne dążenie do wolności. W żadnej klatce nie dam się zamknąć. Myślę, że zawdzięczam to biłgorajskim korzeniom, głębokiemu poczuciu przynależności do świata przyrody.

'Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans'. (Fot. Weronika Ławniczak) "Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans". (Fot. Weronika Ławniczak)

Masz chyba też szczęście do ludzi.
O tak, zwłaszcza starszych. Dużo zawdzięczam Heniowi Wujcowi, mojemu wujkowi, za którym nosiłam teczkę po Sejmie jako jego asystentka. W Oksfordzie poznałam Leszka Kołakowskiego, który był opiekunem mojej pracy doktorskiej. To mój Mistrz, tak się zresztą do niego zwracałam, potem zrobiłam o nim dokument pod tytułem „Rozmowy z Mistrzem”. Mistrz polecał mi różne lektury niezwiązane z doktoratem, między innymi: Milla, Rousseau, Webera, potem o nich dyskutowaliśmy w jego domu i było przy tym mnóstwo śmiechu. Żona Mistrza, pani Tamara, wtedy komentowała: „Nie wiem, jak napiszecie ten doktorat, skoro tylko się śmiejecie”. Mistrz dał mi niesamowitą odwagę bycia sobą, życia w prawdzie, choć może zabrzmi to patetycznie. Miałam też szczęście poznać Zbigniewa Brzezińskiego, wybitnego stratega i wspaniałego człowieka. W sumie jestem niezłą szczęściarą [śmiech].

No tak, na prywatnej audiencji, w Tybecie, przyjął cię sam Dalajlama.
To spotkanie dotyczyło projektu Partia Ziemi, nad którym pracuję od kilku lat. Nie ma nic wspólnego z polityką w tradycyjnym rozumieniu. To globalny ruch, który poprzez Internet będzie zajmować się sprawami Ziemi, ekosystemami. Potrzebna jest zmiana paradygmatu globalnego decydowania o jej sprawach. Ten projekt to moje oczko w głowie.

Jak go pogodzisz z produkowaniem filmów?
Zawsze robiłam kilka rzeczy jednocześnie. Zajmowałam się produkowaniem filmów, pisaniem scenariuszy, ale też pomagałam w przygotowywaniu kampanii społecznych, wyborczych. Potrzebuję takiej różnorodności, żeby czuć wewnętrzny balans. Moja przyjaciółka powiedziała kiedyś, że ona zawsze miała poczucie sukcesu, ale nie czuła się wypełniona wewnętrznie. Ten projekt daje mi to „wypełnienie” i także wielką frajdę. Tworzę go z udziałem wielu ludzi na całym świecie. Nie wiem, czy się uda, ale zamierzam spróbować.

Masz megaciekawe życie, wiele osób ci zazdrości tego, co robisz, gdzie bywasz, kogo spotykasz. Ale przecież, gdy coś się zyskuje, to coś się też traci. Masz poczucie, że coś ważnego straciłaś?
Na pewno uporządkowane życie. Zapytałam kiedyś psycho­terapeutkę, dlaczego moje życie układa się tak nieschematycznie. Odpowiedziała pytaniem: „Dlaczego chce pani schematycznego życia, skoro jest pani nieschematyczna?”. Miałam kiedyś superstanowisko, duże pieniądze, służbowy samochód, a strasznie się męczyłam. Czułam, że muszę coś zmienić, ale nie miałam odwagi. I wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, profesor geografii w Oksfordzie. Powiedział: „Zawsze jak coś wybierzesz, to będziesz musiała z czegoś zrezygnować”. Następnego dnia złożyłam wymówienie. Poczułam moc. Jak mówi Clarissa Pinkola Estés w „Biegnącej z wilkami”: lekarstwo poznajesz po tym, że cię wzmacnia, a nie osłabia. 

Sylwia Wilkos, producentka filmowa (między innymi: „Jack Strong”, „Sęp”, „Kurier”, „Rozmowy z Mistrzem”), scenarzystka. Ukończyła prawo na UW oraz nauki polityczne i socjologię w Oksfordzie. Doktorantka profesora Leszka Kołakowskiego. Działaczka na rzecz Ziemi.

  1. Psychologia

Mamy moc! Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta

Ilustracja Ada Dziewulska
Ilustracja Ada Dziewulska
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Większość z nas biega, ćwiczy na siłowni. Mało kto myśli o ćwiczeniu „mięśni psychicznych”. Zwłaszcza nie myślimy o tym my, kobiety, uwikłane w stereotyp „słabej płci”. Na szczęście coraz więcej z nas wie, że siłę i odporność psychiczną trzeba kształtować już u dziewczynek.

Kamala Harris, przyszła wiceprezydentka Stanów Zjednoczonych i pierwsza w historii kobieta na tym stanowisku, zdaje się doskonale to rozumieć. W powyborczy dzień zwróciła się do dziewczynek: „Miejcie marzenia i uwierzcie, że można je spełniać”. Ona sama jako dziecko imigrantów, w dodatku ciemnoskóre, żeby wspiąć się na szczyt, musiała pokonać wiele zewnętrznych barier. Wykazała się przy tym niesamowitą siłą i odpornością psychiczną, cechami – jak się okazuje – niezbędnymi do realizowania marzeń, zwłaszcza tych burzących uprzedzenia i stereotypy.

Cóż to takiego owa siła i odporność psychiczna? Małgorzata Henke, trenerka biznesu, licencjonowana konsultantka mental toughness, wyjaśnia: – To coś, co określa, jak radzimy sobie ze stresem, z presją, z trudnymi sytuacjami, z kryzysem. I na ile potrafimy być efektywni pomimo różnych wyzwań. To zarówno umiejętność znoszenia trudnych warunków, czyli nasza twardość, jak i umiejętność szybkiego powrotu do równowagi, czyli elastyczność, prężność, zwana również rezyliencją. Można porównać tę siłę do mechanizmu wańki-wstańki, który sprawia, że przewrócona lalka natychmiast wraca do pionu.

Nie musimy się tłumaczyć

Nie oznacza to jednak, że ludzie silni psychicznie nigdy się nie przewrócą. Przewracają się, i to nieraz, ale potrafią skupić się na tym, co zrobić, żeby się podnieść i iść do przodu. Kobiety już wiedzą, jak ta siła jest ważna. Potwierdzają to amerykańskie badania przeprowadzone w 2016 roku, w których zapytano 6 tysięcy kobiet z całego świata o znaczenie siły psychicznej w pracy i życiu: 92 proc. z nich odpowiedziało, że ta cecha to warunek sukcesu, 71 proc. – że zaszłyby dalej, gdyby były silniejsze. I – co znamienne – 82 proc. chciałoby dysponować większymi zasobami siły i odporności psychicznej. Wniosek z tych badań płynie dość oczywisty – kobiety chcą być silniejsze, ale nie wiedzą, jak się do tego zabrać. Amy Morin, psychoterapeutka, w książce „13 rzeczy, których nie robią silne psychicznie kobiety”(wydawnictwo Galaktyka) pisze, że absolutnie każda z nas dysponuje siłą psychiczną. Szkopuł w tym, że jej nie wzmacniamy. No a wtedy ta siła zaczyna zanikać. Podobnie dzieje się z tężyzną fizyczną – gdy nie ćwiczymy mięśni, wiotczeją. Według Morin na siłę psychiczną składają się trzy wzajemnie na siebie wpływające czynniki: nasze myśli, uczucia i zachowania. Jeśli na przykład pomyślimy: „Tak naprawdę to nie mam nic mądrego do powiedzenia”, poczujemy się niezręcznie, głupio, a to z kolei spowoduje, że będziemy siedzieć cicho. Wszystko zaczyna się więc w naszej głowie. Zatem zdaniem autorki pierwsza rzecz, jaką powinniśmy zrobić, to zmienić nasze myśli! I na przykład nie porównywać się z innymi. Nie wątpić w siebie. Nie powstrzymywać się od zabierania głosu. Nie obwiniać się, gdy coś się nie uda. Nie wałkować wszystkiego w nieskończoność. Nie bać się łamania niepisanych zasad. Ten ostatni postulat jest szczególnie trudny. Od dziecka jesteśmy bowiem trenowane w byciu grzecznymi. Morin zauważa, że podporządkowywanie się oczekiwaniom innych bierze się z lęku przed złą opinią, utratą pracy, pozycji; z przekonania, że w ten sposób zasłużymy na szacunek, uznanie. Ważne, żebyśmy sobie to uświadomiły i nie ulegały niepisanym i destrukcyjnym zasadom. Zdaniem Morin świetnym na to sposobem jest… posiadanie własnego zdania. Zanim więc podejmiemy jakąś decyzję, powinnyśmy zastanowić się, dlaczego to robimy. Wystarczy krótki namysł, dwie, trzy minuty. Żeby było jasne – nikomu nie musimy nic tłumaczyć. Powinnyśmy jednak same zrozumieć, dlaczego to robimy. „Proszenie o zgodę i czekanie na zielone światło wcale nie musi być dobrym rozwiązaniem. Czasami lepiej rzucić się w coś z pełną świadomością, że za takie działanie trzeba będzie ponieść konsekwencje” – pisze Amy Morin.

Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska) Pewna siebie dziewczyna to pewna siebie kobieta. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Same decydujemy o sobie

Dzisiaj w Polsce młode kobiety właśnie to robią – nie boją się łamać niepisanych zasad, między innymi takich: siedź cicho, bądź grzeczna, nie przeklinaj. To ogromny krok naprzód w nabywaniu siły. Małgorzata Henke przypomina jednak, że budowanie siły i odporności psychicznej nie jest jednorazowym aktem, ale procesem. I że wymaga pewnego programu i systematyczności. Chodzi o to, żeby wyrobić sobie nawyki działania w obszarach, które tę siłę budują. Jakie to obszary?
  •  Po pierwsze, pozytywne myślenie oparte nie na hurraoptymizmie, ale na faktach.
  •  Po drugie, umiejętność postawienia sobie pytania: czego ja właściwie chcę? I dążenie do tego celu.
  • Trzeci to kontrola uwagi, czyli skupianie się na tym, co istotne.
– Jednym ze sposobów kontrolowania uwagi, a zarazem jedną z najsilniejszych interwencji psychologicznych, która pomaga budować naszą siłę, jest trening wdzięczności. Także samym sobie. Ta technika może się wydawać śmieszna czy banalna, ale w istocie jest bardzo pomocna. Polega na tym, żeby każdego dnia zapisywać co najmniej trzy rzeczy, za które jesteśmy wdzięczni. Na przykład to, że nie spanikowałam, że zachowałam się racjonalnie, że potrafiłam powiedzieć „nie”.
  • Czwarty obszar budujący siłę i odporność psychiczną według Małgorzaty Henke to wizualizacja, czyli wyobrażanie sobie tego, co chcemy osiągnąć, bo dla neuroplastycznego mózgu wyobrażanie sobie czegoś jest tak samo ważne jak sama czynność.
  • Piąty obszar to kontrola lęku, czyli zadbanie o siebie poprzez relaksację, medytację, odpoczynek. I kolejny obszar – samoświadomość, czyli kierowanie uwagi na swoje myśli, emocje, zasoby, po prostu na siebie.
Po czym można poznać silne kobiety? Według Amy Morin po tym, że nie pozwalają innym decydować o sobie. Że nie starają się zadowolić wszystkich. Że mają odwagę mówić, co czują, myślą i czego chcą. Że nie użalają się nad sobą, nie traktują siebie jako ofiary, tylko biorą sprawy w swoje ręce. – Jako terapeutka zawsze interesowałam się tym, co sprawia, że niektórzy ludzie potrafią adaptować się do sytuacji, są odporni na stres i zdolni do odbudowania sił – mówi Amy w jednym z wywiadów. – Ale kiedy przeszłam przez doświadczenia kilku strat we własnym życiu – w dość krótkim czasie zmarli mój mąż, moja matka, teść – rozwinęłam także osobiste zainteresowanie siłą psychiczną. Chciałam się dowiedzieć, jak mogę uleczyć moje złamane serce, skąd wziąć siłę do życia. Teraz wiem, że najważniejsze to zarządzać tym, jak myślimy, odczuwamy emocje, jak się zachowujemy. Gdy będziemy zdolni do realistycznego myślenia, radzenia sobie z emocjami w zdrowy sposób i jeśli podejmiemy konstruktywne działania – wtedy nasza siła psychiczna będzie rosła.

Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska) Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. (Ilustracja Ada Dziewulska)

Pewna siebie dziewczyna…

…to pewna siebie kobieta. Ta pierwsza buduje tę drugą i odwrotnie. To zarazem tytuły dwóch książek Katty Kay, dziennikarki BBC, oraz Claire Shipman, dziennikarki ABC News i CNN, pisarki. „Pewna siebie kobieta” w Polsce ukaże się wiosną nakładem Wydawnictwa Literackiego. „Pewna siebie dziewczyna” już zdobyła uznanie polskich psychologów i czytelniczek. Obydwie powinny być lekturami obowiązkowymi dla wszystkich kobiet. W książce dla nastolatek autorki dają dziewczynom gotowe klucze potrzebne do otwierania pewności siebie. Jest tych kluczy cały pęk, a na pierwszym miejscu – wiara w siebie (czyli „to, co zmienia nasze myśli w działania”). Autorki poprosiły dziewczyny o pomoc w odpowiedzi na pytanie, do czego ich zdaniem służy wiara w siebie. I co usłyszały? „Żeby zapytać koleżankę, dlaczego usunęła mnie ze zdjęcia na Instagramie”. „Żeby powiedzieć innym, że jestem lesbijką, i nie ukrywać żadnej strony swojej osobowości”. „Mówić otwarcie o dręczeniu przez kolegów, chociaż się na mnie wkurzają”.

Tak rodzi się dziewczyńska siła, która potem, jak piszą autorki, „rozlewa się niczym masło na grzance”. Autorki tłumaczą to tak: Jeśli masz w swoim otoczeniu osoby pewne siebie i pozytywnie nastawione, uaktywnia się twoja kora przedczołowa, główny ośrodek racjonalnego myślenia. Przez co również twoja wiara w siebie wzrasta. Badania dowodzą, że kobiety i dziewczyny są bardziej skłonne działać, na wielką skalę, czasem ryzykownie, jeśli zachęci je choć jedna przyjaciółka albo szanowana przez nie osoba. Te badania znajdują potwierdzenie w tłumach kobiet na ulicach polskich miast. Oto rośnie świadome siebie pokolenie dziewczyn. Część z nich to wychowanki Fundacji „Kosmos dla Dziewczynek”, która prowadzi liczne warsztaty wzmacniające dziewczyńską siłę, uczy usuwania barier w głowach, które przeszkadzają rozwijać skrzydła. Fundacja wydaje świetne czasopismo „Kosmos dla Dziewczynek”, w którym przedstawia wspaniałe kobiety liderki. I promuje feminatywy w języku polskim, w myśl zasady, że język kształtuje percepcję świata. Największe zadania w budowaniu siły dziewczynek stoją jednak przed nami, rodzicami. Co możemy zrobić dla swoich córek? – Na pierwszym miejscu wymieniłabym to, żeby nie chronić dziewczynek, i w ogóle dzieci, przed porażkami – odpowiada psycholożka Aleksandra Piotrowska. – Dzisiejsi rodzice popełniają ten błąd nagminnie. Tymczasem bez porażki nie ma rozwoju. Dobrze jest więc powiedzieć: „Tak to już jest, córeczko, że człowiek ma porażki zagwarantowane”. W ten sposób pomagamy córce popatrzeć na nie z dystansem. Ale z drugiej strony trzeba też przeanalizować z nią to, co ewentualnie można zrobić, żeby zminimalizować ich ryzyko. Przy czym nie wolno przekazać młodej osobie, dojrzałemu człowiekowi zresztą też, że na wszytko mamy wpływ, bo to nieprawda. Aleksandra Piotrowska podkreśla, że w rozmowach z córkami trzeba akcentować brak biologicznych ograniczeń związanych z płcią. Dobrze jest pięć razy się zastanowić, zanim powiemy: „To nie dla ciebie, to dla chłopców”. Psycholożka szukała ostatnio prezentu dla wnuczki, która kończy sześć lat. I w każdym sklepie słyszała od ekspedientki pytanie: „Ten prezent to dla dziewczynki czy dla chłopca?”. Na hasło „kreatywna zabawka dla dziewczynki” wyszukiwarki pokazują przede wszystkim zestawy do makijażu. Zabawki dla chłopców wielokrotnie przewyższają różnorodnością i wartością edukacyjną te dla dziewczynek. – W najczarniejszych myślach nie sądziłam, że u schyłku mojej aktywności zawodowej będę mierzyła się z taką rzeczywistością, w której są w sklepach oddzielne półki dla dziewczynek i oddzielne dla chłopców. Tak nie było, kiedy wychowywałam moje dzieci. Nastąpiło tu niebywałe uwstecznienie. Unikajmy chociaż jako rodzice powielania stereotypów płciowych, bo uczą dziewczynki rezygnacji ze stawiania sobie wartościowych celów. Zamiast tego wspierajmy je w zyskiwaniu poczucia sprawczości, czyli w nabywaniu przekonania, że mogą mieć wystarczające kompetencje i zasoby, żeby sobie poradzić w życiu, że nie muszą uwieszać się na ramieniu mężczyzny. Traktujmy jako oczywistość to, że dziewczynka sama podejmuje decyzje w sprawach jej dotyczących i nikomu nic do tego, co wybierze. Jeśli zamarzy sobie jako prezent album z piłkarzami, a nie z królewnami, to bez mrugnięcia okiem spełnijmy to marzenie. I nie podkreślajmy na każdym kroku, że największą zaletą dziewczynek są niebieskie oczka i blond loki. Jeśli już chwalimy, to wtedy, gdy jest ku temu powód, a najlepiej za wysiłek, konsekwentne działanie. Bo właśnie tak buduje się siłę ich jako dziewczynek, a potem kobiet – radzi Piotrowska.

  1. Psychologia

Czy zamieszkanie z dorosłym dzieckiem to zawsze najlepsze wyjście dla seniora?

Ludzie są najszczęśliwsi w domach, z bliskimi. I dopóki senior sam daje radę w domu, to powinien tam być. Kiedy jednak staje się niesamodzielny, trzeba szukać pomocy. (Fot. iStock)
Ludzie są najszczęśliwsi w domach, z bliskimi. I dopóki senior sam daje radę w domu, to powinien tam być. Kiedy jednak staje się niesamodzielny, trzeba szukać pomocy. (Fot. iStock)
Z wiekiem trudniej dbać o siebie i samodzielnie prowadzić dom. Ale czy przeprowadzka do dorosłych dzieci zawsze jest najlepszym pomysłem? O dylematach związanych z troską o starzejących się rodziców mówi Beata Drzazga, właścicielka i prezes największej medycznej firmy opieki długoterminowej w Polsce.

Wiele pracujących osób zadaje sobie już teraz pytanie, jak zadbać o rodziców, kiedy oni nie będą już w stanie sami się o siebie zatroszczyć. Ja zadam inne, może odrobinę głupie: czy w domu możemy dobrze zadbać o starszą osobę?
To wcale nie jest głupie pytanie. Opieka nad starszymi osobami bywa naprawdę trudna. Na przykład moja mama zwykle była sama w domu aż do wieczora, kiedy więc w zeszłym roku złamała biodro, trafiła na pięć miesięcy do ośrodka, który prowadzę. W lutym tego roku złamała drugie biodro i znów tu trafiła. Nie wiem, jak inaczej bym sobie poradziła z zapewnieniem jej dobrej opieki. A tak jest teraz u mnie w ośrodku i czuje się jak królewna. Chciałabym, żeby wróciła do domu, zrobiłam nawet remont jej pokoju. Ale nie wiem, jak to będzie, jeśli wróci, bo na razie chodzi z balkonikiem. A jeśli się przewróci i nikogo z nas przy niej nie będzie? Jak sobie sama poradzi z zaniesieniem obiadu z kuchni do pokoju? I czy będzie prawidłowo przyjmować leki?

Wolałaby pani jednak, żeby mama była w domu?
Ludzie najszczęśliwsi są w domach z bliskimi. To jasne. I dopóki senior sam daje radę w domu, to powinien tam być. Kiedy jednak staje się niesamodzielny czy też stwarza zagrożenie dla siebie lub innych, trzeba szukać pomocy. Zresztą teraz moja mama sama odwleka powrót do domu. Mówi: „jeszcze tydzień, jeszcze dwa”. Wciąż jest zajęta: albo idzie na ćwiczenia, albo ogląda seriale, albo z kimś rozmawia. Z drugiej strony tęskni za nami, za naszymi dziećmi, kotami, psami… A my za nią.

W jednym z wywiadów przeczytałam, że zakładając ten ośrodek, myślała pani o tym, co byłoby w nim potrzebne, gdyby miała tu przebywać właśnie pani mama?
Stąd właśnie wziął się pomysł klubokawiarni – żeby pensjonariusze mieli gdzie się spotkać, by nie czuli, że mają tylko pokój z łóżkiem. W ośrodku jest nawet kilka świetlic, żeby nie musieli chodzić stale w to samo miejsce. Mamy też sale do dancingu, a moja mama jak wielu seniorów lubi tańczyć. Starsi ludzie zawsze martwią się też o to, skąd wziąć lekarza. Więc u nas lekarze są jak sąsiedzi! Za ścianą i to wszystkich specjalności. Jest też codziennie rehabilitacja, jest terapia zajęciowa, bo seniorzy potrzebują aktywności. Zachęcamy więc ich, żeby nie leżeli całymi dniami, jeśli nie ma takiej konieczności, i nie chodzili w piżamach. No i u nas seniorzy ćwiczą, malują, szydełkują. Śmieją się!

Czyli pobyt w ośrodku może dać seniorom coś, czego nie dostaną w domu?
Kiedy rozpoczynałam działalność, prowadziłam tylko opiekę domową i wtedy sama odwiedzałam pacjentów w domach. Widziałam seniorów leżących, którzy mieli smutne oczy i wokół siebie szaroburo, bo nie mogli już posprzątać czy ugotować. Nie mieli z kim porozmawiać, kogo się poradzić. Nasze pielęgniarki dbały o nich, ale tylko przez dwie–trzy godziny dziennie, a potem znów zostawali sami, ewentualnie pod opieką sąsiadów lub rodziny. Ale przecież dziś wszyscy pracują i nikt nie może być ze starszymi rodzicami 24 godziny na dobę, zajmować się nimi i wymyślać aktywizujących ich zajęć. A to ma dla nich ogromne znaczenie, bo pierwszy starzeje się mózg. Dlatego u nas przez cały dzień są czymś zajęci. Mają też towarzystwo rówieśników, a więc mniej czasu na zastanawianie się, co ich boli.

Pomysł stworzenia ośrodka opiekuńczego wziął się właśnie z  doświadczeń z opieki domowej, z zaobserwowania tego, czego seniorom tam brakuje. I to takiego ośrodka, do którego sama nie będę się wstydziła przyjść, gdzie będzie ładnie, ciepło i bez przykrego zapachu. A u nas ładnie pachnie! Częściej myjemy korytarze, mamy też kaczki i baseny jednorazowe oraz maseratory, które utylizują je po użyciu. Często również kąpiemy naszych seniorów, a jest to możliwe dzięki ułatwieniu, jakim jest wózko-wanna. Kiedy przez 11 lat pracowałam jako pielęgniarka, nieraz miałam za zadanie wykąpać pacjenta, który ważył więcej niż ja. Moje plecy potwornie cierpiały, a chory był wystraszony, kiedy trafiał do wysokiej wanny! U nas dzięki wielu ułatwieniem kąpiele są łatwiejsze dla personelu i przyjemniejsze dla pacjenta.

Jak namówić rodziców na wizytę w takim ośrodku?
Senior nie musi myśleć o takim miejscu jako o zakładzie opiekuńczym, tylko o domu czasowego pobytu. Mamy tu łóżka na oddziale dziennej rehabilitacji. I od tego warto zacząć, namówić mamę czy tatę na kilkudniowy pobyt w ośrodku, żeby sami mogli zobaczyć, jak tu jest. Wrócą później do domu, a po kilku miesiącach znów będą mogli przyjechać na kolejną turę zajęć. Dzięki temu będą wiedzieć, jak jest naprawdę, a nie tylko mieć w głowie przerażające wyobrażenie domu starców. Kolejnym krokiem może być na przykład zaproponowanie rodzicom, po takich dwóch krótkich pobytach, spędzenia tam wakacji. Zwłaszcza jeśli sami wtedy wyjeżdżamy a chcemy, by mieli w tym czasie jak najlepszą opiekę. My będziemy spokojni, ale oni też, bo przecież znają  już to miejsce.

Seniorzy sami powinni podjąć tę decyzję, ale dopiero kiedy poznają ośrodek?
Właśnie, a wtedy bywa i tak jak w przypadku mamy pewnego mężczyzny, która kiedy po dwóch miesiącach rehabilitacji u nas trafiła do domu, to tylko wypiła kawę i chciała wracać do BetaMedu. Powiedziała, że tam jest ładniej, ma lepsze warunki. No i są tam jej przyjaciele!

Często tak właśnie bywa i to nam, dzieciom trudniej się z tym pogodzić.
Przychodzą do mnie rodziny, które mają z tego powodu wyrzuty sumienia. „Kocham moją mamę, ale nie jestem w stanie się nią zajmować. Ona potrzebuje opieki przez cały dzień” – mówią na przykład. Odpowiadam im wtedy: „Pani się mamy nie pozbywa, tylko chce o nią zadbać. Proszę sobie wyobrazić, że przenosi pani mamę do drugiego pokoju, że jest tuż obok i każdego dnia można do niej przyjść, odwiedzić ją. Obiecuję, że będziemy dbać o pani mamę, będziemy ją przytulać, dopieszczać. Osobiście będę do niej chodzić, jak do pozostałych pacjentów”. Pierwszy krok to zrozumieć, że nic złego się nie dzieje. Zaniepokojonym dzieciom seniorów mówię: „Idźcie na oddział, zobaczcie, jak tam jest. Zapytajcie innych pacjentów, jak się tu czują”. Z doświadczenia wiem, że po jakimś czasie rodziny są nam wdzięczne za opiekę.

A sami pensjonariusze? Na pewno początki bywają dla nich trudne?
Przywołam jeden przykład. Kiedy trafił do nas pan Darek, miał depresję i nie chciał jeść. Siedział bez ruchu, osowiały. Niedługo potem wracałam z Miami i na lotnisku przypomniałam sobie, że ma taki smutny, szary zegarek na rękę. Kupiłam mu więc nowy i dałam w prezencie. – Dla mnie? – zapytał zdziwiony. A kiedy założył zegarek na rękę, powiedziałam, że w zamian chciałabym, by zaczął jeść. – Dla pani to zrobię! – zapewnił. Dziś to bardzo radosny człowiek.

W wywiadzie dla regionalnej telewizji powiedziała pani, że najważniejsze w tej pracy są empatia i miłość. Ale co z biznesem?
To miejsce stworzyłam z miłości do seniorów. A nasza praca to praca z ludźmi. I to z takimi, którzy potrzebują przytulenia. Chcą usłyszeć: „Proszę się nie martwić, zatroszczymy się o panią, pana. Jesteście w dobrych rękach”. I u nas to usłyszą, bo ludzie, którzy tu pracują, podchodzą do seniorów tak samo jak ja. Wybrałam cudownych lekarzy, pielęgniarki, rehabilitantów i opiekunów.

Nie ma żadnego uzasadnienia biznesowego w tym, żeby każdy oddział był w innym kolorze ani żeby na drzwiach był motylki czy kwiatuszki zamiast cyfr. Ale jak mam nie zadbać o piękno tego miejsca, skoro niektórzy pacjenci są tak chorzy, że to, co widzą i kogo widzą koło łóżka, jest ich jedyną radością?

COVID-19 jest najgroźniejszy właśnie dla seniorów. Jak pani sobie z tym radzi w ośrodku?
Od marca do września udawało się nam radzić sobie z sytuacja, tak że nie było zachorowań. Podjęliśmy największe możliwe środki ostrożności: preparaty do dezynfekcji, maski, rękawiczki oraz fartuchy i przyłbice – dla wszystkich. No ale od października uniknięcie zarażenia nie było już możliwe. Kilka osób przeszło u nas szczęśliwie tę infekcję, a dwie zmarły. Kiedy pojawiło się pierwsze podejrzenie koronawirusa, oddział został odizolowany, sanepid poinformowany. Kiedy jednak przyjechało pogotowie, to uznaliśmy, że lepiej, żeby chorzy zostali u nas, bo mają tu doskonałe warunki. Dumna jestem z personelu, który kiedy było trzeba, przez 14 dni pozostawał w szpitalu, rozumiejąc powagę sytuacji.

A jak seniorzy znoszą separację od bliskich, bo zapewne nie ma w ośrodku odwiedzin?
Jak już mówiłam, u nas dostają tyle miłości i empatii, a także towarzystwo rówieśników, mają też wiele zajęć, więc nie jest to tak duży problem. Mogą kontaktować się telefonicznie z rodzinami i niedługo będą mogli wychodzić na zewnątrz. Mam też nadzieję, że nabrali trochę odporności.

Seniorzy nie wszystkich dziś już wzruszają, wielu ludzi nie chce się z nimi stykać: są nieładni, zdziecinniali i czasem brzydko pachną.
Wielu ludziom wydaje się, że każda starsza osoba ma demencję, że jest zdziecinniała, a to nieprawda. Dużo rozmawiam z seniorami i wiem, że często są bystrzy, mają piękne umysły. Można się od nich nauczyć pokory i dobra, które płynie z tego, że oni już z nikim i niczym nie walczą. To tacy sami ludzie jak my, a muszą pogodzić się z utratą sprawności, a nawet samodzielności i lękiem przed śmiercią. Każda ludzka istota chce być samodzielna, chce żyć i czuć się do końca życia kochana.

Beata Drzazga, właścicielka i prezes BetaMed S.A., największej firmy medycznej w Polsce świadczącej usługi lekarskie i pielęgniarskie w domu pacjenta, która niesie pomoc ok. 5 tys. pacjentów i zatrudnia ok. 3 tys. osób. 

  1. Zdrowie

Co wpływa na nasze starzenie? Jakie czynniki przyspieszają ten proces?

Medycyna anti-ageing ma za zadanie spowolnić starzenie organizmu we wszystkich aspektach, takich jak wygląd, poczucie siły, zdrowia, zadowolenia z życia. (fot. iStock)
Medycyna anti-ageing ma za zadanie spowolnić starzenie organizmu we wszystkich aspektach, takich jak wygląd, poczucie siły, zdrowia, zadowolenia z życia. (fot. iStock)
W obecnych czasach medycyna przedłuża życie, ale nasze oczekiwania rosną i chcemy w miarę upływu lat zachować młodość. Ku takim potrzebom wychodzi naprzeciw medycyna estetyczna, czy chirurgia plastyczna. Ale czy zastanawialiście się, jak zatrzymać czas i zdrowie wewnątrz naszego ciała? Tu z pomocą przychodzi anti-ageing, czyli medycyna przeciwstarzeniowa.

Starzenie – na czym polega?

W skrócie mówiąc - na stresie oksydacyjnym. Co to takiego? Nasze komórki oddychając tlenem, pobierając pokarm i wodę wytwarzają tzw. wolne rodniki tlenowe, które są ubocznymi produktami metabolizmu. Te wolne rodniki tlenowe nas uszkadzają. Zauważmy, że abyśmy dobrze czuli się w swoim ciele, bardzo ważnym aspektem są zdrowe komórki naszego ciała, a im więcej rodników tlenowych, tym gorzej dla naszego materiału genetycznego i dla naszych komórek. Wolne rodniki tlenowe powodują m.in. uszkodzenie naszego DNA (w tym telomerów - fragmentów chromosomów, zlokalizowanych na ich końcach, które zabezpieczają je przed uszkodzeniem podczas kopiowania.)

Warto zaznaczyć, że jednym z czynników, które wpływają na przyspieszone starzenie jest otyłość. Polska jest obecnie jednym z krajów europejskich, gdzie występuje największa otyłość wśród dzieci.

Dodam też, że nasze organizmy mają różne zdolności do usuwania rodników tlenowych.

Przyczyna wolnych rodników

Tworzenie wolnych rodników powodują: stres, pośpiech, chroniczne napięcie nerwowe, palenie papierosów, spaliny samochodowe, brak aktywności fizycznej, szybkie jedzenie, wysoko przetworzone produkty żywnościowe itd., czyli obecny styl życia. Dodam, że mięso czerwone też jest niekorzystne dla naszego zdrowia i nasila nie tylko produkcję wolnych rodników, ale także stan zapalny w organizmie. Doskonale widać to u pacjentek chorujących na endometriozę, które po spożyciu wołowiny mogą mieć nasilenie dolegliwości bólowych i rozwój ognisk zapalnych endometriozy (endometrioza to choroba polegająca na występowaniu błony śluzowej macicy poza nią, co powoduje różne dolegliwości, w tym bólowe). Zatem zweryfikujmy naszą dietę pod tym kątem.

Genetyka i antyoksydanty

Na pewno dużą rolę w wytwarzaniu wolnych rodników tlenowych odgrywa czynnik genetyczny. Myślę, że znacie osoby i ich rodziny, które długo wyglądają młodo, są sprawne i wolno się starzeją. Jednak geny genami, ale procesy usuwania wolnych rodników tlenowych można wspomóc! Z pomocą przychodzą nam antyoksydanty.

Antyoksydanty to produkty występujące w żywności, które niwelują stres oksydacyjny i powstawanie wolnych rodników tlenowych. Należą do nich: aronia, jagody, fasole, żurawina, buraki, porzeczki, maliny, truskawki, kakao, orzechy, ziarna, wino czerwone niefiltrowane. Dodatkowo w naszej diecie warto sięgnąć po zioła. Te o największej mocy określane mogą być akronimem TOR (który wymyśliłam, aby pacjenci łatwiej zapamiętali), czyli T-tymianek, O-oregano, R-rozmaryn. Doskonałym źródłem tych zbawiennych substancji jest również kurkuma, a także cynamon i goździki – przyprawy, które można dodać do kompotu, czy słodkiej potrawy. Zachęcam do używania przypraw oraz spożywania owoców, szczególnie tych ciemnych z drobnymi pestkami.

Co ponadto wpływa na lepsze usuwanie wolnych rodników tlenowych? - Zwykle są to rzeczy, na które nie mamy ani ochoty, ani czasu, jak aktywność fizyczna, czy post przerywany (robienie dłuższych przerw w niespożywaniu pokarmów).

Na koniec jeszcze odniosę się do wina. Mimo, że jest ono źródłem antyoksydantów, jest to także alkohol i należy kontrolować jego spożycie, aby się nie uzależnić.

dr n. med. Luiza Napiórkowska specjalizuje się m.in. w medycynie anti-ageing (fot. archiwum prywatne) dr n. med. Luiza Napiórkowska specjalizuje się m.in. w medycynie anti-ageing (fot. archiwum prywatne)

Dr n. med. Luiza Napiórkowska: specjalista endokrynologii i diabetologii, lekarz chorób wewnętrznych. Ma 20-letnie doświadczenie kliniczne, zdobywane m.in. w Kanadzie, Wielkiej Brytanii, Szwajcarii i Brazylii oraz w Polsce – w Klinice Endokrynologii i Diabetologii CSK MSWiA w Warszawie. Od 2019r. jest autorką bloga medycznego „Okiem Doktor Luizy”, poprzez który realizuje swój cel szerzenia profilaktyki zdrowotnej. Regularnie publikuje także w mediach społecznościowych, gdzie towarzyszy jej aktywna społeczność (prawie 70 tys. osób).