1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Ewa Wachowicz: „Jestem w złotym wieku”

Ewa Wachowicz: "Już nic nie muszę, a wszystko mogę".(Fot. Olga Majrowska dla „Viva!”)
Popularność towarzyszy Ewie Wachowicz niezmiennie od 1992 roku, kiedy zdobyła tytuł Miss Polonia, a potem została rzeczniczką prasową premiera. Wszyscy znają ją jako Ewę, która gotuje, pisze książki kulinarne, ale mało kto zna Ewę biznesmenkę, mamę, siostrę i… fankę wypraw wysokogórskich, która zdobyła sześć z siedmiu szczytów Korony Wulkanów Ziemi.

Porównywana bywa Pani ze słynną Nigellą, mnie natomiast bardziej przypomina Pani Julię Child, Amerykankę, ikonę popkultury, która zainspirowała wiele kobiet nie tylko do zmian w żywieniu, lecz także w życiu. Pokazuje Pani Polkom, że kobieta nie musi być dodatkiem do męskiego ramienia, że może prowadzić z powodzeniem biznes, zachować niezależność.
Mama całe życie powtarzała mi: rób wszystko, żeby być niezależną finansowo. I ja sobie to wzięłam do serca. Od prawie 30 lat prowadzę swoją działalność, na początku wszystko robiłam sama. W tej chwili mam kilka firm.

I nadal prowadzi je Pani sama?
Pomaga mi starszy o sześć lat brat, mogę więc powiedzieć, że mamy rodzinny biznes. Z bratem zaprzyjaźniłam się dopiero gdzieś około 15. roku życia. Wcześniej za mną trochę nie przepadał, ponieważ musiał się mną zajmować, gdy rodzice pracowali w polu. Kiedy jako mały chłopiec szedł grać z chłopakami w piłkę, to mnie ciągnął w wózku. A jak był nastolatkiem, to ja włóczyłam się za nim, byłam dla niego taką przeszkadzajką. Ale mimo to potem zbudowała się między nami wspaniała relacja. Bardzo się kochamy i lubimy, mamy takie same priorytety życiowe. Brat to mój absolutny Król Artur.

Nie wychowywała się Pani w cieplarnianych warunkach, od dziecka była Pani wprawiana do ciężkiej pracy, jak wszystkie dzieci na wsi, które musiały pomagać rodzicom. To procentuje w dorosłości?
Zdecydowanie. Teraz dzieci mają zupełnie inne warunki niż te, w jakich ja się wychowywałam. Ale czy to dobrze? W pandemii wybudowałam szklarnię i jak obserwuję rośliny właśnie w tych cieplarnianych warunkach, to widzę, jak one są nieodporne. Wystarczy wystawić listek, niekoniecznie na mróz, ale nawet na słońce, i już roślina może zareagować poparzeniem, choć promienie słoneczne są przecież dla niej życiodajne. U mnie w domu nie było cieplarnianych warunków ani zimnego chowu. Miałam cudownych rodziców. Wpoili mi zasady, którymi do dziś się kieruję. Od dziecka uczyli mnie szacunku do wszystkiego dookoła – od ludzi, poprzez zwierzęta, po rośliny. Od małego byłam uczona odpowiedzialności i pracy. Żartuję sobie, że w związku z tym praca mnie bardzo lubi.

Ma Pani czasem dość?
Uwielbiam swoją pracę, choć bywają ciężkie dni. Kiedy nagrywam program „Ewa gotuje”, przez trzy dni z rzędu wstaję o piątej rano i tak mniej więcej od ósmej do dziewiątej wieczorem jestem przed kamerą. Największą frajdę sprawiają mi przygotowania do programu, wymyślanie potraw, praca nad scenariuszem. Mam ogromną radość z tego, że mogę podzielić się z widzami tym, co wymyślę. Czasem przyjaciele mówią: „pracujesz za trzy osoby”. To prawda, dlatego uczę się też odmawiać, czyli tego, że nie z każdej oferty trzeba korzystać. Ważnym nauczycielem są dla mnie błędy, uważam je za bardziej kształcące niż sukcesy. Muszę przyznać, że miałam w życiu moment, kiedy chciałam więcej i więcej. Moje kolejne projekty rozwijały się tak fajnie, że całkowicie mnie wciągnęły. Otarłam się o pracoholizm, za mało czasu spędzałam w domu, z córką. Na szczęście dzięki przyjaciołom zdołałam się z tego wyplątać. Zaczęłam zastanawiać się nad sobą, co jest dla mnie najważniejsze. Mimo że mam dużo pracy, to mnie ona nie obciąża, nie czuję zmęczenia.

Właśnie dlatego, że przeszła Pani w dzieciństwie ostry trening, pomagając rodzicom? Mała wieś Klęczany ma duży wpływ na Pani życie?
O tak. To tam nauczyłam się odpowiedzialności. Jak miałam sześć lat i rodzice poszli w pole kosić pszenicę, bo były żniwa, to musiałam pilnować obiadu, czuwać, żeby ogień nie zgasł. Sześcioletnie dziecko podkłada drewno do kuchni – wyobraża pani sobie dzisiaj taki obrazek?

Dzisiaj rodzice mieliby z tego powodu kłopoty.
A w tamtych czasach to było normalne, i dla mnie to też było normalne. Czułam, że rodzice mi ufają. Bo jakby zgasło pod blachą, to nie byłoby obiadu dla żniwiarzy. Byłam nauczona odpowiedzialności, ale jednocześnie zaufania. A to są ważne fundamenty na całe życie. Pamiętam, jak miałam 12 lat, rodzice pojechali na wesele, a ja miałam za zadanie doglądać cielnej krowy. Nie mieliśmy telefonu, wszystko opierało się na zaufaniu. Miałam co pół godziny zaglądać, czy krowa się nie cieli. Zaglądam po raz kolejny i widzę, że się zaczyna. Wiem, co robić, bo tata mnie tego nauczył – zawiązuję na kopytkach cielątka powrósła przygotowane przez tatę i ciągnę. Ale okazuje się, że sobie sama nie poradzę. Biegnę więc do sąsiada i razem z nim pomagamy krowie. Kiedy rodzice przyjechali, cielątko piło już mleko mamy. Wychowanie na wsi powoduje, że w sposób naturalny człowiek uczy się szacunku do świata, nie z książki, ale z doświadczenia, w dodatku z doświadczenia emocjami. Bo ja w pierwszej kolejności musiałam opanować strach, potem działałam pod silną presją czasu i samego wydarzenia. Dziecko wychowane na wsi uczy się, że wszystko, co się robi, ma znaczenie. Pomidory naprawdę muszą być podlane, bo inaczej uschną. Nie ma miejsca na oszukiwanie. To, gdzie teraz jestem, na pewno w dużej mierze zawdzięczam wychowaniu na wsi.

Korzysta pani z tego doświadczenia, wychowując córkę?
Moja córka miała zdecydowanie bardziej cieplarniane warunki niż ja, choć muszę przyznać, że czasem w tej „szklarni” wyłączałam prąd i ciepło. Na pewno wzrasta w innym świecie niż ja, w moim nie było telefonu ani komputerów. Mimo że niewątpliwie jako mama popełniłam sporo błędów, mam nadzieję, że wychowałam ją na dobrego człowieka. Na pewno odziedziczyła w genach pracowitość.
Ostatnio mieliśmy w restauracji intensywną niedzielę, z kilkoma przyjęciami, wieloma gośćmi. Wchodzę wieczorem do kuchni, praca wre i co widzę? Moja córka na zmywaku. Nikt jej o to nie prosił, zobaczyła, że jest dużo pracy, zakasała rękawy i stanęła do zmywania. Pomyślałam: może parę rzeczy w życiu mi nie wyszło, ale na pewno mogę być dumna z córki.

Idzie w Pani ślady?
Nie lubi, jak o niej opowiadam w wywiadach, więc powiem tylko, że studiuje budownictwo na politechnice w Krakowie. Tak, gotuje i ma żyłkę do pieczenia, co mnie bardzo cieszy.

Myśli Pani już o przekazaniu biznesu w dobre ręce, o odcinaniu kuponów?
Powoli uczę się, żeby nie wszystko robić samej, bo jestem taka Zosia Samosia. Chciałabym pozwolić sobie osiąść na tronie jako ta królowa w koronie [śmiech] i delegować pracę. Dobrym do tego poligonem jest moja restauracja w Krakowie, gdzie uczę się oddawać pole mojemu teamowi na czele z szefem kuchni Grzegorzem.
Największą lekcją do odrobienia jest dla mnie uczenie się zdrowej asertywności. Oczywiście ja uwielbiam rozdawać energię, ale chciałabym robić to na swoich warunkach.

Wciąż rozpiera Panią energia?
Myślę, że kluczem do mojej formy jest to, że bardzo lubię swoją pracę, lubię ludzi, siebie i życie. Cieszę się każdą chwilą – tym, że prowadzę restaurację, że mam program telewizyjny, że piszę książki, że spotykam się z ludźmi. I wie pani co? Naprawdę z każdym rokiem mam coraz większy apetyt na życie.

Tak po prostu „mam”? Skąd się bierze ten apetyt?
Z domu, w którym się wychowałam. Oboje rodzice – tata już nie żyje – byli pogodnymi ludźmi i ja tę pogodę ducha po nich odziedziczyłam. Zawsze wstaję prawą nogą, dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pełna. Tak już mam, że bez zakładania okularów widzę świat na różowo. Wiem już też, czego chcę.

Pewności siebie nabiera się z wiekiem?
Tak. Bo o ile pewne cechy, jak otwartość serca czy optymizm, mam z urodzenia, o tyle pewność siebie, taka płynąca z wewnątrz, polegająca na tym, że się wie, co jest dla mnie dobre, przyszła dopiero z wiekiem.
Wcześniej za bardzo przejmowałam się tym, że a to ktoś coś powiedział, a to coś napisał. Ale już od dawna opinie na mój temat aż tak mnie nie zajmują. Wiem, że wszystko dzieje się po coś, nawet to, co trudne, a może przede wszystkim to.

Jak Pani doładowuje baterie?
Wstaję dość wcześnie, zazwyczaj o szóstej, piję ciepłą wodę, którą wieczorem stawiam w termosie obok łóżka, to takie fajne ułatwienie. Głęboko oddycham, ćwiczę jogę, jak nie mam pilnych zajęć, to jeżdżę na rowerku. W takich chwilach można posłuchać siebie. Uważam, że to bardzo ważne, żeby poznać siebie, zobaczyć swoje zalety i wady, a następnie się ze sobą zaprzyjaźnić. Mnie bardzo pomogły w tym wyprawy w góry. Wspinam się od 11 lat bardzo intensywnie, zdobyłam z przyjaciółmi: Kilimandżaro, Mount Kenya, Elbrus, Demawend, Giluwe, Pico de Orizaba, Ojos del Salado, El Plomo, Ararat i wiele innych mniejszych szczytów. Przede mną kolejna wyprawa na Coropuna w Peru.

Ojos del Salado – najwyższy wulkan na Ziemi, Andy Środkowe, na granicy Argentyny i Chile, marzec 2016. (Fot. archiwum prywatne Ewy Wachowicz)

Co takiego dają Pani te wyprawy?
W górach nauczyłam się kontaktu ze swoim ciałem, czytać jego sygnały. Bo ono zawsze pokazuje, co jest dla nas dobre, co złe, ale my zapatrzeni w smartfony tego nie widzimy. W górach skutki odcięcia się od ciała są bardzo dotkliwe. Jeżeli w porę nie rozpoznam, że przeholowałam z szybkością wspinania się, to dostanę choroby wysokościowej, pojawią się bóle głowy, nudności. Wysokie góry uczą więc szacunku do własnego ciała.

Trudno Pani pogodzić się z upływającym czasem?
Przemijanie to stały element naszego życia i trzeba je zaakceptować. To, że o urodę warto dbać, zrozumiałam przy okazji wyborów Miss Polonia. Wcześniej myślałam, jak to młoda dziewczyna, że nic nie trzeba w tym kierunku robić. A wtedy dostałam dobre kosmetyki, mogłam korzystać z zabiegów pielęgnacyjnych i przekonałam się, że to działa. Jestem zwolenniczką dbania o siebie na wielu poziomach, nasz organizm bardzo to lubi. Staram się ćwiczyć, zdrowo odżywiać, bardzo dbam o wysypianie się. Mam też swoje rytuały, na przykład myję twarz zimną wodą, a jak mam czas, to masuję kostkami lodu. Każdą kąpiel kończę zimnym prysznicem, bo to pobudza krążenie. Miałam szczęście, że podczas konkursu Miss Polonia trafiłam na fantastyczną kosmetyczkę, która mnie tego nauczyła i uczuliła, żeby nawilżać skórę oraz stosować kosmetyki zgodnie z wiekiem. Ważna jest regularność dbania o skórę. Nie wystarczy pojechać raz na jakiś czas do spa, co oczywiście samo w sobie jest super, ale daje efekt na chwilę. Jeśli chcemy mieć zdrową skórę, to trzeba o nią dbać codziennie.

Uśmiech to Pani znak rozpoznawczy, trudno nawet wyobrazić sobie Panią smutną. Czy Ewa czasem płacze?
No pewnie, bywam też smutna. Ale nigdy w tym smutku się nie rozpuszczam, nie rozgaszczam, natomiast z lubością rozgaszczam się w radości. Smutek staram się przeżyć i jak najszybciej pożegnać.

Jest Pani samodzielna, ale czy sama?
Bardzo strzegę swojego życia prywatnego, więc mogę powiedzieć tylko tyle: od lat mam u boku cudownego mężczyznę i jestem szczęśliwa.

Jak by określiła Pani moment życia, w jakim jest?
Lubię mówić, że jestem w złotym wieku. Uważam, że to piękne określenie, bo oddaje pełnię możliwości tego wieku. Czuję się nadal młodo, a mam już spore doświadczenie i tak zwaną życiową mądrość. Jak człowiek jest młody, to mu się dużo wydaje, a jak ma lat 50, to już dużo wie. I to wie ze środka, organicznie. Interesuję się rozwojem osobistym, dużo czytam i rozmawiam na ten temat z moją przyjaciółką psycholożką, więc mam trochę wiedzy o człowieku. Wiem na przykład, że przez pierwsze siedem lat życia dziecko dostaje „oprogramowanie” na całe życie. Uważam się więc za szczęściarę, że urodziłam się w takiej wspaniałej rodzinie. Kocham swoją pięćdziesiątkę. Nie muszę nikomu nic udowadniać, spełniać oczekiwań innych, tylko skupiam się na tym, co jest dla mnie dobre, co sprawia mi przyjemność. Już nic nie muszę, a wszystko mogę. A że przy okazji sprawiam też radość ludziom? Tym większa frajda!

Ewa Wachowicz: producentka i prowadząca programy kulinarne, między innymi „Ewa gotuje”, dziennikarka, autorka książek kulinarnych, biznesmenka, właścicielka restauracji Zalipianki w Krakowie, jurorka kulinarnych show. Miss Polonia 1992, rzeczniczka prasowa premiera Waldemara Pawlaka w latach 1993–1995. Mama 20-letniej Aleksandry. Ambasadorka kosmetyków marki AA.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze