1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Styl Życia

Kwiaty to zaledwie początek. Zaglądamy do zielonej krainy w krakowskiej kamiennicy

Ewa Grodzka-Szkółka, prowadzi na Instagramie konto @balkon na miodowej. (Fot. Proksaphotography.com)
Ewa Grodzka-Szkółka, prowadzi na Instagramie konto @balkon na miodowej. (Fot. Proksaphotography.com)
Podobno posiadanie dwóch rzeczy tego samego rodzaju to często moment zwrotny, w którym przechodzimy do budowania kolekcji. Tak rozrastały się roślinne zbiory Ewy Grodzkiej-Szkółki i jej męża, dzięki którym ich profil @balkon_na_miodowej obserwuje na Instagramie niemal 50 tysięcy osób.

Kiedy dziesięć lat temu Ewa wraz z mężem zaplanowali przeprowadzkę z krakowskiego Ruczaju bliżej centrum, szukali przede wszystkim mieszkania w dogodnej dla nich lokalizacji. – Nie jesteśmy zmotoryzowani, chcieliśmy więc mieć pracę, sklepy, wydarzenia kulturalne i restauracje w zasięgu spaceru. Posiadane balkonu wtedy zupełnie nie miało dla mnie znaczenia. I w gruncie rzeczy wcale go nie mamy, bo nasz ogród znajduje się tak naprawdę na przechodnim ganku, który prowadzi także do mieszkania sąsiadów – wyjaśnia.

Sąsiednia część była zielona, od kiedy Ewa sięga pamięcią, poza roślinami ozdobnymi rosły tam m.in. gigantyczne dynie. – Pomyślałam, że skoro sąsiadom to tak ładnie wychodzi, dlaczego miałoby nam nie wyjść. Widziałam oczywiście, że poświęcali swoim roślinom mnóstwo czasu i energii, ale wydawało mi się, że to nie jest dla nich jakiś problem, bo zawsze pielęgnowali te rośliny z uśmiechem – wspomina. W efekcie sześć lat temu ganek Ewy także powoli zaczął zielenieć. – Na początku zainspirowani hodowlą sąsiadów mieliśmy dynie, papryki i pomidory – wymienia. Te ostatnie sprawiały zawsze najwięcej problemów, bo nigdy nie chciały dojrzeć na tyle, by można było je zjeść.

Pierwsze doniczki na ganku Ewy pojawiły się sześć lat temu. Dziś rośnie tu około 100 roślin. (Fot. Proksaphotography.com) Pierwsze doniczki na ganku Ewy pojawiły się sześć lat temu. Dziś rośnie tu około 100 roślin. (Fot. Proksaphotography.com)

Dopiero w tym roku, po sześciu latach prób, udało się jej zjeść pomidory z własnych krzaczków. Może dlatego, że dziś w kolekcji Ewy znajduje się już ponad 100 roślin, a każda z nich jest jakąś lekcją. – Nie mam żadnego ogrodniczego wykształcenia. Wszystkiego uczę się w praktyce i ze starych książek kupowanych w antykwariatach – przyznaje. Konsekwencja to ewidentnie jej drugie imię.

W domowej bibliotece mąż Ewy zgromadził już trzy tysiące książek. Na stoliku ulubiony domowy kwiat Ewy – fikus lirolistny. (Fot. Proksaphotography.com) W domowej bibliotece mąż Ewy zgromadził już trzy tysiące książek. Na stoliku ulubiony domowy kwiat Ewy – fikus lirolistny. (Fot. Proksaphotography.com)

Z dowozem

Kiedy po wejściu do mieszkania pytam o znajdujące się w nim meble, Ewa odpowiada krótko: – Wszystkie są z popularnej szwedzkiej sieciówki, a to dlatego, że nie mamy samochodu, a Ikea wszystko dowozi. Co więcej, można tam spłacać zakupy na raty, a w czasach kiedy nasze zarobki nie pozwalały na taki jednorazowy wydatek, to było jedynym rozwiązaniem.

Salon urządzony jest meblami z popularnej szwedzkiej sieciówki. Niektóre z nich mają już kilkanaście lat, jak zielona bieliźniarka z limitowanej serii Hurdal Ikea wykonana z litego drewna. (Fot. Proksaphotography.com) Salon urządzony jest meblami z popularnej szwedzkiej sieciówki. Niektóre z nich mają już kilkanaście lat, jak zielona bieliźniarka z limitowanej serii Hurdal Ikea wykonana z litego drewna. (Fot. Proksaphotography.com)

Drewniany stolik, który kupili tuż po ślubie, 17 lat temu, nadal stoi w salonie. Ewa kilka razy przymierzała się, żeby wymienić go na nowy, ale dotychczas nie udało jej się znaleźć drugiego tak solidnie wykonanego. Dwa miesiące temu stała tu jeszcze kanapa, kupiona w tym samym czasie, ale przy dwóch psach tak często trzeba było ją prać, że przyszedł czas na zmianę.

– Skórzany wypoczynek okazał się genialnym rozwiązaniem, bo w razie awarii wystarczy go tylko przetrzeć i nadal wygląda świetnie – mówi Ewa.

W salonie, niezmiennie od 17 lat, stoi kupiony w Ikei stolik z litego drewna. Skórzany wypoczynek i szafki pochodzą z tej samej sieciówki. W tej, na której stoi telewizor, Ewa wymieniła uchwyty na ręcznie robione gałki z Dot Manufacture. Obok stoi kupiona na OLX stara maszyna Singer. Na ścianie kolekcja górska Ryszarda Kai. (Fot. Proksaphotography.com) W salonie, niezmiennie od 17 lat, stoi kupiony w Ikei stolik z litego drewna. Skórzany wypoczynek i szafki pochodzą z tej samej sieciówki. W tej, na której stoi telewizor, Ewa wymieniła uchwyty na ręcznie robione gałki z Dot Manufacture. Obok stoi kupiona na OLX stara maszyna Singer. Na ścianie kolekcja górska Ryszarda Kai. (Fot. Proksaphotography.com)

Z Ikei jest także szafka, na której stoi telewizor, ale Ewa wymieniła w niej gałki. – Pochodzą z Dot Manufacture i są zrobione ręcznie. Każda z gałek jest inna, wszystkie mają piękne, intensywne kolory. Bardzo podoba mi się ten miszmasz – dodaje. Jedyną rzeczą, która nie pochodzi z Ikei, jest stara maszyna do szycia Singer. – Znalazłam ją na OLX; pan, od którego ją kupiłam, wysłał ją pocztą, a listonosz porzucił przesyłkę pod kamienicą. Nie sądziłam, że ta maszyna jest aż tak ciężka. Na szczęście wnieśli mi ją na górę przypadkowo spotkani na ulicy mili panowie – wspomina.

Kufel Villeroy & Boch wypatrzyła na targu staroci mama Ewy. Przez lata stał w ich rodzinnym mieszkaniu, ale Ewa tak lubiła jego wzornictwo, że kiedy się wyprowadzała, zabrała go ze sobą. Dziś przechowuje w nim biżuterię. (Fot. Proksaphotography.com) Kufel Villeroy & Boch wypatrzyła na targu staroci mama Ewy. Przez lata stał w ich rodzinnym mieszkaniu, ale Ewa tak lubiła jego wzornictwo, że kiedy się wyprowadzała, zabrała go ze sobą. Dziś przechowuje w nim biżuterię. (Fot. Proksaphotography.com)

Biblioteka i galeria

Mieszkanie składa się z dwóch pokoi i osobnej kuchni. – Zamysł był taki, że w jednym pomieszczeniu urządzimy sobie gabinet do pracy i tak też zrobiliśmy, ale żadne z nas nigdy w tym gabinecie nie pracowało. Choć prowadzę teraz głównie lekcje angielskiego online, wolę to jednak robić z salonu – mówi Ewa.

Ścianę w kąciku sypialnianym, wydzielonym w pokoju gościnnym, zgodnie z ludową tradycją zdobią obrazy świętych i symbole religijne. Dla Ewy mają znaczenie bardziej estetyczne niż duchowe, dlatego dba o zachowanie różnorodności wyznań. Poza dewocjonaliami kupionymi w krakowskich halach targowych, na ścianie wiszą także plakaty z kolekcji „Polska” Ryszarda Kai. (Fot. Proksaphotography.com) Ścianę w kąciku sypialnianym, wydzielonym w pokoju gościnnym, zgodnie z ludową tradycją zdobią obrazy świętych i symbole religijne. Dla Ewy mają znaczenie bardziej estetyczne niż duchowe, dlatego dba o zachowanie różnorodności wyznań. Poza dewocjonaliami kupionymi w krakowskich halach targowych, na ścianie wiszą także plakaty z kolekcji „Polska” Ryszarda Kai. (Fot. Proksaphotography.com)

Gabinet ostatecznie stał się więc domową biblioteką, w której obecnie znajduje się trzy tysiące książek. – To kolekcja mojego męża, którą ostatnio zasilił całym zbiorem nowego wydania powieści Lema. Całkiem niedawno przeszkliliśmy też regały, którymi zastawione są wszystkie cztery ściany – opowiada Ewa.

Drugi pies Ewy – Bercik na tle plakatu Ryszarda Kai. (Fot. Proksaphotography.com) Drugi pies Ewy – Bercik na tle plakatu Ryszarda Kai. (Fot. Proksaphotography.com)

Z kolei pokój gościnny siłą rzeczy pełni także funkcję sypialni. Ścianę nad szerokim łóżkiem zdobi galeria rustykalnych dewocjonaliów kupowanych za grosze w krakowskich halach targowych. – Mam jakiś sentyment do tych starych obrazów i symboli, ale zupełnie nie wynika on z pobudek religijnych. Przypomina mi to sypialnianą ścianę w domu mojej prababci, podoba mi się folklor tych prac – mówi Ewa i podkreśla, że nie są to wyłącznie symbole katolickie, bo wśród nich wisi też chamsa, czyli ręka Fatimy, a także plakaty z cyklu „Polska” autorstwa Ryszarda Kai. Jeden z nich przedstawia Leżajsk, gdzie nauczał cadyk Elimelech, najwybitniejszy przedstawiciel chasydyzmu. A obok niego wisi Grabarka, czyli serce prawosławia w Polsce. Plakatów Ryszarda Kai jest w mieszkaniu Ewy i jej męża znacznie więcej. – Nie pamiętam, gdzie pierwszy raz zobaczyłam jego prace, ale kiedy okazało się, że można je kupić w Krakowie, co miesiąc lub dwa sprawialiśmy sobie jeden. Wcześniej zawsze mamy debatę, który region Polski wybrać. Na ścianach wisi już cała kolekcja Mazur, motywów górskich i tych związanych z miejscami kultu – wymienia Ewa. A w jej kuchni znajduje się jeszcze jeden niezwykle istotny plakat, przestawiający symbolicznie miasto Bolesławiec.

Niewielka krakowska kuchnia wypełniona jest po brzegi ceramiką Bolesławiec. (Fot. Proksaphotography.com) Niewielka krakowska kuchnia wypełniona jest po brzegi ceramiką Bolesławiec. (Fot. Proksaphotography.com)

Księżniczka i kropka

Właścicielka sklepu z bolesławiecką ceramiką, w którym od lat zaopatruje się Ewa, twierdzi, że jej kolekcja zaczęła się od kubków z księżniczką. – Nie pamiętam tego, ale być może to prawda. Chociaż dziś trudno mi uwierzyć, że siedem lat temu nie doceniłam uroku klasycznej kropki – śmieje się Ewa. Teraz w jej domu nie ma już innej ceramiki.

Ewa nie tworzy kompletów, kupuje te wzory, które wpadną jej w oko. Wiele z nich to już unikaty. (Fot. Proksaphotography.com) Ewa nie tworzy kompletów, kupuje te wzory, które wpadną jej w oko. Wiele z nich to już unikaty. (Fot. Proksaphotography.com)

Cała zastawa stołowa, wazony, a nawet dekoracyjne figurki, wszystko ma charakterystyczne dla bolesławieckich manufaktur wzory, a wiele z nich to już unikaty. – Uwielbiam je. Od początku nie trzymałam się jednego motywu, kupowałam to, co wpadło mi w oko, bo uważam, że wszystkie te wzory doskonale do siebie pasują, choć gdybym musiała wybrać, to chyba jednak tę bolesławiecką kropkę lubię najbardziej – mówi Ewa i przyznaje, że na początku obawiała się, czy ceramika przetrwa normalne codzienne użytkowanie, ale okazała się niesamowicie trwała.

Najwięcej zgromadzonych naczyń ma motyw klasycznej bolesławieckiej kropki. Ewa zaopatruje się głównie w tym samym krakowskim sklepie. – Wiem, że ceramikę można kupić także online, ale to nie daje mi tyle radości, co wybieranie i dotykanie jej na żywo – mówi. (Fot. Proksaphotography.com) Najwięcej zgromadzonych naczyń ma motyw klasycznej bolesławieckiej kropki. Ewa zaopatruje się głównie w tym samym krakowskim sklepie. – Wiem, że ceramikę można kupić także online, ale to nie daje mi tyle radości, co wybieranie i dotykanie jej na żywo – mówi. (Fot. Proksaphotography.com)

Wiele naczyń ma już osiem lat, a wciąż wyglądają idealnie. Choć oczywiście zdarzają się wypadki. – Stłukłam ostatnio cztery talerze, dwa unikaty oraz dwa klasyki. Płakałam jak dziecko – mówi Ewa, ale na pocieszenie planuje już wycieczkę do Bolesławca. Jak zapowiada, nie jest to jeszcze koniec jej kolekcji.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze