1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania

Jerzy Skolimowski – świadomość współistnienia

Jerzy Skolimowski: „Już tak dawno zostaliśmy wygnani z raju... Straciliśmy czystość, niewinność, empatię. Chyba jest już niemożliwe zorganizowanie życia i społeczeństwa w taki idealistyczny sposób, by słabszym od nas nie działa się krzywda”. (Fot. Bart Pogoda/Visual Crafters dla „Vogue Man”)
Jerzy Skolimowski jest przede wszystkim reżyserem i scenarzystą, ale bywa też aktorem, pisze wiersze, maluje. Eksperymentuje z formą, jednak zawsze pozostaje wierny sobie. Każdy film Jerzego Skolimowskego to wydarzenie. Przed nami premiera najnowszego, zachwycającego wizualnie i wstrząsającego „IO”, który upomina się o prawa zwierząt.

Temat katastrofy stał się pana obsesją w ostatnich latach. Myślę o takich filmach, jak: „11 minut”, „To nie my” (krótki film dla HBO), a teraz „IO”. Czy czeka nas katastrofa, rozpad świata, który znamy?
Widzimy, w jak szybkim tempie wszystko zmienia się na gorsze, ale może to tylko ja nie dostrzegam żadnych pozytywnych sił, które mogłyby ten proces powstrzymać.

Czy życie, mimo wszystko, potrafi pana wciąż jeszcze zaskakiwać? Jeśli tak, to może w tym tli się jakaś iskierka nadziei?
Obawiam się, że życie w sensie pozytywnym już mnie chyba nie zaskoczy. Przeżyłem kilka tragedii, więc mam nadzieję, że odebrałem już należną mi porcję nieszczęść.

Z jakichś powodów jednak film „IO” powstał. Liczy pan na to, że film sprawi, iż ludzie się opamiętają?
Nie mogę mieć tego rodzaju nadziei – odbiór filmu nie wstrząśnie raczej milionami ludzi, którzy nagle staną się wegetarianami i zechcą protestować przeciw przemysłowej hodowli zwierząt na mięso i na wyroby futrzarskie. Wie pani, w filmie „IO” jest scena z fermy lisów hodowlanych. Kręciliśmy to jeden dzień na prawdziwej fermie i z prawdziwym oprawcą tych nieszczęsnych zwierząt, bo wszak inaczej nie można tego nazwać. To, co tam zobaczyliśmy, tak nas zszokowało, że przez następnych kilka dni trudno było dalej pracować. Pokazaliśmy w filmie zaledwie minutę tego, co tam się działo, a i tak byliśmy kompletnie zdołowani…

To bardzo mocna scena!
I taka ma być, bo widać w niej tę prawdę: to straszliwe okrucieństwo wobec zwierząt. W imię czego? Żeby futerko z lisów założyła jedna czy druga pani? Albo żeby jakiś elegant podbił sobie futrem pelisę? Co pozwala tym hodowcom dokonywać tego rodzaju czynów? Przecież muszą sobie zdawać sprawę z tego, że popełniają zbrodnie na żywych istotach. Jak w ogóle można żyć ze świadomością, że robi się coś takiego?! Jak administracja państwowa może dopuszczać istnienie takich ferm?! Oczywiście, gdyby tego zabroniono, wybuchłyby protesty ludzi, którzy z tego żyją. Wprawdzie złodzieje też żyją z tego, co ukradną, ale to jest piętnowane przez prawo i karane. Tymczasem fermy futrzarskie działają w majestacie prawa.

W „IO” patrzymy na świat oczyma osiołka. Czy osiołek widzi i czuje coś, co my, ludzie, utraciliśmy?
Już tak dawno zostaliśmy wygnani z raju... Straciliśmy czystość, niewinność, empatię. Chyba jest już niemożliwe zorganizowanie życia i społeczeństwa w taki idealistyczny sposób, by słabszym od nas nie działa się krzywda. Zabrnęliśmy za daleko, zaakceptowaliśmy świat taki, jaki jest, godzimy się na to, że dzieje się coraz gorzej. Może trafne byłoby nazwanie tego samozagładą?

Osiołek tymczasem reprezentuje te wszystkie wartości, które utraciliśmy. Powiedział pan kiedyś, że w tym zdegenerowanym świecie udało się panu zachować w sobie resztki niewinności, nie mylić z naiwnością. Czym to się objawia?
Odpowiem na to pytanie w trochę inny sposób i nie wprost. Czym się różni mój ostatni film „IO” od moich poprzednich filmów? Otóż zdałem sobie sprawę z tego, że podczas kręcenia „IO” po raz pierwszy byłem emocjonalnie zaangażowany w los mojego bohatera. Przecież co mnie obchodził afgański bojownik z filmu „Essential Killing”? Nic. Nie lubiłem nawet aktora. A był nim arogancki Amerykanin Vincent Gallo, który na planie przysporzył nam wielu kłopotów. Wspominam o tym z niechęcią, chociaż to był udany film, odniósł sukces.

Albo weźmy „Cztery noce z Anną”. Owszem, interesująca anegdotka o człowieku w przedziwny sposób zakochanym i nieśmiałym. Ale on także mnie nie obchodził, mimo że aktor Artur Steranko był otwartym i sympatycznym facetem. Ja nie wczuwałem się w jego stany i w to, co przeżywał na ekranie, pilnowałem jedynie, by rola została profesjonalnie odegrana. Natomiast w przypadku osiołka to zwierzę stało się bliskie mojemu sercu. Kiedy patrzyłem mu w oczy, wydawało mi się, że przekazujemy sobie coś nawzajem, jakąś świadomość współistnienia. W przeciwieństwie do aktora – zwierzę niczego nie udaje. Ono jest.

Osiołek był najważniejszy na planie „IO”?
Tak, zdecydowanie. Oczywiście zdarzało się, że nie zawsze chciał robić to, czego oczekiwaliśmy, bo te zwierzęta są z natury uparte, ale wybaczałem mu to momentalnie. Osioł rządził! I wynagrodził nam wszystko. Wydaje mi się, że to zwierzę do nas mówi z ekranu. Ten jego ośli ryk wyraża ubolewanie nad swoim losem. Niestety, traktujemy zwierzęta jak przedmioty, nie widzimy w nich żywych istot, a przecież one czują to, co my. Potrzebują poczucia bezpieczeństwa, czułości, miłości, jakiejś formy kontaktu z człowiekiem. No i przede wszystkim zjadamy nieprawdopodobne ilości mięsa. Ja sam jeszcze nie jestem w stanie być stuprocentowym wegetarianinem. Jednak pod wpływem filmu zmieniłem mocno mój jadłospis, ograniczyłem spożywanie mięsa o dwie trzecie.

Nie zaskoczyło pana to, że niepozorny osiołek tak bardzo pana emocjonalnie poruszył?
W moim domu zawsze były psy. Zdarzały się również koty. Zawsze miałem z nimi bliski kontakt. Z osłami nie miałem żadnych doświadczeń. Tymczasem okazało się, że to zwierzę ma podobne predyspozycje do nawiązywania kontaktu z ludźmi jak psy. Kiedy patrzymy w oczy swojemu psu, naszemu czworonożnemu przyjacielowi, to prowadzimy z nim jakiś dialog. Okazało się, że osioł też pragnie porozumienia z człowiekiem, stworzenia więzi.

Mówi się, że film „IO” to hołd Skolimowskiego dla innego reżysera, Roberta Bressona, i jego filmu z 1966 roku „Na los szczęścia, Baltazarze!”. Ja się jednak zastanawiam, czy to nie jest także wyzwanie, by francuskiego mistrza po latach przeskoczyć.
Jeżeli nawet jakiś element rywalizacji mógł się pojawić, aczkolwiek nie było to przeze mnie zamierzone, to gdzieś na dalekim planie. Natomiast trzeba podkreślić, co jest istotą tego związku filmu Bressona z moim. „Na los szczęścia, Baltazarze!” widziałem w końcu lat 60. i był to jedyny obraz, który mnie autentycznie wzruszył. Miałem łzy w oczach, kiedy nastąpiła śmierć osiołka. Jeden jedyny raz w kinie! I to była lekcja, którą odebrałem od Bressona, że prawda o losie zwierzęcia może nami wstrząsnąć, gdyż bardziej wierzymy, że to nie jest grane. Wszelkie „aktorskie konania” – odgrywanie takiego czy innego zakończenia życia – to tylko popisy. Ja ze swoją skazą zawodową, świadomością tego, jak to się robi, patrzę na to z dystansem i nie wierzę w tragedie odgrywane nawet przez wybitnych aktorów.

A jak udało się wbudować emocje zwierząt w scenariusz filmu?
Nie jestem jedynym autorem tego scenariusza. Pisaliśmy go razem z Ewą. Ewa Piaskowska jest współscenarzystką, współproducentką, jak i współtowarzyszką mojego życia. Ona wniosła niesłychanie dużo do filmu, jeśli chodzi o stronę emocjonalną. A więc to, co z trudem mogło się wydobyć spod mojej maski pokerzysty, Ewa ośmieliła się napisać, co dało podstawy, by ten film nakręcić w ten właśnie sposób, czyli żeby nasza ekipa też była przekonana, że to jest film, który mamy zamiar robić sercem, żeby to nie była tylko reżyserska ekwilibrystyka. Chodziło o to, by reżyser nie wywyższał się ponad film, co zdarzało mi się przy innych obrazach. Przy „IO” chyba nie wypycham się na pierwszy plan, zwłaszcza że miałem wspaniałych współpracowników, bo to nie tylko Ewa, ale także Agnieszka Glińska, montażystka, z którą pracowaliśmy przez wiele miesięcy, oraz autorzy muzyki Paweł Mykietyn i zdjęć Michał Dymek, którzy wnieśli niesłychanie dużo. Paweł skomponował wstrząsającą muzykę.

Do tej pory w sprawach artystycznych podobno wierzył pan tylko sobie. Ciekawa jestem, jak wyglądał podział ról w duecie z Ewą Piaskowską i czy początkiem tej współpracy były „Cztery noce z Anną” z 2008 roku?
Tak, od tego czasu Ewa współpracuje przy każdym moim filmie. „IO” to nasz czwarty wspólny film. Mamy wypracowane metody. Najpierw jest to jakaś burza mózgów, o czym to wszystko ma być, co ma wyrażać i tak dalej. Potem Ewa próbuje to spisać w jakiejś przystępnej formie. Czytam to, nanoszę korekty, z czegoś rezygnuję, coś dokładam, no i w tej postaci znowu to wraca do rąk Ewy. I tak wiele razy.

Jak pan myśli, łatwo jest z panem wytrzymać?
Przypuszczam, że trudno. Zresztą Ewa nieraz daje temu wyraz. Jestem artystą – mam swoją wizję. Wydaje mi się, że powinno być tak, jak sobie wyobraziłem. Jednak praca nad filmem trwa na tyle długo, że gdzieś te konfliktowe sytuacje się wygładzają, dochodzi do głosu rzetelna kalkulacja, co jest najlepsze dla filmu, co w najlepszy sposób oddaje intencje twórców. I ten ostateczny kompromis w przypadku „IO” wydaje się bardzo trafiony, ponieważ jest to wyważone między moimi pomysłami filmowej ekwilibrystyki, które czasami były przez Ewę zwalczane i z których niekiedy byłem w stanie zrezygnować, właśnie na rzecz tego, co jest tu najważniejsze, czyli uczuć, emocji, troski, bólu.

Jerzy Skolimowski: „Kiedy idę z moim psem przez las – nasz dom na Mazurach otoczony jest setkami hektarów drzew – to to jest moja przestrzeń”. (Fot. Bart Pogoda/Visual Crafters dla „Vogue Man”)

Film „IO” jest obrazem bardzo poetyckim i malarskim. Pan maluje kamerą.
Jako malarz jestem wyczulony na obraz, kompozycję i kolor w filmie. Partnerstwo z Dymkiem bardzo dobrze się sprawdziło. Podpuszczałem Michała, by szedł na całość, żeby pozwalał kamerze działać, tak aby pobudzić nasze emocje. Zresztą – co ciekawe – zdjęcia do tego filmu wykonało aż trzech operatorów. Kiedy Michał Englert, który zaczął ten film, rozchorował się na COVID-19, zaproponował, by jego pracę kontynuował Michał Dymek, a kiedy z kolei Michał musiał wyjechać z Polski w związku z zobowiązaniami kontraktowymi, to Paweł Edelman zgodził się, żeby nakręcić ostatnie dni. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Mimo że miał już na głowie nowy film Romana Polańskiego „The Palace”. Paweł wpisał się w kanon estetyczny, na którego spójności nam zależało. Nie widać tego, że było trzech operatorów. Mieliśmy szczęście, bo znaleźliśmy świetnych ludzi od zdjęć z dronów. To ich dziełem jest hipnotyzująca sekwencja lotu nad lasem, łąkami, korytem strumyka, odwróconymi wiatrakami.

W Cannes odebrał pan Nagrodę Jury za film „IO”. Później w Polsce Orła za osiągnięcia życia. Czy czuje się pan człowiekiem sukcesu?
Pewnie powinienem się za kogoś takiego uważać.

A tak nie jest?
Wspomniałem, że spotkało mnie w życiu kilka wielkich tragedii. I dziś z perspektywy tych wydarzeń tak zwane sukcesy, nagrody, prestiżowe wydarzenia odchodzą na zupełnie inny, znacznie dalszy plan, przestają być ważne.

Jednak to kino pomogło panu odreagować po tragicznej śmierci syna.
Na pewno pomogło mojej psychice, że odnosiłem sukcesy w zawodowej działalności, bo chodzi nie tylko o kino, ale i o malarstwo, w którym udało mi się dosyć dużo osiągnąć. Są to jednak nieporównywalne sprawy. Nie można na szalach jakiejkolwiek wagi kłaść po jednej stronie ludzkich tragedii, a po drugiej, dla próby utrzymania równowagi, stawiać sukcesów zawodowych.

Czego zatem żałuje pan najbardziej?
Przypuszczam, że moja młodzieńcza fascynacja robieniem filmów spowodowała, że kompletnie zaniedbałem życie rodzinne i że nie poświęciłem wystarczająco dużo czasu i uwagi na wychowanie moich synów. To mam sobie do zarzucenia.

A dla przeciwwagi, z czego jest pan najbardziej dumny?
Jakoś widzi pani, nie nasuwają mi się żadne konkrety na ten temat.

To ja powiem, za co pana cenię. Za bezkompromisowość. Za to, że mimo trudności starał się pan podążać swoją drogą, twórcy kreatywnego, osobnego, ciągle poszukującego. Odnoszę jednak wrażenie, że pan uważa tę bezkompromisowość za słabość.
To można by także obrócić przeciw mnie... że to jest demonstracja pychy, hardości. To prawda, że zawsze starałem się być, jak to się niezręcznie mówi, wierny sobie, to znaczy nie robić czegoś dla poklasku czy dla osiągnięcia innych korzyści. Znany byłem z tego, że rezygnowałem z projektów, jeśli wydawało mi się, że wdałbym się w taki czy inny układ. Może to jest właściwe sformułowanie, że zawsze byłem poza układem, że nigdy w nic takiego się nie wpisałem.

Wiele lat żył pan i pracował za granicą. Kręcił pan filmy, reżyserował największe gwiazdy, miał świetne kontakty, zarabiał pieniądze. Jednak poza Polską podobno zawsze czuł się pan obco. Dlaczego?
Moje życie mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby nie to, że losy „Rąk do góry” zmusiły mnie do emigracji, że właściwie wypchnięto mnie z tego kraju. Gdybym mógł robić to, co chciałem wówczas, kiedy robiłem „Ręce do góry”, mój jedyny politycznie zaangażowany film, to wszystko inaczej by wyglądało. To był dosyć ekstrawagancki wybryk, żeby tak rozdrażnić Wielkiego Brata. Interwencja ambasady radzieckiej w Polsce praktycznie spowodowała, że film nie został dopuszczony na ekrany. A wszystko przez tę nieszczęsną scenę billboardu z dwoma parami oczu Stalina.

Gdyby „Ręce do góry” weszły na ekrany, gdyby to spowodowało jakieś polityczne zamieszanie, bo takie były oczekiwania, kto wie, co mogłoby się wydarzyć. Ten film mógł wówczas coś w Polsce zmienić.
Może to dlatego, że emigracja nigdy nie była pana wyborem, nie czuł się pan za granicą jak u siebie. To zapytam inaczej. Gdzie dziś jest pana dom? Na Karowej w Warszawie, a może bardziej na Mazurach?
Kiedy idę z moim psem przez las – nasz dom na Mazurach otoczony jest setkami hektarów drzew – to to jest moja przestrzeń. Mam nadzieję, że tutaj znów po przerwie wrócę do malowania, ponieważ podczas pracy nad filmem nie sposób malować – potrzebny jest zen. Będę więc miał szansę spróbować, czy jeszcze jestem w stanie coś namalować. 

Jerzy Skolimowski ur. w 1938 roku w Łodzi, polski reżyser, scenarzysta i aktor filmowy, poeta, malarz, przedstawiciel trzeciej fali polskiego kina. Karierę filmową rozpoczął jako scenarzysta do filmów „Niewinni czarodzieje” oraz „Nóż w wodzie”. Rozgłos zdobył tetralogią złożoną z czterech filmów: „Rysopis”, „Walkower”, „Bariera”, „Ręce do góry”. Ze względu na krytykę czasów stalinizmu zawartą w tym ostatnim musiał emigrować z kraju. W Wielkiej Brytanii zasłynął filmami, takimi jak: „Na samym dnie”, „Wrzask” oraz „Fucha”. Po transformacji ustrojowej w Polsce nakręcił cenione przez krytyków: „Cztery noce z Anną”, „Essential Killing” i „11 minut”. W 2016 roku uhonorowano go Złotym Lwem w Wenecji za całokształt twórczości. Jego najnowszy film „IO”, wyróżniony Nagrodą Jury na ostatnim festiwalu filmowym w Cannes, miał premierę 30 września.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze