1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Spotkania
  4. >
  5. „Ciekawość to cała ja”. Grażyna Torbicka kończy dziś 65 lat

„Ciekawość to cała ja”. Grażyna Torbicka kończy dziś 65 lat

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)
Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)
Ikona dziennikarstwa i telewizji. Znana ze swojego profesjonalizmu i niepowtarzalnego stylu. Edukatorka filmowa, jak lubi siebie nazywać. Mentorka dla wielu kobiet. „Wszystko, co mnie w życiu najbardziej interesuje, to rzeczy, których nie rozumiem, i rzeczy, których nie umiem” – wyznaje Grażyna Torbicka.

Z okazji urodzin przypominamy archiwalny wywiad, który ukazał się w magazynie Zwierciadło

Potrafisz być onieśmielająca. Zdajesz sobie z tego sprawę?
Czasem poznaję to po reakcjach. Spotykam na przykład młodych ludzi, którzy przyznają, że wychowali się na „Kocham kino”, albo ktoś z nich mówi, że właśnie dzięki moim programom i temu, co robię zawodowo, zainteresował się kinem, kulturą czy wybrał reżyserię albo wydział wiedzy o teatrze, który ja sama kończyłam. Widzą mnie pierwszy raz na żywo, więc oczywiste jest, że są onieśmieleni, ale to jest takie samo onieśmielenie, jakie czuję ja, kiedy pierwszy raz mam okazję rozmawiać z Helen Mirren czy innymi postaciami ze świata kina, które znam z ekranu. Jestem po prostu osobą publiczną i wyłącznie z tego powodu mogę budzić onieśmielenie podczas pierwszego kontaktu.

Tylko z tym to wiążesz?
Gdybym nie była twarzą znaną z telewizji, nie sądzę, żebym zwracała uwagę. Bycie rozpoznawalną stało się już częścią mnie i mojego życia, nie mam zamiaru udawać, że jest inaczej. Nigdy nie stanowiło dla mnie problemu, pewnie też dlatego, że moja mama – i to jest dopiero fenomen! – była i jest do dziś osobą bardzo rozpoznawalną. Już jako dziewczynka byłam przyzwyczajona, że jak będziemy szły ulicą, to jacyś obcy ludzie będą się do niej uśmiechać i mówić „Dzień dobry”. Popularność nie była więc ani czymś, do czego dążyłam, ani też czymś, co sprawiało mi kłopot. Niemniej uwielbiam sytuacje, w których poznaję nowe osoby, a nie jestem rozpoznawana, na przykład gdzieś za granicą. Nie czuję wtedy żadnego onieśmielenia z drugiej strony.

Będę się upierała, że to jednak coś więcej niż bycie twarzą znaną z telewizji… To też uroda, klasa, wyczucie stylu.
Dziękuję, to bardzo miłe, ale też nie przesadzałabym z tymi zachwytami nad moją urodą. Zawdzięczam ją moim rodzicom, nikomu więcej.

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

Miałaś poczucie, że już na starcie musisz więcej udowodnić? Raz ze względu właśnie na swoje tak zwane warunki, a dwa ze względu na popularność twojej mamy, Krystyny Loski.
Kiedy jesteś postrzegana przez twój pryzmat zewnętrzny, bardzo ci zależy na tym, by dostrzegano też twoje wnętrze. By ktoś był zainteresowany rozmową z tobą, a nie z ładną laleczką. By twój wygląd nie był czymś, na czym ludzie się zatrzymują i nie idą już dalej.

Zależało mi też na tym, by nie wykorzystywać tej być może przewagi nad innymi, wynikającej z tego, że jestem córką znanej osoby. Na początku fakt ten był dla mnie właściwie bardziej utrapieniem niż pomocą. Chciałam, by oceniano mnie jako mnie. I aby tak się stało, włożyłam w pracę nad sobą dużo wysiłku, ale ten wysiłek mnie zbudował.

Kino stało się dla ciebie taką strefą bezpieczeństwa, niszą, w której mogłaś znaleźć coś, co będzie tylko twoje? Zwłaszcza w tak rozrywkowym medium, jakim była wtedy telewizja.
Pamiętaj, że ja zaczynałam w 1985 roku, w dodatku w telewizyjnej Dwójce, a program drugi był wtedy naprawdę mocno nastawiony na kulturę. To, o czym mówisz, zaczęło się trochę później, po 4 czerwca 1989 roku, kiedy odbyły się pierwsze wolne wybory do Sejmu i Senatu i wreszcie wybiliśmy się na niezależność. Ty jesteś młoda, więc możesz tego nie pamiętać, ale coraz większa wolność mediów pociągnęła za sobą komercjalizację, pojawiły się reklamy i bardziej niż misja zaczęły liczyć się słupki oglądalności. Wiedziałam, że kino to ten rodzaj sztuki, który jest najbardziej komunikatywny w takim medium i że mogę tu znaleźć przestrzeń dla siebie, więc nawet jeśli „Kocham kino” było wtedy emitowane w okolicach północy, to ja z niego nie rezygnowałam. Mówiłam: „Dobra, mamy mało widzów, ale jeśli wam nie przeszkadza, że jesteśmy o północy, to idziemy dalej, bo gdzie znajdziemy taką salę kinową, która w jednym miejscu zbierze 100 tysięcy osób?”. Mówię „my”, bo „Kocham kino” to też byli Tadeusz Sobolewski i Jurek Kapuściński.

Te późne seanse już dobrze pamiętam. Zaczynało się przed 23, twoją rozmową z Tadeuszem Sobolewskim, a potem był seans. To właśnie w tamtej „sali kinowej” obejrzałam film, który zrobił na mnie ogromne wrażenie, czyli „Królową Margot”. I to wrażenie było chyba spotęgowane właśnie tamtą późną porą.
A pamiętasz, jak Piotr Trojan, gość naszej Press Room Cafe na festiwalu w Gdyni, opowiadał, że do dziś ma w domu notesiki, w których zapisywał wszystko to, o czym przed seansem rozmawiałam z Tadeuszem, czyli na co ma zwrócić uwagę, co jest ważne w tym filmie i dlaczego właściwie ten film jest dobry?

„Kocham kino” dla wielu z nas było jak regularne studia filmoznawcze. Twoja rozpoznawalność czy popularność, od których zaczęłyśmy, świadczą o tym, że ten program nie był wcale niszą.
Ale mojej rozpoznawalności nigdy nie dało się porównać z rozpoznawalnością osób mających naprawdę duży wpływ na masy, takich jak choćby gwiazdy rocka…

Polemizowałabym…
Bo mówisz to z dzisiejszej perspektywy, kiedy media społecznościowe i portale plotkarskie sprawiają, że jak pójdę rano na zakupy, to po południu znajdę na nich swoje zdjęcia z warzywniaka. Dziś to właściwie te zdjęcia z warzywniaka podbijają moją popularność.

W odniesieniu do tego, co robię dziennikarsko, ale też do tego, co robię podczas festiwalu BNP Paribas Dwa Brzegi jako dyrektorka artystyczna, lubię używać określenia „edukacja filmowa”. Bo tak właśnie to postrzegam. Wiem, jak dużo energii i czasu pochłania dziś szukanie wartościowych rzeczy w kinie, dlatego chcę, by widzowie Dwóch Brzegów ufali naszej selekcji. Jednocześnie chcę ich przekonać, że obcowanie ze sztuką bardzo nas wzbogaca. Spotkania z twórcami po filmie, z których słynie nasz festiwal, nie są wcale rozmowami o tym, co przed chwilą widzieliśmy, tylko rozmowami o nas samych.

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

Rozpoznawalność czy popularność odbieram więc jako nagrodę za lata mojej pracy jako edukatorki filmowej, bo jednak – odpowiadając na twoje pytanie – uważam, że to, co robię, jest aktywnością z dziedziny niszowej. Dlatego też zawsze starałam się mówić o kinie w sposób dostępny, unikałam akademickich form, bo wiedziałam, że w taki sposób nie trafię do odbiorcy czy odbiorczyni, którzy zawodowo nie zajmują się sztuką, tylko wykonują zupełnie inny zawód. Po prostu nie znajdziemy kontaktu.

Autorskie, artystyczne, niezależne kino też potrafi onieśmielać…
Oczywiście, że tak.

Wydaje się, że mogą o nim rozmawiać tylko znawcy, ewentualnie inni twórcy. Ty burzysz tę ścianę. Zawsze najbardziej interesuje cię to, co sądzą o filmie widzowie – obserwuję to podczas Dwóch Brzegów. Bo żeby powiedzieć, czy film ci się podobał, czy nie, nie trzeba mieć właściwie żadnego glejtu…
Trzeba mieć tylko wrażliwość. Każdy ją ma, tylko na skutek różnych doświadczeń część z nas ukryła ją gdzieś bardzo głęboko i nie chce jej wyciągać na wierzch, bo sądzimy, że będzie nam wtedy trudniej żyć. A ja uważam, że ją trzeba nie tylko wyciągać, ale i kultywować, nawet jeśli jest to czasami bolesne. I sztuka daje taką możliwość.

Dlatego tych, którzy są onieśmieleni kinem lub tobą, zachęcam do przyjazdu do Kazimierza Dolnego. Zobaczą tam Grażynę Torbicką, która przemyka na rowerze jego uliczkami i żartem rozbraja trudne sytuacje, jak choćby techniczne problemy. Która się nie izoluje, a wciąga gości festiwalu w swój świat.
I zdecydowanie chce to robić dalej. Kwestie techniczne to jedno, ale skoro mówimy o trudnych sytuacjach, to filmy, które tam pokazujemy, dotykają bardzo często wrażliwych, a nawet drażliwych miejsc. Zaskakują widza w taki sposób, że może być tym oburzony, a nawet zniesmaczony. Zdarzały się też takie opinie podczas spotkań. Widzom nie podobały się na przykład wątki związane z homofobią czy seksualnością, mówili, że nie chcą takich filmów oglądać. Oczywiście każdy ma prawo do swojej reakcji, ale też warto od czasu do czasu porozmawiać z innymi ludźmi o rzeczach, które nam się nie podobają, które nas drażnią czy bolą. Może w ten sposób uda nam się je uczynić bardziej normalnymi? To właśnie robimy na Dwóch Brzegach. Bardzo często obserwuję, że widzowie, którzy opuszczali festiwal oburzeni, po roku wracali i mówili, że jakiś film siedział w nich cały czas i że właściwie dużo im dał, bo zaczęli więcej myśleć o sobie, o swoim podejściu do świata, o tym, jak patrzą na innych ludzi, może też o tym, że brakowało im otwartości czy tolerancji. Bardziej liczy się dla mnie taka indywidualna rozmowa niż słupki oglądalności.

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

Otwieranie innych, rozmawianie o trudnych emocjach wymaga jednak dużej świadomości i pewności siebie. W jednej z naszych rozmów wyznałaś, że byłaś bardzo nieśmiałą dziewczyną.
Wszystko, co mnie w życiu najbardziej interesuje, to rzeczy, których nie rozumiem, i rzeczy, których nie umiem. To mnie właśnie najbardziej kręci. To daje mi siłę i energię do tego, by iść dalej i robić swoje.

Wiedziałam, że jestem nieśmiała, że stres związany z publicznymi wystąpieniami powoduje, że moja głowa przestaje pracować i nie potrafię skonstruować myśli, która jest dla mnie oczywista, jeśli nie stoję na scenie – więc krok po kroku zaczęłam to przełamywać. Ktoś mógłby spytać, po co. Widocznie coś mnie w tym pociągało. Poza tym naprawdę bardzo lubię rozmawiać z ludźmi. Chciałam to robić, a jednocześnie wiedziałam, że jeszcze tego nie umiem, więc nad tym pracowałam. Zresztą nawet do dziś zdarzają się sytuacje, w których jako dziennikarka tracę wątek czy rezon, bo na przykład coś lub ktoś mnie właśnie onieśmiela. Ale teraz już wiem, jak uczynić z tego siłę. Jak się pogubię w scenariuszu, nie ukrywam tego przed publicznością, co budzi śmiech i zmniejsza dystans.

A stres przed kamerą? Jak sobie z nim radziłaś?
To, na czym najbardziej się skupiałam, to dążenie do tego, by w momencie, kiedy zapala się czerwone światełko, nie zmieniać się w inną osobę, tylko być tą samą Grażyną, która siedzi tu przed tobą i swobodnie rozmawia.

Jak to się robi? Chodzi o zapanowanie nad ciałem czy raczej nad głową?
Raczej o poukładanie sobie tego, w jakiej sprawie właściwie występujesz. Jeśli wiesz, że jesteś dobrze przygotowana i że temat, z którym wychodzisz, jest ważny – tracisz tę sztywność. Wiele też zależy od energii ludzi. Bardzo lubię zza kulis popatrzeć sobie na publiczność, pomyśleć, z czym dziś do nas przyszli. Ostatecznie zarówno oni, jak i ja jesteśmy tu po to, by odciąć się, oderwać od czegoś, więc postarajmy się wspólnie stworzyć miłą przestrzeń, w której na chwilę zapomnimy o wszystkim, co jest poza nami.

Ja się tego uczyłam latami. Jak coś nie wychodziło tak, jak chciałam, analizowałam przyczyny. Jak coś się udawało, czyli po pierwsze, się sprawdziłam, a po drugie, dobrze się czułam – też analizowałam przyczyny. Co było we mnie takiego, że wyszło lepiej niż poprzednio. Wszystkie odpowiedzi wskazywały właściwie na jedno: liczy się naturalność, nieudawanie nikogo. Nauczyłam się więc odmawiać współpracy przy projektach, które mnie nie interesują, bo wiem, że będę wtedy sztywna i sztuczna.

Przyznam ci się, że 1 stycznia tego roku postanowiłam, że teraz będę brała tylko to, co naprawdę, ale to naprawdę mnie kręci, co jest dla mnie fajne emocjonalnie, co lubię. I wiesz co? Od początku roku nie mam jednego dnia wolnego w kalendarzu.

Czyli kluczem jest wierność sobie. Tylko aby być sobą, trzeba najpierw odkryć, kim się jest.
Oczywiście, ja to odkrywałam właśnie poprzez sztukę, poprzez spotkania z literaturą, poprzez moje wywiady z ludźmi kina. Przecież ja też jestem najpierw widzem tych filmów, które potem pokazuję innym. I jak oglądam je pierwszy raz, zwykle podczas międzynarodowego festiwalu, to tak samo je przeżywam jak wy, którzy oglądacie je później. Coś mnie porusza, dotyka, a czasem coś od razu odrzucam. Zawsze wtedy zastanawiam się, analizuję, co jest we mnie takiego, że jedna rzecz mnie boli, a inna wzrusza.

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

A co cię boli na ekranie? Wiem, że krzywda dzieci…
Nie lubię filmów, w których wykorzystuje się dziecięcych aktorów w scenach brutalnych czy potencjalnie traumatyzujących. To jest coś, czego nie jestem w stanie tolerować, bo uważam, że szybko przenosimy to, co się dzieje na ekranie, na to, co dzieje się w naszym życiu. I jeśli oswajamy się z czymś w filmie, to znaczy, że możemy się z tym oswoić też w życiu.

Czego jeszcze nie tolerujesz?
Powiem coś, co może cię zaskoczy, dlatego chcę, żeby było dobrze zrozumiane. Moje pierwsze spotkania, bardzo dawno temu, z filmami ukazującymi miłość homoseksualną, z której akceptacją mamy wciąż jako społeczeństwo tak duży problem – były trudne, wręcz szokujące. Myślałam: „To są tak intymne sprawy, po co je pokazywać na ekranie?”. Ale potem przyszła inna refleksja: „No dobrze, ale ile jest scen seksu, które oglądam, i jakoś mnie nie odrzucają, jeśli para jest heteroseksualna?”. Znów – zaczęłam analizować siebie, swoje postawy i przekonania. Zrozumiałam, że jest to dla mnie nowy widok, z którym nie jestem oswojona, ale właściwie poza tym nie ma w tym niczego nienaturalnego. Moja cała dzisiejsza akceptacja dla inności, moja otwartość na odmienne style życia czy pomysły na funkcjonowanie w tym świecie – wzięły się w dużej mierze właśnie z kontaktów ze sztuką.

Dla mnie na początku szokujący był serial „Dziewczyny”, a zwłaszcza naturalistyczne, często nieestetyczne sceny seksu. Też na początku je odrzucałam, a potem pomyślałam: „Ale przecież seks też tak wygląda. To raczej przeestetyzowane sceny seksu sprawiają, że mamy potem zbyt wysokie oczekiwania w realnym życiu”.
Czyli piękna muzyka, dyskretne światło, a potem szybki przejazd na żyrandol lub inny obrazek… Właśnie o tym mówię – dobre filmy i seriale skłaniają nas do myślenia.

Powiedziałaś też, że poznawałaś siebie dzięki filmom. Co zatem wiesz o sobie na pewno? Zacznijmy od tego, co nie jest twoje, nie jest tobą?
Z pewnością nie jest mi bliskie konfliktowanie się z ludźmi. Jeśli widzę, że z kimś się nie dogaduję i raczej nie ma na to szans w przyszłości – to ani nie będę tej osoby przekonywać, że idzie złą drogą, ani nie będę oczekiwać, że ona mnie przekona, że źle wybrałam – tylko po prostu się rozstajemy. Mówię tu głównie o pracy zespołowej, bo jednak przez całe moje życie pracuję w zespołach.

Nie jest też mną wyrażanie siebie poprzez krzyk. Nie uznaję tego za skuteczny sposób komunikacji, wyniosłam to zresztą z domu. No chyba że jestem sama i jest coś, co mnie bardzo drażni czy boli w świecie – jak choćby wojna w Ukrainie, żeby odnieść się do wydarzenia, które ostatnio dotknęło nas wszystkich – to wtedy zdarza mi się krzyczeć. Ale tylko po to, by wyrzucić z siebie emocje. To jest bardzo dobra terapia, którą przetestowałam w moim lesie.

A co jest tobą? Co lubisz, co cenisz, co cię tworzy?
Tworzą mnie relacje z ludźmi. Szczerość w takich relacjach, ciekawość. O, ciekawość to jestem cała ja! Ale też kontakt z naturą i wielki wobec niej szacunek. My wszyscy jesteśmy tu na maleńką sekundę, a natura musi dalej istnieć – i będzie, a przynajmniej mam taką nadzieję.

A co uwielbiam? Na przykład sport. Czynnie i biernie. Dlaczego? Bo daje poczucie obcowania z czymś, co jest prawdziwe. Jak oglądasz mecz Igi Świątek, to nie wiesz, jak się zakończy, więc się emocjonujesz. Robisz trzy kroki w prawo, a potem trzy kroki w lewo, bo myślisz, że może to właśnie przechyli szalę zwycięstwa na stronę Igi. Jak jej nie idzie, mówisz: „Dobrze, nie będę patrzeć, to wygra”. Wychodzisz z pokoju, a wtedy Iga zdobywa punkt, więc jesteś w euforii. To wszystko jest trochę idiotyczne, trochę pierwotne, ale też bardzo wyzwalające. Jako kibicka zawsze bardzo impulsywnie podchodzę do sportu, mam to chyba po tacie. Natomiast samo uprawianie go daje mi zanurzenie w chwili obecnej. Kiedy jedziesz na nartach, musisz do tego stopnia skupić się na tym, co robisz, że zapominasz o bożym świecie. To wspaniale oczyszcza głowę.

Wróćmy jeszcze na chwilę do ciała. Kontakt z nim też buduje pewność siebie.
Nie tyle nawet sam kontakt, co po prostu akceptacja ciała, czyli dobry kontakt. To też świadomość, że nie chcę go zapuścić, zaniedbać, zapomnieć o nim. Lubię lody i słodycze, w ogóle lubię jeść i gotować, mogłabym sobie częściej folgować, ale uważam, że nasze ciało jest częścią nas tak dalece, że przede wszystkim trzeba dobrze się w nim czuć. Jeśli ktoś się dobrze czuje z lekką nadwagą, proszę bardzo. Ja z nadwagą czuję się źle i dlatego dbam o to, by jej nie mieć. Nie dlatego, by dobrze wyglądać, ale by – znów to podkreślę – dobrze się czuć.

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

Wiem, że się przed tym wzbraniasz, ale uważam, że dla wielu kobiet mogłabyś być mentorką. A nawet już nią jesteś. Rok temu w Gdyni każdemu, kto zwierzał ci się z jakiegoś problemu czy wątpliwości, dodawałaś otuchy i wiary we własne siły. Ale też lubię nazywać cię mentorką, bo mam poczucie, że ty pewne rzeczy już sprawdziłaś, przetestowałaś na własnej skórze.
No a o wielu nie mam jeszcze zielonego pojęcia, mylę się, szukam, wątpię…

Ale nawet jeśli nie masz odpowiedzi na każde pytanie, to wiesz przynajmniej, jak ją znaleźć...
Ja tylko wiem, że radość sprawia mi jej szukanie. Czasem nie znam nawet odpowiedzi na pytania, które sama sobie zadaję. Na przykład: „Czy jestem osobą, która już niczego się nie obawia?”. Nie umiem odpowiedzieć.

Nie chcę nikomu mówić, co ma robić. Jeśli już miałabym coś zasugerować, to poznawanie siebie.

Rzeczywiście nie mówisz, jak żyć, ty po prostu żyjesz swoim życiem. Odnosisz sukcesy zawodowe, a jednocześnie prywatnie od lat jesteś w udanym związku z również odnoszącym sukcesy zawodowe kardiologiem Adamem Torbickim. Wasz staż jest imponujący.
Jesteśmy razem 42 lata.

Bez rozstań, bez skandali. Marzenie wielu kobiet…
Ale nie wszystkich. Jest dużo kobiet, które wolą sprawdzać różne opcje, i to też jest fajne. Ja mam tego pecha, że od razu trafiłam na właściwego mężczyznę.

A wracając do sukcesów zawodowych, to sądzę, że one są dobrym budulcem małżeństwa. Moim zdaniem rywalizacja pojawia się właśnie wtedy, kiedy jedna ze stron nie jest spełniona zawodowo, nie ma pewności co do swojej pozycji. My z mężem mamy to szczęście, że w tej sferze oboje bardzo się realizujemy. Adam łączy pracę przy łóżku pacjenta z pracą naukową, która również go fascynuje. Oboje jesteśmy bardzo ambitni, nie interesuje nas bylejakość. Dlatego kiedy Adam podejmuje się jakiegoś zadania, nie narzekam, że znowu siedzi w swoim gabinecie, podczas gdy mógłby spędzać czas ze mną, bo widzę, że choć jest zmęczony, to daje mu to dużą satysfakcję. I to samo dotyczy mnie. Kiedy Adam widzi, że jestem czymś całkowicie pochłonięta, daje mi na to przestrzeń. A jak się wreszcie z tych swoich przestrzeni wygrzebujemy, to zawsze stęsknieni i zaciekawieni tym, co słychać u drugiego.

Dla mnie ty i Magda Cielecka jesteście także przykładem na to, że można nie być matką, a jednocześnie być lubianą, podziwianą, spełnioną i szczęśliwą kobietą.
Dziś to już się trochę zmieniło, ale jeszcze kilka lat temu w pewnych środowiskach występowała stygmatyzacja kobiety z powodu tego, że nie ma dzieci – nie chce czy tak się jej życie ułożyło, że ich nie ma. Są różne przyczyny takiego stanu, ale jedno jest pewne – tylko od ciebie zależy, czy będziesz z tego powodu sfrustrowana i nieszczęśliwa. Trzeba umieć odciąć się od tych szeptów za plecami, nie każda z nas ma w sobie tyle siły czy gotowości, ale najważniejsze jest wcale nie to, by się nie dać presji zewnętrznej, tylko tej wewnętrznej.

Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel) Grażyna Torbicka (Fot. Magda Wunsche & Aga Samsel)

Patrząc wstecz i na to, co masz dzisiaj, jesteś z siebie dumna?
Nie nadużywam tego słowa, choć jak pierwszy raz zrobiłam genialną rybę w soli, to byłam z siebie dumna, że hej. Bardziej niż dumna jestem chyba szczęśliwa. Cieszę się, że mogę robić to, co chcę. Cieszę się, że ciągle wykorzystuję szanse, które daje mi życie. Nie mam poczucia, że coś zaprzepaściłam czy przegapiłam. Nie czuję dumy, ale czuję satysfakcję. I zawsze powtarzam kobietom: tak działajcie w swoim życiu, byście miały satysfakcję. Nawet jak to życie was przybija.

Dla mnie najtrudniejszym, a zarazem przełomowym rokiem był 2016. Odeszłam z telewizji, w której pracowałam ponad 30 lat, do tego zmarł mój ukochany tata. Nie wiedziałam, co dalej. Jednocześnie czułam, że to nie jest dobry moment na jakieś pochopne wnioski, nagłe kroki. Że trzeba spojrzeć na to, co życie mi niesie. Przeczekać, dać sobie moment wytchnienia, spokoju. Wszyscy mnie wtedy pytali: „Ale czy ty masz jakiś plan B?”. No wtedy jeszcze nie miałam, bo odeszłam z pracy z dnia na dzień, ale powoli zaczęłam go tworzyć. Skoro więc obsadziłaś mnie w roli mentorki, to jako mentorka powiedziałabym tak: „Kiedy jesteś w czarnej dziurze, nie wpadaj w panikę, może jest przed tobą nowe otwarcie”.

A czego jesteś teraz ciekawa?
Tego, jak ten świat się potoczy. Bardzo wierzę w młodych. Wiem, mówi się o nich, że nie interesują się tym, co potrzeba, ale ja myślę, że jest dokładnie na odwrót. Wierzę, że człowiek w swojej indywidualności, nie w masie, potrafi kierować się naturalnym instynktem i zawsze dochodzi do ważnych wniosków. Jestem więc ciekawa, do jakich wniosków dojdą młodzi. Jak zmienią nam rzeczywistość.

Ciekawi mnie też temat sztucznej inteligencji, tego, do czego na przykład będzie chciało ją wykorzystać kino. Nie wiem, jak ty, ale ja nie wierzę w to, że poza pomocą w czysto praktycznych aspektach życia ostatecznie na cokolwiek się nam ona przyda czy cokolwiek zastąpi. Sztuczna inteligencja jest po prostu sztuczna, a my jako ludzie chcemy jednak czegoś, co jest prawdziwe.

Grażyna Torbicka, urodzona w 1959 roku w Pszczynie. W latach 1996–2016 prowadziła na antenie TVP2 autorski program „Kocham kino”. Współtwórczyni i dyrektorka artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki BNP Paribas Dwa Brzegi, który w tym roku doczekał się już 16. edycji. Zasiadała w jury festiwali w Berlinie, Bari i Cannes. Gospodyni wielu uroczystości wręczania nagród, w tym Literackiej Nagrody Nike czy Paszportów „Polityki”. Stała współpracowniczka „Zwierciadła”, na łamach którego prowadzi rubrykę „Rozmowy Grażyny Torbickiej” oraz wywiady w Press Room Cafe Zwierciadło podczas FPFF w Gdyni.

Stylizacja: Robert Kiełb; makijaż: Patrycja Dobrzeniecka; stylizacja włosów: Kamil Pecka

Grażyna Torbicka ma na sobie: marynarka La Mania, Spodnie La Mania, Body Other Stories, naszyjnik Umiar, buty Vanda Nowak, kurtka i spodnie Mmc Design, top Patrizia Pepe, biżuteria Umiar, kamizelka spodnie Zaqad, buty Vanda Nowak, bransoleta Rosa Chain, pierścionek Umiar, koszula Mmc Design , bransoletka Rosa Chain, koszulka Cos, spodnie Epuzer, okulary Botega Veneta/optyk trzaska plac Piłsudskiego 2, buty Tamaris, bransoleta Rosa Chain, pierścionek Umiar.

Share on Facebook Send on Messenger Share by email
Autopromocja
Autopromocja

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze