Judi Dech: Dama z tatuażem

fot. BewPhoto

Jest zdania, że wytykanie komuś metryki to cios poniżej pasa. Świadczy też o wąskich horyzontach. Najchętniej powiesiłaby sobie w domu tabliczkę (którą widziała kiedyś w sklepie) z napisem: „Nie dorastaj, to wbrew zasadom”.

(Artykuł pochodzi z archiwalnego numeru: Zwierciadło 9/2017)

Judi Dench twierdzi, że wiek to tylko liczba. Irytująca, ograniczająca percepcję tych, którzy na nią patrzą i studiują jej metrykę. Mówią o niej „stara”? Oczywiście nie wprost, to przecież niegrzecznie, ale na pewno tak myślą. Kiedy chcą być dowcipni, pytają, jak to jest być vintage. Dench nie uważa, że to szczególnie zabawne. Kiedy młodsi od niej aktorzy ogłaszają odejście od pracy w teatrze, bo coraz trudniej zapamiętać im długie role, ona łyka wyciąg z miłorzębu do śniadania i ćwiczy pamięć, ucząc się codziennie czegoś nowego. Jednego dnia będzie to informacja, że matka Williama Szekspira miała na imię Mary i oprócz syna urodziła dwie córki, które zmarły w niemowlęctwie. Innego
– że rzemieślnik trudniący się przygotowaniem tkanin i czyszczeniem ubrań to folusznik. Pasjami rozwiązuje krzyżówki, ale ponieważ coraz gorzej widzi i cierpi na zwyrodnienie plamki żółtej, zaapelowała ostatnio do „Timesa” i kilku innych gazet, żeby drukowały je większe. Nie może też już sama czytać scenariuszy, które przysyła agent, więc prosi swoją asystentkę, żeby czytała je na głos.

„Dobre strony podeszłego wieku? Samo słowo »podeszły« sprawia, że jest mi niedobrze… Nie, nie ma ich wiele. Trzeba po prostu skupić się na pozytywach. Chociażby takich, że dziś jestem w stanie sama przejść przez pokój. Wytrwać na scenie przed publicznością przez ponad godzinę i mieć z tego niesamowitą frajdę” – powiedziała w wywiadzie dla „The Telegraph”. „Oczywiście, mnie cały czas się wydaje, że mam pięćdziesiąt kilka lat. Tylko że z lustra patrzy na mnie kto inny. Więc nie patrzę zbyt często w lustro”. A co z wiedzą, doświadczeniem nabytym z wiekiem? „Wolałabym nie wiedzieć aż tak dużo i być znacznie młodsza”.

Gwiazda wieczorna

Faktem jest jednak, że dla pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków dama Judi zawsze była starszą panią. Rzecz jasna nie dla Brytyjczyków – oni mieli okazję podziwiać ją zarówno w całym szekspirowskim repertuarze, m.in. na deskach teatru Old Vic, jak i w telewizyjnych sitcomach i dramatach. Dzięki tym ostatnim stała się znajomą twarzą w angielskich domach, rozbawiając ze szklanego ekranu rodaków na ich własnej kanapie. Z filmem kinowym flirtowała ostrożnie, bo ktoś jej kiedyś powiedział, że „kamera jej nie lubi”. Rola w „Pokoju z widokiem” przeszła niemal bez echa, ale nie mogła oprzeć się propozycji zagrania M w „GoldenEye” – rozstawianie po kątach facetów w słynnej szpiegowskiej franczyzie o Bondzie było ofertą nie do odrzucenia. Ostatecznie przekonał ją do niej mąż, aktor Michael Williams, który „zawsze chciał, żeby jego żona była dziewczyną Bonda!”.

Michaela poznała w pubie w Covent Garden po jego przedstawieniu w Duchess Theatre. Po kilku miesiącach luźnego związku poleciał za nią do Australii, gdy odbywała tam tournée z Royal Shakespeare Company. Oświadczył się jej w Adelajdzie. „Odpowiedziałam, że nie, nie ma mowy. Tu jest za romantycznie, te plaże, zachody słońca. Niech mi się oświadczy w jesienny, deszczowy wieczór w Londynie” – pisała Judi w swoich wspomnieniach. Pobrali się w zimne lutowe popołudnie, a ich prezentem ślubnym od znajomego reżysera był wspólny występ w sztuce „London Assurance”, w której grali młodych kochanków. Ich córka Finty przyszła na świat rok później. Williamsowie byli zgranym zespołem – do tego stopnia, że przez dwa lata mieszkali w jednym wielkim domu z matką Judi i ojcem Michaela. „Kiedy chciałam zrezygnować z pracy, bo nie wyobrażałam sobie, żeby przegapić dzieciństwo mojej córki, Michael wybił mi to z głowy. Opiekował się nią, gdy wieczory spędzałam w teatrze. Gdy poszła do szkoły, przekonał mnie, że w dzień mogę grać w produkcjach telewizyjnych”. Kiedy Finty w wieku 24 lat została samotną matką, zamieszkała z synem Samem z rodzicami. „To było najlepsze, co mogło nas spotkać” – pisała Dench. Michael zawsze czuwał nad jej karierą. Choć sam był uznanym aktorem, wiedział, że jego żona ma w sobie tę iskrę, która dana jest niewielu. I to on zawsze przekonywał ją, że film to medium, które pokocha ją nawet bardziej niż teatr.

Jednak dopiero film „Jej Wysokość Pani Brown”, w którym wcieliła się w rolę królowej Wiktorii, był dla Dench katapultą do międzynarodowej sławy. To opowieść o owdowiałej i pogrążonej w żałobie monarchini, której związek ze szkockim służącym jej zmarłego męża wywołał skandal. Film był początkowo wyprodukowany na potrzeby telewizji, ale na szczęście obejrzał go producent Harvey Weinstein, który przeniósł go na duży ekran. Judi dostała za swoją rolę pierwszą nominację do Oscara, do BAFTA i Złoty Glob i z dnia na dzień została międzynarodową gwiazdą. Miała 63 lata.

– Dotarły do mnie plotki, że Judi wytatuowała sobie na pośladku moje imię z wdzięczności za to, że „podarowałem” jej nową karierę – opowiadał Wein­stein na kanapie w programie Grahama Nortona. – To prawda, że po „Jej Wysokości…” Judi robiła film za filmem i po kilku latach od naszego pierwszego spotkania miała już Oscara za rolę w „Zakochanym Szekspirze” i kilka nominacji. Zaprosiła mnie więc do restauracji Four Seasons Grill, sprosiła mnóstwo znajomych i największych ludzi w branży, a jak już siedzieliśmy przy stole, powiedziała: „To jest prezent dla człowieka, który ma wszystko. Nie wiedziałam, co ci dać, więc…”. Po czym rozpięła spodnie i pokazała mi pośladek, na którym wytatuowane było „JD loves HW”. Nie wiedziałem kompletnie, co mam zrobić, więc po prostu padłem jej do stóp. Dama Judi, wielokrotnie pytana o to, czy tatuaż był prawdziwy, zawsze odpowiadała: „To tajemnica pomiędzy Harveyem, mną a moją pupą”.

„Najzabawniejsze w przyjeździe do Hollywood było to, że wszyscy mnie pytali, czy w czymś już wcześniej grałam” – wspominała Dench w wywiadzie dla Andrew Mortona w BBC. „Owszem, 30 lat wcześniej grałam w sztuce na Broadwayu i było to jedno z moich najlepszych zawodowych doświadczeń, uwielbiałam każdą chwilę. Zastanawiałam się, czy wobec takich pytań mam udawać naturszczyka, czy może jednak powiedzieć, że mam za pasem cały katalog Szekspira, sporo Czechowa. Ale moich rozmówców znacznie bardziej ekscytowała moja rola w „Bondzie”.

Tych powodów miała dać im jeszcze sporo – w towarzystwie kolejnych Jamesów Bondów spędziła bowiem aż 17 lat, a jako M rządziła w fikcyjnym MI5 w siedmiu filmach. Gdy producenci „Skyfall” wyznali jej przy kolacji w londyńskiej restauracji Ivy, że mają zamiar ją uśmiercić, popłakała się. Jeden z kelnerów oburzony tym, jak potraktowano jego ulubioną aktorkę, zaoferował, że wyrzuci chamów na zbity pysk. Tylko poczucie humoru uspokajającej go Judi zapobiegło awanturze. „Z drugiej strony – w prawdziwym MI5 dawno wysłaliby mnie na emeryturę. Wiem, że taka jest kolej rzeczy, a Ralph Fiennes na pewno od dawna zacierał łapki na tę rolę i wreszcie się doczekał, ale było mi bardzo przykro” – mówiła w wywiadzie dla „Guardiana”. Na szczęście nie miała czasu rozpamiętywać straty, bo w kolejce czekały już kolejne role, a Dench ma jedną receptę na radzenie sobie z każdą przeciwnością losu: rzucić się w wir pracy. Przerabiała to już przecież kiedyś na znacznie większą skalę. Gdy jej mąż Michael zmarł na raka płuc, Judi natychmiast przyjęła rolę w „Kronikach portowych” i w ciągu tego samego roku zagrała jeszcze chorą na alzheimera pisarkę Iris Murdoch w „Iris”. „Żałoba i ból mogą być albo czarną dziurą, albo ogromnym źródłem energii. Moim sposobem na to, aby się nie pogrążyć, było przekucie ich w coś kreatywnego”. Przez wiele lat nie była w stanie rozmawiać w wywiadach o jego śmierci. „Byliśmy razem przez 30 lat i było nam wspaniale. A potem ten drugi człowiek, ta część ciebie tak integralna jak pół twojej głowy, jak twoja ręka, na zawsze znika. Musisz cieszyć się przeszłością, dziękować Bogu za wspólne lata, ale uczysz się żyć na nowo. Nawet tyle lat później żal po stracie jest wciąż taki sam” – pisze Dench w swojej książce „Behind the Scenes”.

Skrzek zupełnie naturalny

Mimo że jej rodzice, ojciec lekarz i matka krawcowa kostiumów, pasjami grali w teatrze amatorskim w Yorku, Judi nigdy jako dziecko nie marzyła o pławieniu się w światłach rampy. Była przekonana, że jej powołaniem jest taniec lub projektowanie dekoracji. „Jako tancerka skończysz karierę przed czterdziestką” – trzeźwo zauważył doktor Dench, a jego praktyczna córka doszła do wniosku, że zdolności plastyczne oferują lepszą pracę. Zaczęła kształcić się jako scenografka, ale starszy brat, który dostał się do szkoły aktorskiej, namówił ją, żeby spróbowała swoich sił. Dostała się, dyplom zrobiła z wyróżnieniem i natychmiast zaoferowano jej nie tylko angaż w teatrze repertuarowym Old Vic, ale i rolę Ofelii. „Młodość nie zna strachu, bo nie ma doświadczenia” – wspominała po latach. – Powinnam była wtedy umrzeć ze zdenerwowania, ale rzuciłam się na głęboką wodę i chyba nawet uważałam, że mi się to należy!”. Jej kreacja została bezlitośnie skrytykowana, ale każda kolejna zyskiwała jej zwolenników. „Miałam szczęście, że dano mi okazję nauki na włas­nych błędach. Grałam w ponad 300 przedstawieniach rocznie i szlifowałam warsztat. Dzisiejsi młodzi aktorzy mogą tylko o tym pomarzyć. Teatrów jest coraz mniej, nie mają się gdzie uczyć. Żyją pod presją, że muszą zdobyć popularność bardzo wcześnie. To smutne i ogromnie mi ich żal” – mówiła w „The Telegraph”. Umiała przekonać reżyserów, żeby dawali jej szanse na występy w najmniej oczywistych rolach. Gdy wygrała casting na główną rolę w musicalu „Kabaret”, cały teatralny światek pukał się w czoło. Dench będzie śpiewać? W foyer teatru powieszono nawet plakat zapewniający publiczność, że aktorka grająca Sally Bowles nie ma chrypy ani kataru – ten skrzek to jej naturalny głos. Spektakl był absolutnym hitem. Judi, nowo narodzona gwiazda teatru muzycznego, mogła zostać na West Endzie i błyszczeć w kolejnych wysoko-
budżetowych produkcjach. Zamiast tego wróciła do Szekspira, zgarniając przy okazji kolejne nagrody za swoje kreacje. „Jeśli to nie jest genialne aktorstwo, to nie wiem, co nim jest” – pisał o jej Lady Makbet, zagranej u boku Iana McKellena, recenzent „Guardiana”. „Nie ma nic nudniejszego niż granie w kółko podobnych ról. Ciągle muszę udowadniać, że nie powinno się mnie zamykać w szufladzie. Najchętniej zagrałabym na przykład afgańską kobietę, która uczy się chodzić na linie, a w ostatnim akcie zjada ją lew. Ciągle czekam na tę rolę” – żartowała w rozmowie z Andrew Mortonem. Jej filmografia z pewnością dowodzi tej przekory. Są w niej przecież i urocze starsze panie („Herbatka z Mussolinim”, „Lawendowe wzgórze”), nieugięte, twarde baby („Kroniki portowe”, „Pani Henderson”), jak i zimna psychopatka („Notatki o skandalu”). Do występu w filmie science fiction przekonał ją Vin Diesel, który w ramach perswazji wtaszczył do jej garderoby po spektaklu tak wielki kosz kwiatów, że z trudem zmieścił się na klatce schodowej. „Kroniki Riddicka” były klapą, ale Dench nieszczególnie się tym przejęła. Nigdy nie ogląda własnych filmów, bo albo nie ma czasu, albo nie jest w stanie patrzeć na siebie na ekranie. Pytana o dawne role wybucha śmiechem, bo ich po prostu nie pamięta. „W teatrze wiesz, że jak coś ci nie wyjdzie, to następnego wieczoru możesz to zagrać ponownie. W filmie dokonujesz wyboru raz, nieodwołalnie. Nie widzę powodu, żeby się stresować oglądaniem moich starych popisów i zaśmiecać sobie nimi głowę”.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »