„Emocje są kawałkiem nas, równie ważne jak pamięć czy postrzeganie. Emocje służą nam do motywacji. A u nas w kraju standardem jest MO — miłość obywatelska” — mówi psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska w podcaście „Dylematy mamy i taty”, prowadzonym przez Alinę Gutek, zastępczynię redaktorki naczelnej magazynu „Zwierciadło”. I właśnie od emocji — tych dziecięcych, ale też naszych, dorosłych — zaczyna się rozmowa o lękach, które coraz częściej przestają być chwilowym etapem rozwoju, a stają się sygnałem alarmowym. Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.
Jeszcze kilka lat temu dziecięce lęki często traktowano jak fanaberię albo przejaw nadwrażliwości. Dziś psychologowie alarmują: liczba dzieci i nastolatków z objawami zaburzeń lękowych oraz depresyjnych rośnie dramatycznie. Problemy ze snem, wycofanie, bóle brzucha przed szkołą, ataki paniki, izolowanie się od rówieśników — to nie są „gorsze dni”, które zawsze mijają same.
W rozmowie z Aliną Gutek psycholożka, dr Aleksandra Piotrowska podkreśla, że kluczowe jest odróżnienie naturalnego strachu od lęku, który zaczyna dezorganizować codzienność dziecka. Strach ma konkretny obiekt: ciemność, psa, hałas, sprawdzian. Lęk jest bardziej rozlany — często trudny do nazwania nawet dla dorosłego, a co dopiero dla kilku- czy kilkunastolatka.
I właśnie dlatego tak ważna staje się uważność rodziców. Nie na oceny. Nie na „grzeczność”. Tylko na zmianę funkcjonowania.
Dziecko nagle przestaje spotykać się z przyjaciółmi. Coraz częściej boli je brzuch przed wyjściem do szkoły. Zamyka się w pokoju. Reaguje złością albo płaczem na sytuacje, które wcześniej były neutralne. Nie śpi. Nie je. Albo przeciwnie — ucieka w jedzenie, ekran, całkowite odcięcie.
To moment, w którym rodzic powinien przestać pytać: „czy ono nie przesadza?” i zacząć zastanawiać się: „co ono próbuje mi powiedzieć?”.
Dr Piotrowska zwraca uwagę, że dzieci bardzo często nie mają języka do opisywania własnych stanów emocjonalnych. Zamiast powiedzieć „boję się”, mówią: „nie chcę iść do szkoły”, „boli mnie głowa”, „zostaw mnie”. Problem w tym, że dorośli nadal zbyt często odpowiadają zawstydzaniem.
„Jak słyszymy: ‘nie histeryzuj’, ‘chciałabym mieć twoje problemy’ — to jest brak szacunku” — mówi psycholożka. I dodaje, że podobne komunikaty uczą dziecko jednego: że jego emocje są nieważne albo niepożądane.
W polskiej kulturze emocje dzieci nadal bywają traktowane jak problem wychowawczy, a nie informacja. Złość? Niegrzeczność. Płacz? Manipulacja. Lęk? Przesada.
„Swoje nerwy to możesz sobie w kieszeń wsadzić. Dzieci wciąż są tak zawstydzane przez nauczycieli. Ten przekaz pokazuje, że dzielimy emocje na dobre i złe, które u grzecznego dziecka nie powinny się pojawić” — zauważa dr Piotrowska.
To szczególnie niebezpieczne w przypadku dzieci wysoko wrażliwych, perfekcyjnych albo tych, które od najmłodszych lat słyszą, że „muszą sobie radzić”. Bo dzieci, które nigdy nie uczą się mówić o emocjach, często zaczynają mówić o nich ciałem.
Bólami brzucha. Bezsennością. Tikami. Wycofaniem. Agresją.
W podcaście pojawia się także pytanie, które wielu współczesnych rodziców zaskakuje: czy dzieci powinny doświadczać strachu? I czy bajki z „groźnymi” bohaterami rzeczywiście są złe?
Psychologia rozwojowa od lat pokazuje, że niewielka dawka kontrolowanego lęku może działać jak emocjonalna szczepionka. Dziecko oswaja napięcie, uczy się, że trudne emocje mijają i że można je przeżyć bez katastrofy. Problem zaczyna się wtedy, gdy dziecko zostaje z tym napięciem samo — bez obecności spokojnego dorosłego.
Bo dzieci nie potrzebują rodziców idealnych. Potrzebują rodziców dostępnych emocjonalnie.
Jednym z najważniejszych wątków rozmowy jest odciążenie rodziców z poczucia, że muszą wszystko naprawić sami. Kiedy dziecko cierpi, wielu dorosłych wpada w panikę albo przeciwnie — zaprzecza problemowi, bo boi się etykiety, diagnozy, psychiatry.
Tymczasem pomoc psychologiczna nie jest porażką rodzicielską. Jest odpowiedzialnością.
W podcaście pada ważne rozróżnienie: psycholog pomaga zrozumieć mechanizmy emocjonalne i wspiera dziecko terapeutycznie, psychiatra ocenia, czy potrzebne jest leczenie farmakologiczne lub pogłębiona diagnostyka. Jedno nie wyklucza drugiego.
Co istotne — rodzice nie muszą czekać biernie na wizytę. Mogą już teraz zacząć budować bezpieczniejszą relację opartą na słuchaniu, a nie natychmiastowym dawaniu rad.
„Najważniejszą umiejętnością człowieka w kontakcie z drugim człowiekiem jest nie sprawność mówienia, a słuchania” — podkreśla dr Piotrowska. I dodaje krótko: „Nie oceniajmy, nie lećmy z radami”.
Dla wielu rodziców najbardziej poruszający może okazać się fragment o poczuciu winy. O tym, że wychowywali „tak jak ich wychowano”. Że sami nie słyszeli „kocham cię”, więc trudno im dziś mówić to własnym dzieciom.
„W wielu dzisiejszych domach dorośli mają kłopot, żeby powiedzieć: ‘kocham cię’. Po co to mówić, wystarczy, że ci samochód umyję” — zauważa psycholożka z charakterystyczną dla siebie ironią.
Ale w tej rozmowie nie ma oskarżania rodziców. Jest za to ważna nadzieja.
„To nie jest tak, że nie da się zbudować na nowo relacji z dzieckiem, nawet jeśli przez 10 lat popełnialiśmy błędy” — mówi dr Piotrowska.
Bo dzieci nie potrzebują perfekcyjnych rodzin. Potrzebują dorosłych, którzy potrafią zauważyć, że za złością, wycofaniem albo „histerią” bardzo często stoi po prostu lęk. A lęk — jeśli zostaje usłyszany odpowiednio wcześnie — nie musi zamienić się w samotność.
Sponsorem odcinka podcastu jest BOIRON.