1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Koniec AIDS

Koniec AIDS

Zdjęcia do kampanii autorstwa Zuzy Krajewskiej można zobaczyć na przystankach w całej Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
Zdjęcia do kampanii autorstwa Zuzy Krajewskiej można zobaczyć na przystankach w całej Warszawie. (Fot. materiały prasowe)
Nie, ta choroba nie zniknęła, ale pora przestać się jej bać – twierdzą autorzy i organizatorzy kampanii społecznej „Koniec AIDS. Każdy wynik jest dobry”. Da się ją leczyć., tylko trzeba o niej wiedzieć. Czyli zrobić test. Dziś to łatwiejsze niż kiedykolwiek wcześniej.

Pamiętacie film „Filadelfia”? Rzecz dzieje się w latach 90., Tom Hanks gra młodego prawnika umierającego na AIDS. To opowieść nie tylko o nieuleczalnej śmiertelnej chorobie, ale, przede wszystkim, o potwornym strachu, jaki w ludziach budziło samo hasło HIV czy AIDS. Przez lata medycyna zrobiła gigantyczne postępy w leczeniu i choć ciągle nie ma na HIV szczepionki, poziom wirusa we krwi można obniżyć tak, że będzie on niewykrywalny, a kobieta z HIV może bezpiecznie zajść w ciążę i urodzić zdrowe dziecko. Leki są całkowicie refundowane, jedna tabletka dziennie może rozwiązać sprawę. Tylko… żeby się leczyć, trzeba o zakażeniu wiedzieć. Tymczasem, jak mówią statystyki, jesteśmy pod tym względem w Unii Europejskiej na szarym końcu. Tylko dziewięć procent Polaków zrobiło test w kierunku HIV. Ponad 50 procent osób zakażonych po prostu nie zdaje sobie z tego sprawy. A przecież niewiedza to narażenie nie tylko naszego zdrowia, ale też zdrowia naszych partnerów. Na pewno przyczyny tego, że się nie badamy, są różne. Czasem jest to strach, czasem wstyd. Dziś możemy o tym zapomnieć. Dzięki kampanii społecznej „Koniec AIDS” zrobić bezpłatny test, nie wychodząc z domu. (Można zamówić go przez  www.projekttest.pl). 

„Teraz już nie ma wymówek, aby odłożyć badanie w czasie. Anonimowy test, który pojawi się w twojej skrzynce pocztowej, jest szybki, wygodny i skuteczny. Jeśli wcześniej nie miałeś czasu na wizytę w punkcie diagnostycznym lub wstydziłeś się tam pojawić, to właśnie teraz te argumenty się zdezaktualizowały”, tłumaczy autorka projektu, Agata Stola z Fundacji Edukacji Społecznej.

Jeśli masz pytania, działa specjalna infolinia. „Od poniedziałku do piątku w godzinach od 16 do 20 oraz w soboty od godziny 10 do 14, pod numerem telefonu 800 14 14 23 można porozmawiać z doradcą ds. HIV. Odpowie na wszystkie pytania dotyczące testowania, ryzyka czy wiarygodności wyniku testu. Osoba, która chce wykonać test w domu, dostanie od niego specjalny kod, dzięki któremu będzie mogła zamówić test” – tłumaczy dr n. społ. Magdalena Ankiersztejn-Bartczak, koordynatorka testowania w kierunku HIV w Fundacji Edukacji Społecznej. 

Do badań zachęcają również Beata Sadowska, Sylwia Chutnik, Red Lipstick Monster, Ada Fijał, Adriana Kalska i Mikołaj Roznerski, Maria Seweryn, Maciej Gąsiu Gośniowski, Osi Ugonoh oraz Bela Komoszyńska z zespołu Sorry Boys. Zdjęcia do kampanii autorstwa Zuzy Krajewskiej można zobaczyć na przystankach w całej Warszawie.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak poradzić sobie z anemią?

Zwykle stosunkowo łatwo jest zapobiec anemii. Pod warunkiem że nie pomylimy jej objawów ze zwykłym zmęczeniem. (Fot. iStock)
Zwykle stosunkowo łatwo jest zapobiec anemii. Pod warunkiem że nie pomylimy jej objawów ze zwykłym zmęczeniem. (Fot. iStock)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Anemia – niczym dementorzy z książek o Harrym Potterze – wysysa z nas siły i radość życia. Na szczęście zwykle stosunkowo łatwo jej zapobiec, a jeśli się pojawi – skutecznie wyleczyć.

Pod warunkiem że nie zlekceważymy ani nie pomylimy objawów anemii ze zwykłym zmęczeniem.

Pierwsze tygodnie wiosny to prawdziwe wyzwanie dla organizmu. Zmysły pracują ze zdwojoną mocą, by nadążyć za zmieniającym się i piękniejącym z dnia na dzień światem. Nasze siły witalne są jeszcze nieco spowolnione po zimie – narzekamy na zmęczenie i niewyspanie. Źle tolerujemy wysiłek, a czasem mamy też zawroty i bóle głowy. Bladość oraz problemy z włosami i paznokciami tłumaczymy brakiem czasu na odpoczynek, ale mimo to nie zwalniamy. Zwłaszcza jeśli funkcjonujemy w środowisku, w którym gloryfikuje się bycie zajętym i zapracowanym.

– Bycie „zagonioną” to dla wielu Polek powód do dumy. Czerpią satysfakcję z tego, że potrafią wykorzystać każdą chwilę na realizację kolejnych zadań i zaspokajanie cudzych potrzeb. Niektóre kobiety zdają się opierać poczucie własnej wartości na tym, jak bardzo są zajęte – mówi coach wellness i zdrowia Ewa Stelmasiak.

Kiedy jednak do tego wszystkiego dołącza podenerwowanie, drażliwość lub obniżony nastrój – powinno zapalić się nam światełko alarmowe. Przyczyną wszystkich wymienionych objawów może być anemia, a pierwszym krokiem do diagnozy powinno być badanie krwi i wizyta u lekarza.

Kobiety podchodzą niefrasobliwie do anemii

– Obrywamy za to, że wcześniej nie ćwiczyliśmy! – tak jeden z uczestników trekkingu w Alpach próbował pocieszyć 35-letnią Julię, która dotarła do schroniska godzinę później niż reszta grupy. – Tyle że ja ćwiczyłam regularnie – odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech. Była zlana potem, serce jej waliło jak szalone i miała zawroty głowy. Podczas każdego podejścia czuła się jakby miała zaraz umrzeć. – No to ja na twoim miejscu gruntownie bym się  przebadał – usłyszała.

Tamta rozmowa sprawiła, że Julia zaczęła bać się o swoje zdrowie. Po powrocie do domu zrobiła badania, począwszy od EKG, przez echo serca, na spirometrii skończywszy. Nie wykryto nic poza anemią. Internistka stwierdziła, że to niedokrwistość musiała być przyczyną jej problemów w górach.

– Miałam tę chorobę od lat i podchodziłam do niej dość lekko – wspomina Julia. – Można powiedzieć, że się do niej przyzwyczaiłam. Nawet jeśli zaczynałam brać leki, wkrótce o nich zapominałam. Do głowy mi nie przyszło, że to wszystko, co się ze mną dzieje, może być spowodowane „banalną anemią”, którą przecież ma tak wiele kobiet.

Anemia rzeczywiście nie jest wśród kobiet rzadkością. – Niedokrwistość, zwłaszcza z niedoboru żelaza, jest dość częsta u młodych dziewczyn i spowodowana głównie obfitymi krwawieniami miesięcznymi – mówi hematolog prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak. W ciąży, ze względu na zwiększone zapotrzebowanie na ten pierwiastek, anemia jest tak powszechna, że określa się ją jako „fizjologiczną”.

Dla dietetyczki klinicznej Ewy Kurowskiej niefrasobliwy stosunek kobiet do niedokrwistości nie jest zaskoczeniem. – Kiedy w trakcie wywiadu pytam o badania krwi, słyszę często: „a tak… rzeczywiście, kiedyś miałam złe wyniki, ale nic z tym nie zrobiłam”. Albo dowiaduję się, że kobieta podjęła leczenie, ale już nie sprawdziła, czy przyniosło skutek – mówi. – Niektóre osoby pamiętają z dzieciństwa, że kiedy ktoś z rówieśników miał anemię, jadł przez pewien czas wątróbkę i szybko wracał do zdrowia. Niesłusznie więc wyciągają z tego wniosek, że niedokrwistość to nie jest poważna choroba.

Wpływ diety na anemię

Poza obfitymi miesiączkami, częstą przyczyną niedoborów żelaza jest niewystarczająca jego ilość w diecie, co paradoksalnie może wynikać z chęci dbania o siebie. Jak mówi Ewa Kurowska, krzywdę mogą nam zrobić m.in. niezbilansowana dieta wegetariańska, wegańska, bezglutenowa, monodiety i źle pojmowane oczyszczanie.

– Nie jestem przeciwniczką diet bezmięsnych, ale najlepszym źródłem żelaza hemowego, czyli lepiej przyswajalnego, jest czerwone mięso i jeśli wyłączymy je z diety, musimy dostarczyć więcej żelaza niehemowego, czyli pochodzenia roślinnego, oraz zadbać o jego dobre wchłaniane, np. włączając produkty bogate w witaminę C – tłumaczy Ewa Kurowska.

Układając dietę wegetariańską i wegańską, warto też pomyśleć o przyjmowaniu witaminy B12, bo ona występuje głównie w produktach odzwierzęcych. Zwłaszcza że, jak mówi prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak: – Oprócz niedoboru żelaza, niedokrwistość najczęściej powodują niedobory witaminy B12 i kwasu foliowego. O ile niedokrwistość z niedoboru żelaza charakteryzuje się występowaniem krwinek mniejszych niż normalnie, czyli mikrocytów, to niedokrwistości z niedoboru witaminy B12 czy kwasu foliowego odwrotnie – charakteryzują się występowaniem krwinek większych niż normalnie, czyli makrocytów.

Ostrożność warto zachować, nie tylko wyłączając produkty odzwierzęce, ale jakiekolwiek duże grupy artykułów, np. zboża. Kojarzymy je głównie z węglowodanami i często odstawiamy jako pierwsze, gdy zaczynamy się odchudzać, a przecież w zbożach jest też wiele innych cennych składników odżywczych, m.in. właśnie żelazo i witaminy z grupy B. Nie można więc nagle zrezygnować ze zbóż, niczym ich nie zastępując.

– Ryzykowne mogą okazać się też wszelkie głodówki i tzw. oczyszczanie organizmu, polegające na przyjmowaniu przez kilka dni wyłącznie soków i wody. Jeśli opieramy dietę na płynach, nie pracują jelita i wątroba, a bez tego organizm się nie oczyści, tylko raczej zakwasi i zacznie wykorzystywać zapasy składników odżywczych, co może prowadzić do niedoborów – przestrzega Ewa Kurowska i porównuje: – Organizm jest jak gra Tetris – lepiej nie lekceważyć żadnego elementu, bo wszystkie mają swoje znaczenie.

Konsekwencje anemii

U kobiet anemię stwierdza się, gdy poziom hemoglobiny krwi, czyli białka odpowiedzialnego za transport tlenu, spada poniżej 12 g/dl. Jeśli jest jej za mało, cały organizm jest gorzej dotleniony. Pół biedy, jeżeli taki stan nie trwa długo, a wyniki za bardzo nie odbiegają od normy albo są na jej granicy. Czasem wystarczy zadbać o dietę, by sytuacja się poprawiła. Gorzej, jeśli taki stan się przedłuża. Jako pierwsze buntują się zazwyczaj serce i mózg – bez tlenu nie będą dobrze pracować, w ich ślady idą inne organy.

– Przewlekła niedokrwistość powoduje dysfunkcję niemal wszystkich narządów – mówi prof. dr hab. Wiesław Jędrzejczak. – Musi być traktowana jako sygnał do poszukiwania poważnej przyczyny takiego stanu. Kobieta, która ma hemoglobinę niższą niż 9 g/dl, powinna być skierowana do hematologa.

Niewłaściwa dieta i obfite miesiączki to najczęstsze, ale nie jedyne przyczyny anemii u młodych kobiet. Zdarza się, że w organizmie jest jakieś źródło krwawienia albo są problemy z wchłanianiem żelaza spowodowane pasożytami przewodu pokarmowego lub celiakią. Zresztą i te zbyt silne comiesięczne krwawienia też powinny być skonsultowane przez ginekologa – trzeba ustalić, co je powoduje. Warto więc zadawać pytania – sobie i lekarzom, ale przede wszystkim uważnie słuchać tego, co mówi nasz organizm i nie przeprowadzać na nim eksperymentów ani żywieniowych, ani wytrzymałościowych. – To pierwszy i najważniejszy krok ku zdrowemu i pełnemu radości życiu – mówi Ewa Stelmasiak.

Dostępne źródła żelaza

Najpopularniejszym źródłem żelaza są produkty pochodzenia zwierzęcego, przede wszystkim podroby, wołowina. Dużą zawartością tego pierwiastka charakteryzują się również mięczaki. Jest to dobrze przyswajalne żelazo hemowe. W produktach pochodzenia roślinnego znajdziemy natomiast żelazo niehemowe, trudniej wchłanialne, ale w towarzystwie witaminy C ten parametr znacznie się poprawia. Właśnie ze względu na zawartość witaminy C doskonałym źródłem żelaza roślinnego są brokuły, brukselka, zielona natka pietruszki czy sok z pokrzywy. Znaczne ilości żelaza zawierają też rośliny strączkowe, kasza gryczana, jaglana, quinoa czy jęczmienna, a także pestki dyni, kakao, sezam, jarmuż. Kwestia przyswajalności żelaza, tzw. biodostępność, jest bardzo istotna, ponieważ dopiero po przeniknięciu do krwiobiegu jest ono pożyteczne dla organizmu, a z kolei jeśli pozostanie w nadmiarze w jelitach, może zaburzyć mikroflorę jelitową i wywołać zaparcia, biegunki oraz obniżenie odporności. Jeśli decydujemy się na suplementację, warto więc wybrać formę żelaza o wysokiej biodostępności, na przykład tzw. elementarne.

Jak nie wypaść blado?

  • Przynajmniej raz w roku rób morfologię krwi. Dowiesz się m.in., jaki masz poziom hemoglobiny.
  • Przeanalizuj swoją dietę i zastanów się, czy przyjmujesz wystarczającą ilość żelaza, a jeżeli jesteś weganką – koniecznie suplementuj witaminę B12.
  • Jeśli masz obfite miesiączki, trwające dłużej niż tydzień, wymagające zmiany podpasek częściej niż 8 razy na dobę, także w nocy, i we krwi zauważasz dużo skrzepów, koniecznie porozmawiaj o tym z ginekologiem. Trzeba szukać przyczyny takiego stanu.
  • Jeśli chcesz uzupełnić żelazo w diecie i jadasz mięso, wybieraj chudą wołowinę lub wieprzowinę. Raz na jakiś czas możesz sięgnąć po wątróbkę i nie zapominaj o jajkach. Żelazo, które jest w żółtku, świetnie się przyswaja. Jeśli jesteś wegetarianką lub weganką, pamiętaj o roślinach strączkowych, zielonych warzywach (brokułach, szpinaku, jarmużu), burakach, pestkach dyni i pełnoziarnistych produktach zbożowych.
Leczysz anemię? Nie przerywaj terapii – ani kiedy poczujesz się lepiej, ani gdy okaże się, że źle tolerujesz jakiś preparat. Szukaj innych rozwiązań.

  1. Zdrowie

Płyny do płukania jamy ustnej mogą hamować rozwój wirusa

Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Płyny do płukania mogą znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek. (Fot. iStock)
Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem – płukanka przeciwko koronawirusowi to fake news.

Płyny do płukania jamy ustnej pomogą zapobiec transmisji SARS CoV-2? Badania amerykańskich naukowców dają na to szanse. Ale dentyści ostrzegają przed zbytnim optymizmem.  

Płukanką w koronawirusa?

Amerykańscy naukowcy potwierdzili, że dwa rodzaje płynów do płukania jamy ustnej niszczą 99,9 proc. koronawirusa w warunkach laboratoryjnych, zakłócając tym samym jego replikację w komórkach ludzkich.

Badania wykonane w Rutgers School of Dental Medicine w stanie New Jersey zostały opublikowane w czasopiśmie "Pathogens". Wykazano w nich m.in. że popularny płyn do płukania jamy ustnej, który kupimy w aptece czy drogerii oraz płyn na receptę z dodatkiem chlorheksydyny, są w stanie dezaktywować wirusa w ciągu nawet kilku sekund.

Badanie zostało przeprowadzone w laboratorium przy użyciu odpowiednich stężeń płynu do płukania oraz w czasie niezbędnym do kontaktu z tkankami w celu odtworzenia rzeczywistych warunków występujących w jamie ustnej.

Niektóre płukanki do higieny jamy ustnej, zawierające takie składniki, jak jodopowidon oraz nadtlenek wodoru, ograniczały przenoszenie się wirusa, ale wpływały przy tym szkodliwie na komórki jamy ustnej.

Natomiast inne płyny, m.in. z antyseptykiem o szerokim zastosowaniu - chlorheksydyną, zabiły jednostki wirusa zapewniając skuteczną ochronę przed zachorowaniem, ale były przy tym minimalnie inwazyjne dla komórek skóry. To sprawia, że preparaty te mogłyby znaleźć zastosowanie w codziennej profilaktyce COVID-19, obok takich rozwiązań jak dystans społeczny, dezynfekcja rąk czy noszenie maseczek.

Potrzeba jednak dalszych badań klinicznych, aby przetestować skuteczność płukanek pod kątem COVID-19 u człowieka. Już wcześniej m.in. niemieccy wirusolodzy molekularni, medyczni oraz naukowcy potwierdzili, że niektóre płyny dostępne powszechnie w handlu mogą unieszkodliwić wiriony i zahamować ich replikację.

Obiecujące są także możliwości płynów do płukania jamy ustnej zawierających co najmniej 0,07% CPC, czyli chlorku cetylopirydyniowego. Ten ostatni składnik nie tylko niszczy drobnoustroje, działając bakteriobójczo oraz przeciwgrzybiczo, ale jest przy tym bezpieczny w stosowaniu.

Czy warto więc robić sobie nadzieję, że regularnie stosowane płukanki pomogą w walce z COVID-19? Nie jest to takie proste.

– Mimo pojawiających się doniesień naukowców na temat wpływu płynów do płukania jamy ustnej na mniejsze ryzyko zarażenia się COVID-19, warto sprostować, że nie jest to metoda walki z koronawirusem. Badania w laboratorium wykazały, że niektóre płyny rzeczywiście mogą szybko niszczyć koronawirusy, ale jest to działanie miejscowe w obszarze jamy ustnej i gardła. Nie wyleczą natomiast infekcji. Nie ma też jednoznacznych dowodów na to, że mogą zapobiec przenoszeniu wirusa pomiędzy ludźmi - komentuje lek. stom. Monika Stachowicz z Centrum Periodent w Warszawie.

Z uwagi na fakt, że wirus SARS CoV-2 odpowiedzialny za COVID-19 przenika do organizmu m.in. poprzez jamę ustną i namnaża się bezpośrednio w gruczołach ślinowych, to ostatecznym celem byłoby ustalenie, czy płukanie ust płynem o działaniu antyseptycznym i przeciwwirusowym mogłoby obniżyć, w perspektywie krótkoterminowej, ryzyko przenoszenia koronawirusa na inne osoby.

Płyny do płukania ust już od dłuższego czasu wykorzystywane są w wielu gabinetach przed zabiegami dentystycznymi, aby zmniejszyć tzw. miano wirusa u pacjentów, czyli zmniejszyć niebezpieczeństwo zakażenia innych osób. Mogą też być pomocne podczas opieki medycznej nad pacjentami cierpiącymi na COVID-19.

- Pacjent może również stosować płukanki samodzielnie, np. po powrocie do domu i ściągnięciu maseczki może umyć zęby i przepłukać je płukanką ze składnikami o właściwościach odkażających. Przy tym należy pamiętać, że płyn działa doraźnie i miejscowo, czyli w jamie ustnej i gardle – można porównać to do umycia rąk, które również dezynfekujemy odpowiednimi preparatami. Wówczas będzie to dodatkowe wsparcie, które nie zaszkodzi, a może pomóc, nie tylko w zmniejszeniu transmisji wirusa na inne osoby, ale także w walce z plagą próchnicy czy schorzeniami dziąseł – dodaje stomatolog.

Źródło: biuro prasowe Periodent Centrum Leczenia i Profilaktyki Paradontozy

  1. Psychologia

Depresja maskowana – jak rozpoznać objawy? Rozmowa z Joanną Porembą, prezeską fundacji Melancholia

Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Rozmawiamy z Joanną Porembą, współzałożycielką i prezeską fundacji Melancholia, www. melancholia.org.pl. (Fot. Jacek Poremba)
Przewlekłe bóle głowy lub karku, napady paniki, fobie i natręctwa, ale też zaburzenia snu czy pracy serca – pod wszystkimi tymi objawami może ukrywać się depresja. Joanna Poremba, współzałożycielka i prezeska fundacji Melancholia, wyjaśnia, jak rozpoznać ją u siebie i bliskich.

Na hasło „depresja” wielu z nas staje przed oczami obraz zmęczonego, zaniedbanego człowieka, który nie ma siły podnieść się z łóżka...
Bywa, że rzeczywiście tak to wygląda, jednak depresja może mieć rozmaite podłoże i bardzo różny przebieg, często daleki od powszechnego wyobrażenia. Przywołany przez ciebie obrazek może stanowić całą prawdę o czyjejś chorobie, ale może też nie pojawić się w ogóle lub być tylko jedną z kilku różnych faz. Fakt, że wiele osób tak właśnie wyobraża sobie depresję, wynika z uwarunkowań kulturowych, w tym opisów filmowych i literackich – wystarczy, że wspomnimy „Lot nad kukułczym gniazdem” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Z całą pewnością nie jest jednak jedynym ani obowiązującym sposobem przechodzenia choroby! Rzeczywiście często występuje w niej apatia i ospałość, ale równie dobrze może pojawić się nadaktywność i bezsenność. Podobnie jest z apetytem: objawem depresji może być zarówno brak apetytu, jak i nadmierne łaknienie. Bywa, że dominujące objawy są jeszcze bardziej zwodnicze. W niektórych formach depresji okazują się mylące na tyle, że sugerują występowanie zupełnie innych chorób. To tak zwane maski depresji, które sprawiają, że jest ona szczególnie trudna do zdiagnozowania.

O maskach w ostatnim czasie mówimy głównie w kontekście koronawirusa, wcześniej zaś przy okazji rozmów o teatrze i karnawale. I w teatrze, i podczas karnawału, i nawet w czasie pandemii, podczas której staramy się przechytrzyć wirusa, maska kojarzy się z odgrywaniem jakiejś roli, z oszukiwaniem otoczenia. W depresji, jak sobie wyobrażam, występuje zwykle wtedy, kiedy siebie oszukujemy, nie chcąc przyjąć do wiadomości pewnych prawd na temat otoczenia i siebie samych.
Nie nazwałabym tego oszukiwaniem, a raczej niebyciem przy sobie, pewnym brakiem uważności wobec sygnałów, które daje nam własny organizm. Nasza postawa jest bardzo często zupełnie nieuświadomiona: wywieramy na samych siebie różne rodzaje presji, nie akceptując się, a w konsekwencji nie darząc troską, czułością i uwagą. Bez kochania siebie nie da się kochać i akceptować świata. Niestety, jeśli tej uważności na siebie nie wyniesiemy z domu, jeśli rodzice nie nauczą nas korzystania z pewnych narzędzi, to w życiu dorosłym będzie nam o wiele trudniej. Na szczęście, kiedy zaczynamy ich w końcu szukać, z pomocą przychodzi psychoterapia.

Wracając do twojego pytania – wspomniany karnawał stanowił kiedyś coś w rodzaju wentylu bezpieczeństwa, okres, kiedy można było zapomnieć o konwenansach i ograniczeniach. Maska w depresji również jest wentylem. Depresja to choroba duszy i umysłu, a nasz mózg – ciągle jeszcze nie do końca poznany – nie mogąc zmieścić w głowie wszystkich napięć, „upycha” je w ciele. To, z czym sobie nie radzimy, trudne emocje zaczynają pukać do nas pod postacią przypominającą rozmaite schorzenia. Według niektórych badaczy, którym trudno odmówić pewnej racji, jeśli poświęcamy naszemu ciału wystarczająco dużo uwagi i jesteśmy wyczuleni na płynące z niego sygnały, to być może zauważymy te symptomy wcześniej. To jedna z wielu korzyści bycia w kontakcie ze swoim ciałem.

W naszej kulturze mamy raczej niską świadomość własnego ciała.
Niestety, masz rację. Nie uczy się jej w szkołach, a powinno. I nie mam tu na myśli sportu, bo aktywność fizyczna nie zawsze jest równoznaczna z kontaktem nawiązanym z ciałem. Znany amerykański psychiatra i psychoterapeuta Alexander Lowen podkreślał często, że głowa nie działa bez ciała, i odwrotnie. U współczesnego człowieka Zachodu jednak ta komunikacja między nimi nie odbywa się tak, jak powinna.

Czy lekarz, jeśli ktoś zwraca się do niego z dolegliwością somatyczną, zawsze również powinien brać pod uwagę, że ta osoba może chorować na depresję?
Byłoby to tak zwane holistyczne podejście do pacjenta, które na razie nie jest u nas powszechne, choć na szczęście nie powiedziałabym, że się nie zdarza. Lekarz z całą pewnością powinien zastanowić się, czy nie ma do czynienia z maską depresji wtedy, kiedy pacjent zrobi wszystkie możliwe badania, wyniki są dobre, a jego ciało cierpi. Warto przy tym podkreślić, że nie chodzi o wyimaginowany ból czy dyskomfort – te dolegliwości, umiejscowione w konkretnym punkcie, naprawdę się odczuwa, i po pewnym czasie może rozwinąć się z nich coś poważniejszego. Tym, co ostatecznie potwierdza, że chodziło o maskę, jest skuteczność leczenia lekami antydepresyjnymi: dolegliwości ustępują po ich zażyciu, nie zaś po preparacie, który zwykle stosuje się na chorobę imitowaną tutaj przez depresję.

Pomówmy jeszcze o stereotypowym wyobrażeniu osoby chorującej na depresję. Wielu z nas wie już, że nie zawsze objawia się ona rozpaczą, apatią i zaniedbaniem higieny. Jednak termin „maski depresji” chyba nie wszyscy słyszeli. Ja, która choruję na depresję od ponad 20 lat, nigdy nie usłyszałam tego określenia od żadnego lekarza. Dodam, że zawsze byłam bardzo aktywna, rzadko kiedy smutna, a moim głównym problemem było dojmujące uczucie lęku.
Termin „maski depresji” nie jest nowy, natomiast rzeczywiście nie wszedł do literatury przedmiotu; trudno przewidzieć, czy się to zmieni. Nie dotarł także do szerszej świadomości. Symptomy, których doświadczałaś, można jednak określić takim właśnie mianem.

Maski depresji mają rozmaity charakter. Jednym z ich rodzajów są tzw. maski psychopatologiczne – zaburzenia lękowe (lęk przewlekły lub ataki paniki, jak u ciebie), fobie oraz natręctwa. Drugą typową kategorią są symptomy fizyczne, głównie bólowe. Do najczęstszych zalicza się bóle w klatce piersiowej, kłucie serca, wrażenie duszności i ucisku; bóle głowy (np. pulsowanie, uczucie ucisku na mózg, szum w uszach) połączone z uczuciem niepokoju; nerwobóle; drętwienie, pieczenie, palenie, cierpnięcie kończyn, przepływ ciepła lub uczucie zimna; świąd skóry; zespół niespokojnych nóg; dziwne odczucia w rozmaitych narządach, szczególnie w żołądku i wątrobie. Maską depresji mogą być też zaburzenia rytmu biologicznego: snu i czuwania (problemy z zasypianiem, płytki sen, zbyt wczesne budzenie się, nadmierna senność w ciągu dnia), łaknienia (utrata apetytu lub napady głodu), problemy z miesiączkowaniem, zaburzenia erekcji. Wspomniany już Lowen mianem maski depresji określał także alkoholizm. Jak widać wachlarz możliwości jest szeroki.

Ja na przykład długo cierpiałam na coś, co wydało się być reumatoidalnym zapaleniem stawów – to też jedna z masek depresji. Drugą były męczące mnie latami dokuczliwe bóle karku – z czasem tak silne, że nie mogłam ruszyć szyją, nie byłam też w stanie zapiąć pasów w samochodzie. Lekarze rozważali nawet operację. Zamiast tego zdecydowałam się na długą fizjoterapię, która pomogła mi rozluźnić i poczuć własne ciało. Kiedy do leczenia włączono antydepresanty, dolegliwości ustały. Warto dodać, że zwykle najlepszym rozwiązaniem jest połączenie leczenia farmakologicznego z psychoterapią.

U mnie maską był lęk, u ciebie bóle karku; wymieniłaś też wiele innych możliwości. Zastanawiam się, czy – skoro znamy ich tyle – depresja maskowana nie jest częstą formą depresji?
Spotkałam się kiedyś z szacunkami, wedle których depresja maskowana może występować nawet trzy razy częściej niż inne postaci zaburzeń depresyjnych. Niestety, nie dysponujemy szczegółowymi danymi; wiele przypadków pozostaje niezdiagnozowanych, a i o „klasycznej” depresji, jak pokazuje praktyka, coraz trudniej jest mówić, bo każdy przypadek jest inny, a generalizowanie prowadzi donikąd.

W ramach działalności fundacji Melancholia publikujemy rozmowy ze znanymi osobami, które mają za sobą doświadczenie depresji – porównując te wywiady, bardzo łatwo zauważyć oczywiście pewne elementy wspólne, ale także ogromne różnice. Ktoś rzeczywiście nie wstaje tygodniami z łóżka, ktoś inny – jak na przykład reżyserka Joanna Kos-Krauze, która z wielką otwartością i szczerością opisała swoją historię – rzuca się w wir pracy, podróżuje po całym świecie, zamienia się w prawdziwego tytana. Jeden ucieka więc w sen i izolację, drugi – w pracę czy niebywałą aktywność. Ona także odcina nas od emocji – wsłuchać się w nie możemy tylko wtedy, kiedy wreszcie się zatrzymamy. Różna bywa też etiologia choroby, która może pojawić się na skutek traumatycznych doświadczeń, ale także wtedy, kiedy nie przechodzimy ewidentnego życiowego kryzysu – to odróżnia ją od zaburzeń adaptacyjnych. I znowu, w obu przypadkach może wystąpić wspomniane odcięcie emocji od ciała, co często skutkuje powstawaniem masek.

Przy okazji warto też dodać, że w Polsce rozmowa o liczbach dotyczących depresji jest w ogóle prawie niemożliwa, bo dane, które przedstawia NFZ, dotyczą tylko i wyłącznie sektora publicznego; prywatna działalność psychiatrów i psychoterapeutów nie jest w ogóle uwzględniana w oficjalnych statystykach, a to właśnie tam trafia około 60 proc. pacjentów. Nasza fundacja na przykład czerpie dane ze strony WHO.

Wiemy na pewno, że w Polsce alarmujące są statystyki dotyczące depresji wśród młodzieży. Jak wygląda kwestia masek w ich przypadku?
Podobnie jak u dorosłych, depresja maskowana u dzieci może być trudna do uchwycenia, a spektrum możliwych masek jest bardzo szerokie. Może polegać na opóźnieniu rozwoju psychicznego, intelektualnego oraz emocjonalnego. Z depresją maskowaną łączy się też często fobia szkolna, objawiająca się poprzez dążenie do izolacji. Powtarzające się bóle brzucha przed pójściem do szkoły na pewno powinny zwrócić uwagę rodziców, podobnie jak rozmaite zaburzenia zachowania (nieuzasadnione napady złości, przesadzone reakcje, obojętność, zachowania autodestrukcyjne), przewlekłe bóle głowy, arytmia serca, alergie.

Warto więc słuchać swojego organizmu oraz być czułym na sygnały wysyłane przez osoby najbliższe.
Rozmawiać – z sobą i bliskimi. Obserwować – bliskich i samego siebie. Jest takie ładne zdanie, które powiedział bodajże Oscar Wilde: „Daj człowiekowi maskę, a powie ci prawdę”. W pewnym sensie podobnie jest z naszym ciałem i duszą. Czasem nasze „ja” musi sięgnąć po maskę, żeby powiedzieć prawdę o tym, co je boli i gnębi.

  1. Psychologia

Przejdziemy przez to razem. Gdy w związku pojawia się choroba

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. (Fot. iStock)
Wczoraj jeszcze: plany na wakacje, seks, zakupy. Dziś: leki, szpital, niewiadoma. Kiedy w związku pojawia się choroba, nic już nie będzie takie samo.

Obiecujemy sobie: być razem ,,na dobre i na złe”, ale wierzymy, że to złe nas ominie. Kiedy się pojawi, na przykład jako ciężka choroba, złorzeczymy na niesprawiedliwy los: ,,Dlaczego to spotkało właśnie nas?, Co teraz będzie?”. Zmienia się wszystko- harmonogram dnia i hierarchia wartości. Zmienia się miłość. Jak? To zależy – bo choroba jest bolesnym, ale najbardziej wiarygodnym testem siły związku i każdego z nas z osobna.

Jedziemy do lekarza

Kilka tygodni temu mąż mnie zapytał, czy zawiozę go na badania. Od jakiegoś czasu miał problemy z jelitami. Lekarka zleciła kolonoskopię. Poprosił o badanie w znieczuleniu, po którym nie mógł prowadzić samochodu. W naszej rodzinie to ja – jak typowa kobieta – przyznawałam sobie prawo do migren, jesiennych infekcji czy gorszego samopoczucia przed miesiączką. On był tym twardym, opiekuńczym i unikającym (prawdopodobnie z lęku) ,,gadania” o chorobach. Kiedy patrzyłam po badaniu na tego silnego faceta, teraz spoconego ze strachu, zmęczonego, z wyrazem bezradności w oczach czekającego na diagnozę – miałam mieszane uczucia. Był lęk, czy to na pewno nic poważnego, przerażenie: "a co, jeśli okaże się najgorsze?", bezradność: "jak mam się zachować, co powiedzieć, jak go wesprzeć?" i… trochę wściekłości: "jak on mógł mi to zrobić?", buntu: "to ja jestem ta słabsza, a on mocniejszy, to niesprawiedliwe".

Badania nie wykazały niczego poważnego. Na szczęście. Ale zadałam sobie pytanie: ,,Czy znalazłabym wystarczającą siłę do walki z poważną chorobą? Czy coś zaniedbałam?”.

Mariola Kosowicz, psychoonkolog, codziennie pracuje z ludźmi dotkniętymi takim problemem, osobami, dla których diagnoza zabrzmiała jak wyrok. Pytam ją, jak dbać o kogoś bliskiego. Zauważa, że w związku umawiamy się na wiele ważnych rzeczy: podział obowiązków, sposób wychowywania dzieci, zarządzania domowym budżetem itp., ale rzadko świadomie bierzemy odpowiedzialność za nasz – swój i partnera – stan psychofizyczny. Nie pamiętamy na przykład o tym, że mąż wszedł w okres, kiedy powinien robić badania pod kątem prostaty. Bagatelizujemy swoje migreny, bo tyle jest ważniejszych spraw! Gorsze samopoczucie? Odsuwamy ten ,,przykry” temat, wypieramy niepokojące objawy, zrzucając wszystko na kark zmęczenia, upływu lat. Tracimy czujność albo próbujemy zaczarować bolesne fakty. Mariola Kosowicz przytacza przykłady ze swojej praktyki.

Pacjentka w okresie okołomenopauzalnym od jakiegoś czasu lekko krwawi. Mąż zauważa to przy stosunku. Pyta, czy była u lekarza. Ona uspokaja go, że w jej wieku takie dolegliwości się zdarzają. Gdy po ciężkim krwotoku trafia do szpitala, słyszą: zaawansowane stadium raka jajnika, z przerzutami.

Albo inny: czterdziestolatek umiera na ulicy na zawał. Zrozpaczona żona tłumaczy znajomym: "Zawsze po pracy był zmęczony. Czasami narzekał na bóle w klatce piersiowej. Gdybym wiedziała…".

– Nie chodzi o to, żeby być nadwrażliwym, ale żeby nie zatracać wrażliwości – wyjaśnia psychoonkolog.

Trzeba odejść od sztywnych ról, że w naszej rodzinie to zawsze on biega po lekarzach, a ona jest ta silna. Mieć odwagę podzielić się z partnerem niepokojem: "Wiesz, ostatnio pobolewa mnie podbrzusze. Boję się, co to może być". I dobrze, kiedy on odłoży wtedy gazetę, wyłączy telewizor i powie: "To pewnie nic poważnego, ale lepiej sprawdzić. Zapisz się do lekarza, zawiozę cię". Albo odwrotnie: kiedy on w nocy kilka razy wstaje do łazienki, ona mówi, żeby zrobił badania. A potem, konsekwentnie, o tym nie zapomina. Pyta znajomych o dobrego lekarza, pomimo protestów jedzie z mężem na wizytę. Bo w obliczu choroby, zwłaszcza w tym pierwszym momencie, gdy słyszy się diagnozę, człowiek nie powinien być sam.

Test dla dwojga

Choroba to nie wyrok, nawet ta przewlekła czy śmiertelna. Wola walki, a nade wszystko wsparcie osób bliskich mają ogromny wpływ na jej przebieg i pomyślne rokowania. Nowotwór, cukrzyca, zawał – to potrafi zaburzyć poczucie bezpieczeństwa, wygenerować potworny lęk, niepewność oraz postawić na głowie bliższe i dalsze plany. Ale też obnaża prawdę o życiu – tym wspólnym i każdego z nas z osobna. Pokazuje, jakie role pełnimy w związku, jak radzimy sobie z emocjami, czy potrafimy rozmawiać o tym, co trudne i przerażające. Testuje rodzinny system, to, jak reaguje na zmiany. Zmusza do uważności, skończenia z małżeńskimi grami, konfrontuje z prawdziwym życiem. Pytasz: "Dlaczego to przydarzyło się właśnie nam?". A dlaczego miałoby właśnie was ominąć?

Najpierw pojawia się szok, z którym każdy z partnerów radzi sobie na swój własny sposób. Być może on – z rozpoznaniem poważnej choroby – udaje, że jego to nie dotyczy. Zaraz po chemii idzie do pracy, nie przestrzega zaleceń lekarza i magicznie chce wierzyć, że nie jest tak chory, jak to widzą inni. Za to ona rzuca się w wir działania, bo tak redukuje napięcie. Załatwia kolejnego lekarza, sprowadza lek z zagranicy, na forach internetowych czyta, co napisano na temat tej choroby. Czasami jest wściekła, że on to bagatelizuje, może nawet robi mu okrutny wyrzut: "Jasne. Ty sobie umrzesz i zostawisz mnie samą z tym wszystkim". Tymczasem z psychologicznego punktu widzenia, osoby, które określają swoją tożsamość na podstawie działania w świecie: pracę, konto bankowe, troskę o rodzinę – wolą zaprzeczać chorobie. On mówi: "Daj mi spokój. Jeszcze nie jest ze mną tak źle". A ona – określająca swoje "ja" przez relacje – ma poczucie, że ich świat rozpada się jak domek z kart i musi walczyć za oboje.

 
Z kolei, jak wynika z badań, mężczyźni na wieść o chorobie żony częściej reagują ogromnym niepokojem, złością, bezradnością... Tym bardziej kiedy mąż mówi: "Nienawidzę szpitali, ale pójdę z tobą na te badania, bo nie powinnaś być wtedy sama" – daje tym dowód prawdziwej odwagi i dojrzałej miłości. I nawet jeśli ona odpowie: "Dam sobie radę. W czym ty mi pomożesz?" – jego zdecydowana postawa w takiej chwili będzie naprawdę ważna. To naturalne, że obydwoje przeżywają lęk. Najpewniej nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali.

Choroba to dobry moment, żeby zdobyć się na szczerość. Bo mąż na przykład unika zbliżenia, bojąc się, że jego żonę będzie za bardzo bolało, a ona jest przekonana, że po mastektomii przestała być kobietą, że on jej nie kocha. Może być też tak, że na poszczególnych etapach choroby każde z partnerów jest w innym miejscu. Osoba zdrowa, wspierająca musi uznać decyzje i zwyczajowy sposób reagowania chorego w sytuacjach stresowych. Może jednak powiedzieć: "Wiem, że ty zawsze w takich chwilach się wycofujesz, ale tym razem sprawa jest poważna i nie możemy jej zbagatelizować", albo: "Moim zdaniem, powinieneś pójść na zwolnienie. Ale jesteś dorosły i zrobisz, jak zechcesz". Bardzo ważne jest takie werbalizowanie potrzeb partnera, nawet kiedy im zaprzeczamy.

Bywa jednak, że wszystkie próby spokojnej rozmowy są odrzucane i wówczas z bezradności, lęku, rozpaczy, partner wykrzykuje wszystko to, czego nie mógł wyrazić inaczej. Dla niektórych związków to jedyny sposób wyrażania trudnych myśli. Za chwilę można przecież powiedzieć: "Wcale tak nie myślę. Byłam zdenerwowana". Są też chwile, kiedy krzyk nie wyraża złości, lecz niewyobrażalny lęk. Mamy do tego prawo. Podobnie jak do kłótni, awantur, chwil zwątpienia czy łez. Byle nie zaprzeczać chorobie i uczuciom, które nami targają.

– Kiedy patrzysz na tego niegdyś silnego mężczyznę, który leży blady w łóżku i jest bezradny jak dziecko, i chce ci się płakać, nie oszukuj go, nie hamuj łez, powiedz: "Czasami jest mi tak ciężko, że muszę sobie popłakać, ale razem sobie z tym poradzimy". W dojrzałym stosunku do choroby jest miejsce i na siłę, i na słabość – mówi psychoonkolog.

Stary dom, nowe meble

W obliczu sytuacji kryzysowych każdy system rodzinny dąży za wszelką cenę i za pomocą znanych sobie sposobów zaradczych do przywrócenia równowagi sprzed problemu. A tymczasem poważna choroba nie da się przykryć „normalnością”. Przekonanie, że: "jak nic nie zmienimy, będziemy żyć tak jak dawniej, to może choroba zniknie" – jest nierealne. Życie z chorobą w związku można porównać do kupna nowych mebli do starego mieszkania. Po prostu musimy zrobić miejsce na nową kanapę.

Żmudny, często bolesny proces leczenia, skutki uboczne, zmieniające się samopoczucie chorego, pobyt w szpitalu, badania kontrolne i oczekiwanie, na poprawę – to wszystko zmienia życie, decyduje nawet o tym, czy i gdzie wyjedziecie na wakacje. Jesteście z tym razem, ale też każde z osobna: ze swoimi emocjami, lękami, nadziejami…

To może doprowadzić do nieporozumień czy wzajemnego krzywdzenia się. Jak w tej historii – on po operacji raka prostaty, widząc, jak ona wychodzi do pracy, rzuca mimochodem: "Nie spiesz się, poradzę sobie. Idź na kawę z tym swoim szefem. Niedługo umrę, nie będę stał na drodze do twojego szczęścia". Co odpowiedzieć w takiej sytuacji? Że jego słowa bolą. Czyli mówić o swoich uczuciach, pragnieniach: "Wiesz, kiedy mnie tak odtrącasz, jest mi przykro", "Pamiętasz, kiedyś tak lubiliśmy siedzieć przytuleni na kanapie. Brakuje mi tego" albo "Bardzo chciałbym się z tobą kochać, ale boję się, że ty nie chcesz".

Przede wszystkim jednak trzeba dać sobie czas i dużo wzajemnego zrozumienia i ciepła. Oczekiwanie, że z chwili na chwilę wszystko samo powróci do normalności, generuje napięcie, oczekiwania i frustrację, gdy tak się nie dzieje.

Zdaniem Marioli Kosowicz, umiejętność towarzyszenia w chorobie, to także umiejętność nabywania nowych ról – kiedyś on zawsze płacił rachunki, dziś ona musi przejąć tę rolę, zwykle to partnerka dawała sygnał: "musimy porozmawiać", teraz zamknęła się w swoim milczeniu, które on szanuje, ale nie może przecież pozwolić, by w nim trwała bez końca, więc zaczyna być tym, kto zachęca do konfrontacji.

Najwięcej wysiłku wkłada się zwykle w to, żeby wszystko działo się po staremu, żeby święta były takie jak dawniej – nie w mniejszym gronie czy minorowym nastroju, ale na wesoło i z rozmachem. Ale przecież gdzieś z tyłu czai się strach, obawa, którą czasem werbalizują dzieci, pytając "Tato, czy mama umrze?".

Nawet jeśli potraficie rozmawiać o trudnych sprawach, zwykle wspólnie podejmowaliście ważne decyzje, to słowa: "gdy ty umrzesz…" z trudem przechodzą przez gardło. "My o takich strasznych sprawach nie rozmawiamy" – powiedział mi niedawno znajomy, którego żona umiera na raka piersi.

Gdy mówię o tym Marioli Kosowicz, ona odpowiada, że to ich prawo. – Nikogo nie można zmusić do rozmów o śmierci. Często odwiedzam moich przewlekle chorych pacjentów, bywa że towarzyszę im w procesie odchodzenia. Zdarza się też, że po śmierci dzwoni do mnie mąż pacjentki i pyta: "Czy pani wie, w czym żona chciała być pochowana?", bo on ją o to nigdy nie spytał. Umieramy samotnie, pomimo tylu ludzi dookoła – konstatuje.

Towarzyszenie w chorobie i odchodzeniu nie wymaga wielkich deklaracji, wzniosłych słów pożegnania. Wystarczy być obok, uszanować uczucia chorego i swoje własne. Powspominać wspólnie spędzone chwile i podziękować za wszystko, co dobre.

  1. Zdrowie

Choroby psychosomatyczne - znak naszych czasów

Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. (Fot. iStock)
Przychodzi pacjent do lekarza i mówi, że boli. Tymczasem w badaniach czysto. Teoretycznie wszystko w porządku. A on cierpi. Idzie więc do kolejnego specjalisty. Znowu nic. Czasem trwa to latami. Dr Ewa Kempisty-Jeznach widziała wiele takich przypadków. Bo właściwa diagnoza brzmi: choroba psychosomatyczna. Znak naszych czasów.

Czy choroby psychosomatyczne to będzie epidemia XXI wieku?
Tak. Jestem o tym przekonana. Piszę o tym od dawna, widzę w moim gabinecie, jak problem narasta. Do chorób cywilizacyjnych, jak: nadciśnienie, otyłość, cukrzyca, wywołanych przez niszczenie środowiska, przez to, czym oddychamy, co jemy – dołączają właśnie choroby psychosomatyczne.

Jaka jest tego przyczyna?
W dużym skrócie… Dolina Krzemowa. Człowiek w ciągu 25 lat musiał opanować cyfryzację, sztuczną inteligencję, wyzwania cały czas rosną, tempo jest olbrzymie. Zbyt duże. Do czasów XVIII-wiecznej rewolucji przemysłowej ludzkość żyła w trybie slow. Zmiany zachodziły, rzecz jasna, ale na tyle wolno, że byliśmy się w stanie do nich przystosować. Jednak rewolucja cyfrowa ostatnich 25 lat spowodowała, że zmiany już nie idą wolnym krokiem, ale pędzą. Ludzki mózg, który każdego dnia przyswaja 34 gigabajty informacji – odpowiednik 100 tysięcy słów – nie jest w stanie zapanować nad ciałem. Internet, telefony, e-maile, komunikatory, nieustanne życie w równoległych rzeczywistościach – realnej i wirtualnej – powodują, że nie nadążamy. Stres jest za duży. Mózg jeszcze daje radę, ale ciało mówi: „nie”.

I w jaki sposób ciało może zamanifestować ten swój „sprzeciw”? Na co skarżą się chorzy, z którymi ma pani do czynienia?
Objawy alergii – zarówno na skórze, jak i w drogach oddechowych. Szumy w uszach, zawroty głowy, zaburzenia pamięci i koncentracji. Problemy z sercem: kardiomiopatia stresowa, czyli zespół Prinzmetala, do złudzenia przypominający zawał. Zaburzenia pracy hormonów – a to miewa przeróżne konsekwencje. Zaburzenia pracy woreczka żółciowego, problemy z jelitem drażliwym, prostatą, pęcherzem moczowym. Choroby autoimmunologiczne. I wiele więcej.

Jaki jest mechanizm powstawania takich chorób?
Największym wrogiem człowieka jest stres. Dziś ludzie nie dają już sobie z nim rady. Przekroczyliśmy poziom, w którym jesteśmy w stanie stres opanować, zaczynamy uciekać w ciało – oczywiście podświadomie, nie mamy na to żadnego wpływu. Najczęściej choroba „lokuje się” w najsłabszym organie. Najsłabszym u nas albo w poprzednich pokoleniach. Jeśli mama chorowała na astmę czy alergię, my, gdy się bardzo zestresujemy, będziemy reagowali kaszlem. Albo: mama miała kamicę woreczka żółciowego. To się dziedziczy w linii żeńskiej. I teraz ta mama ma syna – on na kamicę nie cierpi, ale przy stresie reaguje problemami z woreczkiem żółciowym, czyli dostaje dyskinezy, zaburzeń pracy dróg żółciowych. Słaby organ – tu uderza psychosomatyka. Inny przykład: jeśli mieliśmy chorobę wrzodową żołądka i dwunastnicy czy częste zapalenia pęcherza, to kiedy się denerwujemy, latamy co pięć minut siusiu albo pojawiają się problemy z żołądkiem, z nadkwasotą, choć nie mamy wrzodów. W gastroskopii nic nie wychodzi, a jednak reagujemy żołądkiem, bo on nie jest już anatomicznie idealny. Często pojawia się kilka objawów niepasujących do siebie: ma pani bóle mięśni przykręgosłupowych i biega często siusiu. Różne organy strajkują w różnym czasie, chodzimy po lekarzach, robimy badania, nic nie wychodzi. To nie hipochondria, która jest rozmyślnym szukaniem chorób. My wcale nie chcemy być chorzy, to nasze ciało wymyka się nam spod kontroli. Nie mamy nad tym panowania. Ludzie mdleją z nerwów, mają bóle, szumy w uszach, ataki padaczkowe, które wcale padaczką nie są.

I co się dzieje z pacjentem, który cierpi, chodzi od lekarza do lekarza, a żaden nie stwierdza choroby? Każdy mówi: „Wszystko jest w porządku”.
Tacy pacjenci odbywają turystykę lekarską. Chory na przykład ma bóle w prawym podbrzuszu. Badania, USG, rezonans; gastrolog, urolog – i każdy mówi: „Tu nic nie ma”. Tylko że bóle są. Pacjent myśli: „Oni się nie znają”. Idzie do kolejnych specjalistów, ci sprawdzają, może jelito drażliwe, może borelioza, choroby z autoagresji – ale nie. A boli cały czas. Ciało stres z codziennego dnia w korporacji przerzuca na jakiś organ. Na 100 moich pacjentów dziś 80 to chorzy psychosomatycznie. To oczywiście moja własna statystyka, a ja leczę specyficzną grupę: ludzi wyzwań. Ale takich przecież jest coraz więcej. Robiących kariery w korporacji, codziennie ścigających się w wyścigu o osiągnięcia, wyniki, targety, chcących być „zwierzętami alfa”.

Z drugiej strony coraz więcej mówi się o znaczeniu zdrowego życia, relaksu, aktywności fizycznej, prawidłowej diety. Mamy wiedzę, mamy świadomość – nie przekłada się to na nasze życie i na zdrowie?
No właśnie nie do końca. Mamy świadomość, ale wiele spraw traktujemy zadaniowo. Zdrowe odżywianie? Zadanie do wykonania. Aktywność fizyczna? Kolejne. A to generuje stres. Stworzyłam swój własny system pięciu S. Cztery z tych S są pozytywne: sport, sposób odżywiania, sen i seks. A jeden negatywny – stres. Te cztery pierwsze pomagają w radzeniu sobie z piątym: sport rozładowuje napięcie, wyzwala hormony szczęścia, czyli endorfiny; sen regeneruje organizm; właściwy sposób odżywiania to budulec dla organizmu, siła, lepsza przemiana materii. Ale nam trzeba czegoś jeszcze – techniki wyciszania. Dopiero ona poradzi sobie ze stresem. A o tym wciąż za mało się mówi. Gdy pani powie: „Jestem joginką”, to nadal dziwnie na panią patrzą. Jakiś New Age, jakieś medytacje… Lepiej pójść na siłownię albo pobiegać. A najlepiej trenować triatlon. Wcale nie najlepiej! Wyścigi, zawody, konkurencja – to wszystko oznacza stres. A to przed nim właśnie mamy się bronić. Na szczęście już mindfulness zaczyna być przyjmowany ze zrozumieniem, wiele osób z tych technik korzysta. Ale joga jest ciągle zbyt „spirytualna”. Techniki wyciszenia to podstawa, to nas czeka w XXI wieku. Widzę to u moich pacjentów, spotykam się z tym w pracy na co dzień. Ale to trudne, lekarz tego pani nie przepisze, bo widzi tylko choroby organiczne.

I nie ma dla pacjenta czasu.
Tak, to kolejna sprawa. Ale przede wszystkim, moim zdaniem, problemem jest kształcenie lekarzy. Na studiach uczymy, jak leczyć organikę. Lekarze starszego pokolenia nie poszli z przemianami, dalej nie widzą tej ewolucji, która się na naszych oczach dokonuje. I tak uczą młodych, którzy są automatycznie nastawieni na choroby organiczne.

Bo to jest proste.
Zapisują pigułkę i załatwione. Druga rzecz to właśnie brak czasu dla pacjenta. Dlaczego takie wzięcie w krajach zachodnich mają homeopaci czy specjaliści medycyny alternatywnej? Na całym świecie służba zdrowia jest niewydolna, wszędzie panuje zasada: „szybko, następny proszę”. I naturopaci w takiej sytuacji wchodzą w rolę lekarzy. Mają czas, zajmą się, dadzą poczucie, że wysłuchali, że się zaopiekowali…

Może sprawę załatwi psychiatra albo psycholog?
Też nie dadzą rady. Pierwszy zapisze antydepresant, drugi zachęci do gadania, analizowania – a to nie wystarczy, trzeba samemu nad sobą pracować. I tu mamy lukę w leczeniu pacjenta. Bo trzeba leczyć i ciało, i duszę – ale nie pigułkami, a zmianą stylu życia. A lekarze – i rodzinni, i specjaliści – do prowadzenia takich pacjentów nie są przygotowani. Medycyna robi postępy, ale nie może być tak, że będziemy wrzucać do komputera dane, a on wypluje zalecenia. Lekarz musi mieć empatię.

Musi nastąpić zmiana systemu kształcenia?
Tak. Trzeba go poszerzyć. Powinien być na medycynie, najlepiej na szóstym roku, dział poświęcony nawet nie psychologii, ale chorobom psychosomatycznym właśnie. Niechby tam uczyli i psychologowie, i lekarze, którzy mają w takich przypadkach doświadczenie. Którzy to widzą w gabinetach. I którzy coś z tym robią, a nie wypychają pacjenta na kolejne badania do specjalistów. Trzeba popracować ładnych parę lat, żeby odróżnić, gdzie się kończy organika, a zaczyna psychosomatyka. A leczenie takich dolegliwości nie jest proste, bo pacjenci najpierw muszą uwierzyć, że ich problem na tym właśnie polega. Muszą to sobie ułożyć w głowie. To się nie dzieje od razu. Trzeba czasem kilku wizyt, cierpliwości, tłumaczeń, żeby przekonać. A kiedy pacjent już uwierzy, to jest połowa sukcesu. Bez tego z kolei nie ma mowy o wyleczeniu. Bo chory będzie cały czas pielgrzymował po lekarzach i szukał „prawdziwej choroby”.

Mówi się teraz coraz głośniej, że trzeba na człowieka patrzeć holistycznie, widzieć go „w całości”. To z jednej strony. Bo jest i druga – coraz bardziej postępująca w medycynie specjalizacja. Czy to się da pogodzić?
Trudno. I nie tylko u nas, także na Zachodzie wcale to nie idzie szybko. Kiedy wyjechałam wiele lat temu z Polski do Niemiec, pracowałam jako Facharzt für Allgemeinmedizin, czyli lekarz chorób ogólnych. W Polsce nie ma takiej specjalizacji, a szkoda. My mamy lekarzy rodzinnych. Ale w nich nie inwestujemy. A taki lekarz to powinien być omnibus. Lekarz medycyny ogólnej na Zachodzie sam wykonuje USG brzucha i tarczycy, robi testy alergiczne, badania przeciwrakowe i wiele badań, które w Polsce zlecają specjaliści. A przecież lekarz rodzinny to ktoś, kto ma wiedzę w każdej dziedzinie medycyny i potrafi to połączyć w całość. Zna też doskonale swojego pacjenta. W Polsce, mam wrażenie, lekarz rodzinny traktowany jest jak „gorszy”. To tragedia dla lekarzy, ale przede wszystkim dla pacjentów. Właśnie ci lekarze powinni świetnie zarabiać, dla nich powinno się organizować kongresy, inwestować w ich wykształcenie – bo oni są najważniejsi i najbliżsi pacjentowi. Oni go widzą najczęściej, oni go najlepiej znają, często zresztą nie tylko jego, ale i jego rodzinę, historię, jego tryb życia. Do nich pacjent ma zaufanie, jest więź, zbudowana relacja. Specjalistę pacjent widzi tylko dwa, trzy razy w roku, przy okazji zlecenia badań czy kontroli. Gdyby lekarz rodzinny miał większe uprawnienia, mógł zlecać więcej badań, to 80 proc. skierowań do specjalistów w ogóle nie byłoby potrzebnych. Odciążylibyśmy służbę zdrowia, która leży na łopatkach. Oszczędzilibyśmy jako system pieniądze, a pacjent oszczędziłby czas i nerwy. To lekarz rodzinny ma największe szanse rozpoznać coś, co się wymyka diagnozie. Czyli chorobę psychosomatyczną. I jeśli on słyszy, że panią boli serce, to nie będzie robił od początku całej diagnostyki, bo wie z pani historii dużo. A tak to się dzieje, kiedy wyląduje pani u specjalisty. To nonsens.

Jak powinno wyglądać leczenie chorób psychosomatycznych?
Często kłopot jest już na samym początku – lekarz nie umie przekonać pacjenta co do diagnozy. A dalej – nakłonić do zmian w życiu. Pacjenci też mają w głowach stereotypy. Kiedy mówię takiemu samcowi alfa: „Proszę iść na jogę”, to patrzy na mnie co najmniej dziwnie. „Joga? To przecież nie dla mnie”. Trzeba umieć do takiej osoby dotrzeć. Zaproponować jej metody alternatywne, techniki wyciszenia, jak: mindfulness, tai-chi czy może medytacje.

A jaką rolę w leczeniu czy w ogóle w naszym życiu gra system pięciu S?
Każde z tych czterech pozytywnych S jest ważne. Ale muszą „działać” razem. Spójrzmy na nie po kolei. Sport. Podczas stosunku seksualnego, ale i uprawiania sportu produkowany jest hormon szczęścia – endorfina, czyli wewnętrzna morfina. Zmniejszająca ból i wprawiająca nas w błogostan. Sprawia, że stres ma mniejszy wpływ na nasz mózg, bo zalewa go pozytywnymi hormonami i związanymi z nimi emocjami. Każdy sportowiec zna uczucie zadowolenia po zakończonej aktywności fizycznej. Sport działa jak afrodyzjak i uzależnia, podwyższając poziom endorfin oraz testosteronu. Co daje siłę do zmagania się ze stresorami zarówno w pracy, jak i w życiu prywatnym. Choć ekstremalne sporty, takie jak choćby triathlon, podwyższają w początkowej fazie poziomy adrenaliny i testosteronu, to w późniejszej powodują wzrost poziomu hormonu stresu kortyzolu i spadek wolnego testosteronu odpowiedzialnego za radość i spokój psychiczny. Dalej: sen. Ważny jest sen regularny, 7-8 godzin, ale też nie więcej. Badania naukowe wskazują, że dziewięciogodzinny sen powoduje spadek poziomu hormonów płciowych – zarówno testosteronu, jak i estrogenów. Badania prof. Dietera Riemanna, kierownika Kliniki Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu we Fryburgu, pokazują, że kobiety śpią gorzej niż mężczyźni, dlatego ryzyko zachorowania na depresję jest w ich przypadku dwukrotnie większe. W stresie spadek serotoniny – hormonu szczęścia – prowadzi do spadku produkcji hormonu snu (melatoniny), co utrudnia wejście w głęboką fazę snu. Trzeba przestrzegać zasad higieny snu: unikać drzemek w ciągu dnia, zadbać o odpowiednie oświetlenie w sypialni, w łóżku wyłącznie spać, a nie pracować na laptopie, przeglądać Internet czy oglądać filmy. Unikać późnego chodzenia spać, spożywania ciężkich i obfitych posiłków i picia alkoholu przed snem. Kolejny jest seks. Wspaniała forma zwiększania produkcji hormonów, i to nie tylko płciowych, ale przede wszystkich hormonów szczęścia i miłości, takich jak oksytocyna, która wyzwala potrzebę bliskości i silne przywiązanie kochających się ludzi. Podczas seksu produkujemy także fenyloetylo­aminę – zwiększającą ilość energii, a jednocześnie ograniczającą odczuwanie zmęczenia, podnoszącą też poziom dopaminy, wpływając pozytywnie na motywację i uczucie pewności siebie w walce ze stresem. Serotonina produkowana podczas aktu miłosnego zwana jest hormonem szczęścia. Na końcu sposób odżywiania. Musi być zrównoważony, logiczny, odpowiedni dla danej płci i indywidualnych potrzeb. Z kolei one powinny uwzględniać stan zdrowia, o którym świadczą m.in. wynikach badania krwi i badań obrazowych. Nie kierujmy się wskazaniami paramedycznych „cudownych” aparatów, których skuteczność nie została potwierdzona przez badania naukowe, ani modnymi dietami.

To cztery pozytywne S. I przeciwstawione jest im jedno: stres.
Stres, którego my już nawet nie widzimy. Pytam moich pacjentów, menedżerów z korporacji, jak oceniają swój poziom stresu w skali 1–10. Mówią: 5, a ja widzę, że 12… Wbudowali stres w swoje życie, już tego nie zauważają, już im się wydaje, że tak ma być, że to normalne, nie czują, że dawno przekroczyli barierę.

Czyli poza zadbaniem o cztery S musimy znaleźć swoją własną drogę wyciszania, rozładowania emocji?
Tak. To konieczne. Jest joga, mindfulness, medytacje. Ale też adaptogeny. Mamy wiele substancji roślinnych o właściwościach adaptogennych: żeń-szeń chiński i syberyjski, cytryniec chiński, różeniec górski, szczodrak krokoszowaty, ashwagandhę, reishi, cordyceps sinensis, nazywany himalajską viagrą, nasz rodzimy ostropest plamisty i wiele wiele innych… Według definicji adaptogeny muszą spełniać trzy warunki. Być nietoksyczne dla odbiorcy, wykazywać szerokie spektrum działania i uodparniać organizm poprzez szerokie działanie fizyczne i biochemiczne, wreszcie powinny wykazywać właściwości normalizujące, tonizujące. Adaptogeny nie poskromią stresu, ale wspierając organizm – m.in. wątrobę, układ krążenia i układ odpornościowy – pomogą znosić przewlekły stres dużo lepiej. Czasami mówi się wręcz o budowaniu „zapasów energii adaptogenicznej” – silniejszy organizm lepiej sobie radzi. Jak ma pani wysoki kortyzol, powiedzmy 350, i pobierze ashwagandę trzy miesiące, to poziom kortyzolu spadnie pani na 250.

Czy lekarze, pani koledzy, potwierdzają pani obserwacje dotyczące narastającego problemu chorób psychosomatycznych, czy mówią: przesadzasz?
Lekarze, tak jak już mówiłam, koncentrują się raczej na chorobach organicznych, a kiedy podejrzewają, że problem jest związany z psychiką, wysyłają pacjenta do psychiatry albo psychologa. I na nich przerzucają odpowiedzialność. Tymczasem sam psycholog nie pomoże, musi mieć wsparcie lekarza. A psychiatra leczy depresję. Tabletką. Nie ma ogniw pośrednich, które są konieczne. Nikt nie mówi o technikach wyciszenia, o adaptogenach, o hormonach. A o tym trzeba mówić. I dopiero kiedy wyczerpie się te wszystkie możliwości, kiedy okaże się, że nic już nie działa, powinno się sięgać po antydepresanty. Zadbajmy o siebie. Zwłaszcza teraz, kiedy jest trudniej niż kiedykolwiek, bo na „zwykły” stres nałożyła się pandemia, często lęk o byt, o zdrowie, nawet życie. COVID-19 pokazał, że wisieliśmy na cienkiej nitce, która łatwo może pęknąć. 

Dr Ewa Kempisty-Jeznach, jedyny w Polsce lekarz medycyny męskiej z międzynarodowym certyfikatem, kierownik medyczny Kliniki Medycyny Wellness w szpitalu Medicover. Autorka książek, między innymi „Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne” (wyd. Prószyński i S-ka).