1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zdrowie
  4. >
  5. Wielolekowość - niebezpieczne związki

Wielolekowość - niebezpieczne związki

Nie ma – na razie – jednego miejsca, gdzie łatwo dostępne byłyby dane dotyczące wszystkich stosowanych leków. Każdy lekarz widzi więc na razie to, co sam przepisuje, albo powie mu pacjent. (Fot. Getty Images)
Nie ma – na razie – jednego miejsca, gdzie łatwo dostępne byłyby dane dotyczące wszystkich stosowanych leków. Każdy lekarz widzi więc na razie to, co sam przepisuje, albo powie mu pacjent. (Fot. Getty Images)
Medycyna robi postępy, na coraz więcej chorób mamy skuteczne środki. Ale to zarazem pułapka. Ponieważ tych środków jest coraz więcej, czasem – przyjmowane razem – nie tylko nie działają na naszą korzyść, ale wręcz mogą szkodzić. Skąd mamy wiedzieć, co z czym brać, a czego na pewno nie? Mówią specjaliści.

Życie człowieka się wydłużyło – co sobie wszyscy chwalimy. Ale są i minusy. Kiedyś wydawało się, że jeśli będziemy żyć dłużej, to będziemy żyć dłużej w zdrowiu. Praktyka mówi jednak, że te „zyskane” lata to na ogół czas z chorobami przewlekłymi. Wieloma. Nadciśnienie, cukrzyca, choroba wieńcowa, hiperlipidemia, POChP… – Oczywiście medycyna na niemal każdy z tych problemów zna skuteczną odpowiedź – mówi specjalista medycyny rodzinnej profesor Przemysław Kardas z Uniwersytetu Medycznego w Łodzi. – Tyle tylko, że kiedy chorób zaczyna być dużo, to i kuracje nam się mnożą. Nakładają na siebie. I w pewnym momencie pacjent staje się jak szklanka do koktajlu, w której mieszają się ze sobą różne składniki. I, tak jak w przypadku koktajlu, nie każdy składnik pasuje do innych. Ale leki bierzemy. Bo jeden jest świetny na nadciśnienie, drogi znakomicie obniża cholesterol, trzeci ułatwia oddychanie przy astmie i tak dalej. Rzeczywiście – każdy jest przy konkretnej dolegliwości skuteczny. Problem polega na tym, że badania kliniczne robiono na pacjentach cierpiących tylko na jedną chorobę. Tymczasem inaczej to wygląda w organizmie pacjenta, w którym rozmaite substancje mieszają się jak w koktajlu. I może dojść do reakcji nieoczekiwanych. I zarazem niepożądanych. W koktajlu – świetnie to wiemy – rozmaite składniki zmieniają kolor, smak i działanie na naszą głowę. Przy czym możemy sobie wyobrazić życie bez koktajlu, ale bez leków?

Na pewno nie jest tak, że im leków więcej, tym lepiej. Starożytni chwalili umiar. I jeśli chodzi o ilość przyjmowanych leków, ta mądrość sprawdza się idealnie. Co za dużo, to niezdrowo.

Bo w pewnym momencie mogą pojawić się reakcje niepożądane. Do tego dochodzi czynnik psychologiczny. Czasem pacjent, który ma dużo lekarstw, zwyczajnie z części z nich rezygnuje. I wcale niekoniecznie z tych, bez których na pewno mógłby się obyć. Robi to na wyczucie, uznaniowo, różne są przesłanki, w tym często niemedyczne. Leczenie wielolekowe jest trudne, bo lekarstw sporo, bo często niełatwo je połknąć, bo trzeba zapamiętać, co ile razy dziennie, która tabletka przed posiłkiem, która po itd. No i na samym końcu jest jeszcze koszt – dużo leków to duże wydatki.

I mamy kłopot. Profesor Kardas: – Lekarze, którzy się cały czas uczą, dokształcają, chcą stosować w pracy najnowocześniejsze metody, zapisują leki zgodnie ze swoją wiedzą. Wytyczne każą nam leczyć każdą chorobę najlepszym na nią lekiem. Natomiast nie ma wytycznych, które mówiłyby: wykryłeś chorobę X, ale powstrzymaj się od leczenia, bo pacjent cierpi jeszcze na chorobę Y i Z i to nimi trzeba się zająć przede wszystkim. Jednak powoli do takiego etapu dochodzimy, takie myślenie będzie pewnie musiało już niedługo lekarzom przyświecać. Bo nie da się dowolnie mnożyć ilości leków u chorego. Tak z praktycznego, jak i ekonomicznego punktu widzenia. Dochodzą do tego jeszcze działania niepożądane i osobiste przekonanie pacjenta. Trzeba będzie dokonywać wyborów. Jednak choć sytuacja już do działań dojrzała, nie ma mechanizmów, które by pomogły to regulować. Bo lekarz nie powie przecież: wykryłem u ciebie chorobę, ale leczyć jej nie będę. Pacjent się zbuntuje, jak to, zły doktor, idę do sądu.

Błędne koło

Zresztą najczęściej lekarz zwyczajnie nie może sobie pozwolić na te rozterki. Przyjmuje pacjenta, ma na jedną wizytę mało czasu, trzeba zbadać, porozmawiać, omówić badania, wypytać o objawy, wypełnić dokumentację. Nie ma kiedy zapytać: a co pani czy pan przyjmuje poza tym? Ortopeda leczy chorą nogę, kardiolog chore serce. A i tak na tę nogę czy serce ledwo im czasu starcza.

– Trudno – uważa profesor Kardas – mieć o to do specjalistów pretensje. Wiedza medyczna takie zachowania wymusza. Jak jestem odpowiedzialny za układ krążenia, przyszedł pacjent, wykryłem chorobę, mam na tę chorobę lek, to proponuję leczenie, bo jestem do tego zobowiązany – i przekonany, że przyniesie to choremu korzyści. I przyniesie, pod warunkiem, że to początek i koniec jego kłopotów. Ale jeśli zapomnimy, że on oprócz układu krążenia ma jeszcze nerki, płuca i wątrobę – to może być problem. Każdy lekarz forsuje swoje, a na samym końcu pacjent próbuje to wszystko brać regularnie, nie zapominać i często boryka się z rozmaitymi działaniami niepożądanymi. Na przykład lek na serce szkodzi na wątrobę, a lek na stawy – na żołądek.

Jak wyjść z tego błędnego koła?

Nie ma prostej odpowiedzi, najtęższe głowy na świecie myślą, jak sobie z tym narastającym problemem poradzić. – Na początku mojej pracy prowadziłem badania naukowe poświęcone niestosowaniu się pacjentów do zaleceń – opowiada profesor Przemysław Kardas. – I to niestosowanie się oznaczało nieprzyjmowanie leków. A teraz, po latach, widzę drugą skrajność – bo próba stosowania się do wszystkich zaleceń też wcale nie musi być dla pacjenta korzystna. Nie tylko za mało leków przynosi straty, za dużo także.

Na pewno mija się z celem zapewnianie lekarza, że wypełniamy wszystkie jego zalecenia, jeśli rzeczywiście tego nie robimy. Warto też powiedzieć szczerze, jeśli mamy za dużo leków, jeśli nie jesteśmy w stanie tego ogarnąć, jeśli się gubimy. Zwłaszcza kiedy lekarz właśnie zabiera się za wypisywanie recepty na kolejny specyfik. Czasem pacjenci przytłoczeni nadmiarem, rezygnują z leków ratujących życie na rzecz tych, które nie są wcale niezbędne – a przy decyzji kierują się niewłaściwymi przesłankami, np. ceną. Czasem też pod wpływem reklam rujnują się na drogie i wcale niekonieczne dla nich akurat suplementy. A te niewiele w ich sytuacji zdrowotnej zmieniają. Z drugiej strony nie zdają sobie sprawy, że lek dla nich niezbędny kosztuje grosze nie dlatego, że jest nic niewart, a dlatego, że znaczną część jego ceny płaci NFZ za pośrednictwem refundacji. Często to, ile płacimy, ma się nijak do realnej wartości środka.

Ideałem byłby oczywiście sprawny system, który widzi całe leczenie pacjenta. Ale żeby powstał, muszą się znaleźć i kompetencje, i środki. Z jednej strony ktoś, kto będzie umiał to robić, z drugiej – będzie za to otrzymywać odpowiednie wynagrodzenie. I, jak twierdzi profesor Kardas, upłynie jeszcze trochę czasu, zanim te warunki zostaną spełnione. – Doskonałą wiedzę na temat kojarzenia leków mają farmaceuci – mówi – ale znam tylko jeden kraj na świecie – Szkocję – gdzie farmaceutom powierzono rolę wspomagania decyzji w ambulatoryjnej opiece zdrowotnej, dzięki czemu ich kompetencje wspierają lekarzy na co dzień. U nas również pojawia się myśl o tzw. opiece farmaceutycznej, ale jeszcze nie przybrała ona odpowiednich kształtów. A dobrze byłoby, żeby farmaceuci mogli np. dokonywać przeglądu leków, wskazywać możliwe interakcje, sugerować zmiany itp.

Wyjątkowo szeroką wiedzę w dziedzinie leków mają lekarze rodzinni. Nie mają jednak wszystkich danych dotyczących pacjenta, bo nie istnieje system koordynujący leczenie. Nie ma – na razie – jednego miejsca, gdzie łatwo dostępne byłyby dane dotyczące wszystkich stosowanych leków. Każdy lekarz widzi więc na razie to, co sam przepisuje.

Nie bójmy się pytać

Ludzie starsi zażywają leków najwięcej – to wiadomo. Ale i młodsi często sięgają choćby po leki przeciwbólowe – bez wiedzy na ich temat – albo po suplementy poprawiające kondycję czy odporność. Idą do apteki, proszą o kilka środków – czy farmaceuci informują o możliwych niepożądanych interakcjach? – Tu dotykamy delikatnego problemu, bo apteki zarabiają na sprzedaży, więc nie mają silnej motywacji, żeby zniechęcać do zakupu kolejnego specyfiku – uważa prof. Kardas. – Na szczęście, rzecz nie sprowadza się tylko do pieniędzy, farmaceuci mają skodyfikowane zapisy etyczne i kompas w sercach, więc doradzają. Tyle że trudno odmówić pacjentowi, bo jak będzie chciał kupić 10 różnych leków przeciwbólowych, to kupi, ma do tego prawo.

Katarzyna Górecka, farmaceutka z Sosnowca, mówi, że najczęściej przekazuje pacjentom informacje o tym, żeby pewnych leków nie łączyć. – Na przykład furaginy (furazydyny) stosowanej na zapalenia pęcherza z witaminą C, gdyż ta ostatnia nasila niepożądane działanie furaginy. Jeżeli już, to przyjmujmy ją w małych dawkach 200-250 mg, a przeważnie bierzemy 1 g. I powinno się ją łykać z posiłkiem bogatym w białko, bo lepiej się wtedy przyswaja. Albo witamina D3 – często pacjenci o nią pytają. Zawsze staram się tłumaczyć, że najlepiej przyswaja się ona z tłuszczami, czyli korzystniej wybrać formę kapsułki niż tabletki. Jeśli tabletki, to przyjmujmy je z posiłkiem tłuszczowym. I bierzmy je na noc, bo wtedy witamina D3 lepiej się syntetyzuje. Warto też kupować D3 naturalną (z lanoliny lub ryb), a nie syntetyczną – tłumaczy.

Pacjenci reagują też na rozmaite popularne w Internecie mody. – Jak moda na lewoskrętną witaminę C – a taka w ogóle nie występuje – mówi Katarzyna Górecka. – Witamina C skręca płaszczyznę światła spolaryzowanego tylko w prawo! Tłumaczę, choć nie wszyscy mi wierzą – uśmiecha się farmaceutka.

Czasem musi też korygować błędne, a powszechne przekonania. Jak choćby to o zgadze. – Ludzie myślą, że zgaga powstaje na skutek nadmiaru wydzielania kwasu solnego w żołądku. A jest odwrotnie – dzieje się tak na skutek niedoboru. Więc jeśli ludzie stale przyjmują leki hamujące wydzielanie kwasu solnego (Ortanol, Controloc) – to jest gorzej, a nie lepiej. Warto wtedy stosować witaminę C. A z kolei leki neutralizujące działanie kwasu solnego, które zawierają sole magnezu czy wapnia, często wchodzą w interakcję z innymi lekami.

Katarzyna Górecka mówi też o tym, że jeśli stosujemy leki przeciwbólowe i przeciwzapalne zawierające tę samą substancję czynną – to odstęp czasowy między nimi powinien wynosić minimum 6–8 godzin, jeśli inną – to minimum 4 godziny.

Kolejny błąd popełniamy często przy leczeniu zatok. – Stosujemy jednocześnie leki sekretolityczne (wspomagające rozpuszczanie wydzieliny), jak np. Sinupret, z lekami obkurczającymi typowymi na katar typu Cirrus, Sudafed, a do tego jeszcze krople do nosa. Działanie Sinupretu polega na upłynnieniu wydzieliny zalegającej w zatokach lub w nosie, rozrzedzeniu jej i ewakuacji, a krople czy tabletki na katar powodują obkurczenie naczyń włosowatych – owszem, nie ma wycieku z nosa, ale dalej nam wszystko zalega. Sinupret możemy połączyć np. z wodą morską – tłumaczy Katarzyna Górecka.

W ostatnich latach rośnie rynek suplementów, udział mają w tym oczywiście reklamy. Czy to coś złego? Czymś nam to grozi? Suplementy oparte na surowcach roślinnych czy mineralnych wchodzą w interakcje z innymi. Ale często jesteśmy przekonani, że jeśli bierzemy preparat ziołowy, to jesteśmy bezpieczni, tu nic zaszkodzić nie może.

– Mogę natychmiast wymienić kilka preparatów ziołowych, którymi skutecznie da się popełnić samobójstwo – mówi prof. Przemysław Kardas. – To nie jest tak, że wszystkie zioła są bezpieczne. Sięgnijmy po klasykę: powszechnie reklamowane środki przeczyszczające. Nadużycie może spowodować bóle brzucha, ale bywają i poważniejsze następstwa. I nie wszystko ze wszystkim można łączyć. Dziurawiec jest skuteczny z racji korzystnego działania w stanach subdepresyjnych, przy obniżonym nastroju, ale jeśli podczas brania preparatu z dziurawcem wyjdziemy na słońce, możemy narazić się na potężne fotouczulenie. A dziurawiec to zioło. I działa.

– No właśnie – dodaje farmaceutka Katarzyna Górecka – zawsze mówię też klientom kupującym preparaty z dziurawcem (który ma działanie nie tylko przeciwdepresyjne i uspokajające, ale – w formie soku – łagodzi zaburzenia trawienia), żeby nie przyjmowali ich w połączeniu z terapią hormonalną, gdyż dziurawiec osłabia jej działanie. Tak jak uprzedzam, że preparatów z miłorzębem (szumy uszne, zawroty głowy, poprawa krążenia mózgowego i obwodowego) nie powinni brać, gdy jednocześnie stosują leki przeciwzakrzepowe, gdyż miłorząb rozrzedza krew.

Kolejnym problemem jest to, że mamy dużo środków o różnych nazwach, a tym samym składzie. Opowiada prof. Kardas: – Odwiedziłem kiedyś aptekę w USA. Na jednej półce było bodaj kilkadziesiąt preparatów tego samego de facto środka – tyle że pod różnymi nazwami i zalecanego na różne problemy. Ten na cieknący katar, ten na swędzenie skóry, ten na alergię – a w środku to samo. I teraz można sobie wyobrazić, że ktoś przyjmuje jednocześnie trzy czy cztery te preparaty. I zwiększa w ten sposób dopuszczalną dawkę trzy czy cztery razy…

Katarzyna Górecka potwierdza: – Często pacjenci po prostu nie zdają sobie sprawy, że kupują ten sam lek – czyli zawierający tę samą substancję czynną – tylko o innej nazwie handlowej. Zawsze dopytujemy wtedy, czy wiedzą, że jest to to samo, np. aspiryna – polopiryna, nurofen – ibuprom, żel Traumon – żel Diffortan, żel Voltaren – żel Diklofenak. A kupują, bo widzieli w reklamie.

Brązowa torba

Ale skąd my to wszystko mamy wiedzieć? W większości nie jesteśmy przecież lekarzami. Jeśli mamy wątpliwości – pytajmy. Farmaceuta jest przecież w aptece nie tylko po to, żeby sprzedać nam lekarstwo. Także po to, żeby doradzić. I ma ogromną wiedzę, warto z niej korzystać.

Czytajmy ulotki dołączone do każdego leku czy preparatu. Tam też znajdziemy informacje. Choćby te, bardzo ważne, na temat substancji czynnej w danym środku. Porównujmy z innymi lekami, które przyjmujemy. Lekarz, choćby z powodu braku czasu, może wszystkiego nie wychwycić, nie o wszystko zapytać, a jeśli pacjent sam nie powie, jakie ma problemy czy wątpliwości, można coś ważnego przeoczyć.

– Jest w angielskiej terminologii określenie „Brown bag review” – mówi prof. Kardas. – Brązowa papierowa torba, taka, w której bohaterowie amerykańskich filmów przynoszą ze sklepu zakupy, choć oczywiście może być dowolna inna – ma służyć do tego, żeby wrzucić do niej przed wizytą u lekarza albo w aptece wszystkie przyjmowane leki. I lekarz, i farmaceuta jednym rzutem oka wychwycą najbardziej niebezpieczne połączenia. A także to, czego tam nie ma, a być powinno. Bo jeśli pacjent ma wysoki cholesterol, a w torbie akurat leku na cholesterol nie ma, to znaczy, że go nie bierze. Bierze za to trzy preparaty przeciwbólowe i przeciwzapalne, bo i na głowę, i na stawy, i na kręgosłup – nieświadomy, że to nie tylko niczego nie daje, ale wręcz obciąża organizm.

Szczera rozmowa zawsze służy, ale pacjent w gabinecie lekarskim często jest zestresowany, boi się zapytać, czasem się wstydzi, że nie zapamięta, jak brać lek, potem głupio mu się przyznać, to przecież ludzkie. – Ale pamiętajmy – tłumaczy prof. Kardas – że emocje są po obu stronach, lekarz ma swoje zadania, ograniczony czas, papierkową robotę, wielu pacjentów. Apeluję: pomagajmy sobie wzajemnie. Jeśli pacjent przemyśli, o co chce zapytać, jakie ma wątpliwości, spisze sobie wszystko, przyniesie leki, jakie bierze – wszystkie, nie tylko zapisane przez tego specjalistę – obie strony skorzystają. Nie ma złych pytań. Jedyne złe to te, które nie zostały zadane. Warto też założyć internetowe konto pacjenta, tam trafiają ważne informacje, na przykład dawkowanie, zawsze w razie wątpliwości można tam zajrzeć. Rola takiego konta na pewno będzie rosła.

I dodaje: – Dobrze, żeby pacjent nie odstawiał samodzielnie leków, ale też żeby nie podejmował działań w drugą stronę – nie włączał nowych leków czy suplementów na własną rękę. Reklamy obiecują cuda, ale my wiemy, że cudów nie ma… A na końcu życie mówi, że substancje, które same z siebie są zdrowe czy smaczne, razem nie będą ani smaczne, ani pożywne. Jeśli śledzia zmieszamy z lodami waniliowymi, to raczej nikt tego nie przełknie. A choćby i przełknął, to mu nie posłuży.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zdrowie

Jak działa efekt placebo?

Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Sfektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. (Fot. iStock)
Czasem wystarczy sama informacja, że dostałeś lekarstwo, by wyzdrowieć. Albo wiara w to, że jesteś zdolny – by odnosić sukcesy. Fundamentem efektu placebo i samospełniającego się proroctwa jest przekonanie, że oczekiwania kształtują rzeczywistość albo innymi słowy: zmieniają rzeczywistość, stwarzają ją na nowo. Sile ludzkiej autosugestii przygląda się Robert Rient.

Bruce Moseley, chirurg wojskowy i specjalista w zakresie ortopedii sportowej w Teksasie, do swojego eksperymentu wybrał grupę byłych żołnierzy, którzy cierpieli z powodu bólów reumatycznych w stawach kolanowych. Przy czym ból musiał być na tyle dotkliwy, by uniemożliwiał im codzienne aktywności. W 1994 roku wszyscy chorzy zostali przewiezieni do szpitala w Houston (Veterans Affairs Medical Center) oraz poinformowani, że czeka ich operacja, a dokładnie artroskopia kolana. Pacjenci zostali poddani narkozie i żaden z nich nie wiedział, że operację przeprowadzono wyłącznie u dwóch weteranów. Trzem pacjentom jedynie wypłukano staw kolanowy, a pięciu wykonano tylko nacięcie na skórze, bez najmniejszej ingerencji chirurgicznej w staw kolanowy, po czym nacięcie zaszyto, by wyglądało dokładnie tak samo jak blizny wszystkich, którzy przeszli artroskopię kolana. Dziesiątka pacjentów została wypisana do domu w tym samym czasie, dostali te same leki przeciwbólowe, zalecenia dotyczące rehabilitacji kolana i kule, którymi mogli się wspierać podczas chodzenia.

Minęło pół roku od zabiegu i wszyscy pacjenci poczuli się lepiej. Bez względu na to, czy przeszli artroskopię kolana, czyszczenie czy wyłącznie przecięto im skórę i ponownie ją zaszyto. I chociaż dla niektórych to dowód na skuteczność rehabilitacji w walce z bólami reumatycznymi – większość nie ma wątpliwości: placebo niekiedy działa tak samo skutecznie jak skalpel i najlepsze leki.

Od pomagania do szkodzenia

Placebo z łacińskiego oznacza „będę się podobał”, natomiast efektem placebo określa się poprawę zdrowia, samopoczucia, stanu pacjenta po podaniu leku, który wcale nim nie był – a konkretniej, był substancją obojętną i nie zawierał składników aktywnych, obecnych w oryginalnym leku. Istotne jest również, że poddany efektowi placebo nie jest tego świadomy i zachowuje przekonanie, że otrzymał właśnie konkretny lek lub przeszedł określony zabieg medyczny. Co ciekawe, placebo może również wywołać efekty uboczne, takie jak zmiany skórne, senność, wymioty, przyspieszone bicie serca, a nawet obrzęki. Takie efekty nazywa się nocebo, co z łacińskiego można przetłumaczyć „będę szkodzić”. Niektórzy pacjenci po przeczytaniu ulotki opisującej efekty uboczne, momentalnie zaczynają odczuwać określony efekt uboczny, nie będąc świadomi, że sami go wywołali. Nocebo może się również pojawić, gdy mamy negatywne podejście do lekarza i nie ufamy mu.

Badania Office of Technology Assessment wykazały, że skuteczność współczesnych leków i przyjmowanych lekarstw została dowiedziona naukowo jedynie w 20 proc. przypadków! Oznacza to, że pozostałe 80 proc., czyli zdecydowana większość tego, co możemy znaleźć na aptecznych półkach, jest na etapie testowania, eksperymentu albo jest preparatem placebo. Przemysł farmaceutyczny jest zainteresowany jak największą liczbą chorych ludzi, którzy kupią jak najwięcej lekarstw. Oczywiście przemysłu farmaceutycznego nie należy mylić z przypadkami lekarek i lekarzy żywo zainteresowanych zdrowiem swoich pacjentów. Jednak ów przemysł działa w myśl zasady: im więcej chorób, im więcej objawów u siebie rozpoznam – tym więcej kupię lekarstw, bez względu na to, czy ich działanie przyniesie jakikolwiek efekt i czy bez nich zdrowienie odbyłoby się w tym samym czasie (i być może bez uszczerbku na zdrowiu spowodowanego przyjęciem leku). Również skuteczność bardzo kosztownej przecież chemioterapii stawiana jest pod znakiem zapytania.

Moc oczekiwań

Z efektem placebo bezpośrednio łączy się psychologiczny mechanizm samospełniającego się proroctwa. Szereg eksperymentów potwierdziło, że nastawienie może mieć kolosalne znaczenie w osiąganiu sukcesów, zdrowieniu, zdobywaniu pracy, a nawet zawieraniu związków miłosnych i przyjacielskich.

Wszystko zaczęło się od eksperymentu przeprowadzonego w latach 60. XX wieku przez psychologa Roberta Rosenthala. Razem z nauczycielką Lenore F. Jacobson przeprowadził on szereg testów na inteligencję wśród uczniów rozpoczynających naukę w szkole podstawowej w West Coast, w San Francisco. Na podstawie wyników uczniowie zostali podzieleni na tych, którzy osiągnęli wysokie wyniki IQ, i tych, których wyniki były niższe. Kluczowy w całym eksperymencie był losowy przydział uczniów do wyników badań. To znaczy, że Rosenthal podzielił uczniów na tych, którzy są zdolniejsi, i na tych, którzy są mniej zdolni z zupełnym pominięciem przeprowadzonych badań, ale nikomu o tym nie powiedział.

Po ośmiu miesiącach powtórzono badania mierzące postępy w nauce i rozwój inteligencji. Co szokujące – u 78 proc. uczniów, których uznano za zdolnych, zaobserwowano wyższe wyniki w porównaniu do stanu początkowego, różnica na skali punktowej wynosiła od 10 do 30. Eksperyment wywołał debatę na temat mechanizmu samospełniającego się proroctwa (nazywanego również „efektem Rosenthala”).

W wyniki testów na inteligencję uwierzyli nauczyciele, którzy z odpowiednim nastawieniem traktowali uczniów. Określonym jako zdolniejsi poświęcali więcej uwagi i czasu, ich błędy były raczej wypadkami, a nie normą jak u uczniów zaklasyfikowanych jako mniej zdolni – niejako skazanych na życiową porażkę, ale również brak atencji u nauczycieli. Pojedyncze osoby być może znalazły w sobie wystarczająco dużo siły i odporności, by udowodnić, że są zdolne i zasługują na takie samo traktowanie. Jednak znaczenie systemu edukacji okazało się miażdżące. Do dnia dzisiejszego, nie tylko w szkolnych murach, obowiązuje podział ludzi na podstawie pierwszego wrażenia, tymczasowych wyników ich pracy, działań czy udzielonych dawno temu odpowiedzi. Przypisanie określonej osobie danych cech wpływa na to, jak będzie traktowana przez innych, ale również jak sama zacznie o sobie myśleć. Człowiek uznany za zdolnego otrzymuje więcej uwagi, możliwości i przestrzeni na pomyłkę. Ten zaszufladkowany jako mniej utalentowany będzie otrzymywał od otoczenia informacje o tym, jak bardzo sobie nie radzi. W relacji miłosnej, przyjacielskiej czy w relacji z przełożonym i podwładnym również mogą pojawić się zachowania będące wynikiem samospełniającego się proroctwa. Jeśli dana osoba traktowana jest od czasów dzieciństwa jako zdolna – najpewniej uwewnętrzni to przekonanie na własny temat i będzie łaskawiej patrzyła na (lub wręcz pomijała) te momenty, w których zawiodła. Gdy to samo przydarzy się osobie z niską wiarą w siebie i niskim poczuciem własnej wartości, które (analogicznie) zazwyczaj jest efektem silnego oddziaływania autorytetów i rodziców w dzieciństwie, uzna to za potwierdzenie usłyszanego setki razy przekonania na własny temat. I chociaż rzeczywistość obu osób może być taka sama, to przeżywana jest całkiem inaczej ze względu na oczekiwania, które bezpośrednio warunkują sposób mówienia, myślenia, a w końcu działania.

Odpowiednia atmosfera

Warto pamiętać, że początki efektu placebo sięgają II wojny światowej i praktyki amerykańskiego anestezjologa i lekarza Henry’ego Beechera. Właśnie miał on rozpocząć zabieg, gdy zauważył, że skończyła się morfina. Nic nie powiedział, bo obawiał się wybuchu paniki, a pacjentowi podał roztwór soli fizjologicznej. Okazało się, że chociaż ta w pełni nie zniwelowała bólu, to zadziałała skutecznie. Po wojnie Beecher został kierownikiem oddziału anestezjologii w Massachusetts General Hospital w Bostonie. Rozpoczął badania i eksperymenty kliniczne, w których pacjenci zamiast prawdziwych leków dostawali tabletki z cukru. Stan zdrowia 1082 chorych poddanych kuracji placebo polepszył się. W 1955 r. Beecher opublikował artykuł pt. „Potęga placebo” i tak rozpoczął się w medycynie i psychologii okres leczenia niczym.

Na efekt placebo wpływa także nastawienie pacjenta do lekarza i terapii. Do dzisiaj wielu lekarzy uważa, że dla procesu zdrowienia nie ma absolutnie znaczenia to, czy wzbudzają oni sympatię, budują z pacjentem podmiotową relację, ale badania temu przeczą. Co ciekawe, skuteczność placebo jest większa, jeśli przepisana tabletka jest duża, czerwona i gorzka, pomaga również nazwa leku w języku łacińskim i szczegółowo opisane efekty uboczne. Pacjenci szybciej ulegają placebo, jeżeli lekarz wcześniej ich wysłuchał i porozmawiał o ich samopoczuciu – zdaje się to być ważniejsze od profesjonalnej diagnozy przy użyciu nowoczesnego sprzętu. Wszystko to służy budowaniu poczucia bezpieczeństwa oraz autorytetu w osobie lekarza.

Badacze do tej pory nie potrafią precyzyjnie określić, dlaczego placebo działa na jednych ludzi a na innych nie, nie potrafią również wyjaśnić, dlaczego skuteczność placebo zdaje się być tak wysoka w leczeniu astmy i depresji. Istotny jest mechanizm samospełniającego się proroctwa, który opowiada o sile nastawienia albo wiary. Należy jednak pamiętać, że ma on swoją czarną stronę – rzucona pod naszym adresem przestroga, złe słowa, niekorzystna wróżba mogą zainfekować nasz sposób myślenia, ale tylko wtedy gdy uwierzymy w czekające nas kłopoty. A te być może nigdy by nie przyszły, gdybyśmy nie zaprosili ich do swojego życia. Skutecznym antidotum zdaje się być zrelaksowanie w tym, co można nazwać rzeczywistością, oraz świadome i selektywne karmienie się zasłyszanymi informacjami po to, by wybrać te, w które chcemy uwierzyć.

Robert Rient dziennikarz, trener interpersonalny. 

  1. Zdrowie

Endometrioza: wędrujące komórki, które zmienią życie kobiet w koszmar

Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. (Fot. iStock)
Endometrioza jest chorobą, która dotyka co 10 kobietę, a wśród pacjentek leczonych z powodu niepłodności diagnozowana jest nawet u 50-60%. (Fot. iStock)
Marzec to miesiąc świadomości endometriozy - choroby, o której wciąż mówi się za mało.  A to piekielna choroba – mówią lekarze. I tajemnicza. Znamy ją od ponad 200 lat, a wciąż nie wiemy o niej wszystkiego. Ale jedno jest pewne: endometrioza potrafi życie kobiety zamienić w koszmar. Dlatego trzeba zacząć ją leczyć jak najwcześniej. 

Początek na ogół jest podobny: ból. Podczas miesiączki. Lekarz mówi: „Dziewczyno, boli, bo musi. Każdą kobietę boli”. Albo: „Taka pani uroda”. Albo: „Urodzi pani dziecko, to przejdzie”. Ale boli dalej. Zaczynają się pielgrzymki do specjalistów. Pacjentka odsyłana jest od ginekologa do gastrologa. Potem do urologa. Na badania – kolonoskopię, testy pod kątem zespołu jelita drażliwego, choroby Crohna – które niczego nie wykazują. I cierpi. Myśli o ciąży – ale jakoś się nie udaje. Czas płynie. A choroba, niezdiagnozowana, rozwija się. Czasem latami.

Ta choroba to endometrioza. Czym ona właściwie jest? Endometrium to błona śluzowa macicy. I tam jest jej miejsce. Jeśli znajduje się tkankę endometrialną poza macicą – mamy do czynienia z chorobą. Tkanka endometrialna może wszcze- pić się w narządy w obrębie miednicy i tam namnażać. Powstają guzy endometrialne jajników. Z nimi lekarze mają do czynienia najczęściej. Ale tkankę endometrium czasem znajdują na przykład w płucach. Dlaczego tak się dzieje? „No właśnie do końca nie wiemy – mówi dr n. med. Mikołaj Karmowski z wrocławskiej kliniki Medicus Clinic. – Jest teoria transplantacji i implantacji – miesiączkowanie wsteczne. U każdej kobiety, która menstruuje, trochę krwi przedostaje się do jamy macicy. I nic się nie dzieje. Jednak u niektórych kobiet drobne fragmenty endometrium ulegają wszczepieniu w innych miejscach i zaczynają tam podlegać cyklom takim jak endometrium w jamie macicy. Namnażają się, powstają guzy endometrialne”.

Ale jak wytłumaczyć obecność tkanki endometrialnej w wątrobie czy mózgu? Kolejna teoria – indukcji – mówi, że komórki w krwi i limfie mogą się przekształcić w komórki endometrialne i krążyć po organizmie, docierając do odległych struktur. Jest i teoria trzecia, metaplazji: że komórki otrzewnej potrafią się przekształcać w komórki endometrium, które podlegają cyklom i namnażają się, tworząc guzy. A wtórnie powstają zrosty, dochodzi do niszczenia organów, do niepłodności. Żadna z teorii nie tłumaczy jednak, dlaczego tak się dzieje. Badacze przez lata doszli do wniosku, że ważny jest czynnik genetyczny. „Operowałem wiele sióstr – mówi dr Karmowski. – Starsza, chora, przyprowadzała młodszą i u niej znajdowałem lokalizację choroby – w stadium mniej zaawanasowanym – w tych samych miejscach”. Kolejny czynnik, jak tłumaczy dr Karmowski, jest immunologiczny. Endometrioza współistnieje z takimi schorzeniami jak na przykład hashimoto. Żadna z tych teorii nie tłumaczy wszystkiego. „Wciąż brakuje ostatniego puzzla – odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się dzieje. Kiedy ten element układanki wskoczy na swoje miejsce, będziemy mogli leczyć skuteczniej”, wyjaśnia specjalista.

Najczęściej kojarzy się endometriozę z guzami jajników. A to tylko jedna z jej form. Inne to endometrioza otrzewnowa, endometrioza głęboko naciekająca i endometrioza śród­mięśniowa w macicy, czyli adenomioza. Jeśli endometrioza nacieka, szerzy się jak nowotwór. Jest łagodna histopatologicznie, ale klinicznie złośliwa – niszczy narządy wewnętrzne przez naciekanie. Pęcherz moczowy, macicę, miednicę, żołądek, wątrobę. Obumierają nerki, jelita. Destrukcja jak przy raku.

Diagnoza to klucz

Niezwykle ważne jest wczesne rozpoznanie. Choroba rozwijająca się po cichu latami powoduje spustoszenie. Czasem zrastanie się wszystkich narządów w jamie brzusznej – mamy obraz frozen pelvis, czyli w potocznym medycznym języku zamurowanej miednicy. „Jakby to najlepiej wytłumaczyć? – zastanawia się dr n. med. Paweł Siekierski ze szpitala Medicover. – Może takie porównanie: nalewam  do pani torebki kleju, czekamy chwilę i proszę, żeby wyjęła z niej pani dowód osobisty. Jakie są szanse, że to się uda? Trzeba by torebkę rozpruć, a i tak wątpliwe, czy udałoby się wyjąć ten dowód w całości. I tak to wygląda u kobiet z zaawansowaną endometriozą. A z taką właśnie mamy najczęściej do czynienia”.

Kluczem jest więc wczesna diagnoza. „A ta, paradoksalnie – twierdzi dr Siekierski – wcale nie jest trudna. Przede wszystkim trzeba ustalić, czy ból miesiączkowy jest bólem pierwotnym, czy wtórnym. Jeśli pierwotnym (tak zwane pierwotne bolesne miesiączkowanie) to faktycznie taka uroda. A jeśli wtórnym – to teraz musimy stwierdzić, z czego on wynika. Przy czym statystyka mówi, że główna przyczyna bólów wtórnych to właśnie endometrioza”.

„Często do rozpoznania – tłumaczy dr Siekierski – wystarczy badanie kliniczne. Dobrze przeprowadzone badanie na fotelu ginekologicznym. I szczegółowy wywiad. Ból może występować nie tylko w czasie menstruacji. Czasem pobolewa przez cały cykl, ból bywa niecharakterystyczny, trudny do nazwania, coś uciska, coś przeszkadza, cały czas czuje się dyskomfort. Może promieniować do krzyża, do kończyny, do boku miednicy. Bywa, że współistnieją z nim inne dolegliwości, jak dysuria, czyli objawy przypominające te przy zakażeniu dróg moczowych. Ból przy oddawaniu moczu, czasem, choć rzadko, krwiomocz. Może być dyschezja, czyli kłopot z oddawaniem stolca. Kolejny objaw to dyspareunia, czyli ból przy stosunku. Kobiety uciekają od seksu”.

Diagnozę dopełnia specjalistyczne USG z kontrastem – pokazuje ono wtedy granice między narządem rodnym, układem pokarmowym a moczowym i ogniska endometriozy głęboko naciekającej.

Leczenie Interdyscyplinarne

Niestety, diagnoza zazwyczaj stawiana jest późno. Dr Karmowski: „Średnio po dziesięciu latach od wystąpienia pierwszych objawów. A czasem jest to 15 czy 20 lat. Proszę więc sobie wyobrazić, co się przez ten czas w organizmie dokonało. Do mnie trafiają pacjentki po kilkunastu operacjach. Otwierany brzuch, pogrzebane, zamykane. Nawet czasem trudno powiedzieć, że to w ogóle były operacje. Bo leczenie operacyjne endometriozy to nie powinno być jedynie usuwanie zrostów – a tak się na ogół dzieje. Trzeba zrobić pełne wycięcie makroskopowe. Laparoskopowo, nie otwierając brzucha. Jeśli pacjentka słyszy: otworzymy brzuch, będziemy lepiej widzieć, powinna natychmiast uciekać gdzie pieprz rośnie. To tak, jakbyśmy chcieli gołym okiem zobaczyć pantofelka. Uda się? Nigdy! Oko lekarza musi być uzbrojone w laparoskop. I to nie byle jaki. Trójwymiarowy, o rozdzielczości 4K. Wtedy uda się zrobić operację na przykład z zaoszczędzeniem nerwów, co pozwoli kobiecie odczuwać satysfakcję seksualną. Ale też prawidłowo oddawać stolec i mocz”.

Dr Karmowski podkreśla, że operacja musi być interdyscyplinarna. „Chirurdzy chcą dobrze, ale nie do końca rozumieją tę chorobę. Ja specjalistów na sali operacyjnej porównuję do orkiestry. Skrzypkiem jest chirurg, wiolonczelistą urolog – ale to ginekolog jest dyrygentem, on prowadzi orkiestrę. Bo operacje endometriozy to największe wyzwanie dla chirurga. Cały czas się doskonalimy, mamy coraz lepszą technologię, lepszy sprzęt operacyjny, ale jeszcze musimy mieć specjalistów, którzy wiedzą, jak tego instrumentarium użyć. A w Polsce nie mamy wielu lekarzy, którzy takie zabiegi potrafią przeprowadzić. Nie potrafią, bo nie mają jak się nauczyć. NFZ za operację endometriozy zwraca 2390 zł. Tymczasem koszt samego sprzętu, którego używam podczas operacji, to 10 tys. zł. A gdzie hospitalizacja, wynagrodzenia?”.

Dr Siekierski uzupełnia: „Robimy operację, bywa, że powikłaną, szpital ponosi straty, zbiera się zarząd, mówi: »Zaraz, nie musicie tego operować, bo to nie jest zabieg ratujący życie«. Rezygnujemy więc z takich operacji i koło się zamyka. Zespoły nie operują, bo nie umieją, a nie umieją, bo nie miały jak się nauczyć, przecież przestrzegano je przed takimi procedurami...”.

Dalsze kroki to dobrana do wieku terapia hormonalna celowana. Do tego warto dołączyć immunologiczną terapię żywieniową, czyli dietę przeciwzapalną. I to leczenie ma sens.

Problem narasta

O endometriozie zaczyna się mówić. Coraz więcej kobiet wychodzi od lekarza z takim rozpoznaniem. Czy częściej chorujemy, czy po prostu lepiej jesteśmy diagnozowane? „30, 40 lat temu na dużym oddziale ginekologicznym w warszawskim szpitalu operowaliśmy kilka przypadków rocznie – i były to głównie guzy na jajnikach. Dziś mam kilka pacjentek tygodniowo – mówi dr Siekierski. – Wydaje mi się, że to częściowo kwestia diagnostyki. Wyczulenia na tę chorobę. Więcej o niej wiemy, lepiej umiemy jej szukać. Inna sprawa, że jest jeszcze czynnik związany ze zmianami socjologicznymi. Kiedyś kobiety rodziły dzieci dużo wcześniej, koło 20. roku życia. To co prawda nie sprawiało, że endometrioza się u nich nie rozwinęła, ale jej przebieg nie był tak ostry. No i miały dzieci. Bo dodatkowym dramatem przy endometriozie jest niepłodność. Dziś o ciąży kobiety zaczynają myśleć po trzydziestce. Jeśli choroba zdążyła się przez ten czas rozwinąć, jest trudno…”.

Statystyki mówią, że choruje przynajmniej 10–15 proc. kobiet w wieku rozrodczym. Czyli w Polsce – ponad milion. Ale dr Karmowski uważa, że te liczby są zaniżone. Jego zdaniem endometrioza dotyka co piątą z nas.

„Profil endometriozy: młoda, szczupła, zgrabna kobieta, ambitna zawodowo i życiowo, o świetnym intelekcie. Faceci oglądają się za nią na ulicy, a ona cierpi – mówi dr Siekierski. – Ale ponieważ jest ambitna, zaciska zęby. OK, boli, ale moje koleżanki też boli, mam dużo do zrobienia, nie wierzę w żadną chorobę, nie mam czasu, idę do przodu”. Jeśli w dodatku słyszy, że konieczna będzie operacja i, być może, czasowo stomia, mówi: „Wykluczone!”. A choroba się rozwija.

Dr Karmowski podkreśla, że specjalista od endometriozy musi też być psychologiem. Trafiają do niego pacjentki wymęczone latami bólu, zabiegami, które niczego nie dały. Straciły partnera, chęć do życia, mają depresję. Trzeba dać im wsparcie. Przekonać, że warto znowu podjąć leczenie. Bo da się zrobić tak, że będzie mogła normalnie żyć. Choć – w każdym razie dziś – choroby do końca wyleczyć się nie da.

Gdzie się leczyć?

Gdy w dowolnym ośrodku NFZ zadamy pytanie, gdzie chora ma szukać pomocy, usłyszymy, że endometriozą zajmuje się każdy ginekolog. Ale to nieprawda. Dr Karmowski i dr Siekierski są zgodni: powinny powstać specjalistyczne ośrodki referencyjne. Dr Siekierski mówi, że dziś z endometriozą jest jak z ortopedią i stomatologią: jeśli chcesz być leczona dobrze i szybko, musisz rozważyć terapię w specjalistycznych ośrodkach prywatnych, często pozbawionych kontraktu z NFZ. Na razie nie ma innego wyjścia.

Jedno jest pewne – jeśli coś cię niepokoi, nie daj się zbyć. Proś o badania. Przy jakichkolwiek podejrzeniach szukaj specjalisty zajmującego się tą chorobą. Bo ważny jest czas. A jeśli od lekarza usłyszysz: „Musi boleć”, wyjdź z jego gabinetu i więcej tam nie wracaj.

 

  1. Zdrowie

Kontrowersyjna ayahuasca

Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Ayahuasca znana jest jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. (Fot. Wikimedia Commons)
Zobacz galerię 5 Zdjęć
Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ten naturalny psychodelik na bazie wyciągu z roślin z Amazonii, zażywany jest przez szamanów w celach religijnych. W naszym kręgu zdobywa popularność jako środek poszerzający świadomość, a nawet leczący depresję i nałogi – co budzi wiele pytań i zastrzeżeń. Oto nasz wielogłos w tej sprawie. Rozmawiały Kamilla Staszak i Joanna Olekszyk.

Ayahuasca - skład i działanie

  • Ayahuasca to mieszanina liści krzewu Psychotria viridis oraz łodyg liany Banisteriopsis caapi. Poprzez gotowanie uzyskuje się z nich halucynogenny napój, stosowany przez szamanów i członków grup religijnych w Peru, Ekwadorze i Kolumbii. Ze względu na zawartość dimetylotryptaminy (substancja, którą naturalnie wytwarza szyszynka) jest zakazany w wielu krajach, także w Polsce, jako środek odurzający o najwyższym stopniu ryzyka uzależnienia. Lekarze ostrzegają, że może mieć silny potencjał aktywujący dla osób predysponowanych do zaburzeń dwubiegunowych, schizofrenii, stresu pourazowego, zaburzeń obsesyjno-kompulsywnych, depresji i zaburzeń przetwarzania sensorycznego.
  • Neurolodzy z Uniwersytetu São Paulo opublikowali wyniki badań, z których wynika, że 2–3 godziny po zażyciu ayahuaski wśród osób cierpiących na umiarkowaną lub ciężką postać depresji można zaobserwować efekty, na jakie trzeba czekać tygodniami po zażyciu standardowych antydepresantów. Brian Anderson, psychiatra z Uniwersytetu Kalifornijskiego, uważa, że pozytywne skutki przeciwdepresyjnego działania ayahuaski mogą utrzymywać się nawet przez wiele tygodni. Obecna w ayahuasce harmalina w małych dawkach uważana jest za antydepresant, ale im więcej jej spożyjemy, tym bardziej psychodeliczne wizje pojawią się w naszej głowie.

Powrót do źródła miłości

Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe) Cattleya Gosia Trojanowska przez długi czas pracowała jako pielęgniarka. Od kilku lat prowadzi ceremonie ayahuaski, więcej informacji o niej na Facebooku w grupie „Czas Na Medycynę – Przebudzenie Duszy”. (Fot. materiały prasowe)

Jak ayahuasca pojawiła się w pani życiu? Gosia Trojanowska: Przypadek. Choć tych podobno nie ma. Ponad 10 lat temu gdzieś w Internecie przeczytałam o leczeniu ayahuaską osób uzależnionych od alkoholu i zaczęłam się tym interesować, ponieważ ten problem występował w mojej rodzinie. Uzależniony był mój ojciec, a także były mąż, a kiedy syn wchodził w dorosłość, przestraszyłam się, że i on może wpaść w alkoholizm. Na pierwszą ceremonię pojechaliśmy razem, choć syn, który miał wówczas 20 lat, początkowo był temu przeciwny, ponieważ ayahuasca kojarzyła mu się z narkotykami. Dziś już wiemy, że pomaga wyjść z nałogu także narkomanom. To, co przeżyliśmy w czasie pierwszej ceremonii, odmieniło nasze życie.

W jaki sposób? Dowiedzieliśmy się dużo o sobie. W Ameryce Południowej ayahuasca jest używana przez szamanów i uzdrowicieli zwanych ayahuasqueros jako sposób na poszerzanie świadomości. Doświadczenie po jej wypiciu trudno opisać, gdyż wszyscy przeżywamy to indywidualnie i za każdym razem jest ono inne. DMT obecne w napoju naturalnie występuje w naszym mózgu jako związek chemiczny produkowany przez szyszynkę podczas snu, sprawia, że po wypiciu naparu zwanego boską medycyną zaczynamy funkcjonować jak w czasie snu, ale jesteśmy przebudzeni i w pełni świadomi tego, co się wokół nas dzieje. Częstotliwość fal mózgowych przechodzi z poziomu beta (aktywny) do poziomu alfa (zrelaksowany) lub theta, gdzie pojawiają się mistyczne doświadczenia duchowe. Przeżywamy proces rozpadu ego i wznoszenia świadomości, co daje możliwość dotarcia do informacji zawartych w podświadomości i świecie duchowym. Pojawiają się różne wizje, nierealne obrazy, czasami piękne, ale także przerażające, fizycznie odczuwamy przepływ energii i wibrację, dochodzą do nas dziwne, jakby kosmiczne dźwięki. Brzmi to bardzo magicznie, ale ayahuaską zainteresowali się już naukowcy i lekarze, którzy udowodnili jej pozytywny wpływ także w leczeniu depresji i stresu pourazowego.

Przeprowadzając takie ceremonie, ma pani styczność z wieloma osobami, czy może to pani potwierdzić? Badania naukowe dotyczące stricte medycznego wpływu ayahuaski na nasze zdrowie są ciągle prowadzone i można powiedzieć, że to dopiero początek odkryć. Z całą pewnością mogę stwierdzić, że ayahuasca zmienia ludziom życie na lepsze. Powszechnym efektem jest głębsze zrozumienie naszej egzystencji na Ziemi i osobowości. Jakbyśmy docierali do niezbadanych poziomów swojej psyche, do nieświadomości. Odsłaniają się przed nami niesamowite pokłady miłości, duchowości i boskości, których w naszym bardzo racjonalnym życiu każdy potrzebuje, aby osiągnąć prawdziwe szczęście. W dotychczasowych badaniach wykazano dobroczynny wpływ ayahuaski na ośrodki w mózgu odpowiedzialne za uczenie się i zapamiętywanie. Potwierdzono zwiększoną aktywność neuronów oraz wymianę informacji między obszarami mózgu, które normalnie nie komunikują się ze sobą. Oznacza to, że umysł nie porusza się już utartymi ścieżkami, ale tworzy nowe połączenia.

W kulturze zachodniej ayahuasca traktowana jest jako niezwykła substancja chemiczna, którą można wykorzystać w medycynie i w leczeniu różnych chorób oraz uzależnień. W kulturze amazońskiej jest duchem wszystkich duchów, który pomaga ludziom w odnalezieniu ich duchowej ścieżki i  pojednaniu ze wszechświatem.

A czym jest dla pani? W czasie swoich ceremonii chcę połączyć oba podejścia i pomagać ludziom. Dać im jak najwięcej miłości, akceptując to, kim są, aby mogli stać się lepsi i szczęśliwsi. Choć na wiele pozytywnych efektów związanych z wypiciem ayahuaski nie ma konkretnych dowodów, gdyż po prostu trudno je zmierzyć, potwierdzają je uczestnicy ceremonii. Przez dłuższy czas odczuwają większy optymizm, czują się spokojniejsi, połączeni ze światem, który je otacza, i ludźmi. Zrozumiawszy swoje błędy lub pomyłki albo samych siebie, zaczynają bardziej się szanować, okazują więcej miłości bliskim, zwierzętom, często zostają wegetarianami, zaczynają troszczyć się o Matkę Ziemię. Odnajdują też sens życia, który wcześniej w rozpędzonym, nierzadko bardzo destrukcyjnym i pełnym złych emocji życiu, gdzieś się im rozmył. Wracają do źródła miłości, które jest cały czas w nas samych.

Czy brak przygotowania terapeutycznego – wcześniej pracowała pani jako pięlegniarka – jednak nie przeszkadza w przeprowadzaniu ludzi przez te obszary? Szamani też nie kończą studiów psychologicznych lub specjalizacji z psychiatrii, a naukowcy tak naprawdę ciągle nie rozumieją, w jaki sposób działa mózg. Ludzie nazywają mnie szamanką, bo jak oni staram się postrzegać świat i ludzi w duchowy sposób. Widzieć życie i miłość, która jest energią tkwiącą we wszystkim: w ciele, w kamieniach, drzewach, zwierzętach, całej naturze, ale także w niebie i kosmosie. Takie postrzeganie przekracza możliwości zrozumienia przez człowieka na obecnym etapie naszego rozwoju, a także opisania w sposób naukowy. Podstawą do prowadzenia przeze mnie ceremonii jest moje ponadczteroletnie już ich doświadczanie, wcześniej przez wiele lat brałam w nich udział jako uczestniczka. Ostatnio byłam też w Peru, aby u źródła dowiedzieć się, w jaki sposób tradycyjnie się je przeprowadza, oraz spotkać z prawdziwymi szamanami.

To przede wszystkim praca z samym sobą. Nikt za nas jej nie wykona. Ayahuasca może jedynie wskazać kierunek. Ze swojej strony staram się stworzyć każdemu uczestnikowi jak największy komfort i poczucie bezpieczeństwa w procesie, który może być naprawdę trudny.

Z jakimi trudnymi przypadkami spotkała się pani? Ayahuasca jest naturalną medycyną i świętym napojem, więc nie powinna być używana dla rozrywki. Kiedyś przyszła do mnie dziewczyna, która myślała, że będzie miała dobrą zabawę, ale wyszły z niej wszystkie demony, które wcześniej próbowała ukryć.

Jako dość trudny, ale jednocześnie bardzo dla mnie satysfakcjonujący przypadek, wspominam ceremonię z udziałem 30-letniego mężczyzny, który poruszał się na wózku inwalidzkim, gdyż jako nastolatek złamał sobie kręgosłup przy skoku na główkę. Był bardzo agresywny i wulgarny, cała frustracja związana z tym traumatycznym przeżyciem wyświetliła się przed nim jak film. W czasie ceremonii współpracuje ze mną kilka osób, których zadaniem jest wspierać uczestników w przechodzonym procesie. Czujnie wspieraliśmy tego mężczyznę, aby mógł przejść swój proces, nie przeszkadzając pozostałym osobom.

Pamiętam też kobietę, która w młodości była zmuszana do stosunków kazirodczych z bratem, i chyba szukała zapomnienia, więc ostatecznie odesłałam ją na terapię do odpowiedniego specjalisty. Zawsze interweniuję, kiedy czuję, że dla kogoś przychodzenie na ceremonie jest próbą ucieczki od problemu, a nie jego rozwiązania.

Modna rozrywka, która może mieć przykre skutki

Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum) Robert Rutkowski, psychoterapeuta, pedagog, trener umiejętności psychologicznych, specjalizuje się w leczeniu uzależnień, depresji oraz zarządzaniu stresem. (Fot. Forum)

Ayahuasca to modny i celebrycki narkotyk. Dzisiaj jest trendy pojechać do Ameryki Południowej i przeżyć seans z użyciem ayahuaski. Pływanie kajakiem na Mazurach jest już nudne, kiedyś może i jechało się pomedytować w Bieszczadach, teraz jedzie się medytować z kamerą do robienia selfie na Malediwy. Tak zwany rozwój jest dziś formą kreacji. Ale to, że ktoś robi sobie selfie podczas medytowania, to jeszcze nic, najgorzej jeśli ktoś eksperymentuje z substancjami, które są właściwe dla określonego kręgu kulturowego. Indianie, którzy od pokoleń korzystają z różnych naturalnych środków psychoaktywnych do kontaktu z Bogiem lub mityczną pamięcią plemienia, są przygotowani na ich działanie i do niego przyzwyczajeni. Natomiast jeśli mieszkaniec Europy chce używać tych substancji głównie do uciech, to taka intencja zostaje bardzo boleśnie ukarana.

Każde pokolenie ma jakąś miejską legendę. Millennialsi mają ayahuaskę, 10 lat wcześniej była ibogaina, a jeszcze wcześniej mieliśmy całą masę innych narkotyków, których nazw już nie chcę tu przytaczać, a które miały nas poprowadzić na skróty do celu. Sam pamiętam, nie jako badacz, ale raczej uczestnik różnych ekscesów, że do końca lat 80. do leczenia schizofrenii stosowano LSD, silny narkotyk halucynogenny. Odstąpiono jednak od tego, bo okazało się, że jeżeli diagnoza była źle przeprowadzona i podawano LSD osobom, które miały epizody psychotyczne, ale nie były zaklasyfikowane jako schizofrenicy, to ten narkotyk wywoływał u nich schizofrenię.

Dzisiejszą modę na ayahuaskę i wiarę w to, że ona coś może poprawić czy wyleczyć, zaliczam do legend typu „ziemia jest płaska” czy „szczepionki trują nasze dzieci”. Robi się duże pieniądze na wmawianiu ludziom, że ayahuasca jest lekiem na wszystkie problemy tego świata. To kompletna bzdura! Na czym opieram tę mocną tezę? Na obserwowaniu twarzy i sposobów artykułowania myśli moich pacjentów, którzy się załapali na różnego rodzaju seanse w krajach Ameryki Południowej. W zeszłym roku miałem trzy takie osoby. Byli to bardzo poważni ludzie, menedżerowie. Nie małolactwo, które trafiło na jakąś grupę w Internecie i postanowiło: „a co tam, spróbuję, będzie fajnie”. Wszyscy pracowali ze mną wcześniej ze swoimi problemami: jedna osoba nad problemem z alkoholem, druga nad życiem osobistym, a trzecia nad podniesieniem sprawności działania. Ich wspólnym mianownikiem było to, że za namową przyjaciół zdecydowali się przeżyć seans z ayahuaską, który miał otworzyć ich umysł na odmienne stany świadomości. Miał być taką właśnie drogą na skróty do otchłani niezgłębionej siły człowieczej, poprzez zażycie jakiegoś psychodelicznego narkotyku. Wszyscy troje trafili do psychiatrów, bo ja nie byłem już w stanie dalej z nimi pracować.

Planeta Ziemia obfituje w całą masę różnego rodzaju substancji psychoaktywnych, które niekoniecznie muszą uzależniać, żeby różnych naiwnych przemielić i wypluć z powrotem, niestety, z poważnymi defektami, głównie psychicznymi.

Psychodeliki są motorem zmian, pytanie: jakich?

Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe) Edi Pyrek, coach biznesu, psycholog, marketingowiec, podróżnik, autor książek. (Fot. materiały prasowe)

Substancje psychodeliczne zawsze były traktowane jako te, które ukazują duszę. Najpierw takie praktyki były czysto szamańskie i związane z duchowością, potem hipisowskie, czyli związane z wolnością (nie tylko seksualną, ale i wolnością w myśleniu), a teraz psychodelikami interesują się naukowcy i chcą je wykorzystywać do badania możliwości ludzkiego mózgu, leczenia uzależnień, depresji czy raka.

Podobno szamani w trakcie ceremonii z użyciem tzw. świętych roślin, w tym ayahuaski, potrafili dokonywać zmian na poziomie DNA. Są koncepcje, które mówią, że gdyby nie rewolucja psychodeliczna lat 70., nie byłoby w ogóle komputerów i Doliny Krzemowej. Steve Jobs przyznał, że zażycie LSD było jednym z najważniejszych doświadczeń w jego życiu, które pozwoliło mu założyć Apple. Stało też za odkryciem komputerowej myszki, która powstała w laboratoriach w Stanford w czasie eksperymentu z halucynogenami. Według najnowszych badań wystarczy jedna dawka LSD, aby doszło do trwających 6 miesięcy zmian w mózgu. Narkotyki i halucynogeny są więc motorem rozwoju sztuki, cywilizacji oraz ludzkiego mózgu. Jakiś czas temu w jednym z artykułów zadałem pytanie, co się stanie, kiedy ta transformująca siła będzie powszechnie dostępna? Które fragmenty naszego mózgu się rozwiną, a które ulegną atrofii?

Prawdopodobnie w ciągu dekady zostaną zalegalizowane narkotyki halucynogenne, co już obowiązuje w Holandii (legalne halucynogenne trufle), Czechach (legalny ayahuascowy kościół Daime) czy USA (legalny Native American Church, gdzie zamiast świętej hostii przyjmuje się w czasie mszy psychoaktywnego peyotla). W 2021 roku dojdzie do legalizacji MDMA, czyli ecstasy, w Stanach Zjednoczonych wchodzi w trzeci etap badań, będzie też uznawane w Europie. Już dziś wykorzystuje się je w terapiach rodzinnych, w leczeniu stresu pourazowego czy alkoholizmu. Z kolei ibogaina jest środkiem wykorzystywanym przy wyciąganiu ludzi z uzależnienia od alkoholu czy heroiny.

Renesans przeżywają dziś nie tylko środki chemiczne, ale  i bardziej naturalne, tradycyjne substancje, jak grzyby halucynogenne, peyotl czy właśnie ayahuasca. Hitem jest tzw. microdosing, czyli używanie w mikrodawkach grzybów halucynogennych czy LSD do zwiększania możliwości ludzkiego umysłu.

Moje zdanie na temat psychodelików, w tym ayahuaski? Oczywiście, że istnieje ryzyko, że zmiany w mózgu pod jej wpływem będą niekorzystne, podobnie jak dzieje się w wypadku zbyt częstego spożywania alkoholu, zbyt częstego grania w gry komputerowe, brania udziału w reality shows czy nadmiaru seksu. Dzięki narkotykom możemy bowiem osiągnąć dwa rodzaje stanów. Pierwszy: odmienne stany świadomości, które osiągamy też wtedy, gdy tracimy nad sobą kontrolę i się wkurzamy albo idziemy w zakupoholizm w centrum handlowym. Drugi to szamański stan świadomości, który jest związany ze świadomym używaniem środków zmieniających świadomość, czyli gdy w pełni kontrolujesz to, co się dzieje.

Powiedzmy, że mam problem do rozwiązania – idę z nim do szamana lub sam potrafię osiągnąć szamański stan świadomości. Wtedy ten środek służy mi do pracy. Jeśli jednak biorę go po to, by się urąbać na imprezie, to jest poważne zagrożenie, że nieźle pomiesza mi się w głowie.

  1. Zdrowie

Aromaterapia - pachnąca kuracja

Olejki niszczą wirusy. Ale aromaterapia ma do zaoferowania o wiele więcej. Tworzy dobry klimat, dzięki czemu jesteśmy i spokojniejsi, i silniejsi. (Fot. iStock)
Olejki niszczą wirusy. Ale aromaterapia ma do zaoferowania o wiele więcej. Tworzy dobry klimat, dzięki czemu jesteśmy i spokojniejsi, i silniejsi. (Fot. iStock)
Lekarstwo nie musi być gorzkie. A leczenie nie musi być przykre. Tym razem proponujemy takie, które działa między innymi dlatego, że jest przyjemne. Tak bardzo, że aż chce się je stosować. I dużo może. Radzi sobie na przykład z wirusami, co dziś szczególnie aktualne. Mowa o aromaterapii.

Francja, rok 1413. Szaleje dżuma, zwana czarną śmiercią. Ale nie wszyscy umierają. Kilku kupców, którzy wcześniej zajmowali się handlem przyprawami i ziołami z Indii – można więc założyć, że mieli pewną wiedzę na temat tych substancji – zmieniło fach na złodziejski. Grabili groby i domy ludzi zmarłych na zarazę i jakoś sami nie chorowali. Rzecz zbadano. Okazało się, że przedsiębiorczy złoczyńcy nacierali sobie dłonie, stopy, skronie specjalną mieszanką olejków eterycznych, przykładali sobie też nasączone nią tkaniny do ust. Mieszanka ta – pod nazwą „olejek złodziejski” albo „olej czterech złodziei” – przetrwała i dziś z powodzeniem jej używamy. W jej skład wchodzą olejki: goździkowy, cynamonowy, eukaliptusowy, cytrynowy i rozmarynowy. Działa na patogeny: wirusy, bakterie, grzyby, co w dobie koronawirusa powinniśmy szczególnie docenić. Choć, rzecz jasna, używanie olejku ani nie zwalnia ze stosowania środków ostrożności, ani nie zagwarantuje, że się nie zakazimy. Jednak zdecydowanie zwiększa nasze szanse na zdrowie.

Ochronią przed wirusem

Czym są olejki eteryczne? To naturalne substancje ekstrahowane lub destylowane z torebek molekularnych roślin. – Rośliny wytwarzają te związki nie po to, by pachnieć – mówi Edyta Tecław, aromaterapeutka, założycielka marki ViaAroma – ale by bronić się przed szkodnikami, owadami, innymi roślinami, które wchodzą na ich terytorium. My te substancje pozyskujemy i korzystamy z ich właściwości. Mamy olejki na ból głowy, na ból gardła, problemy z trawieniem, na stawy, na mięśnie, na sen… Wyliczać można długo. Ale ponieważ ostatnio naszym życiem rządzi pewien wirus, przyjrzyjmy się, jak możemy się przed nim chronić. Niestety, nawet najlepszy jakościowo olejek czterech złodziei nie zastąpi szczepionki. Nie znaczy to jednak, że nie pomoże. Przede wszystkim „oczyści atmosferę”. Jeśli w pomieszczeniu dyfuzujemy olejek antywirusowy, po 15–20 minutach przeciętny pokój (około 20 metrów kwadratowych) nasyca się olejkami tak, że powietrze się oczyszcza. Patogeny są wychwytywane i niszczone. – Olejkami nie zbudujemy odporności – mówi Szymon Kaźmierczak, współtwórca marki Purite, zielarz i fitoterapeuta. – Związki lotne też są metabolizowane, wydalane, nie powodują namnażania się limfocytów, czyli ciał związanych z odpornością. To, co realnie można robić, to utrzymywać poziom substancji lotnych w naszym otoczeniu na takim poziomie, żeby wspierać zwalczanie patogenów. Olejek bezpośrednio ingeruje w strukturę wirusa, rozrywając ją. Czyli olejki przynoszą efekt w trakcie ich stosowania. Jeśli będziemy je dyfuzować tam, gdzie są wirusy i bakterie, zwiększamy szanse, że nie przenikną one do naszego organizmu. – Substancje lotne najszybciej wchłaniają się przez błony śluzowe podczas wdychania – mówi Edyta Tecław. – Trafiają wtedy od razu do krwiobiegu. Sama mam w domu alergików, więc dobrze to wiem – w czasie ataku duszności nie podaje się im syropu czy tabletki, lecz leki wziewne. Bo kiedy chory weźmie głęboki wdech czy nebulizator do nosa, działanie jest natychmiastowe. Syrop czy tabletka przechodzą najpierw przez układ pokarmowy, to trwa. Ponadto wdychając, nie obciążamy układu pokarmowego. Dariusz Cwajda, szef Instytutu Naturalnej Aromaterapii, potwierdza: – W domu najbardziej efektywna jest dyfuzja – cząsteczki substancji z olejków mogą się utrzymywać w powietrzu nawet przez kilka godzin. Działają wyjaławiająco – ale w dobrym znaczeniu, czyli eliminują mikroby. Można też przed koronawirusem – i innymi wirusami, które o tej porze roku atakują nasz układ odpornościowy – zabezpieczać się, korzystając na przykład z oleju czterech złodziei i obowiązkowych ciągle maseczek. Jedna (nie więcej) kropla na maseczkę – i nigdy na część przylegającą do skóry, bo w mieszance jest cynamon, który działa drażniąco – i jeśli ktoś przy nas kaszlnie czy kichnie, jest szansa, że olejek patogeny unieszkodliwi. Warto też wcierać olejek rozcieńczony w dowolnym oleju kosmetycznym, najlepiej w stopy. Są świetnie ukrwione, wszystko, co wetrzemy, po półgodzinie jest już w krwiobiegu. Ważne, żeby przy tym masować dłuższą chwilę, masaż uaktywnia, otwiera naczynia włosowate. To działanie i profilaktyczne, i lecznicze – już przy infekcji. W okresie obniżonej odporności można robić to codziennie wieczorem albo i rano, i wieczorem. Każdy dobry dotyk jest dla człowieka zbawczy – zwłaszcza gdy ktoś bliski poświęci chwilę i rozmasuje nam stopy.

Nie mamy badań potwierdzających działanie olejków na wirus SARS-CoV-2. – Ale wiem co nieco z praktyki – dodaje Edyta Tecław. – Ja sama miałam kilka razy bezpośrednią styczność z chorymi na COVID-19. Mój mąż był chory – a ja się nie zaraziłam. Rodzina żartuje, że to dlatego, że w mojej krwi płyną już głównie olejki eteryczne. W czasie choroby męża dodatkowo używaliśmy więcej olejku złodziejskiego, ja i dzieci. A i męża leczyłam olejkami – lekko przeszedł chorobę. Dlatego warto nasycić dom substancjami lotnymi. Poza dyfuzorem są inne metody. Można delikatnie skropić olejkiem poduszkę czy piżamę. Także sweter, poduszki na kanapie, ręczniki. Dodać kilka kropel olejku do płynu do płukania, blaty w kuchni przecierać ściereczką skropioną olejkiem. Spryskiwać zrobioną przez siebie mieszanką (alkohol, woda, olejek) wierzchnie ubrania. I nie musi to być koniecznie olejek złodziejski. Poza tymi, które wchodzą w skład mieszanki, mamy jeszcze inne o działaniu antywirusowym: drzewo herbaciane, trawę cytrynową, imbir, melisę lekarską, lawendę, ylang-ylang, olejek sosnowy, cedrowy. Warto dopasować zapach do naszych gustów. Najczęściej popełnianym błędem jest stosowanie kominków zapachowych. Podgrzewamy wodę z olejkami świeczką tak, że niemal się gotuje – a olejki nie lubią podgrzewania. Zapach – choć słabszy – będzie nawet wyczuwalny, ale zmienia się budowa strukturalna olejków, a tym samym skuteczność ich działania. – To tak jak z gotowaniem warzyw – mówi Edyta Tecław. – Gotujesz godzinę, smak może jakiś wyczujesz, ale długa obróbka termiczna powoduje dużą utratę witamin, a przecież zależy nam na wartościach odżywczych. Najlepsza w pomieszczeniach jest dyfuzja zimna, czyli zastosowanie urządzenia ultradźwiękowego, które bez podgrzewania rozbija cząsteczki olejku eterycznego na jeszcze mniejsze, takie, które długo unoszą się w powietrzu.

Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock) Zapachy budują dobry nastrój. (Fot. iStock)

Zadbajmy o emocje

Poza eliminacją wirusów warto odporność wspierać innymi sposobami. Przede wszystkim dbać o odpowiednie odżywianie, bo to ono buduje siłę immunologiczną naszego organizmu. Unikać cukru, jeść za to dużo, jak najwięcej (tu przesadzić się nie da) warzyw, kasz, przypraw takich jak imbir czy kurkuma. – Niezwykle ważne jest to, żeby budowanie odporności było wielopoziomowe – uważa Dariusz Cwajda. – Aromaterapia to tylko jeden z elementów. Podstawą zawsze jest dieta, a dalej – styl życia. To, jak wygląda nasz dzień. Co z aktywnością fizyczną, co z ruchem, zwłaszcza ruchem na świeżym powietrzu. Wreszcie – co ze snem. I tu też może wkroczyć aromaterapia. Dysponuje całą gamą olejków, które pomogą nam zasnąć i sprawią, że sen będzie długi i zdrowy – a tylko taki buduje odporność organizmu. Jakie olejki pomogą nam zasnąć? – 99 proc. ludzi powie, że królową olejków nasennych jest lawenda – mówi Dariusz Cwajda. – I to prawda. Ale jednocześnie wiele osób zapachu lawendy nie lubi. Kojarzy im się z babciną szafą albo saszetkami na mole. U nich ten olejek nie będzie mieć mocnego działania terapeutycznego. Ale mogą wypróbować inne. Jeśli ktoś lubi zapachy słodkawe, może być geranium różane (pelargonium), jeśli woli cytrusy – jest mandarynka. Mało kto wie, że mandarynka, która nam kojarzy się z owocem ożywczym, ma cudowne działanie nasenne. We Francji nazywana jest olejkiem dziecięcym – mamy dawały kropelkę na poduszkę czy piżamę dziecka – jeśli jeszcze połączyć to z lawendą, dzieciaki spały po 13 godzin. Dla bardziej zaawansowanych jest cudowna wetiweria, wspaniała też dla skóry. Ma działanie uspokajające, rozluźniające, stosuje się ją u dzieci nadpobudliwych, z zaburzeniami nerwowymi. A kobiety często wybierają ylang-ylang, wystarczy kropla, bo to olejek, który przyćmi wszystkie inne. Stosowany też w perfumiarstwie – jest składnikiem słynnego zapachu Chanel Nº 5. A ma właściwości relaksacyjne, spowalnia puls, akcję serca, przez to uspokaja. O tym, jak ważna jest wewnętrzna równowaga, mówi też Edyta Tecław. – Lęk, napięcie, stres osłabiają organizm. Każdy musi znaleźć własną drogę, by ze stresem walczyć, ale olejki mogą nas wesprzeć. Choćby ten z pomarańczy – naturalny antydepresant. Mnie aromaterapia pomogła parę lat temu, kiedy miałam trudny zdrowotnie czas, przejść przez szpital, operację, stres. A Szymon Kaźmierczak uzupełnia: – Rezultatem stresu jest spadek odporności, walcząc więc ze stresem przez tworzenie przyjemnej atmosfery w domu czy miejscu pracy, w naturalny sposób tę odporność sobie podnosimy. W USA w wielu szpitalach przed operacjami stosuje się olejek lawendowy obniżający napięcie, łagodzący stany lękowe. Wiadomo, że całkiem stresu nie usunie, ale pomaga. Często podczas sesji w gabinetach psychoterapeutycznych korzysta się z aromaterapii. Zapachy budują dobry nastrój. A kiedy nasza psychika ma się dobrze, to i ciało będzie automatycznie w lepszej formie. – Ludzie mówią: olejki niszczą wirusy. Tak, to prawda, ale moim zdaniem aromaterapia ma do zaoferowania znacznie więcej. Dzięki niej jesteśmy i pogodniejsi, i silniejsi – uzupełnia Dariusz Cwajda.

Nie tylko koronawirus

Olejki eteryczne mogą nas wspierać przy rozmaitych dolegliwościach. Czy zawsze pomogą? Na pewno nie zawsze i nie każdemu, ale warto, zanim weźmiemy choćby tabletkę od bólu głowy, wypróbować inne metody. Naturalne. – Po takie środki sięgaliśmy przecież od wieków – mówi Edyta Tecław. – Ja dopiero studiując naturoterapię, przypomniałam sobie, że właściwości roślin wykorzystywała moja babcia. Kiedy bolał mnie brzuch, dostawałam krople miętowe. Kiedy bolało ucho czy gardło, był aloes albo geranium. Oczywiście medycyna się rozwinęła, powstał wielki przemysł farmaceutyczny – i dobrze, bo są choroby, które tego wymagają, ale jest i druga strona medalu – nadużywanie chemii w codziennym życiu. Przyzwyczailiśmy się, że na najmniejszy ból czy problem jest tabletka. Ja tabletek od bólu głowy nie używam w ogóle. Wiem, który olejek pomaga przy problemach z bólem głowy, który przy problemach z gardłem. Zresztą kiedy czytam na ulotkach składy leków, widzę, że często występują tam te same związki chemiczne, które znajdują się naturalnie w roślinach, ale niestety syntetyczne. Co aromaterapeuci polecają na ból? – Niesamowite działanie przeciwbólowe ma olejek z lawendy. Zawsze mam ten olejek w domu – mówi Edyta – Jest też genialny na oparzenia, to jeden z niewielu olejków, który można stosować bez rozcieńczania olejem bazowym. Oparzenia zdarzają mi się niestety często, smaruję olejkiem, co szybko likwiduje ból i przyspiesza regenerację skóry, nie ma też potem problemu przebarwień czy blizn. A Szymon Kaźmierczak dodaje: – Podobno właśnie od lawendy zaczęła się współczesna aromaterapia. Legenda głosi, że francuski chemik René-Maurice Gattefossé poparzył sobie rękę w laboratorium i odruchowo zanurzył ją w olejku lawendowym, który stał obok. Po dwóch czy trzech dniach zauważył, że rana goiła się szybciej i ładnie zabliźniała. Zaczął więc przyglądać się działaniu innych olejków eterycznych. To był właściwie powrót do zapomnianej wiedzy – bo właściwości olejków znali starożytni. I Rzymianie, i wcześniej Egipcjanie. Olejki, których używali między innymi w procesie mumifikacji, niszczyły drobnoustroje, umożliwiały zachowanie ciała. Skutecznie – mumie przetrwały tysiąclecia. Geranium to, jak mówi Edyta Tecław, olejek kobiecy. – Pomaga przy bólach menstruacyjnych, kiedy posmaruje się nim dół brzucha, będzie działać rozkurczowo. Reguluje też gospodarkę hormonalną kobiet. Znakomicie wspiera przejście przez menopauzę, kiedy wiele kobiet zmaga się z uderzeniami gorąca i złym nastrojem. Ale warto samemu wypróbować. – Bo bywa różnie – dodaje. – Mnie na ból głowy pomaga mięta, inni wolą lawendę, jeszcze inni geranium albo kadzidłowiec, który poprawia ukrwienie mózgu. Moją mamę po udarze wspieram kadzidłowcem, który ma właściwości regeneracji połączeń w mózgu. W USA jest on używany pomocniczo przy terapii choroby Azheimera. Mięta pomaga na żołądek, ale wielu osobom przynosi także ulgę przy bólach głowy. Przeciwbólowy jest goździk – właśnie olejku goździkowego używali stomatolodzy, zanim wprowadzono mocniejsze chemiczne środki. Działa też przy bólach reumatoidalnych i bólach stawów. – Moim ulubionym jest olejek z czarnego pieprzu – przynosi też ulgę przy bólach mięśni i stawów. Jest to ulubiony olejek sportowców, którzy przygotowują się do zawodów. Profilaktycznie stosowany, odpowiednio rozgrzewa mięśnie przed wysiłkiem, aby nie dopuszczać do powstawania zakwasów – mówi Edyta. A na przeziębienie, zamiast aspiryny, olejki z brzozy i wierzby, które mają w składzie naturalnie występujące salicylany. Albo… poziomka. – Kwas acetylosalicylowy, czyli aspiryna, nie powinien być podawany dzieciom, bowiem istnieje ryzyko wystąpienia bardzo groźnego dla nich zespołu Reye’a. To rzadka, ale ciężka i potencjalnie śmiertelna choroba prowadząca do niewydolności wątroby oraz obrzęków i uszkodzeń mózgu. Tymczasem napar z liści poziomki przynosi efekty zbliżone do aspiryny, a nie powoduje tak dramatycznych skutków ubocznych.

Są też olejki szczególnie ważne dla kobiet, pomagające regulować układ hormonalny – geranium, szałwia muszkatołowa, paczula. Najlepsze jest wdychanie. Ale olejki możemy też wcierać. Stopy, nadgarstki, skóra za uszami – to miejsca wrażliwe. Trzeba pamiętać, że nie nakładamy ich bezpośrednio na skórę. Najlepiej użyć najpierw oleju bazowego, może to być oliwa. – To nie są żadne cuda – mówi Szymon Kaźmierczak. – Substancje z olejków w 28 sekund dostają się do krwiobiegu, na tej zasadzie działają przecież plastry z morfiną czy hormonalne. Polecam spróbować: jeśli maścią z miętą – taką prawdziwą – wysmarujecie stopy, po jakimś czasie poczujecie w ustach posmak mięty. No i ważna jest dawka. – Kiedyś zrobiłem sobie płyn do płukania ust z oregano – mówi Szymon – czyli wziąłem kilka kropel i… myślałem, że mi wszystko w ustach wypali żywym ogniem. Dlatego trzeba uważać. Olejki są silnie skoncentrowane, wystarczy naprawdę niewiele, żeby działały. Trzeba pamiętać, żeby używać olejków czystych, przebadanych, z dobrych źródeł. Szymon Kaźmierczak radzi: – Wybierajmy produkt, który jest opisany jako „100% olejek eteryczny”, a w składzie ma czyste olejki eteryczne, nie na przykład „kompozycję zapachową” (tu równie dobrze mogą być dodane zapachy syntetyczne). A jeśli używamy dyfuzora, wybierajmy olejki eteryczne lub mieszanki olejków eterycznych bez dodatku oleju (a może on się znaleźć nawet w produkcie opisanym jako „100% naturalny olejek”), bo olej zapcha dyfuzor. Taka mieszanka w oleju może być natomiast stosowana na ciało. Na rynku jest dużo produktów tanich – ale z chemią, sztucznie aromatyzowanych. Nie warto po nie sięgać. Bo kluczem jest jakość. 

  1. Styl Życia

Asystenci zdrowienia - po prostu nowe życie

W procesie zdrowienia ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia. (Fot. Getty Images)
W procesie zdrowienia ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia. (Fot. Getty Images)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Dają nadzieję. Na wyzdrowienie, na powrót do społeczeństwa. Nie są lekarzami ani terapeutami, ale pomagają chorym. Asystenci zdrowienia sami przeszli przez kryzys psychiczny. I wyszli z tego. Dlatego jeśli oni mówią: „uda ci się”, są w tym wiarygodni. A przecież wiara w powodzenie terapii to jeden z podstawowych leków w każdej chorobie.

Pokazują, że możliwe jest pokonanie nawet dużego kryzysu. Że pesymistyczne prognozy, które można wyczytać w książkach, nie muszą być prawdą. – Po latach chorowania, diagnoz, po miesiącach w szpitalu, czasem po próbach samobójczych, jest ciężko. Człowiek rezygnuje z siebie. A ja jestem, przeszłam przez to i żyję. Funkcjonuję, pracuję – mówi jedna z asystentek zdrowienia, Anna Olearczuk.

– Wielu naszych pacjentów poddaje się na starcie, mają poczucie, że ich choroba jest nieuleczalna – i oczekują pomocy typu wyręczanie, od siebie nie wymagają nic – tłumaczy psychiatra, profesor Jacek Wciórka. – W ostrej fazie kryzysu musi być wsparcie zewnętrzne, żeby można było ruszyć do przodu. Ale potem przychodzi czas, kiedy trzeba odzyskiwać teren i ograniczyć straty, które kryzys powodują. Trzeba wytrwałości, pogodzenia się z tym, że czasem to dwa kroki do przodu i krok w tył, powoli się zyskuje tę przestrzeń dla siebie, ale się da. Dlatego tak ważna jest nadzieja i motywacja do wysiłku. To właśnie mogą dać asystenci zdrowienia.

Pracują najczęściej w centrach zdrowia psychicznego, które są zobowiązane zatrudniać osoby z takimi kompetencjami. – To sprawa nowa i jednocześnie nienowa – tłumaczy prof. Wciórka. – Nowa, bo teraz funkcjonują oficjalnie, tworzy się osobny zawód. Ale jednocześnie od dawna coś takiego funkcjonuje w systemie pomagania osobom uzależnionym, instruktorzy terapii odwykowych to trzeźwi alkoholicy, którzy poddali swoje doświadczenie refleksji – i teraz pokazują, że jeśli praca jest wytrwała, może przynosić dobre efekty. Ich największą siłą jest doświadczenie kryzysu. Nie opowiadają o tym, co przeczytali, tylko o tym, co przeżyli. – To pozwala mi wejść w koalicję z pacjentem – mówi asystentka zdrowienia Elżbieta Jełowicka. – Ja nie mam na czole wypisane, że przeszedłem kryzys – mówi Ivan Sitsko pracujący na jednym z oddziałów w Instytucie Psychiatrii i Neurologii w Warszawie. – Mówię o tym, kiedy jest okazja, ktoś mnie zapyta. Wydaje mi się, że na oddziale pacjenci wiedzą, że byłem w ich sytuacji i dzięki temu mogę pewne rzeczy lepiej zrozumieć. Choć nie przeżyłem przecież wszystkich kryzysów świata, mój kryzys był moim kryzysem, miał dla mnie wyjątkową jakość, ale to, że go przeszedłem, nie znaczy jeszcze, że zrozumiem każdego. Z drugiej strony faktycznie osoby z podobnym doświadczeniem łatwiej mi wesprzeć. Mogę powiedzieć: „Słuchaj, miałem tak samo”. Kiedyś pewien pacjent powiedział mi, że nie ufa psychologom ani psychiatrom, co oni mogą wiedzieć na temat tego, co on przeżywa, oni mają wiedzę z książek. No więc ja mam wiedzę z życia.

Praca

Ivan parzy herbatę na oddziale szpitalnym. Ale nie dla siebie. Dla pacjentów. Co czwartek. – Wczoraj było wyjątkowe spotkanie – mówi – bo akurat wypadało chińskie święto środka jesieni, bardzo tam ważne, wyrażające wdzięczność za zbiory. Opowiadałem o tym podczas parzenia herbaty. Można w ciszy napić się herbaty, można też w każdej chwili wyjść, jeśli ktoś nie czuje się z nami komfortowo. A jednocześnie to okazja do bycia z ludźmi. Do spotkania. Ma ono charakter uspokajający, ćwiczy się cierpliwość, każda czynność wymaga czasu, nic się nie da przyspieszyć. To nie jest wrzucenie torebki do wrzątku.

Ivan Sitsko: Cieszę się,że daję chorym na oddziale chwilę oddechu. (Fot. archiwum prywatne) Ivan Sitsko: Cieszę się,że daję chorym na oddziale chwilę oddechu. (Fot. archiwum prywatne)

Oczywiście nie jest tak, że to każdemu odpowiada. Czasem ktoś przyjdzie raz i nie wraca. Ale są i tacy, którzy przychodzą często. Bo pobyty na oddziale bywają długie. A Ivan zawsze się stara prowadzić spotkanie w choć trochę inny sposób. – Wczoraj na przykład przyniosłem herbatę kwitnącą – to takie kuleczki, które podczas parzenia rozwijają się w kwiat. Parzyliśmy ją w szklanym, przezroczystym naczyniu, żeby to obserwować. Zapach, kolor naparu, faktura liści, zapach suszu – to wszystko odgrywa rolę w treningu uważności.

Ania Olearczuk od stycznia 2019 roku pracuje jako asystent zdrowienia na warszawskich Bielanach, w Środowiskowym Centrum Zdrowia Psychicznego. Mówi o sobie: „jestem gadaczem”. Pracuje, rozmawiając. I zdecydowanie nie tylko o chorobie. – Mam na przykład w tej chwili uczestniczkę, która nie potrzebuje akurat mojego doświadczenia choroby. Po prostu sobie gadamy, a kiedy widzę, że się robi zbyt smutno, że ona zaczyna płakać, przestawiam wajchę na pogodniejsze tory, na lżejsze tematy. Tutaj to, co przeżyłam, sprawia, że łatwiej mi się z nią skomunikować.

Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne) Anna Olearczuk: Teram mogę się dzielić tym, co mam. Doświadczenie choroby okazało się czymś cennym. (Fot. archiwum prywatne)

Elżbieta Jełowicka potwierdza: – Dla mnie też najważniejsza jest rozmowa. I spotkania. Towarzyszenie. Pomoc w próbach wychodzenia z konkretnego problemu. Ale to właśnie podczas rozmowy otwierają się ścieżki, nawiązuje się kontakt, buduje zaufanie. Oczywiście teraz wszystko jest trudniejsze. – Mamy nakładkę pandemiczną, to zmienia charakter pracy. Byłam w trybie kwarantanny, więc w odprawach uczestniczyłam na Zoomie – mówi Elżbieta Jełowicka. – Większość kontaktów teraz to jednak kontakty online, ale nie wszyscy to dobrze znoszą. Coraz więcej pacjentów zgłasza potrzebę spotkania i ja się zgadzam, jeśli to tylko możliwe, to zupełnie inna wartość.

Ivan mówi, że na oddziale nikt mu nie powiedział, co konkretnie ma robić. Musiał sposób na siebie wymyślić. – To nie tylko herbata. Prowadzę zajęcia ruchowe, bo kiedyś ćwiczyłem kung-fu, jogę i pilates, teraz uprawiam tai-chi. Kolejna rzecz to bajkoterapia, czytam jedną z bajek chińskich – ona jest pretekstem, żeby porozmawiać potem na jakiś głębszy temat. To też dobre ćwiczenie z koncentracji. Czasem ktoś powie mi, że moje zajęcia były fajne, już samo to, że ludzie na nie wracają, to dla mnie takie dobre, pozytywne światełka. Cieszę się, że ludziom na oddziale daję chwilę oddechu. Zresztą i ja sam wiele od nich dostaję.

Koalicja

To, co niezwykle ważne, to jakość kontaktu między chorym a asystentem zdrowienia. Inna niż na linii pacjent–lekarz. – Teraz, kiedy pracuję w zespole leczenia środowiskowego, gdzie są wszyscy: lekarze, psychologowie, psychoterapeuci, pracownicy socjalni i asystenci zdrowienia, jest wspólna przestrzeń do wymiany opinii na temat poszczególnych pacjentów, szczerze gadamy, mogą się spotkać różne perspektywy – mówi Elżbieta Jełowicka. – Ale ja jestem osobą najbliższą pacjentowi, to oczywiste, siłą rzeczy tworzę z nim koalicję, ale też staram się być pomostem między nim a lekarzem. Trzeba dopuścić taką możliwość – a z tym psychiatrzy mają trudność – że perspektywa lekarza, do tej pory uważana za najważniejszą, może nią nie być. Coraz częściej zdarza się, że dochodzi do panelu na odprawach, to nowość i skutkuje tym, że oferta płynie od całego zespołu, jest bardziej kompleksowa i uwzględnia stanowisko pacjenta.

Elżbieta Jełowicka: Choroba dużo zabiera, ale może teżsłużyć budowaniu nowych zasobów. (Fot. archiwum prywatne) Elżbieta Jełowicka: Choroba dużo zabiera, ale może teżsłużyć budowaniu nowych zasobów. (Fot. archiwum prywatne)

Asystent zdrowienia, który jest w częstym kontakcie z chorym, często jako pierwszy wyłapuje niepokojące sygnały. Co wtedy? Mówi Ela Jełowicka: – Najpierw rozmawiam o tym z osobą, z którą pracuję. To jest też okazja do pogadania o tym, jak ona się odnajduje w leczeniu. Czasem widzę, że nie ma odwagi porozmawiać z lekarzem, że nie mówi mu na przykład o trudnych dla niej do zaakceptowania efektach ubocznych leków, co z kolei przekłada się na to, czy chce się leczyć. Ja to dobrze rozumiem, sama też miałam takie trudności, odwołuję się więc do swoich doświadczeń, dzielę się nimi w sposób naturalny. Myślę, że daję też odwagę do tego, żeby zrewidować relacje z lekarzem. Żeby starać się być szczerym. A nawet, w ostateczności, zdecydować się na odważny krok i zmienić lekarza.

Choroba

Zanim doszli do miejsca, w którym są dziś, przeszli przez kryzys. Ivan Sitsko: – W pracy asystenta zdrowienia fundamentem jest bolesne, druzgoczące czasem, pustoszące doświadczenie choroby. Ale przecież fundament składa się z różnych części. Jestem inżynierem budowlanym i wiem, że każda część jest ważna. Powiedzmy: hydroizolacja to doświadczenie, a zbrojenia i beton, którym to potem zalewamy, to powinna być miłość, wartości podstawowe, coś, co daje nam siłę. A Elżbieta Jełowicka dodaje, że choroba dużo zabiera, ale jednocześnie może służyć budowaniu nowych zasobów. Czasem takich, których nie spodziewaliśmy się znaleźć. I okazuje się, że to, co wyrzuciło nas poza nawias wszystkich naszych ról, może stać się odskocznią do nowego. – Mnie się udało coś takiego zbudować – opowiada. – Moje chorowanie zaczęło się głęboką depresją. Mam diagnozę ChAD (choroby afektywnej dwubiegunowej) z przeważającą ilością epizodów depresyjnych. Depresja skończyła się próbą samobójczą i to uważam za początek mojego zmagania się z kryzysem i zamknięcie tamtej części życia. Konfrontowałam się z sytuacjami, które mnie przerastały, nie korzystałam z możliwości pomocy – i ostatecznie zostałam z tym sama. Wiele lat zmagałam się z chorobą. Byłam trudną pacjentką, bo nie miałam w sobie zgody na farmakoterapię. Dużo było hospitalizacji, winię za to system, tak nie musiało być. W końcu udało mi się znaleźć lekarza, z którym mogłam rozmawiać szczerze, zdecydowałam się na terapię indywidualną i tak się zaczął mój „kurs na słońce”. Opanowałam problemy, poczułam, że wstępują we mnie siły witalne. Moja pani psycholog zasugerowała, żebym zainteresowała się kursem dla asystentów zdrowienia. I to był genialny pomysł. Inaczej postrzegam siebie, swoje chorowanie, relacje z innymi. Udało mi się odbudować to, co straciłam.
Anna Olearczuk diagnozę ChAD dostała w 2008 roku. Choć po raz pierwszy trafiła do szpitala w 2003, diagnoza się zmieniała. – Miałam pracę, którą z jednej strony lubiłam – mówi Anna – z drugiej – wielu rzeczy nie umiałam zaakceptować; często problemy psychiczne to forma niezgody na rzeczywistość. Tak chyba właśnie było ze mną. Miałam dwie próby samobójcze. W 2014 roku zdałam sobie sprawę z tego, że funkcjonuję coraz gorzej. Że albo coś z tym zrobię, albo to się źle skończy. Postanowiłam, że będę starać się o rentę. Wielu nie rozumiało, mówili: „Masz dobrą pracę, nie rezygnuj z tego”. Ale ja zdecydowałam. Szłam na rentę z założeniem, że zmienię coś w życiu. Zaczęłam prowadzić blog o ChAD, zobaczyłam, że jest odzew, że ludzie na to reagują. Poczułam, że chcę pomagać innym. I kiedy pojawiła się idea kursu dla asystentów zdrowienia, poczułam, że to coś dla mnie. Ivan miał dwa kryzysy psychiczne, ten drugi – jak mówi – był trudniejszy. – Z pierwszego udało się wyjść, pięć lat remisji, zapomniałem, że kiedyś chorowałem, i nagle to się powtórzyło. To mnie zdruzgotało. Byłem kompletnie rozbity. Zacząłem pracę z psycholog, która bardzo mi pomogła po pierwszym kryzysie. I podczas jednego ze spotkań w zespole leczenia środowiskowego, kiedy po raz kolejny narzekałem, jaki jestem biedny, psycholog powiedziała: „Zobacz, tu jest ogłoszenie. Są poszukiwane osoby z twoim doświadczeniem. Ono może być nie garbem, ale wartością. Może służyć tobie i innym. Spróbuj”. Pomyślałem: „Właściwie czemu nie”. Na zakończenie kursu każdy był zaproszony na rozmowę podsumowującą. Usłyszałem wtedy – ku swojemu zaskoczeniu – że to, co wnoszę, może być cenne dla innych i że nadaję się do pracy w roli asystenta zdrowienia. Zacząłem chodzić na oddział szpitalny, na którym teraz pracuję jako wolontariusz. Robiłem moje spotkania herbaciane. To był ten sam oddział, na którym leżałem jako pacjent. Kursy dla asystentów organizują na przykład Fundacja „Leonardo” czy Polski Instytut Otwartego Dialogu.

Proces zdrowienia

Czy w ogóle da się zmierzyć, czy i na ile pomoc asystentów jest skuteczna? To trudne, bo zdrowienie to proces rozciągnięty często na lata, składający się z małych elementów. – Pomyślałam o pewnym panu, którego wspieram – mówi Anna Olearczuk. – Non stop lądował w szpitalu przywożony przez policję, trwało to latami. Jakiś czas temu zaczęliśmy pracować nad wczesnym rozpoznawaniem tego, co się z nim dzieje. I niedawno on znów trafił do szpitala. Ale jak trafił! Spakował torbę i pojechał. Bo wiedział, że musi. Ktoś powie: „Wielkie rzeczy, co to takiego?!”. Dla niego wielkie. Zrobił coś, czego wcześniej zrobić nie był w stanie. Drobiazg, a u niego kosmos! W chorobach duszy w ogóle trudniej oceniać skuteczność terapii. – Na pewno wiele razy widzę, że z kimś jest lepiej, niż było na początku naszej współpracy – mówi Ela Jełowicka. – Choć bywają skrajnie trudne momenty, kiedy jestem bezradna, przerażona ogromem problemów mimo podejmowanych różnych prób wsparcia. Warto jednak – mierząc tę skuteczność – powiedzieć jeszcze o tym, że praca asystenta zdrowienia pomaga też… asystentowi zdrowienia.

– Jest wiele osób, które garną się do podjęcia tej roli – mówi prof. Jacek Wciórka. – To zrozumiałe, bo mają wtedy szansę przekuć to ekstremalnie trudne doświadczenie w wartość. I to pełni też funkcję autoterapeutyczną. Praca, taka, za którą dostaje się wynagrodzenie, jest przecież jednym z elementów zdrowienia i dobrego funkcjonowania. – Daje nam bardzo dużo. Nie pamiętam, kiedy wcześniej miałam pracę, do której chce mi się iść. Która mobilizuje pozytywnie, nie przez stres. Teraz mogę się dzielić tym, co mam, doświadczenie choroby i zdrowienia okazało się czymś cennym. Daje mi poczucie, że to, przez co przeszłam, miało sens. I że warto dbać o siebie, żeby to robić dalej. Widzę to także u osób z mojego kursu – to w wielu przypadkach nowe życie, bo stare skończyło się wielkim kryzysem. Tak, tak właśnie o tym myślę: nowe życie.

Obawy

Bo są i obawy. O asystentów. O to, czy kontakt z osobami w ostrym kryzysie nie naruszy ich równowagi, o którą długo przecież każdy z nich walczył. – Tak, to strach realny, ale powiedzmy sobie szczerze: czasem i psychiatrom ta praca szkodzi – mówi prof. Jacek Wciórka. – Oczywiście asystentom zapewnia się pomoc, superwizję, możliwość rozładowania napięć. Obawa jest, ale nie może paraliżować. Praca z osobami w kryzysach psychicznych, zwłaszcza psychotycznych, zawsze wymaga wsparcia i systematycznej refleksji nad emocjami. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że niektórzy asystenci wpadają w kryzys. Ale wtedy się wycofują, poświęcają sobie czas, otrzymują pomoc i często wracają. Polska psychiatria się zmienia. Przestaje być monocentryczna, z wszechmocnym i wszechwiedzącym psychiatrą, pojawiają się ludzie o różnych kompetencjach: psycholodzy, psychoterapeuci, terapeuci zajęciowi, pielęgniarki, pracownicy socjalni i właśnie asystenci zdrowienia. Nie wszyscy psychiatrzy przyjmują te zmiany z entuzjazmem. – Na początku na pewno wielu z nich miało obawy – mówi prof. Wciórka. – Niektórzy nadal są nieufni, niektórzy przeciwni, bo przecież psychiatrzy, jak cała populacja, są zróżnicowani w postawach i poglądach. Jedni uważają, że wystarczy wiedza, którą kiedyś zdobyli – to trudniejsza sprawa. Ale jest wielu takich, którzy są otwarci, chcą próbować. I widzę, że po pewnym czasie wszyscy się przyzwyczajają i dostrzegają w tym wartość. To pewien proces. Anna Olearczuk też ma wrażenie, że obawy się nie potwierdziły. – Coraz więcej o nas słychać, coraz więcej osób się przekonuje. Są oczywiście zespoły, w których asystenci przyjmowani są lepiej, wręcz zabiega się o to, żeby byli, i takie, gdzie nie do końca wiadomo, co z nimi zrobić. Ale nigdy przecież nie jest tak, że wszyscy są zadowoleni. A z czasem asystenci będą coraz lepiej przygotowani do pracy, wypracuje się model szkoleń. I z czasem, miejmy nadzieję, będzie ich więcej. Zarówno w centrach środowiskowych, jak i na oddziałach szpitalnych. – Oni potrafią inaczej rozmawiać z chorymi, mają inne kompetencje językowe, nie operują językiem medycyny, tylko życia – podkreśla prof. Wciórka. A język jest ważny. Dużo zmieniło już choćby samo to, że teraz mówi się o kryzysie psychicznym, nie o chorobie psychicznej. – To istotne, bo chorobę oswoili lekarze, to ich język, ich fach, ale okazuje się, że to, co człowieka dotyka w trudnej sytuacji, ma jeszcze wiele odsłon, masek, do których język medyczny nie daje dostępu. A które czasem mają kluczowe znaczenie dla procesów zdrowienia. Słowo „choroba”, zwłaszcza „choroba psychiczna” czy tym bardziej „umysłowa”, jest stygmatyzujące. Ma niedobry osad. Przejście na „kryzys” usadawia całą sprawę w innej perspektywie. Bo kryzysy mogą być różne, silne, krótkie, gwałtowne – i kryzysy się kończą, można je przezwyciężyć. Elżbieta Jełowicka też widzi zmiany. – Na korzyść. Choć przede wszystkim w dużych miastach, po staremu jest w małych miasteczkach, na wsiach – to smutne, bo jednocześnie tam właśnie jest większa stygmatyzacja ludzi chorych. Nie ma psychoedukacji, a ona powinna się przecież zacząć już w przedszkolu. Trzeba rozmawiać o emocjach, uczyć uważności na nie, zrozumienia. Ja tak postrzegam moją pracę – jak niesienie kaganka oświaty. Jestem cząstką tej zmiany, może małą, ale jednak. Jeśli mogę komuś pomóc, jeśli moje doświadczenie może się przydać, to dla mnie wartość.