Pasja czy przymus, czyli jak nie stać się ofiarą fitterroru?

Presja kładzona na to, aby miesiąc czy dwa po urodzeniu dziecka kobiety miały perfekcyjne ciało, to fitterror. (fot. iStock)

Sport uczy wyznaczać cele i przekraczać swoje możliwości, co jednak, gdy poprzeczka idzie coraz wyżej i szybciej w górę, a my zaczynamy przekraczać granice zdrowego rozsądku? Jak uniknąć uzależnienia od adrenaliny i nie stać się ofiarą fitterroru? – pytamy psycholożki sportu.

Pamiętam, kiedy kupiłam w sklepie biegacza pierwsze profesjonalne buty. Mam je do dzisiaj. Są dla mnie symbolem wolności i dbania o siebie. Nie miałam ani grama cellulitu i wyglądałam super. Trenowałam codziennie. Nie połapałam się, że przesadzam, aż trafiłam do szpitala. Diagnoza: wycieńczenie organizmu, zapalenie płuc. Do pracy wróciłam po miesiącu w maseczce na twarzy, bo system odporności padł”. Czy ta opowieść 34-latki z Warszawy mówi o pasji czy uzależnieniu? A może o fitterrorze, który wmawia nam, że najważniejsza jest wysportowana sylwetka, treningi i przestrzeganie diety? Jak poznać zdrowe granice sportowej pasji?

Wygląd to nie wszystko

Jacques Lacan, XX-wieczny psychoanalityk, pisał, że żyjemy w czasach hedonizmu i ascezy. Nastawieni konsumpcyjnie, mamy jednak wyglądać, jakby brakowało nam na porządny obiad. Chcemy luksusu, a wstajemy o świcie i trenujemy, by zdobywać coraz więcej i więcej. Ambitni, rywalizujący, osiągający swoje cele, szczupli i wygimnastykowani ludzie są nam wskazywani jako ideały do naśladowania. Przypisuje się im wspaniałe cechy charakteru: dynamizm, konsekwencję, skuteczność. W czasach Facebooka i Instagrama nasz wizerunek staje się ważniejszy niż my sami. Co więcej, gdy tylko krótkie, mocne informacje zwracają uwagę innych – sami chcemy się takimi informacjami stać, robić wrażenie. No, a nie będziemy tacy, wrzucając na Instagram zdjęcie z nordic walkingu, tylko z maratonu górskiego!

Katarzyna Selwant, psycholożka olimpijska, trzykrotna mistrzyni Polski w curlingu, wykładowczyni akademicka: – Sportowcy są przygotowani na duży wysiłek, zwycięstwo, ale i na zdarzające się porażki. Amatorzy bardzo dużo czasu i pracy wkładają w treningi, niestety mają często nierealistyczne oczekiwania. Zazwyczaj na początku brak im profesjonalnej wiedzy i kompetencji, aby właściwie ustawić sobie cele. Dla mnie przekroczeniem granicy jest sytuacja, kiedy amator, czyli ktoś, kto powinien uprawiać sport rekreacyjnie, chce, żeby jego wydolność i wyniki stale i szybko rosły, bez względu na wiek, możliwości zdrowotne i punkt startowy.

Dlaczego to, co można by nazwać ambicją, jest złe? Z kilku powodów. Po pierwsze, zawodowi sportowcy mają w swoim teamie m.in. trenerów, lekarzy, fizjoterapeutów, zbilansowane diety. Amatorzy najczęściej nie mają takiego zaplecza. Nie są w stanie zaplanować treningów tak, aby unieść ciężar przygotowań. Sport może więc doprowadzić ich do wycieńczenia fizycznego i psychicznego. A to otwiera drzwi różnym chorobom i ujawnia wiele trudności zdrowotnych, o których wcześniej nie wiedzieli. Po drugie, nie są zazwyczaj także emocjonalnie przygotowani na to, by przegrywać, a to może prowadzić do obniżenia nastroju. Szczególnie jeśli brak im dystansu i luzu w podejściu do sportu.

Trener nas uratuje?

Może wystarczy zatrudnić trenera lub dietetyka? Korzystanie z ich usług stało się modne dzięki propagatorkom fitnesowej kultury Ewie Chodakowskiej czy Annie Lewandowskiej, a także celebrytkom, którym zajęcia ze specjalistkami przywróciły formę. – Trener osobisty to za mało, aby uniknąć uzależnienia od fitterroru – mówi Joanna Basiaga-Pasternak, psycholog sportu z Zakładu Psychologii AWF w Krakowie. – Bywa nawet, że to pseudotrenerzy uzależniają. Moja studentka analizowała, jak młode kobiety ulegają trendom internetowym. Nie wiedzą, kim oni są, czy mają przygotowanie zawodowe, ale im zawierzają. I to nie tylko jeśli chodzi o ustalenie treningów. Traktują ich jak psychologów, piszą o swoich problemach i stosują się do zaleceń, także dotyczących życia osobistego. „Ćwicz codziennie dwa razy, bądź samodzielna, rozstań się z mężem” – to jedna z takich porad.

Kiedy pojawia się trener, czasem też pojawia się niebezpieczne słowo „perfekcjonizm”. Poradniki i płyty do ćwiczeń w domu domagają się od nas, abyśmy byli doskonali. A to niebezpieczne. – Perfekcyjnie można coś wykonać, wtedy zdobywa się złoty medal – mówi Joanna Basiaga-Pasternak. – Ale to nie znaczy, że jego zdobywca jest doskonały. Zabieganie o to, żeby zawsze i wszędzie być takim, grozi nerwicą i niczemu dobremu nie służy. Presja kładziona na to, aby miesiąc czy dwa po urodzeniu dziecka kobiety miały perfekcyjne ciało, to fitterror. Wymaga się od nas, abyśmy sprostały ideałom urody, niezależnie od upływu czasu czy stanu zdrowia.

– Fitterror to dla mnie także wybieranie rodzaju sportu pod wpływem mody – dodaje Kaatrzyna Selwant. – Na przykład bieganie nie jest dla każdego, ale większość osób na to nie patrzy. W głębi duszy wiemy, jaką aktywność fizyczną lubimy: w grupie, indywidualnie, na świeżym powietrzu, pod dachem, bardziej woda czy bardziej piasek… Wybierając wbrew sobie, bojkotujemy wszystko dobre, co dałaby nam aktywność fizyczna, która odpowiadałaby i ciału, i mentalności. To prawdziwa radość sprawia, że sport służy zdrowiu. Nie poczujemy jej ani sensu tego, co robimy, ćwicząc wbrew sobie. Nawet jeśli to supermodna dyscyplina sportu.

To prawdziwa radość sprawia, że sport służy zdrowiu. Nie poczujemy jej ani sensu tego, co robimy, ćwicząc wbrew sobie (fot. iStock)

Magiczne słowo „muszę”

„Mój mąż biega w maratonach, a ja jeżdżę za nim autem, przerażona, że padnie gdzieś na serce. Ostatnio biegł chyba rekord swojego życia, bo 16 godzin! To chore! Ale on nie chce słuchać, mówi, że praca go nudzi, nie jest dla niego wyzwaniem. Jeśli więc chcę, żeby był szczęśliwy, mam mu dać spokój! Ma 42 lata, dwoje dzieci, ale liczy się tylko sport. Biegał w liceum i na studiach, ale przestał, bo praca i dzieci. Teraz nie zamierza rezygnować ze swojej pasji”.

– Uzależnienie? – zastanawia się Katarzyna Selwant nad tą opowieścią. – Często spotykam się u sportowców amatorów z ogromną potrzebą odczuwania adrenaliny sportowej. Nie jest to jednak stan tożsamy z uzależnieniem. Olimpijczykom adrenalina sportowa daje energię i wzmacnia chęć pozytywnej rywalizacji, ale nie kieruje ich życiem w sposób bezwzględny. Jeśli któregoś dnia zawodowy sportowiec czuje się źle, po prostu zgłasza to trenerowi i nie idzie na trening. Następnego dnia za to ćwiczy ze wzmożoną siłą i radością. Wyobrażam sobie, że uzależnieni amatorzy nigdy nie odpuszczają. Nawet, gdy są chorzy, gdy ich bliscy o to proszą z ważnych powodów – oni muszą iść na trening. Muszą też w takim razie żyć w ogólnym napięciu, które się przekłada na pracę i życie rodzinne. Pewnie często są poirytowani, i pragną tylko jednego: jak najczęściej i najmocniej ćwiczyć. Amatorzy zgłaszający się do psychologów sportu najczęściej potrzebują pracy nad pewnością siebie, gdyż jej brak bywa rekompensowany m.in. własnie poprzez niemożność odpuszczenia treningów.

– „Muszę” to magiczne słowo, które świadczy o utracie kontroli nad sobą, a to właśnie jest tożsame z uzależnieniem – stwierdza Joanna Basiaga-Pasternak. – Przepada ci trening i pojawia się tzw. zespół odstawienia: rozdrażnienie i huśtawka emocji. Wtedy sport nie buduje, a dewastuje.

– Uzależnienie możemy rozpoznać m.in. po objawach somatycznych, jak: trudności z zasypianiem, a nawet brak snu, bóle mięśni i głowy. Uzależnieni przed startem w zawodach odczuwają ogromny stres fizyczny: wymiotują, mdleją, ale mogą to być objawy innych trudności, np. mentalnych – tłumaczy Katarzyna Selwant.

– Znam coraz więcej amatorów, którzy stawiają sobie cele jak profesjonaliści, ale w moim odczuciu nie są uzależnieni. Dla sportu są gotowi zrobić wiele, ale dlatego, że jest ich pasją. Często to ludzie, którzy kiedyś mieli ambicje sportowe, ale potem je porzucili, bo zajęła ich rodzina, praca. Gdy osiągają stabilizację zawodową, mają odchowane dzieci i trochę więcej czasu dla siebie – zaczyna im doskwierać brak silnych przeżyć, ekscytacji i możliwości sprawdzenia się, takiej właśnie młodzieńczej sportowej adrenaliny.

Jak powinno być?

– Nigdy nie przesadzam, zawsze słucham swojego ciała. Jeśli jestem bardzo zmęczona, odpuszczam treningi. Nie trenuję także codziennie, chociażbym chciała. Ćwiczę dla siebie – przede wszystkim rozciąganie, ogólne wzmacnianie i mięśnie dna miednicy – w moim odczuciu bardzo ważne dla kobiet. Kocham curling i aquaaerobic, który daje mi najwięcej przyjemności. Moja rada to pokochać swoje ciało i pracować nad pewnością siebie – mówi Katarzyna Selwant. – Łatwiej wtedy wyznaczać cele zgodne z naszymi możliwościami i upodobaniami. Spójrzmy na dzieci – one trenują z pasji, dla przyjemności, żeby spędzić czas z kolegami. Oczywiście do momentu, aż rodzice zaczną mieć ambicje sportowe i lokować je w swoim dziecku, a wtedy zaczynają wywierać presję na to, jak, gdzie i kiedy dziecko ma trenować.

Joanna Basiaga-Pasternak dzieli sportowców na cztery grupy: – Pierwsi to zawodowcy. Doskonalą się pod okiem profesjonalnej kadry. Drudzy ćwiczą dla przyjemności. Ich postawa dla amatora jest najkorzystniejsza, byle nie wytworzyli sobie presji wyników. Kolejna grupa to osoby, które nie lubią sportu, ale środowisko oczekuje od nich aktywności fizycznej. Ta postawa jest pozbawiona sensu, bo nie daje relaksu. No i ostatnia grupa – ci, którzy ćwiczą, bo muszą, bo są uzależnieni.

A ty dlaczego biegasz, trenujesz? Lubisz? To twoja pasja? A może…

 

Joanna Basiaga-Pasternak – psycholog sportu z Zakładu Psychologii AWF w Krakowie

Katarzyna Selwant – psycholożka olimpijska, trzykrotna mistrzyni Polski w curlingu, wykładowczyni akademicka