fbpx

Dieta jest jak Rosja

Całe życie panicznie bałem się awokado. Odkąd mój ojciec, 20 lat temu, wyszedł ze szpitala po przebytym zawale mięśnia sercowego z listą produktów, których nie może jeść ze względu na dużą szkodliwość dla tego organu, awokado stało się symbolem czyhającego w jedzeniu potwora dybiącego na nasze zdrowie i życie. Ten dziwny owoc, z gigantyczną, twardą, zdolną udławić słonia pestką, dzierżył na tej liście niechlubną palmę pierwszeństwa. Po pierwsze: nie jeść awokado!

Od tamtego momentu to tu, to tam docierały do mnie informacje na temat szkodliwości niektórych składników zawartych w naszym jedzeniu. Kiedy więc dotarłem do symbolicznej 33. rocznicy moich urodzin, postanowiłem w trosce o lepszą starość zbadać to zagadnienie nieco bliżej. Początkowo traktowałem to z przymrużeniem oka, bo kiedy na przykład usłyszałem, że żółte warzywa są niezwykle wskazane ze względu na coś tam, to bardzo ucieszyłem się, że wreszcie będę mógł jeść frytki. Jednak każda kolejna wiadomość o tym, czego nie wolno, sprawiała, że mina mi rzedła. A więc oczywiście nic smażonego. Ograniczyć pieczywo białe, a najlepiej w ogóle węglowodany. To już jest szok dla większości młodych mężczyzn wychowanych na maminych kotletach. Ale najgorsze miało dopiero nadejść. Odstawić wszelkie napoje gazowane i słodkie. No cóż… W życiu bywa ciężko. Odstawię colę i pójdę prosto do nieba! Gdzie tam! Natychmiast okazało się, że wszystkie napoje na „wó”, na „whi”, na „wi”, a nawet, a raczej zwłaszcza na „pi”, to zjazd na samo dno dietetycznego piekła. Można powiedzieć, że dieta jest jak Rosja. Cały czas próbuje nam przykręcić kurek…

Po awokado, frytkach, polędwicach, colach i procentach przyszła pora na rzeczy doprawdy zdumiewające. Żółty ser! Mój kochany, niewinny, najzwyczajniejszy na świecie żółty serek! Ze zdumieniem dowiedziałem się, że w niektórych żółtych serach nie ma w ogóle żółtego sera! Sam tłuszcz jeno! Mleko? Owszem, ale żeby nie było na butelce żadnego UHT, które to UHT przecież miało mieć zbawienne skutki dla zdrowotności! Jogurt? Zgroza! Gorsze niż wszystkie E-327 razem wzięte! Dietetyczne, kruche pieczywo? Pójście do szpitala i poproszenie o wszczepienie dowolnego nowotworu to mniejsze ryzyko zachorowania na raka!

To wszystko jednak pikuś. Uwrażliwiony na tematykę zdrowego żywienia, przeskakując przez telewizyjne kanały, w naturalny sposób zatrzymałem się na programie zatytułowanym „Jedzenie może zabić” nadanym w porze niezwykle nocnej. Zaczęło się to wszystko od zupełnie absurdalnego przeszczepu wątroby po zjedzeniu banalnego sromotnika, który wyglądał jak zwykła pieczarka. Potem wspomniano o jadzie kiełbasianym, ale to też fraszka, no bo przecież jeść żurek z kiełbasą to naiwność równa połknięciu termometru rtęciowego w całości! Zrobiło się ciekawiej, kiedy okazało się, że można się zatruć tymże jadem zawartym jednakowoż w… tuńczyku! Potem na serio się przestraszyłem, gdyż okazało się, że gdybym tak niechcący zjadł sobie – ot tak – wóz z kapustą (takie sformułowanie zostało użyte), to po prostu śmierć na miejscu! Kiedy jednak zaczęto opisywać przypadki utraty głosu po zjedzeniu kiwi i melona, utraty przytomności po jajku (który to zresztą produkt 20 lat temu zajmował drugie miejsce po awokado pod względem szkodliwej zawartości cholesterolu, ale dziś został zrehabilitowany), a w końcu śmierci w wyniku spożycia grejpfruta, który spowodował wzmożone działanie jakiegoś leku, postanowiłem oddać się w ręce fachowców.

 – Całe życie panicznie bałem się awokado – zacząłem nieśmiało pierwsze spotkanie z najbardziej fachowym dietetykiem. Ku swojemu bezgranicznemu zdumieniu usłyszałem w odpowiedzi: – A niesłusznie, panie Maćku. Awokado to obecnie najbardziej wskazany ze względów zdrowotnych owoc znany współczesnej medycynie!

No dobrze… to ja sobie teraz pójdę do sklepu, kupię rzeczy, których dawno nie kupowałem, zapalę sobie papieroska i zastanowię się, co dalej…