fbpx

W osobistym teatrze

Kilka dni temu przyjaciółka napisała mi w liście (papierowym liście!), że zaczyna wierzyć w przykrą, ale praktyczną prawdę, że być znaczy udawać. Opowiadała o kolejnych przebraniach wymaganych w miejscach pracy, w pubach, kinach czy nawet na obiedzie u mamy. W każdym miejscu musi być inną kobietą. Aby móc schować się przed światem, odgrywa role.

Niby to nic nowego, po prostu takie czasy. Jednak w momencie, gdy wachlarz ról rozszerza się tak bardzo, że przykrywa cieniem oswojone rysy i linie papilarne duszy, można nie zauważyć słońca, a w lustrze dostrzec nieznaną i nieprzewidywalną osobę.

Trudno jest przetrwać, będąc sobą. Kiedy z każdej strony gryzą nas po kostkach oczekiwania, które potrafią zmienić się kilkakrotnie w ciągu doby, nie pozostaje nic innego niż z wyćwiczonymi sprytem i gracją jednocześnie wyskakiwać z jednego kostiumu i wciskać się w kolejny.

Gdy czytam list od przyjaciółki, przypomina mi się słynny obraz Jamesa Ensora „Autoportret wśród masek”. Odkryta twarz artysty otoczona jest przez martwe oblicza, miażdżące sztucznością, która straszy oglądającego nieświeżymi, opowiedzianymi krzykliwymi barwami twarzami. Chociaż każda jest inna – ludzka, trupia, uśmiechnięta lub przestraszona – tworzą nieznośną masę. Od sztuczności i ról nie sposób uciec, jedynym ratunkiem jest chyba przygotowanie własnego zestawu póz i zasłon. Gdyby nagle Ensor naciągnął kwiecisty kapelusz na oczy, umalował usta i wykrzywił je w martwym uśmiechu, mógłby zanurkować w tłumie i być może wypłynąć w bezpiecznym miejscu, poza ramami autoportretu. Siła sztucznych kreacji, mód i wzorów chyba nikogo już nie dziwi. Konieczność przetrwania, jak pisze Ewa, za często wymaga rezygnacji z tego, co uważamy za ważne, zachęca do przekraczania osobistych granic, udomowionych prawd, miłych przyzwyczajeń i zmusza do życia w rytm zasady, że być znaczy udawać.
 
Tak urządzona jest rzeczywistość. Nazbyt często bywa za głośno, za kolorowo, za szybko. Dopieszczane z każdej strony zmysły nie sprzyjają koncentracji. Ale na wszystko można znaleźć sposób. Można wyczołgać się poza ramy obrazu albo po prostu pójść do lasu, nakarmić kaczki i zająć się narcyzami w ogródku. Warto obserwować własne dzieci. Gdy przyglądam się Małgosi, dostrzegam, z jaką naturalnością akceptuje siebie. Wiem, że kolejne miesiące nauczą i ją dobierania masek.

Patrząc na nią, rozumiem, że nie uniknie się okazjonalnego wciskania niekoniecznie wygodnych kostiumów, ale jestem pewna, że zawsze będą miejsca, gdzie uda się pielęgnować siebie. Zresztą odgrywanie ról nie zawsze musi być pełne udręczenia i goryczy. Czasem to sposób na oczyszczenie, innym razem na dobrą zabawę. Dzięki maskom można oswoić strach i podać do ucałowania dłoń ustom, które żyją o kilka światów wyżej (niestety). Przecież tak beztrosko i bez pruderii karnawał wieków średnich kpił sobie z wszelkich struktur i obostrzeń!

A dzisiaj co krok powstają knajpy w stylu od japońskiego, przez irlandzki, na socrealistycznym skończywszy. Przeróżne firmy coraz częściej organizują swoim pracownikom potańcówki w rytm muzyki z kolejnych dziesięcioleci XX wieku, mieszczuchom agroturystyczne uciechy, a menedżerom zza biurek polowania w staropolskich barwach. I nie ma w tym nic złego. Za dużo szarości i powtarzalności obrzydzi nawet najlepszą pracę. Trzeba czasami baletowym krokiem wejść do jarmarcznego światka, który dzięki ogólnej zgodzie na chwilowe udawanie szarość biura ozdobi kolorową makatą.

Osobiste teatry pomagają, chronią, szczelne kostiumy na pewno utrudniają dostęp rozczarowaniom i goryczy. Dodają także odwagi. Jednak napisałam Ewie, że ostatnio najbardziej lubię uciekać do siebie. Myślę, że majowy moment okwiecania ulic, obłaskawiania soczystą zielonością jest idealny na powroty w głąb duszy, czyli do miejsca, gdzie jest jedyny, niezmienny i bezpieczny dom. Można porozumieć się z korą brzozy i poczytać poezję. Każdy kolejny przeczytany wiersz zostawia ślad, jakąś wskazówkę, każdy wers otwiera nowe drzwi, sugeruje coś innego, zdejmuje kolejne warstwy ról, rozpina kostiumy. Są różne drogi powrotu do domu, ważne, aby znaleźć tę, która pozwoli szczerze śmiać się przez serce. I przez łzy.