1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło poleca
  4. >
  5. Martyna Wojciechowska: Wierzę, że odwaga to kwestia decyzji

Martyna Wojciechowska: Wierzę, że odwaga to kwestia decyzji

Martyna Wojciechowska w sesji dla
Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam – mówi i nie boi się zapeszyć. Minęło ponad 20 lat, od kiedy po raz pierwszy pojawiła się na okładce "Zwierciadła".  Wiele się od tamtego czasu zmieniło. Jak wiele?

Czerwiec 1997 roku. Pozujesz w letniej sukience, z liśćmi fantazyjnie wpiętymi we włosy. Dziewczyna malująca usta we wstecznym lusterku miejskiego skutera. Pamiętasz, jak powstawała ta okładka „Zwierciadła”?
Pierwszych okładek się nie zapomina. Chwilę wcześniej wystąpiłam w piśmie „Filipinka” jako dziewczyna, która kocha motocykle, tu akurat jestem na skuterze.

Co to za moment w twoim życiu?
Jeszcze studiowałam, w dużej firmie pracowałam jako marketing manager, jak to się wtedy szumnie nazywało, i zajmowałam się właśnie promocją jednośladów. Miałam też za sobą epizod pracy jako modelka. Z jednej strony to ważne doświadczenie, buduje świadomość ciała, nie mówiąc o tym, że poznałam wtedy mnóstwo osób, które tworzyły podwaliny dzisiejszej branży medialnej. Makijażyści, którzy nas wtedy malowali, fryzjerzy, którzy uczyli się fachu na naszych włosach, to teraz gwiazdy. Przy tamtych niewielkich możliwościach finansowych i głodni wielkiego świata robiliśmy przeróżne eksperymenty. Część z nich wydaje mi się dziś trochę zabawna, a trochę żenująca, ale fajnie, że razem dorastaliśmy, wymyślaliśmy, jak to ma docelowo wyglądać. Z drugiej strony – to czas, który mocno podkopywał moje poczucie własnej wartości. Wciąż słyszałam, że powinnam być jakaś.

Czyli jaka?
Inna niż byłam. Że powinnam schudnąć, zoperować nos, mieć długie włosy, krótkie. Długo tego nie wytrzymałam. W „Zwierciadle” wystąpiłam jako modelka, ale ponieważ odpowiadałam za promocję tych skuterów, można powiedzieć, że była to trochę sesja służbowa. Nie chodziło o mnie, nie ja byłam tematem tej okładki, nie ma na niej mojego nazwiska, ale ja ją organizowałam. Pamiętam, że to właśnie wtedy pomyślałam, że następnym razem, kiedy pojawię się na okładce jakiegokolwiek magazynu, to nie z powodu tego, jak wyglądam, ale kim jestem i co mam do powiedzenia. Dosłownie chwilę potem zaczęłam współtworzyć program o motocyklach dla łódzkiej telewizji kablowej ATV, a niecały rok później pracowałam już w telewizji TVN i prowadziłam program motoryzacyjny „Automaniak”. W tamtych czasach to było coś – kobieta opowiada o samochodach, ściga się motocyklami, przygotowuje materiały z rajdów i Formuły 1. Obyczajowy przełom.

Miałaś jasno wyznaczony cel?
Chciałam zajmować się motoryzacją, bo to była moja pasja od dziecka. Ale przede wszystkim chciałam być szanowana za to, że znam się na tym, co robię. I miałam nadzieję, że wreszcie nie będę się musiała tłumaczyć z tego, że jestem dziewczyną. Ciekawostką przyrodniczą, która nie przystaje do tego męskiego świata.

Tamta młoda, ambitna dziewczyna była sympatyczna?
Zależy dla kogo [śmiech]. To był czas buntu i naporu. Czasem nawet arogancji, która – jak wierzyłam – była potrzebna, żebym mogła cokolwiek osiągnąć w męskim świecie. Szarpałam się. W sumie burzliwy, trudny i męczący dla mnie okres. Choć ważny, bo nie byłabym dzisiaj tym, kim jestem, gdyby nie tamta buntowniczka z wyboru. Świętując 44. urodziny, myślałam sobie: „Jakie to wspaniałe, że to 44., a nie 24. czy nawet 34. urodziny!”. Bo poziom świadomości, spokoju, pewności siebie płynącej z doświadczenia daje jednak niesamowite poczucie komfortu.

Zrobiłaś sobie jakiś wyjątkowy prezent?
Zostałam skoczkiem spadochronowym. Wcześniej skakałam w tandemie, ale kiedy myślałam o samodzielnym skoku, czułam ścisk w żołądku. Jednocześnie wiedziałam, że chcę skakać ze spadochronem – właśnie dlatego, że tak bardzo się boję. Tylko że za każdym razem, kiedy próbowałam to zrobić, coś stawało mi na przeszkodzie. Kulminacyjny moment nastąpił latem 2016 roku – byłam zapisana na kurs, ale w wypadku złamałam obojczyk i konieczne były dwie skomplikowane operacje. Straciłam władzę w lewej ręce, wciąż czułam ból, nie wiedziałam nawet, czy odzyskam pełną sprawność. Pomyślałam, że to już na pewno koniec marzeń o lataniu. I tak mnie to irytowało, że zrobiłam wszystko, żeby jednak latać. Wiesz, jak to jest, jeśli naprawdę chcesz coś zrobić…

No właśnie chyba nie do końca wiem. Jak to możliwe, że jeśli coś wykracza poza twoją strefę komfortu, to ty właśnie wtedy najmocniej ciśniesz?
Po prostu wierzę, że odwaga to kwestia decyzji. Im bardziej się czegoś boję, tym uważniej się temu przyglądam. Nie chcę mieć poczucia, że to moje lęki decydują za mnie.

Więc chodzi o poczucie kontroli.
Z tą kontrolą to nie szalejmy. Nie wymyśliłabym sobie tego, co przyniosło mi życie. I absolutnie nie mogę powiedzieć, że mam pełną kontrolę nad moim życiem. Nikt z nas nie ma. Ale chciałabym wpływać na to, na co mogę, tam, gdzie mogę. To kwestia szlifowania charakteru, sprawdzania się w różnych wymagających sytuacjach, kiedy możesz świadomie przesunąć granice swoich możliwości. Stoisz w otwartych drzwiach samolotu i masz poczucie, że skok w chmury to coś wbrew instynktowi samozachowawczemu, prawda? A jednak wiesz, że tyle osób skakało przed tobą i że to sport mniej urazowy niż jazda konno czy ostre narciarstwo. Zdecydowana większość wypadków spowodowanych jest błędem ludzkim, a nie awarią sprzętu. Brawura, nieuwaga, rutyna, gubią nas różne rzeczy. A tu masz procedury, ćwiczenia na sucho. Więc jak już jesteś w samolocie, bierzesz trzy głębokie wdechy i skaczesz.

A potem?
Potem jest wspaniale.

Na jak długo starcza tej euforii? To uzależniające?
Oczywiście. Przeżywam etapy fascynacji różnymi dziedzinami. Najbardziej stała jestem w miłości do gór, bo to coś wyjątkowego – wspinam się nie po adrenalinę, ale po spokój. A skoki spadochronowe to czysta dziecięca radość. Przez prawie minutę lecisz swobodnie z wysokości czterech kilometrów. A potem otwierasz czaszę spadochronu i obserwujesz świat z lotu ptaka. Ostatnim razem, kiedy skakałam, był zachód słońca. Mówiłam sama do siebie: „Martyna, sama popatrz, jakie cudowne jest życie!”.

Ile znasz kobiet, które skaczą ze spadochronem?
No właśnie to moje marzenie o lataniu to też opowieść o kobietach w świecie pozornie męskiej przygody. Siedem lat temu podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata” poznałam Heather Swan, która stała się dla mnie inspiracją. Kobieta, która całkowicie przewartościowała swoje życie w wieku blisko 40 lat. Miała wtedy kilka kilogramów nadwagi, dwoje dzieci z różnych związków i pracę w korporacji, której nie lubiła. Zaczęła zmiany w życiu od truchtania dookoła ogródka, bo nigdy wcześniej nie uprawiała sportu. Dziś jako skoczek spadochronowy ma na koncie wiele rekordów, ostatnio przesłała mi zdjęcia swoich lotów nad Antarktydą! Kiedy siedem lat temu poznałam Heather, miała prawie 50 lat, a jak poszłyśmy razem na trening, to zostałam daleko w tyle. Dziesięć kilometrów biegu, sto pompek, podciągnięcia na drążku… Pełen szacunek. Teraz, kiedy zaczęłam latać w tunelu aerodynamicznym, poznałam świetną trenerkę Kasię Bereskę. Potem trafiłam na Martę Molińską, instruktorkę, która prowadziła mój kurs spadochronowy. Mój spadochron składa – bo ja jeszcze nie mogę tego robić sama – także kobieta, Gośka Marciniak. I ja za każdym razem z pełnym zaufaniem powierzam jej życie. Gdzie się obejrzę – wszędzie kobiety wysokich lotów.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Pracujesz w mediach od ponad 20 lat. To wystarczająco dużo, żeby traktować show-biznes jak coś oswojonego, przyjaznego?
Wierzę, że mam za sobą jednak te 22 lata ciężkiej pracy i to jest coś, co trudno stracić z dnia na dzień. Ale też zdaję sobie sprawę z zagrożeń. Show-biznes to żywioł. Jestem świeżo po kilku historiach, którymi może nadmiernie się nie ekscytuję, ale też nie powiem, że są mi zupełnie obojętne. Media ostatnio bardzo zaczęły się interesować moim życiem, a dotąd udawało mi się rozgraniczać sferę prywatną i zawodową. Po raz pierwszy poszłam na przyjęcie z moim partnerem. Oboje poruszamy się w tej samej sferze zawodowej, on dostał zaproszenie na to samo wydarzenie, więc naprawdę dziwne byłoby, gdybyśmy poszli osobno. Stanęliśmy na tzw. ściance, próbowałam wcześniej tłumaczyć, że będzie dużo fleszy, dziennikarzy, zamieszania i tak też się stało. Ale Przemek, jednak zaskoczony tym tłumem naprzeciwko nas, powiedział pod nosem coś, czego zdecydowanie nie mogę tu przytoczyć, ale znaczyło coś w stylu: „Skąd tu tyle tych fotoreporterów?” [śmiech]. Nachyliłam się do niego i powiedziałam na ucho: „Słuchaj, ludzie potrafią czytać z ruchu warg”, i zaczęłam się śmiać. To był ułamek sekundy. Następnego dnia przeczytałam, że zamiast stanąć jak człowiek, to wieszałam się na nim „rozpalona do czerwoności”. Że Martyna Wojciechowska sprzeniewierzyła się wszystkim wyznawanym do tej pory wartościom.

Czytasz coś takiego i…
…w jakimś sensie, przewrotnie, wzbudza mój podziw to, że dziennikarze ze sfery internetowej potrafią wyczarować takie historie. Jestem w stanie też przyjąć na klatę komentarze, że dla lansu adoptowałam chorą na albinizm dziewczynkę z Tanzanii. Uważam je za krzywdzące, ale tłumaczę sobie, że świadczą one o tych, którzy je piszą. Mnie coś takiego w ogóle by nie przyszło do głowy – z góry zakładam, że ludzie mają dobre intencje. Kabula wychowała się w Tanzanii, gdzie osobom z albinizmem odrąbuje się części ciała, żeby wyprodukować z nich magiczne amulety. Dziś jako moja adoptowana córka jest bezpieczna i uczy się w prywatnej szkole, żeby zostać prawniczką i pomagać innym pokrzywdzonym ludziom. Do tego potrzeba zaangażowania wielu osób dobrej woli, Stowarzyszenia Misji Afrykańskich, Fundacji „Między Niebem a Ziemią”, pieniędzy, czasu. Nie mam siły tłumaczyć, że to wieloletni projekt wymagający ogromnej pracy, więc trudno mówić o „lansie”. Bo wiem, że cokolwiek powiem, to tylko woda na ten młyn. Najlepiej po prostu robić swoje. Wierzę, że dobre rzeczy, sumiennie wykonywane, bronią się same.

Także Kabulę poznałaś podczas realizacji programu „Kobieta na krańcu świata”. Tworzysz go od dekady, z tej okazji powstał nie tylko nowy sezon, ale i odcinki specjalne. Jak to się stało, że zamiast motoryzacją zajęłaś się kobietami poznanymi w podróży?
Jako dziennikarka jeździłam komentować zawody Formuły 1, rajdowe mistrzostwa świata, rajdy Szwecji, Cypru, Argentyny. Czułam się spełniona, ale zaczęło do mnie docierać, że wszystko, co najciekawsze, dzieje się wokół, a nie na samych zawodach. Po Rajdzie Dakar w 2002 roku, w którym wystartowałam też jako zawodniczka, byłam już pewna, że bardziej fascynujące są kulisy tej morderczej imprezy, walka o przetrwanie, ludzie spotkani w drodze i przyroda naokoło niż sama sportowa rywalizacja. I o tym chciałam robić reportaże. Najpierw powstał pomysł na program „Misja Martyna”. A potem… Potem dużo się w moim życiu wydarzyło. Dużo ważnych, trudnych momentów. Przede wszystkim wypadek i śmierć mojego przyjaciela i operatora kamery Rafała. Szukałam sensu w tym, że przeżyłam ten wypadek, że ocalałam. Postanowiłam przeżyć dwa życia, dać z siebie więcej. Nie chciałam już robić programów o swoich podróżach, tylko o niezwykłych ludzkich historiach, które zainspirują innych. W 2008 roku zostałam mamą i to był punkt przełomowy. Od dziesięciu lat przemierzam świat, realizując filmy o kobietach z krańców  świata i o tym, czego możemy się od nich nauczyć. To dokładnie tyle, ile ma moja córka.

Nie czułaś presji? Że powinnaś coś wybrać, z czegoś zrezygnować. Mówię o odwiecznym dylemacie: na ile matka dla dobra dziecka musi zrezygnować z siebie.
Każdego dnia próbuję sobie odpowiedzieć na pytanie, czy moje wybory są słuszne. I czy z perspektywy czasu będę to widziała tak samo. Ja akurat postanowiłam być mamą i realizować pasje, choć daleka jestem od tego, żeby twierdzić, że to jedyny słuszny wybór. To też trochę rozmowa o feminizmie, choć unikam tego słowa. Uważam, że ciąży na nim jakieś piętno wypaczenia, podczas kiedy nieuznawanie feminizmu jest po prostu seksizmem. Na potrzeby tej rozmowy załóżmy, że równouprawnienie ludzi powinno być rzeczą oczywistą. No więc nie każda nowoczesna kobieta, która żyje w XXI wieku i ma możliwość wyboru, musi godzić pracę, macierzyństwo, wyglądać super i dawać radę na każdym polu. Feminizm to dla mnie wolność wyboru, nawet jeśli oznacza to zostanie w domu z dzieckiem i rezygnację z dotychczasowych pasji. Ważne, czy wybierasz tę drogę dlatego, że tego właśnie chcesz, czy dlatego, że takie są oczekiwania otoczenia wobec ciebie. I tutaj znowu wrócę do Heather Swan, bo zawdzięczam jej dużo więcej niż to, że skaczę ze spadochronem. Heather dużą część życia poświęciła wyłącznie wychowywaniu dzieci. Po czym zaczęła robić różne bardzo niemądre, obiektywnie rzecz biorąc, rzeczy – bo to, na co się porywa, to momentami rzeczywiście czyste szaleństwo. Robi to, bo – jak powiedziała – poczuła, że stać ją na więcej niż wożenie dzieci do szkoły i ze szkoły oraz gotowanie im obiadów. Że to jest, oczywiście, ważne, ale znacznie ważniejsze, co może im dać, to inspiracja. Kiedy ją poznałam, byłam świeżo upieczoną mamą, która próbowała stworzyć własny model macierzyństwa. W ogóle zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi, bijąc się wciąż z wyobrażeniami, jak moje macierzyństwo powinno wyglądać i czego świat ode mnie oczekuje. Zdecydowałam, że chcę spróbować znaleźć balans między pracą, pasją a wychowywaniem dziecka. Że to jest moja droga. Nie wiem, czy dobra, czy zła, ale moja. Jednak nie wyobrażam sobie, żeby się co jakiś czas nie zatrzymywać i nie robić podsumowań. To takie moje punkty kontrolne. Jak na razie widzę, że z kilku rzeczy bardzo ważnych zrezygnowałam, kilka rzeczy mogłam sobie darować, kilka zrobić inaczej, ale ogólnie bilans wychodzi na plus.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

Jaki model macierzyństwa wyniosłaś z domu?
Zupełnie inny. Nasz dom pachniał obiadem, mama zawsze była na miejscu. Z wyboru. Każdy ma jakąś misję życiową, moja mama miała i ma taką: nakarmić cały świat, przytulić wszystkich do piersi, wziąć pod swoje skrzydła. Miałam cioteczne rodzeństwo – siostrę i brata, ich rodzice umarli, a moja mama przejęła znaczną część opieki nad nimi. Były okresy, że mieszkali u nas, były też takie, że żyliśmy na dwa domy. W ogóle nie pamiętam z dzieciństwa takiego czasu, żeby ktoś u nas nie pomieszkiwał, żeby rodzice komuś nie pomagali. Mama jest pod tym względem niemożliwa. Żyje bardziej dla innych, mniej dla siebie.

Byłaś późnym dzieckiem?
Mamy nie, ale taty – późnym. Kiedy miałam siedem lat i szłam do podstawówki, tata miał 47 lat. Rodzice koleżanek byli jeszcze przed trzydziestką.

Gdzie mieszkaliście?
Na robotniczej Woli. Wtedy to bardziej były przedmieścia Warszawy. Przy trasie wylotowej na Poznań.

Podwórko z trzepakiem czy z porządnymi drabinkami?
Był trzepak, ale trenowałam wyczynowo sport i nie miałam czasu wisieć na trzepaku, bo spędzałam czas na sali gimnastycznej. A kiedy byłam młodsza, czas spędzałam głównie z dorosłymi. Lubiłam malować, rysować, lepić, kleić. Takie dziecko raczej introwertyczne, refleksyjne, niezbyt odważne. Bardziej obserwujące niż uczestniczące.

Jakim cudem z tego introwertycznego dziecka stałaś się nieustraszoną dziewczynką, która w wieku dziesięciu lat oznajmiła, że będzie ścigać się na motocyklach, i dopięła swego?
Duża w tym zasługa mojej mamy. Pewnie miałam potencjał, skoro go we mnie dostrzegła, ale też ona sama ma jakąś niezwykłą umiejętność, która jest teraz dla mnie, kiedy wychowuję Marysię, niedoścignionym wzorem. Mama z jednej strony inicjowała różne rzeczy, a jednocześnie wspierała mnie w najbardziej szalonych pomysłach. Nigdy nie spotkałam się z sytuacją, nawet zupełnie błahą, kiedy podcięłaby mi skrzydła. Wyobraź sobie, że dziesięciolatka przychodzi do domu i mówi: „Mamo, będę wyścigowym kierowcą motocyklowym”. I co robi wielu rodziców? Zaczyna, nawet w dobrej wierze, przekładać te słowa na racjonalne przesłanki. Żyjemy w Polsce, w komunie, nie ma pieniędzy, sprzętu, sponsorów. „Dziecko, co ty mówisz, gdzie ty się będziesz ścigać, co ci chodzi po głowie?”. Ja tego nie usłyszałam. Zamiast tego mama wykrzyknęła: „Świetnie!”. Albo kiedy przyszłam do domu i powiedziałam, że będę gitarzystką. Zamknęłam się w pokoju i ćwiczyłam tak długo, aż wystąpiłam na festiwalu piosenki młodzieżowej Młyn z moim zespołem i zajęliśmy pierwsze miejsce. Wyrastałam w przekonaniu, że chcieć to móc. Rodzice pozwalali mi popełniać błędy. Na drodze tych doświadczeń nabrałam dużej pewności siebie i odwagi. Odwaga to ważna rzecz. Nie rozumiem, dlaczego na święta Bożego Narodzenia Mikołaj pyta dzieci, czy były grzeczne. Ja zawsze pytam Marysię, czy w tym minionym roku była odważna. Wielki wpływ miał na mnie też mój tata. Nadodpowiedzialny, nadpracowity, widzący w tamtych siermiężnych czasach możliwości tam, gdzie nikt ich nie widział. Miał warsztat samochodowy w podwórku, obok naszego domu. I fascynujących klientów. Wanda Rutkiewicz, profesor Bardini, Violetta Villas, filmowcy, ambasadorzy. Nie chodziłam do przedszkola, więc pewnego dnia dostaliśmy pismo, że obejmuje mnie już „obowiązek szkolny”. To był dramat, bo warsztat samochodowy taty był dla mnie rajem. Wszyscy byli przyzwyczajeni, że gdzieś tam się plączę.

W podstawówce rozbijałaś się motorynką po okolicy.
Mama podjęła wywrotową jak na tamte czasy decyzję, że będę uczęszczać na prywatne lekcje angielskiego. Nie docierałam na nie, bo wymyśliłam sobie, że pieniądze będę odkładać właśnie na motorynkę. A jak już ją zdobyłam, to wciąż znikałam. Jeździłam jak szalona po wojskowych fortach, które były w okolicy, i w pocie czoła uczyłam się kolejnych ewolucji, na przykład palenia gumy i jazdy na jednym kole.

Nikt nie wyrzucał ci, że to za bardzo chłopackie?
Rodzice nigdy. Ale w kółko to słyszałam, chłopaki bez przerwy mnie podpuszczali. A ja się dawałam podpuszczać. Testy na odwagę – rozbijałam tę swoją motorynkę albo kolana. A im bardziej mi coś nie wychodziło, tym bardziej się zacinałam, że chcę być lepsza od nich.

Jak przetrwałaś okres dojrzewania?
Piersi rosły zdecydowanie za wolno jak na mój ówczesny ogląd sprawy [śmiech]. Przez jakiś czas byłam wypłoszem, tu miałam za dużo, tam za mało. Miałam też ogromne problemy z cerą, co bardzo mnie krępowało. Byłam między czasem beztroskiego chłopackiego dzieciństwa a okresem, kiedy konstytuowałam się jako kobieta, co też owocowało dość kuriozalnymi eksperymentami. Epatowaniem kobiecością. Podkreślanie jej rozumiałam w zupełnie inny niż dzisiaj sposób. Nazwijmy rzeczy po imieniu: bardzo dosłownie. Kiedy patrzę na zdjęcia z tamtego okresu, widzę, że wszystkiego jest tam za dużo. Albo za mało. Za mocny make-up, za głębokie dekolty, za krótkie spódniczki.

Martyna Wojciechowska w sesji dla 'Zwierciadła', fot. Marta Wojtal / #projektmiłość Martyna Wojciechowska w sesji dla "Zwierciadła", fot. Marta Wojtal / #projektmiłość

W wywiadach nieraz przyznawałaś, że kobiety cię irytowały, że lepiej dogadywałaś się z facetami.
Denerwowało mnie plotkowanie, mówienie o niczym, rozkładanie błahych spraw na elementy pierwsze. Dla mnie liczył się konkret, żeby popchnąć sprawy do przodu. Dopiero później zrozumiałam, że nie chodzi o to, żeby przyjąć męski sposób widzenia i model działania, tylko wypracować własny. Zaczęłam inaczej postrzegać ten kobiecy zestaw cech, zrozumiałam, że on wcale nie oznacza rozkładania błahych spraw na elementy pierwsze, tylko większą uczuciowość i empatię. Że pozorne niezdecydowanie to po prostu większa refleksyjność. Ta kobieca energia, siostrzana miłość, którą teraz czuję z fajnymi, mądrymi kobietami, które mnie otaczają, napędzają mnie do działania.

Dużo czasu zajęła ci ta wolta w myśleniu?
Wiele się zmieniło, kiedy zostałam mamą. Czysta fizjologia. Nabrzmiałe piersi, płaczące dziecko, zmęczenie, bezsilność, ale też ogromne poczucie wspólnoty z innymi kobietami.

Co daje ci poczucie bezpieczeństwa?
Wewnętrzne przekonanie, że potrafię nawet w trudnych warunkach przetrwać. I zadbać o najbliższych. Czuję, że można mi zabrać wszystko, a ja i tak przetrwam. Wiem to.

A umiesz określić, skąd bierze się u ciebie nieustanna potrzeba adrenaliny?
Jest udowodnione, pisaliśmy o tym w „National Geographic”, kiedy jeszcze pełniłam tam funkcję redaktor naczelnej, że jest coś takiego jak D4DR – gen sprawiający, że ludzie, którzy go mają, znacznie chętniej podejmują ryzyko. Ten gen sprawia też, że masz większą niż inni potrzebę przemieszczania się. Mniej więcej się zgadza.

Spakowałabyś życie w walizkę?
Pewnie chciałabym odpowiedzieć twierdząco i dodać filozoficznie, że jestem wiecznym wędrowcem. Ale jednak nie. Obrosłam rzeczami, które lubię, szczególnie książkami, jestem dość sentymentalna, przechowuję notatki, pamiątki, wycinki. Zbieram stroje z krańców świata z myślą o stworzeniu kolekcji muzealnej. Są posegregowane, przełożone pergaminem, opisane. Bhutan, Indie, Samoa, Papua. Byłabym w stanie porzucić wszystko tylko wtedy, gdybym naprawdę musiała. Lubię surowe warunki życia, takie jak moja drewniana chata w górach i piec kaflowy zamiast centralnego ogrzewania – serwuję je sobie regularnie, ale dobrze mi też, kiedy wracam do naszego mieszkania na warszawskim Żoliborzu.

W trudnych sytuacjach od razu idziesz na czołowe zderzenie?
W tych najtrudniejszych potrafię zachować totalny spokój. To trochę cecha wrodzona, nie mam skłonności do panikowania. Ale też nauczyłam się tego w domu. Mama nigdy by nie powiedziała: „To straszne! Co my teraz zrobimy?!”. W naturalny sposób nie jestem szczególnie ekspresyjna, jeśli chodzi o strach i złe emocje. Łatwo przychodzą mi wybuchy radości, zapalam się do czegoś, ale negatywne emocje potrafię trzymać na wodzy. Czy to coś złego i będę miała z tego powodu wrzody żołądka? Po prostu wierzę, że mówiąc coś na głos, nadajemy temu energię. Dlatego tak bardzo zwracam na to uwagę: „Nie mówcie, że mamy problem. Nie, nie mamy problemu, mamy wyzwania. Nie mów, że ci się udało. Mów, że to zrobiłaś”. Poza tym bardzo ufam intuicji. Zawsze zrobię coś bardziej z serca niż z racjonalnej analizy.

W relacjach sprawdza się to tak samo dobrze jak podczas zdobywania szczytu?
Generalnie ufam ludziom, jestem otwarta. I jak każdy mam różne doświadczenia w życiu zawodowym i prywatnym. Także takie, że ktoś mnie zawiódł, zdradził. Ale też nigdzie nie jest powiedziane, że ludzie mają być z nami na zawsze. Nie żałuję żadnej relacji, choć być może nie każda mnie szczególnie wzbogaciła. Na różnych etapach życia potrzebujemy różnych rzeczy. Jestem przekonana, że teraz żyję w odpowiednim miejscu, czasie, otoczona właściwymi ludźmi. Ale jeśli spotkamy się za pięć lat i ten zestaw ludzi wokół mnie będzie nieco inny, to nie znaczy, że teraz jest zły. Po prostu przyjmuję, że sytuacja może się zmienić, że świat się zmienia i my też się zmieniamy.

Potrafisz o tym myśleć bez smutku?
Straciłam bardzo bliskie osoby w dosłownym znaczeniu tego słowa. Umarły, zginęły w tragicznych okolicznościach. Pewnie, że w takich momentach zastanawiasz się, dlaczego świat się nadal kręci, jak to możliwe. Ale też wiem, że potem nastaje codzienność, budujesz inne relacje. Utrata, ta dosłowna i ta bardziej w przenośni, kiedy nasze drogi się rozchodzą, już mnie tak bardzo nie przeraża.

Jesteś szczęśliwa?
Jestem najszczęśliwsza, odkąd pamiętam.

To czego ci można życzyć?
Nie zabrzmi to spektakularnie, ale zdrowia. Resztę sobie jakoś ogarnę.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Styl Życia

Odważne, inspirujące, niezależne. 7 portretów niezwykłych kobiet

Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet. (Fot. materiały prasowe National Geographic)
Zobacz galerię 9 Zdjęć
Od medycyny, przez biologię morską i ekologię, po lotnictwo czy technologie wykorzystywane w kosmosie – każda z tych i wielu innych dziedzin rozwija się z udziałem niezwykłych kobiet. Prezentujemy portrety 7. niezwykłych kobiet, które nie tylko kształtują historie i społeczeństwo, ale i inspirują kolejne pokolenia.

Na co dzień tych nazwisk nie odnajdujemy na pierwszych stronach gazet, ale ich historie i osiągnięcia stanowią niezbity dowód na to, że kobiety mają w sobie niezwykłą siłę i moc zmieniania sposobu, w jaki postrzegamy świat. Amelia Earhart, pierwsza na świecie pilotka, która samotnie przeleciała nad Oceanem Atlantyckim, badaczka Ella Al-Shamahi zmieniająca oblicze współczesnej paleontologii czy też dr Amani Ballour, która ratuje przed śmiercią ofiary wojny domowej w podziemnym szpitalu w Syrii. W naszej galerii prezentujemy sylwetki 7. wybitnych kobiet, które zrobiły wiele dobrego dla nas i świata.

Z okazji 8 marca, czyli Dnia Kobiet, National Geographic postanowiło przybliżyć portrety fascynujących kobiet, dla których granice istnieją tylko po to, by je przekraczać. W ramach cyklu „Inspirujące kobiety” (od 6 marca w każdą sobotę od godz. 17.00) National Geographic przypomina produkcje dokumentalne przybliżające sylwetki działaczek i kobiecych postaci, stanowiących inspirację dla pokoleń.

Co więcej, dwie z dokumentalnych produkcji, poświęconych przełomowym sylwetkom kobiet, zostaną udostępnione bezpłatnie na kanale You Tube. Dokument „W poszukiwaniu Amelii”, opowiadający o zagadce zaginięcia pierwszej kobiety, która w 1932 roku przeleciała samotnie nad Oceanem Atlantyckim, oraz film „Diana: żywa legenda”,  dokonujący wnikliwego spojrzenia na życie rodzinne jednej z najpopularniejszych osób w brytyjskiej rodzinie królewskiej. Obie produkcje będą dostępne na kanale YT National Geographic Polska od soboty 6 marca do poniedziałku 8 marca.

  1. Styl Życia

Historia pełna jest kobiet - o tych, które zmieniły świat

Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Barbara McClintock (1902–1992) odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla. (Fot. Everett/Forum)
Mistrzynie drugiego planu, współpracowniczki, życiowe towarzyszki, geniuszki. Historia pełna jest kobiet, które nie tylko popchnęły do przodu kariery swoich mężów, ale i cały świat. Pora je poznać i uznać. A także zacząć doceniać własną rolę.

Prowadziłam niedawno zajęcia z grupą niezwykle wykształconych i utalentowanych osób płci obojga. Było ich dziewiętnaścioro. W którymś momencie mieli podzielić się na cztery zespoły. Jedna z dziewczyn z grupy mniej licznej, bo czteroosobowej, zaproponowała: – Wymieńmy którąś dziewczynę na faceta, żebyśmy miały równe szanse. – Słyszysz, co powiedziałaś? – zapytałam. – Tak odruchowo mi się powiedziało – wyjaśniła z zażenowaniem. – Bez sensu.

I rzeczywiście, jej pomysł był bez sensu, bo zespół czterech dziewczyn świetnie sobie poradził z zadaniem. Gorzej za to radzimy sobie ze stereotypami dotyczącymi kobiet, a w dodatku same je podtrzymujemy. Odruchowo. Może za mało wiemy o kobietach, które za nami stoją?

„Kobiety nie wynalazły praktycznie NIC – nawet mopa wynalazł mężczyzna (Murzyn akurat); nawet tampax (o.b.) wynalazł mężczyzna!!! Kobietą była tylko Kopernik – ale to wyjątek” – napisał w Internecie znany mizogin i szowinista, którego nazwiska nie chce mi się przywoływać. Na treść tej wypowiedzi możemy się słusznie oburzać, budzi ona jednak niepokój. Bo co właściwie wynalazły kobiety? Owszem, długo nie miałyśmy dostępu do nauki, długo nie doceniano naszych możliwości, ale gdyby były wśród nas geniuszki, to świat by o nich usłyszał, prawda?

Niekoniecznie. Czytałam kiedyś o Margaret Knight, która już w wieku 12 lat wynalazła urządzenie zatrzymujące awaryjnie maszyny włókiennicze, co chroniło pracowników przed wypadkami. W wieku 14 lat skonstruowała maszynę do klejenia papierowych toreb, a i później była autorką wielu wynalazków, czym zasłużyła na miano „żeńskiego Edisona” i „najsłynniejszej XIX-wiecznej wynalazczyni”, ale jej sława jakoś do nas nie dotarła. Na szczęście jest Maria Skłodowska-Curie! To ją zwykle przywołujemy, gdy mowa o wielkich kobietach w nauce, ale jedna jaskółka wiosny nie czyni. Wręcz przeciwnie. Maria Skłodowska-Curie zdaje się stanowić wyjątek i tym samym odcina się wyraźnie na tle innych kobiet, które są zwykle bohaterkami drugiego planu. Ich rola w męskich karierach jest wielka – jako żon i współpracowniczek – ale kto by do tego przywiązywał wagę? Pewnie tylko Michelle Obama jest dość pewna siebie, by swoją rolę docenić. Tak przynajmniej wynika z krążącej w Internecie anegdoty.

Michelle poszła z mężem do restauracji, której właściciel przywitał się z nią jak stary znajomy. – Kto to był? – zapytał Barack, gdy zostali sami. – Kolega ze szkoły, który kiedyś się we mnie kochał – usłyszał. – Widzisz, gdybyś za niego wyszła, byłabyś teraz właścicielką restauracji – skomentował. – Nie, kochany. Gdybym za niego wyszła, on byłby teraz prezydentem Stanów Zjednoczonych – bez wahania odpowiedziała jego żona. Kto wie, czy nie byłoby tak?

Żona przy mężu

Wiele kobiet inspiruje swoich mężów, motywuje ich i wspiera, zdejmuje z nich życiowe troski i zadania, podporządkowuje swoje życie ich karierze, nierzadko też pomaga im merytorycznie, ale same pozostają w cieniu. Weźmy Milevę Marić. Wiecie, kto to taki? Nie? No właśnie. Za to wszyscy wiemy, kim był Albert Einstein, jej mąż przez długie lata, dopóki nie odszedł do młodszej. Ta historia brzmi niewiarygodnie i można by ją sprowadzić do tego, że ha, ha, Einstein była kobietą, ale pozornie zabawna teza jest dobrze udokumentowana.

Mileva i Einstein poznali się na studiach w Szwajcarskim Federalnym Instytucie Technologicznym, czołowej europejskiej uczelni politechnicznej. Skoro przyjęto ją, choć była kobietą, to naprawdę musiała być dobra! Einstein i Mileva szybko zostali parą. W liście do niej Ein­stein napisał: „Jakże będę szczęśliwy i dumny, kiedy wspólnie osiągniemy zadowalający koniec naszej pracy nad teorią ruchu względnego”. Potem Mileva rodzi dzieci i pracuje jako asystentka męża. Początkowo ich artykuły były podpisywane Einstein-Marić, ale wkrótce to drugie nazwisko zaczęło być pomijane. „Tajemnica kreatywności tkwi w tym, aby wiedzieć, jak dobrze ukryć swoje źródła” – napisał Einstein. Nawet gdy jego źródła w postaci Milevy zostały po latach odkryte, on na tym zbytnio nie ucierpiał, a Milevy w zasadzie wciąż nie ma.

W towarzystwie

Jak to się dzieje, że wybitne naukowczynie tak słabo istnieją w świadomości społecznej? Można się o tym dowiedzieć z książki Rachel Swaby „Upór i przekora. 52 kobiety, które odmieniły naukę i świat”. Książka fascynująca, pokazująca determinację kobiet w walce o prawo do kształcenia się i pracy naukowej. Kobiety od wieków dokonywały odkryć, ale mężczyźni świetnie umieli sobie z tym radzić.

Na przykład Anna Wessels Williams, bakteriolożka, w 1894 roku wyizolowała szczep bakterii wywołującej błonicę, a kilka lat później szczep bakterii zdolny generować pięćset razy silniejszą toksynę, co pozwoliło produkować antytoksynę na masową skalę. Tego drugiego odkrycia dokonała, gdy szef laboratorium William H. Park przebywał na wakacjach, no ale on był szefem, więc nowy szczep otrzymał nazwę Park-Williams No. 8, którą szybko skrócono do Park 8.

Albo Hilde Mangold, autorka pracy doktorskiej z embriologii eksperymentalnej. Jej promotor Hans Spemann ocenił tę rozprawę dość wysoko, ale nie najwyżej. Dodał jednak do niej swoje nazwisko i to umieścił je na pierwszym miejscu. Doktorat Mangold opublikowano w 1924 roku i w tym samym roku autorka zginęła w wypadku. W 1935 roku Hans Spemann dostał Nagrodę Nobla za tę pracę, która „zainicjowała nową epokę w dziedzinie biologii rozwoju”.

Barbara McClintock (1902–1992) żyła znacznie dłużej i dzięki temu doczekała uznania. Nie było łatwo. Już w wieku 29 lat wniosła wiele do genetyki, ale nie dostała posady na uczelni, bo zespół Uniwersytetu Cornella sprzeciwił się wnioskowi dziekana. McClintock znalazła w końcu pracę w instytucie genetyki, gdzie odkryła, że geny mogą włączać się i wyłączać oraz zmieniać położenie – do tej pory sądzono, że geny są „jak przybite do podłogi meble”. Na uznanie swojej teorii musiała czekać niemal 20 lat, aż inni badacze doszli do takich samych wniosków. W 1983 roku, 32 lata po swoim wielkim i zignorowanym odkryciu, otrzymała Nagrodę Nobla.

Róża Nightingale

Kobiety w nauce miały naprawdę ciężko. Na wiele uczelni ich nie przyjmowano, a jeśli nawet pozwalano im uczestniczyć w zajęciach, to bez możliwości zdobycia dyplomu. „Kto byłby tak głupi, żeby spędzić cztery lata na studiach i nie otrzymać dyplomu?” – zapytała dziekana nowo otwartej i dostępnej również dla kobiet Szkoły Zdrowia Publicznego Helen Taussig, później wybitna kardiolożka, która stworzyła kardiologię dziecięcą. „Mam nadzieję, że nikt” – odpowiedział. Jeśli kobieta skończyła jednak studia i miała świetne wyniki, czasem mogła pracować na uczelni, ale za darmo, bo przepisy nie pozwalały na zatrudnianie kobiet jako naukowców. Maria Goeppert-Mayer, laureatka Nagrody Nobla w dziedzinie fizyki za odkrycia dotyczące jądra atomu, przez długie lata pracowała na Uniwersytecie Chicagowskim bez wynagrodzenia. Alice Hamilton, amerykańska ekspertka od chorób zawodowych, to wyjątek – już w 1919 roku otrzymała stanowisko młodszego wykładowcy jako pierwsza kobieta w kadrze Uniwersytetu Harvarda. A mimo to dopiero 26 lat później kobiety mogły tam studiować medycynę! Emmy Noether (1882–1935), genialna matematyczka i fizyczka, została w końcu zatrudniona jako „nieoficjalna profesor nadzwyczajna”, ale bez pensji! Teoria Noether stanowi szkielet całej współczesnej fizyki, to ona stworzyła algebrę abstrakcyjną! Jak to możliwe, że o niej nie wiemy? Albo o Mary Cartwright, twórczyni teorii chaosu? Matematyczce Sofji Wasiljewnej Kowalewskiej?

Czy wiecie, skąd się wzięła skala Apgar? Stworzyła ją Virginia Apgar w 1952 roku. Wcześniej nie oceniano stanu zdrowia noworodków zaraz po urodzeniu, więc nie widziano związku między metodą porodu a stanem dziecka! Metoda amerykańskiej lekarki szybko rozniosła się po świecie i została nazwana od jej nazwiska. To jedna z nielicznych sytuacji, kiedy pomysł kobiety został doceniony i nikt nie próbował go zawłaszczyć. A dzięki komu wiemy, od czego zależy płeć dziecka? Jeszcze na początku XX wieku sądzono, że od czynników zewnętrznych. To Nettie Stevens, genetyczka, w 1905 roku udowodniła, że decydujące są chromosomy, a nie temperatura, siła namiętności czy dieta. Lata minęły, nim inni naukowcy uznali wyniki jej badań. Ona tego nie doczekała, wcześniej zmarła na raka piersi. Odkrycie Stevens często przypisuje się Thomasowi Huntowi Morganowi, który był jej tutorem, co jest o tyle zabawne, że Morgan nie uwierzył w wyniki jej badań i jeszcze długo obstawał przy tym, że płeć zależy od czynników środowiskowych!

Florence Nightingale (1820–1910) znamy jako wspaniałą pielęgniarkę, którą była. Ale kto słyszał o jej pionierskim wkładzie w rozwój medycyny opartej na analizie danych? Prowadziła badania, stworzyła diagram „Róża Nightingale” do graficznego przedstawiania danych. A komu zawdzięczamy in vitro? Anne McLaren, Brytyjka, jako pierwsza powołała do życia mysz z probówki! A wiecie, że chemioterapia ma matkę, a nie ojca? To Jane Wright! Podobnie mutageneza zawdzięcza swoje narodziny kobiecie, Charlotte Auerbach. Nasza kultura lubi spychać sukcesy kobiet w niepamięć, ale przecież my także ją tworzymy i możemy się temu przeciwstawić! Nie wynalazłyśmy nawet mopa? Za to Stephanie Kwolek wynalazła lycrę!

Książka Rachel Swaby pokazuje, że kobiety zmieniały świat, choć było i jest im trudniej. W szkole średniej Yvonne Brill (1924–2013) usłyszała od nauczyciela fizyki, że kobiety nie potrafią wznieść się na wyżyny w żadnej dziedzinie. Potem zajęła się silnikami rakiet kosmicznych, zaprojektowany przez nią elektrotermiczny silnik do dziś jest wykorzystywany do napędzania satelitów.

Poznajmy te kobiety – jeśli nie dla nas samych, to dla naszych córek. Niech wiedzą, że szlaki zostały przetarte – śmiało mogą ruszać w swoją drogę.

  1. Styl Życia

Cytrynowe Królowe i konfitury wolności

Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Cytrynowe Królowe w swoim królestwie. (Fot. archiwum domowe)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dwie piękne, dojrzałe kobiety w cytrynowych kreacjach i kapeluszach z szerokim rondem przyciągają uwagę wszędzie tam, gdzie się pojawią. Produkują i sprzedają konfitury z cytryn. Nie są to jednak zwykłe „dżemiki”. Pachną cytrusami i smakują… wolnością.

Stworzyły raj na ziemi – swoje Cytrynowe Królestwo. Panują w nim radość życia, dobra energia i one dwie – siostry: Bogusia i Karolina Schubert. Od 6 lat produkują konfitury z cytryn. Warzą je w kuchni swojego palazzo, jak mówią o swoim domu w podwarszawskim Brwinowie. Najpierw sprzedawały je na targach zdrowej żywności. Teraz konfitury z cytryn z różnymi dodatkami można kupić w delikatesach i sklepach z najlepszymi specjałami w całej Polsce.

Droga do Cytrynowego Królestwa nie była jednak usłana różami. Wiodła przez wyboistą ścieżkę życia i koleiny rozczarowań. Aby tam dotrzeć, obie siostry musiały dokonać w życiu prawdziwej rewolucji.

Dlaczego cytryny? Bogusia: Cytryna jest niekwestionowaną królową owoców, ma w sobie nieprawdopodobną intensywność smaku i niesamowity zapach, który zawdzięcza olejkom eterycznym. No i można stosować ją niemal do wszystkiego: robi się z niej drinki, dodaje do wielu potraw - nóżek, śmiużek, kotlecików i innych pyszności. Na początku naszej przygody z konfiturami robiłyśmy konfiturę z mirabelek z pieprzem i rozmarynem. Była genialna! Mirabelka jest niestety zupełnie niedoceniona. Jedyne miejsce, gdzie ma swoje miejsce w kuchni to Alzacja -  robi się tam z niej cudowne wody życia i nalewki, ale też wspaniałe tarty i konfitury.

Karolina: Robiłyśmy też wcześniej hummus i ciasta, ale w końcu musiałyśmy się na coś zdecydować. I wyspecjalizowałyśmy się w cytrynach.

Jesteście aktywne na fejsbuku, a w waszych postach często pojawia się określenie cytrynowe – cytrynowe jest nie tylko królestwo, ale także cytrynowe są święta, jest cytrynowy czas, ludzie bywają cytrynowi... Co kryje się pod tym słowem? Bogusia: Cytrynowym mianem określamy to, co niesie w sobie piękno i radość życia.

Karolina: To nasze umami – umami duchowe.

Bogusia: Smak życia jest smakiem umami, a dla nas to smak cytrynowy, który zawiera radość, energię życia, czystość, pragnienie, pasję, twórczość, i to nie tylko tę przez duże T. Każdy z nas jest twórcą w swoim życiu i każdy z nas coś pięknego tworzy. Robienie pierniczków czy konfitur jest tak samo wielkim dziełem jak skomponowanie symfonii.

Mówi się, że królowa jest tylko jedna, ale w waszym królestwie są dwie. Która rządzi? Bogusia: My się do tego troniku przepychamy (śmiech). A tak naprawdę w naszym królestwie postanowiłyśmy ustawić dwa troniki, bo inaczej musiałybyśmy się tłuc od rana do wieczora, co jako siostry lat temu milion robiłyśmy, jak uczciwe rodzeństwo. Ale teraz w Królestwie Cytrynowym są dwie królowe, które rządzą demokratycznie. Ważne decyzje zawsze podejmujemy wspólnie, począwszy od wymyślania smaku konfitur, dobierania składników, przez to, gdzie i czy w ogóle się wystawiamy. Przez wiele lat jeździłyśmy z konfiturami na różne targi. To było ciężkie życie – 5 dni nad garami w kuchni, a 2 dni w tak zwanym gdziesiu, bliżej nieokreślonym. Raz w Warszawie, raz w Gdańsku, raz w Sandomierzu. To się wiązało z dalekim podróżami, noszeniem paczek – taki raczej hardkorowy styl życia. W końcu pewnego dnia podjęłyśmy decyzję o tym, że już się nie będziemy wystawiać, bo po prostu nie mamy siły ani ochoty po raz milionowy powtarzać: „Niech Pani spróbuje tej konfitury, bo ona jest kurna, bardzo dobra, proszę pani!”.

Cierpliwość Cytrynowych Królowych się skończyła i trzeba było zacząć nowe życie. Teraz jest luksusowo – wystawiamy się okazjonalnie. Świadomie wybieramy miejsca, gdzie chcemy pokazać się z naszymi konfiturami. Gdyby nie covid na pewno byłybyśmy w Lidzbarku Warmińskim, gdzie jest Święto Sera, które uwielbiamy. Polscy serowarzy, przepiękna klientela - to jest piękny event, w pięknym miejscu, z fajnymi ludźmi. Niestety w tym roku Lidzbark został odwołany.

Karolina: Od kiedy zaczęłyśmy działać razem, to rozpoczęłyśmy nowe życie, taki new life. A w nowym życiu nie ma przepychanek kto jest ważniejszy, kto mniej ważny, obie jesteśmy Królowymi. Tak jak każda kobieta jest królową.

A wracając do tych imprez, na których się wystawiałyśmy. Pierwsze godziny z tych 12 godzin stania to wielka przyjemność, ale potem zaczyna się męką - chcesz usiąść, odpocząć, ale nie masz na czym …I po całym dniu takiego stania wracasz po nocy do domu z odległych zakątków Polski. Więc kiedy pojawiły się oferty współpracy ze sklepami, doszłyśmy do wniosku, że pora zacząć o siebie dbać.

'Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek'. (Fot. A.Herman) "Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek". (Fot. A.Herman)

Zaczęłyście prowadzić wasz biznes przed sześcioma laty. Udowodniłyście sobie i innym, że można zacząć robić coś zupełnie nowego w dojrzałym wieku i, co więcej, odnieść sukces. Bogusia: Tak i jesteśmy z tego niezmiernie dumne. Nie przewidywałyśmy, że uda nam się stworzyć Cytrynowe Królestwo. Te sześć lat temu zrobiłyśmy „coś” i pobiegłyśmy z tym „cosiem” na bazarek w Milanówku, bo musiałyśmy natychmiast zarobić jakiekolwiek grosze na życie, bo się okazało, że ich nie mamy w ogóle. W ogóle to znaczy w ogóle. Ani grosza.

Karolina: Zanim do tego doszło obie dokonałyśmy w naszym życiu rewolucji…

Bogusia: Nastąpił taki moment, że każda z nas zatrzymała się w swoim życiu: zawodowym, społecznym… każdym. Ja skończyłam z aktorstwem, zerwałam kontakty z moimi znajomymi ze środowiska artystycznego, aby odciąć się od poprzedniego życia. Moja siostra zrobiła to samo w swojej działce. Przedtem prowadziła sklep ze zdrową żywnością.

Przed prawie trzy lata mieszkałyśmy w wielkim domu pod lasem, każda miała swoje oddzielne mieszkanie. Żyłyśmy jak pustelniczki. Nie widywałyśmy nikogo, no może oprócz przypadkowych osób, które spotykałyśmy w wiejskim sklepiku, jak szłyśmy po chleb czy włoszczyznę. Nie widywałyśmy znajomych ani przyjaciół. Oczywiście ta decyzja o odcięciu się od poprzedniego życia nie zapadła z dnia na dzień, ona dojrzewała po trochu, aż do chwili, kiedy powiedziałyśmy sobie: „Dość, więcej nie! Więcej tego nie zrobię, bo już nie chcę”.

Czego miałyście dość? Tego, co widziałyśmy wokół siebie i czego częścią, chcąc nie chcąc byłyśmy. Świata, który gnał za czymś, nie wiadomo za czym. Gdzie rządził pieniądz, gdzie panowało zło. Wiesz, mnie na przykład zawsze zależało na aktorstwie, walczyłam o to, by być aktorką. Miałam wrażenie, że mam ludziom coś bardzo ważnego do powiedzenia. I wydawało mi się, że jak wyjdę na scenę, to może ich wzruszę, może ich rozśmieszę, może dotknę ich serca, może dam im coś do myślenia … I że to będzie ważne, że to nie będzie byle co. I w pewnym momencie dotarło do mnie, że ja się nie podpisuję pod tym, co do nich z tej sceny mówię. Że ja się z tym nie zgadzam, że ja nie chcę mówić o tym, że życie jest do dupy, że wszyscy niesiemy krzyż, że się mordujemy. Na przykład w takich „Szczęśliwych dniach” Becketta, wielki tekst skąd inąd, gdzie dwie godziny zakopana w piachu, mówiłam kwestię o śmierci, o umieraniu… To w ogóle nie było śmieszne, w ogóle! Próbowałam to nawet grać na kontrapunkcie, było dużo zabawnych momentów, ale ludzie wychodzili z tej sztuki porażeni. Wtedy zdałam sobie sprawę, że nie chcę już tego mówić. Że wolałabym śpiewać, że życie jest piękne.

Jak długo trwał ten proces przechodzenia z jednego życia do drugiego? Bogusia: Bardzo długo. Tto nie było takie hop siup: teraz przestaję być aktorką i od dziś będę, kurna, robić konfitury cytrynowe. Czasem jak czytałam o sobie wywiady to wychodzi, że od zawsze marzyłam o tym, żeby robić konfitury, tylko że jakoś tak całe życie byłam aktorką! I wreszcie jak dorosłam i skończyłam lat sześćdziesiąt i trochę, to nagle poszłam po rozum do głowy, rzuciłam aktorstwo o ziemię i poszłam robić konfitury. No na Boga jedynego, nie!

Karolina: Przez prawie 3 lata siedziałyśmy zamknięte, każda na swoim piętrze, same ze sobą, żeby siebie poznać i zrobić ze sobą porządek.

To doświadczenie odosobnienia, bycia samej ze sobą, to było wyrzeczenie się wolności, czy wręcz przeciwnie - czas, w którym dałyście sobie wolność do tego, żeby zrobić to, czego w danym momencie życia potrzebowałyście? Bogusia: To nie było łatwe doświadczenie, wymagało od nas wielkiej odwagi. W głowie kłębiło się mnóstwo pytań: Co ja teraz będę robić? Wszyscy coś robię, a ja nic nie będę robić? Ja, wielka aktorka, nie będę już grać? Ale po to siadasz sama ze sobą, aby to kłębowisko myśli uspokoić i odpowiedzieć sobie na fundamentalne pytania: co ja robię na tej ziemi, po co tu przyszłam, co chcę powiedzieć światu, kosmosowi, Bogu, ludziom, Ziemi… I nie ważne, czy dochodzisz do tego przez modlitwę, medytację, spotkanie z własną duszą, pracę ze swoim sercem. Do mnie koniec końców dotarło: Ja się nie boję! Nie boję się! Ja się po prostu nie boję! Usunęłam strach z mojego życia.

Karolina: To odosobnienie to było przekierowanie wolności, którą dają pieniądze, przyjaciele, znajomi, na siebie. Do wewnątrz. Wolność trzeba odnaleźć w sobie niezależnie od warunków zewnętrznych, niezależnie od tego, czy się ma pieniądze, czy nie ma, czy wokół są ludzie, czy pustka. Ją trzeba poczuć, zakorzenić w sobie, a potem pilnować, żeby nie zniknęła.

Bogusia: Jak na co dzień jest się zanurzonym w wirze życia, to trudno jest wejść tak głęboko w siebie i odpowiedzieć sobie na te pytania. Stąd było to nasze pustelnictwo, aby każda z nas pojęła, dokąd w tym życiu wędruje.

Zmartwiłam się trochę, że postanowiłyście już więcej nie wystawiać się na targach, bo tworzycie niepowtarzalną atmosferę, powietrze wokół was aż wibruje od pozytywnej energii… Bogusia: Zmęczyła nas powtarzalność. Ale wiesz, cytrynowe konfitury to jest tylko maleńka część Cytrynowego Królestwa. Cytrynowe Królowe dalej będą wędrowały, będą mówiły o życiu, o kobietach, może nieco mniej o konfiturach, choć i one będą odgrywać swoją rolę. Ostatnio okazało się na przykład, że można robić z nimi pyszne czekoladki.

Życie weryfikuje teraz wiele planów. Gdyby nie pandemia, już by nas tutaj nie było. Chciałyśmy wyjechać w kilkumiesięczną podróż do Tajlandii i do Wietnamu. A potem dookoła świata, przemierzając kontynenty w poszukiwaniu cytrynowego czasu. Cytryna rośnie w wielu miejscach: we Włoszech, w Hiszpanii, w Portugalii, ale też w Chinach, w Ameryce Południowej, w Afryce. Chciałyśmy, jako te Cytrynowe Królowe, wędrować z cytrynami, gadać z ludźmi, spisywać stare przepisy z cytryną w roli głównej. I z tego stworzyć książkę, reportaż, a może film…

Cytrynowe Królowe nie znikną, wręcz przeciwnie, ona są gotowe do nowego tańca.
Ten kawałek drogi postanowiłyśmy przemierzyć razem, tak się złożyło. Ale przyjdzie czas, że się rozstaniemy i każda powędruje w swoją stronę i zacznie tworzyć swój kolejny nowy świat. Nie ma końca na tworzenie życia, robisz co chcesz, robisz o czym marzysz i dajesz sobie ze wszech miar przestrzeń, aby to się wydarzyło. Takie życie jest takie, jakie je sobie stworzysz.

Karolina: Jeżeli podejmujesz jakąś decyzję, patrz czy twoje serce się uśmiecha. Jeśli się uśmiecha, to jest to dobra decyzja. My nigdy nie działałyśmy według jakiegoś biznes planu, mimo, że nam to wielokrotnie doradzano, a ja jestem niby po ekonomii.

Bogusia: To co nas teraz cieszy i napędza do działania, to krótkie „wypady na wolność”. Ostatnio pojechałyśmy do Białegostoku, pohuśtać się w chustach na aerial jodze. Tam, wśród tych kobiet w hamakach, dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy wszyscy spragnieni wolności. Nie można jej ludziom odbierać. Teraz cały świat jest zamknięty w więzieniu, a to się może skończyć wielką rewolucją.

'Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!' (Fot. Eliza Kos) "Nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!" (Fot. Eliza Kos)

No proszę, próbujecie aerial jogi? Można byłoby powiedzieć: „Coś takiego! W Waszym wieku?!” Bogusia: No właśnie…To ja Ci opowiem jeszcze inną historię: 3 lata temu zapisałam się na bębny afrykańskie. Strasznie chciałam bębnić. Pojechałam do Warszawy na pierwsze zajęcia, troszkę się spóźniłam, no więc uchylam drzwi, wsadzam głowę, widzę, że wszyscy siedzą w kręgu z tymi wielkimi bębnami między nogami, średnia wieku jakieś 22 lata. No i patrzą na mnie z takim niezrozumieniem w oczach, jakby chcieli powiedzieć: „Wie Pani, Kościół jest naprzeciwko”. Ale ja wchodzę, rozsiadam się, biorę bęben i jestem Królową Bębniącą! I już po chwili cała ta grupa mówi do mnie „Królowo”, ale nie Królowo Staruszko, tylko kurna, Królowo Królowo. To jest drobna różnica.

Teraz wymyśliłam, że nauczymy się fly jogi. A ja zacznę jeszcze tańczyć flamenco, bo jestem w odpowiednim wieku, żeby tym flamenco powiedzieć to, co chcę powiedzieć. Flamenco jest tańcem kobiet w tak zwanym pewnym wieku, które - jak wiedźmy - już wiedzą…

Karolina: Kobiety w pewnym wieku zostają wyrzucone poza nawias.

Bogusia: Kobieta jest kobietą czy ma lat 5 czy 100! Jest ciągle kobietą. Po pierwsze jest kobietą, po drugie jest kobietą, po trzecie jest kobietą! I proszę się jej kłaniać. Dopiero potem jest matką, żoną kochanką, babcią, prababcią… Tymczasem zdarza się, że widzisz spojrzenia ludzi, które odbierają ci prawo do bycia kobietą. Jesteś staruszką, babcią, panią w pewnym wieku, ale na pewno nie kobietą. Ja nie udaję, że jestem młodsza - tu mnie boli, tam mnie śmioli... mam lat 67, moje ciało ma lat 67, ale jestem kobietą, kurna, jestem królową, wkładam koronę na głowę i proszę się na mnie patrzyć jak na kobietę, a nie jak na seniorkę, śmiorkę, trzeci wiek…

No patrząc na Was trudno nazwać was seniorkami, macie w sobie witalność dwudziestolatek… Bogusia: No popatrz, a bywa, że ludzie, patrząc na nas, mówią: Wesołe emerytki, co robią dżemiki, zwariowane staruszki… I w tym jednym zdaniu zamykają wszystko, co może cię zdeprecjonować,  odebrać godność i wartość. Jakieś dżemiki, jakieś staruszki, jakieś emerytki i takie radosne... A my po pierwsze nie robimy dżemików, tylko robimy KONFITURY i nie życzymy sobie, żeby nas traktowano jak emerytki, które nie mają co robić i dziubają jakieś dżemiki, bo to w ogóle nie o to chodzi.

Macie pomysł, jak przywrócić dojrzałym kobietom godność? Trzeba się nie bać. Nie bać się życia, nie bać się śmieszności. A ludzie bardzo się jej boją, zwłaszcza kobiety. Czasem jednak wystarczy spojrzeć na kogoś i powiedzieć: WOW! Ona tak robi, to ja też umiem, to ja też mogę. I po to jesteśmy my - Cytrynowe Królowe. Wkładamy żółte sukienki, wielkie pióropusze jak korony i stajemy tak przed ludźmi, nie bojąc się śmieszności. I nawet jak mówią, że jesteśmy zwariowane, to niech sobie mówią, to jest ich brocha. I inne kobiety patrzą na nas i mówią: „Jak super, ja też tak chcę. One tak mogą, to i ja też tak mogę!

Karolina: To co my robimy to jest taka mała prowokacja: zobacz, tak można żyć, można się śmiać, nie trzeba bronić się przed radością życia. Na naszym Fb obserwujemy jednak dużo równolatek, które niby patrzą na nas z podziwem, ale same nie mają odwagi.

Jak zdobyć się na odwagę do bycia sobą, do cieszenia się życiem w każdym wieku? Co poradziłybyście innym kobietom? Bogusia: Stań naprzeciwko innych ludzi, naprzeciwko świata, naprzeciwko kosmosu, ale najpierw naprzeciwko siebie. Spójrz sobie w oczy i powiedz: „Patrz! Nie boję się! Ja się nie boję!"

  1. Psychologia

Ograniczające przekonania - jak się od nich uwolnić?

Ograniczające przekonania powstrzymują cię, aby robić rzeczy odważne, nowe i fascynujące. Na tym polega ich negatywna siła. (Fot. iStock)
Ograniczające przekonania powstrzymują cię, aby robić rzeczy odważne, nowe i fascynujące. Na tym polega ich negatywna siła. (Fot. iStock)
Czy chciałbyś być znanym aktorem, ale lękasz się występować publicznie? Czy chciałabyś być z kimś bardzo blisko, ale nie wierzysz w miłość? Czy chciałbyś być bogaty, ale uważasz, ze pieniądze są brudne? Czy chciałbyś być szefem firmy, ale myślisz, że nie jesteś dość dobry? Czy chciałbyś pisać, ale wydaje ci się, że nie umiesz i nawet nie spróbujesz?

Ograniczające przekonania powstrzymują cię, aby robić rzeczy odważne, nowe i fascynujące. Na tym polega ich negatywna siła. Zwykle nosimy ze sobą przez całe życie bagaż takich różnych sądów o sobie. Przeznaczone są one na różne okazje i stanowią jakby sieć ograniczającą nasze ruchy. W zasadzie na każdy temat - czy dotyczy to pracy, pieniędzy, związku, przyszłości, szczęścia, zdobywania wiedzy, jedzenia, przyjaciół - mamy różne przekonania. Przyjrzyj im się po raz pierwszy tak dokładniej i zastanów się, czy te przekonania na pewno cię określają. Zastanów się na ile ułatwiają ci osiąganie celów i bycie szczęśliwym.

Nawet takie wydawałoby się banalne przekonanie, że jak się chodzi po deszczu, to można się przeziębić, może faktycznie wyzwalać negatywne samopoczucie, kiedy pada. Bo wtedy „musisz” siedzieć w domu, a jak wyjdziesz, to odczuwasz od razu strach przed chorobą. Jeżeli do tego masz drugie przekonanie, że - wszystkie związki się rozpadają, a szczególnie jesienią, nie masz szans umówić się na ciekawą randkę. Przy takim przekonaniu na temat związków nawet latem może być z jakiegoś powodu niebezpiecznie się umówić. Być może „niebezpiecznie jest wracać samemu do domu po nocy”, a nie damy mu się odprowadzić, bo „nie można pokazać, że ci na nim zależy”. Myślimy, że możemy odkładać spotkanie, bo „praca jest ważniejsza” lub „jak kocha, to poczeka”, ale ile ma czekać i czy wie, że w ogóle, że dajesz mu szansę, żeby chciał czekać.

Czasami bardzo kreatywnie możemy dopasować różne nawet najdziwniejsze przekonania do podstawowego przekonania, które nas ogranicza. Czasem już nie wiadomo, które było pierwsze, ale czujemy się już naprawdę związani. Załóżmy, że masz przekonanie, że „nie wolno odmawiać, jak ktoś coś daje”, no i codziennie w pracy koleżanka częstuje cię ciastkami. Załóżmy też, że masz skłonność do przybierania na wadze i na dodatek przekonanie, że „wyglądasz za grubo”. Jak wtedy radzisz sobie z tą sytuacją? Większość ludzi próbuje wtedy na różne sposoby manewrować, aby móc być w zgodzie z obydwoma przekonaniami, jednak cały czas produkuje to masę różnych negatywnych emocji, stresu i dodatkowym negatywnych przekonań na temat swojego „nie radzenia sobie”.

Co mogłabyś zrobić, aby rozwiązać ten podwójny supeł przekonań, który nie pozwala ci pójść ani w prawo, ani w lewo? Jedynym sposobem jest przyjrzenie się, skąd wzięły się nasze przekonania, jaki był powód ich uformowania się i czy nam służą. Przykładowo weźmy przekonanie: „nie wolno odmawiać, jak ktoś coś daje”. Jak poszperasz w rodzinie, to być może wywodzi się to przekonanie z okresu niedostatku, kiedy wszystko, co się dostawało było cenne i wtedy te przekonanie miało sens. Teraz jednak nie jest to powód, żeby się codziennie objadać ciastkami albo też godzić się też na inne rzeczy, na które nie mamy ochoty. Na pewno też znajdzie się sposób, aby kulturalnie odmówić. Co do przekonania - „wyglądam za grubo”, warto się zastanowić, według jakich kryteriów jest to „za grubo”, czy zdrowotnych, czy ciężko ci znaleźć rozmiar na siebie, a może chcesz chcesz dorównać modelkom.

Dużo ograniczających przekonań wiąże się z pracą. Z reguły praca jest „ciężka”, „nudna”, „trudna”. Zastanawiam się nad tą „ciężką pracą”, czy to nie jest tak, że „musimy ciężko pracować, aby zasłużyć na sukces”? Albo „ciężko pracować, żeby być szczęśliwym” ? Możliwe, że babka „ciężko pracowała”, bo dziadka nie było. Patrząc na to inaczej - czy wszystko jest „ciężką pracą”? Rzeźbienie też? Malowanie? Uczenie się języków? Studiowanie? Czy praca musi być zawsze „ciężka”? A co, kiedy praca jest przyjemna, twórcza? Z reguły dzielimy sobie życie osobiste na czas „prywatny” i „pracę”, tak jakby to drugie było zawsze robione z musu. Według badań, już dzieci traktują chodzenie do szkoły jako obowiązek, a nie przyjemność, mimo że samo spotkanie z rówieśnikami może im sprawiać radość. Czy gdybyśmy zmienili przekonanie o pracy, moglibyśmy traktować ją bardziej osobiście i czerpać z niej więcej przyjemności? Może praca nie musi już być taka „ciężka” jak w dawnych wiekach. W porównaniu z tym, co robili nasi pradziadowie, wszystkie zajęcia, które robimy dziś wydają się lekkie. Cieszmy się tą wolnością i swobodą wyboru zajęcia i sposobu jego wykonania.

Może masz jakieś inne przykłady przekonań, które można trochę podrążyć? Może coś ze szczęściem? Pieniędzmi? Miłością? Kobiecością - męskością? Zobacz, co ci sprzyja, a co nie. Zacznijmy od szczęścia. Wiele osób traktuje szczęście jako coś przejściowego, co się zdarza, a potem odchodzi. W związku z tym, jak komuś się choć trochę powodzi, to zamiast to celebrować, już się martwi, że zaraz „fortuna się odwróci” i będziemy znów nieszczęśliwi. Z takim podejściem trudno cieszyć się życiem. Może lepiej byłoby tak jak taoiści cieszyć się wszystkim, co przychodzi. Druga grupa ograniczających przekonań dotyczy pieniędzy. Wiele osób nie chce odważyć się zarabiać więcej niż rodzice lub mają swój maksymalny pułap finansowy ustawiony na pewnej poprzeczce i nie mogą go przekroczyć. Podobnie możemy mieć dużo ograniczających przekonań dotyczących miłości czy ról kobiecych i męskich, spoza których trudno wyjść, „bo kobiecie nie wypada”, a „mężczyźnie nie przystoi”.

Zauważyliśmy z moim mężem, że mamy wspólnie wyniesione przekonanie, że „trzeba mieć zawsze rację”. Zastanawialiśmy się - „Bo co jak nie mamy racji?” i różne interesujące rzeczy nam powychodziły z obu stron. Patryk na to - „Masz rację w pewien sposób”. „W pewien sposób?” A co jeśli bym miała rację w zupełności?. To już trudniej. Ja też wolę mieć rację. To mnie dowartościowuje. A jak on miałby rację? To kim ja wtedy jestem? Co się zmienia? Czy wtedy jestem mniej kochana, jak nie mam racji? Czy czuję się gorsza? Czy on widzi, że jestem gorsza? Co nam daje to poczucie wyższości, że ma się rację? Wnioski: kocham siebie, niezależnie kto ma rację, kochać drugą osobę, niezależnie kto ma rację.

Zadanie dla ciebie. Wybierz grupę przekonań, którym chciałabyś się dziś przyjrzeć. Mogą dotyczyć różnych dziedzin twojego życia: domu, rodziny, dzieci, związku, miłości, pracy, pieniędzy, kariery, zdrowia. Wypisz twoje podstawowe przekonania w tej dziedzinie i zastanów w się, skąd one się wzięły. Kto z twoich najbliższych przejawia podobne przekonanie? Jak mogła byś pierwotna przyczyna powstania tego przekonania? Czy to przekonanie jest aktualne dla ciebie? Czy się z nim zgadzasz oraz czy ci służy? Jakie inne przekonanie mogłoby być dla ciebie bardziej adekwatne i lepiej ci służyć? Zapisz swoje nowe pomysły. Ważne jest też, aby nie podchodzić do swoich przekonań zbyt poważnie, tylko postarać się z nimi kreatywnie pobawić. Przekonania to przecież nie my, to tylko myśli bardzo często powtarzane w przeszłości.

  1. Styl Życia

Dorota Wellman: "Musi się dziać"

Dorota Wellman:
Dorota Wellman: "Im wolniej, bardziej konsekwentnie, ucząc się po drodze wszystkiego, tym lepiej. Tak długo jestem w zawodzie, bo nigdy nie było szybko."(Fot. Rafał Masłow)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Dorota Wellman jest jedną z najbardziej lubianych przez widzów prowadzących „Dzień Dobry TVN”, magazynu świętującego swoje 15-lecie. Przenikliwa, bezpretensjonalna, wyrazista. Prawdziwa telewizyjna osobowość.

W „Dzień Dobry TVN” pracujesz prawie od samego początku. Jaki jest świat, który pokazujecie?
Bardzo różnorodny. Tolerancyjny. Nie krytykuje inności. Mimo banalnej formy i czasami banalniejszej treści tworzymy magazyn, który przynosi trochę wiedzy, trochę rozrywki. Nie zbawiamy nim świata. Ale w chwilę potrafimy zebrać dwa miliony na leczenie jednego dziecka albo dodać odwagi kobiecie, by zdecydowała się wyjść z opresyjnego związku. To ważniejsze niż cały świat.

Jakie były media, kiedy zaczynałaś?
Wiązane sznurkiem do snopowiązałki. Zaczynałam w prywatnej Nowej Telewizji Warszawa. Pierwsze nagrania były na jedną kamerę, operator nie miał doświadczenia studyjnego. Wszyscy uczyliśmy się zawodu na żywym organizmie. Pamiętam, jak drukowaliśmy i cięliśmy paski z prognozą pogody. Scenografię przynosiliśmy z domu. Sprzątaliśmy studio, nosiliśmy kable. Jeszcze nie trafiliśmy do telewizji publicznej. Naszym szefem był Michał Komar, wybitny publicysta, pisarz, fantastyczny człowiek. Nie robił wcześniej telewizji, ale wiedział, jakie treści powinniśmy przekazywać, jaką polszczyzną mówić, co jest dobrym, a co złym przekazem, co trzeba powiedzieć w skrócie, a co rozwinąć. Uczył nas podstaw – jak się przygotować, jak zachować wobec gości. Piękne czasy, które wspominam z sentymentem. Wiele osób, które wtedy zaczynały, teraz doskonale sobie radzi w swoich dziedzinach – Grzesiek Kalinowski, który w Nowej zajmował się sportem, został pisarzem, Ula Rzepczak przez wiele lat była korespondentką TVP w Rzymie i Watykanie, nadal pracuje stamtąd dla Polsatu.

Wszyscy mieliście osobowości.
Osobowości stanowią o telewizji. Pracując w mediach, należy za nimi podążać. Tak było w przypadku państwa Walterów, za którymi ja miałam szczęście podążać.

Miałaś punkty odniesienia?
Miałam szczęście, trafiłam na szkolenia, które dla przyszłych dziennikarzy telewizji publicznej prowadził prof. Aleksander Bardini, przejeżdżając po każdym z nas jak czołg. Nadawał się do zawodu ten, któremu udało się podnieść. Profesor w niczym mnie nie oszczędził. Zrównał mnie z ziemią jak nikt nigdy.

Co mówił?
Że się nie nadaję do telewizji – nie mam urody, jestem zbyt ekspresyjna, bo dużo wyrażałam całą sobą, a mniej treścią, jaką miałam przekazać. Drażnił go mój „szipiaszczy” sposób mówienia – twierdził, że będę szeleściła przed mikrofonem. „To ja ci jeszcze pokażę”, pomyślałam. Zaczęłam chodzić do znanej logopedki Joanny Luboń, aż w ogóle nie było tego słychać. Dużo później powiedział, że jest jeden powód, dla którego nadaję się do telewizji. Osobowość. Silna, przebijająca ekran, która może ludzi drażnić albo ich zachwycić. Mówił: „Bądź sobą, nie daj sobą manipulować, bądź pewna swoich racji, musisz umieć dyskutować”. Dzisiaj widzę, jak wielu dziennikarzy próbuje naśladować innych. Pokaż, kotku, co masz w środku. Tylko indywidualność przyciąga. Kiedy spotykam się ze studentami, mówię, że nic nie następuje szybko. Jedna ze studentek zapytała, jak zrobić szybko karierę w telewizji. Odpowiedziałam: „Dupą. Z prezesem najlepiej”. Tylko tak można szybko dostać się na górę. Im wolniej, bardziej konsekwentnie, ucząc się po drodze wszystkiego, tym lepiej. Tak długo jestem w zawodzie, bo nigdy nie było szybko. Nie wstydzę się, że nosiłam za innymi dziennikarzami kable i statywy. Bardini ostrzegał, że inni będą próbowali mnie zmieniać i jeśli się temu poddam, stracę.

Ktoś próbował?
Wielokrotnie. Trzeba mieć twardy kręgosłup, żeby się w telewizji nie poddać. Słyszałam: „Powinnaś być słodka”. No, gdzie ja i słodka pańcia? „Powinnaś mówić wolniej, mniej, inaczej”. Edward Miszczak, kiedy czasami coś mi proponował, mówił: „A, już widzę, że nie”. Nawet nie musiałam odpowiadać. Albo próbowano mnie nakłonić, abym była taką spowiedniczką – miałabym słuchać poruszających historii i zachować spokój. Ale jak być obojętną wobec trudnych wyznań? Była taka rozmowa, która nigdy mnie nie opuści. Rozmawiałam z dziewczyną, ofiarą gwałtu zbiorowego. Miała 17 lat. Ich było 12. Postanowili dobić ją cegłówkami. Przeżyła, jak, skąd miała w sobie siłę?! Ta rozmowa była dla mnie nie do wytrzymania, prawie czułam jej traumę. Ta rozmowa wraca we śnie…

Nie boisz się przekroczenia granicy?
Nauczyłam się tak pytać, żeby nikogo nie urazić i wykorzystać fakt, że ktoś nie chce odpowiedzieć. Milczenie jest wymowne, a gnamy, byle szybciej, zmontujmy to, pokażmy, już. A z zawieszenia głosu, pauzy przed odpowiedzią można czasem wyczytać więcej niż ze słów. Tak też było w przypadku tej dramatycznej rozmowy. Były we mnie emocje, mimo makijażu czułam, że goreję, robię się czerwona. Powoli szłyśmy przez tę historię. Kiedy nie chciała, nie odpowiadała. Zapytałam na przykład, czy jest w stanie iść do łóżka z mężczyzną. Nie odpowiedziała. Zostawiłam jej milczenie. Duży wpływ miała na mnie Nina Terentiew, moja szefowa w TVP. Pracowałam przy programach społecznych. I żeby wyciągnąć trudne treści, zadawałam dużo szybkich pytań. Nazywano mnie Kałasznikow. Nina mówi: „Dlaczego ty, ku..., do nich strzelasz? Daj im chwilę na odpowiedź”. Czasami w rozmowie trzeba zwolnić, czasami przyspieszyć, a czasami docisnąć serią pytań. Doświadczenie zbieramy latami. Teraz w studiu mam bardzo dużą uważność na to, co mówię. Mam świadomość, że jak coś raz padnie, to się nie da tego odkręcić. Możemy komuś zrobić krzywdę.

W telewizji śniadaniowej istnieje chyba większe ryzyko pomyłki, macie ok. 20 gości w jednym programie, materiały filmowe, zmienność tematów...
Dziennikarze przestali się przygotowywać do swojej pracy. A to dokumentacja daje nam pewność na antenie, spokój. Jeśli siadamy, żeby zrobić show, rzucić w kogoś puszką napoju energetycznego, zagonić w mysią dziurę pytaniami bez merytorycznych podstaw, dla jatki, zabawy – to zginiemy. Oglądalność jest źródłem naszej udręki. Każdego dnia musimy sprawdzać, czy jeszcze funkcjonujemy. Widocznie jestem stara, bo dla mnie nie liczą się skandal czy sensacja, tylko treści. Przez lata wypracowaliśmy z Marcinem Prokopem pewne metody. Jedną z nich jest właśnie solidne przygotowanie do każdego, najbanalniejszego tematu, bo na banalnym temacie łatwo się poślizgnąć, i maksymalna koncentracja na gościu. Widz może odnieść wrażenie, że są między nami takie przepychaneczki zabawne, ale przychodzi gość i koncentrujemy się tylko na rozmowie, na jego obecności w studiu. Witamy się z nim przed rozmową, żegnamy po. Ten kontakt jest ważny, bo często goście potrzebują, żeby ich dotknąć, uspokoić. Przez lata nie zdarzyło mi się popełnić błędu, którego bym się wstydziła. A jeśli mamy wątpliwości co do rozmów, mówimy, że ich nie zrobimy. Nie chcę, żeby do naszego programu przyszedł Korwin-Mikke i popularyzował swoje treści. Trzeba umieć powiedzieć „nie”. Ale wiele osób tego nie robi.

Czy dzisiaj media nadal są czwartą władzą?
Zdecydowanie. Dyktują mody, nie zawsze dobre. Nawet w telewizji, w której pracuję, są programy pokazujące postawy i treści, do jakich mi bardzo daleko. Nie cieszę się, że są, bo wiele osób korzysta z nich jako źródła wiedzy. Pokazywanie prostactwa, cwaniactwa bardzo źle wpływa na społeczeństwo.

Czasem jednak musisz rozmawiać z celebrytami o ich wózkach dla dzieci, a to niekoniecznie twoje newsy dnia. Czujesz się wtedy niewygodnie?
Mam do tego dystans. Czasem zarzuca mi się, że widać, co myślę o gościu. To też sobie z Marcinem wymyśliliśmy – nie trzeba takiego gościa obnażać, wystarczy go zapytać, zrobi to sam. Widzowie szybko odczytają, czy pustak. Za to mamy paru idoli spoza tego świata. Pan leśnik z Bieszczad, który opowiada o życiu zwierząt jak o sąsiadach. Gęby same nam się śmieją. Albo Jacek Karczewski, autor książki „Jej wysokość gęś”. Okazuje się, że życie ptaków jest fascynujące – erotycznie bogate i kryminalnie niebezpieczne. Albo koło gospodyń wiejskich, w którym panie darły pierze i wymyśliły bar z jedzeniem na wynos. Ktoś zapytał: „Porąbało was?! Na wsi jedzenie na wynos?”. Po dwóch miesiącach przedszkole brało na wynos, przychodnia brała, strażacy biorą.

Palec wcięłaś tak ostro przy krojeniu?
Tak, codziennie gotuję obiad. To był nóż z piłką, więc dojechałam porządnie.

Co jest w głowie, kiedy kończy się program?
Wychodzę ze studia zmęczona, z głową naładowaną jak sklep. W czasie programu mam w uchu słuchawkę, a w niej trzy mówiące naraz głosy. „Idź w lewo, w prawo, spadł nam materiał, jeden, dwa, trzy, patrz w kamerę w lewo, patrz w prawo, masz do końca 30, 20, 10 sekund”. Przede wszystkim nie mogę odpuścić rozmowy, jej temperatury i muszę uzyskać od gościa informacje, na których nam zależy. To rollercoaster emocji i tematów. Kocham każdą osobę, z którą pracuję, bo żyjemy dość intymnie. Koledzy znają nasze słabości, widzą gorsze dni, dźwiękowiec cię ogląda w majtkach, wszystko o sobie wiemy. Bez tych ludzi nie istnieję. Tak więc kiedy kończy się program, słyszę echo głosu mojej nieżyjącej mamy, dziennikarki, która po nagraniu radiowym, odkładając słuchawki, mówiła: „Bardzo dziękuję wszystkim za pracę”. Robię to samo. Tak jak ona mam szacunek dla wszystkich współpracowników.

Mama uczyła cię zawodowej etyki?
Tak, miała twardy kręgosłup moralny. Ponad wszystko kochała swoją pracę.

Zabierała cię do redakcji?
Montowała audycje na tych wielkich magnetofonach – stołach, a ja pod nimi siedziałam. Pamiętam ze studia teatru radiowego największe osobowości. „Dzbanuszek!” – wołała Irena Kwiatkowska do Jana Kobuszewskiego, podobnego do amfory. „Dzbanuszek, chodź, idziemy nagrywać!”.

Mama wiedziała, że będziesz dziennikarką?
Dawała mi wolność wyboru. Ja ją z kolei oddałam synowi. Nigdy nie mówiłam, że coś musi.

Ale byłaś krok za nim.
Szedł w lewo, szłam w lewo, szedł w prawo, szłam za nim. Jestem blisko. Podobne sprawy nas interesują. Zdzwaniamy się kilka razy dziennie. Zawsze byłam w jego świecie. Kiedy Kuba był mały i grał na komputerze, moja mama mówiła: „Nic z tego nie rozumiem”. „To po co tam siedzisz?”, „Bo chcę zrozumieć, na czym polegają jego fascynacje”. Jeśli odpuścisz, to nie będziesz wiedziała, w jakim świecie żyje twoje dziecko.

Mama była wobec ciebie krytyczna?
Potrafiła znaleźć równowagę między pochwałą a krytyką. Nigdy nie traktowała mnie ulgowo. Siebie też nie. Pamiętam, jak kiedyś uderzyła ręką w stół, bo coś jej nie wyszło. Nie potrafiła inaczej wyrzucić złości, więc przypierdzieliła tak, że mało sobie ręki nie złamała. To dla mnie była lekcja – ta perfekcyjna osoba coś zrobiła gorzej, wie o tym i chciałaby to poprawić. Drobna, szczupła, eteryczna, a bardzo mocna.

Z magnetofonem?
Tak, z magnetofonem na ramieniu. Wszystko miała przemyślane, czasem rozpisane, bo robiła duże audycje, ale potem nie korzystała z tych kartek. W stu procentach mnie ukształtowała.

A ojciec?
Był surowy, wymagający. Myślę, że bardziej chciał mieć syna niż córkę. Postanowiłam, że będę chłopcem dla mojego ojca, i byłam. Zebrałam wiele niedziewczęcych doświadczeń. Chciałam mu pokazać, że ze wszystkim daję sobie radę.

A kiedy nie dawałaś sobie rady?
To się tacie nie podobało. Bardzo nie lubił słabości. A może nauczył mnie zawziętości? Mam prawie 60 lat i jak słyszę starszych ludzi – takich w moim wieku – jak mówią: „Nie mogę, jestem na to za stara…”, to od razu coś we mnie krzyczy: „Ja, ku…, nie potrafię?! To się nauczę!”. Ciągle udowadniam mojemu ojcu, że sobie poradzę. Chociaż wtedy jego metody nie bardzo mi się podobały. Ale sam został tak wychowany.

Czym się zajmował?
Był inżynierem, wielkim fachowcem w swojej dziedzinie – zajmował się elektrowniami. Mama go rozmiękczała. Uczyła tego, czego nie potrafił. Mówiła, że okazanie czułości to nie powód do wstydu ani słabość. Rozmiękczyła jakąś część jego stalowej osobowości. To było pokolenie wojenne, które wszystko przeszło. Może to go tak zmarmurzyło.

Pamiętasz swój pierwszy protest?
Z ojcem się cały czas spierałam. Wprowadzał jakieś reguły, miały być obowiązkowe, a mnie się nie podobały. Któregoś dnia oświadczyłam, że wyprowadzę się z domu. Miałam 13 lat. Zapytał: „Kiedy?”. „Jak się spakuję”. „Dobrze”. Widziałam, że nawet się zdenerwował na chwilę. Nie wyprowadziłam się.

Powinno być tak, jak chcesz?
Wtedy tak uważałam. Nauczyłam się, żeby czasami było, jak chce mój mąż. Ale potrafię postawić na swoim.

Kiedy to się zmieniło?
Założyłam rodzinę i zrozumiałam, że mogę stracić coś dla mnie najważniejszego, jeśli będę walczyć na śmierć i życie. Mój mąż nie ma łatwego życia z moim „ADHD”. Uważam, że ciągle musimy coś robić. Małżeństwo to trudna sztuka kompromisu.

A musi się ciągle dziać?
W nicnierobieniu wytrzymuję pięć minut. Syn mówi, że miał ciężki tydzień i dzisiaj będzie na lenia. Mówię: „Ja pierd…! Jak można całą niedzielę na lenia spędzić”.

Wstajesz i jesteś gotowa?
Cała naszykowana. Jest weekend, wstaję o czwartej rano i mówię: „Pojechałabym na giełdę kwiatową”. Mój mąż: „To jedź”. „Nie mam prawa jazdy”. Kocham to miejsce, znam każdego sprzedawcę.

Mieszkam blisko giełdy. O dwunastej, trzynastej też można dostać świeże kwiaty.
Ale na pewno jest mniejszy wybór.

Dorota Wellman: 'W nicnierobieniu wytrzymuję pięć minut.' Fot. Rafał Masłow Dorota Wellman: "W nicnierobieniu wytrzymuję pięć minut." Fot. Rafał Masłow

To jakie są wasze wakacje?
Od lat jeździmy do Grecji, znamy ją jak własną kieszeń. Wybieramy małe, nieturystyczne miejsca. Wykąpaliśmy się, opalamy na leżaku, mówię: „Pojedźmy zobaczyć, co jest za rogiem”. Krzysiek: „Ja nie wytrzymam. Nie mogłabyś poleżeć?”. „Poleżymy po powrocie”. Dzięki temu dużo zobaczyłam i poznałam mnóstwo ludzi, bo wszędzie rozmawiam. Krzysiek mówi: „Ty masz taką przysiadalność”. Bo od razu z każdym rozmawiam, tak znajduję tematy. Ale mój mąż też jest typem sołtysa. Mieszkamy na wsi i on wszystkich zna: ten jest chory, a tamtemu trzeba zaorać. W Bieszczadach spotkałam rockmana. Nie chciał gadać, bo jest samotnikiem, alkoholikiem. Ale miał konie. Zgodził się na rozmowę tylko dlatego, że pocałowałam jego ukochanego konia w nos. Był taki piękny, że nie mogłam się powstrzymać.

W kilku wywiadach mówiłaś, że chciałabyś prowadzić program w stylu Marthy Stewart.
Gdybym miała absolutną wolność, zrobiłabym program łączący domowe treści z istotnymi, ale nie w formie „perfekcyjnej pani domu”. Sama sprzątam, gotuję, wiem, jak zaprosić gości, i wiem, jak przekonać kobiety do walki o wyrównanie szans. Taki kobiecy talk-show, niewykorzystana forma w telewizji.

Poszłaś z tym do szefa?
Tak, ale już nic większego nie zrobię w TVN. Nie mam złudzeń.

Mówisz bez żalu?
To oni nie wiedzą, co tracą. Regularnie spotykam się z kobietami w całej Polsce i widzę, że potrzebują nie tylko programów o tym, jaką sukienkę założyć na ślub i jak zachować młodość. Chcą wiedzieć, jak zrównać płace, jak walczyć o swoją pozycję, jak się nieustannie rozwijać. Ciągle musimy je motywować, kształcić, żeby walczyły o swoje.

Co się stało z tą Solidarnością, o którą tłukłaś się kiedyś z milicją na Barbakanie?
Nie istnieje. Jest okropny kraj podziału, w którym liczy się zysk i każdego można kupić.

Da się zszyć społeczeństwo?
Już nie. Mam nadzieję, że nie dożyję wojny domowej. Głęboko liczę, że któregoś dnia, kiedy będą odbierali nam wolność i prawa obywatelskie, ludzie się obudzą i wyjdą na ulice, że ducha wolności nie da się kupić za żadne „plusy”. Ale to naiwna wiara.

Co czułaś w 1989 roku?
Ogromną radość. Pierwsze wybory – i moje pierwsze wybory. Pierwszy paszport, jakbym Pana Boga złapała za nogi. Kartkowałam, oglądałam ze wszystkich stron, wąchałam. Poczucie, że zdobyliśmy coś naprawdę ważnego. A teraz powoli to tracimy. To bolesne, ale nigdy stąd nie wyjadę. Nigdy. I nikt mnie stąd nie wygoni. No, to chyba dobrnęliśmy do puenty.