Zew natury

KOntakt z drzewem, dotykanie jego kory, działa na organizm człowieka relaksująco (Fot. Getty Images)
KOntakt z drzewem, dotykanie jego kory, działa na organizm człowieka relaksująco (Fot. Getty Images)

Odkąd pamiętasz, czułaś się w lesie dobrze? Naukowcy na całym świecie od lat udowadniają, że odseparowanie się od dzikiej przyrody nas osłabia. Nie dziwi więc coraz większa różnorodność warsztatów i terapii opartych na kontakcie z naturą.

Do lasu wchodzimy wąską ścieżką jedna za drugą. Moja przewodniczka Katarzyna Simonienko nadaje tempo kąpieli leśnej. Po kilkuminutowym niespiesznym spacerze dochodzimy do sporego powalonego pnia dębu. – Zwykle z grupą podczas warsztatów spacerujemy przez 15–20 minut, to takie minimum w kanonie shinrin-yoku, japońskiej sztuce kąpieli leśnych – informuje Kasia i siada na naturalnej ławce. – Teraz spróbujemy rozluźnić ciało. Możesz zamknąć oczy, jeśli to pomoże ci poczuć się swobodniej. Spróbuj oddychać przeponą – instruuje.

Kiedy skupiam się na oddechu, wyraźniej słyszę śpiew ptaków. Kilka metrów od nas w liściach buszuje mała myszka. – Nornica ruda – precyzuje Kasia. Poza tym, że pracuje jako psychiatra, jest też przewodniczką Białowieskiego Parku Narodowego i założycielką pierwszego w Polsce Centrum Terapii Lasem. Tutaj, w Lesie Zwierzynieckim w Białymstoku, nie mamy szansy spotkać aż tak wielu gatunków roślin i zwierząt, ale według Kasi nawet taka krótka kąpiel w miejskim, w miarę różnorodnym lesie może zadziałać dobroczynnie. Oczywiście, im większa różnorodność gatunkowa drzew, tym zdrowiej.

Bliskość z przyrodą

Czym właściwie jest shinrin-yoku? Shinrin to po japońsku „las”, a yoku – „kąpiel”. Jego twórcy opisują je jako proces zanurzenia się w lesie wszystkimi zmysłami. – Nie jest istotny dystans, jaki pokonamy, nie chodzi o wysiłek fizyczny, trening, bicie rekordów – wymienia Kasia. – Uczestnikom warsztatów proponuję, żeby posprawdzali, jaką fakturę mają mech czy drewno, jak pachną grzyby, spróbowali poczuć, jaki posmak na języku zostawia leśne powietrze. Potem wymieniamy się doświadczeniami.

Zaraz jednak dodaje, że nie chodzi o ezoteryczne praktyki przytulania się do drzew ze względu na emitowaną przez nie energię, jak często definiuje się silwoterapię. – To paradygmat niemedyczny. Lecznicze działanie lasu to kwestia wiedzy, nie wiary – przekonuje. – Dla mnie, jako lekarki i naukowczyni, bardzo ważne jest, żeby pewnych pojęć nie mieszać, ludziom trzeba przedstawić fakty, stojącą za tym naukę. Nie trzeba przytulać się do drzew, żeby czerpać fitoncydy przez drogi oddechowe. Wystarczy dotykać kory, bo kontakt z drzewem wpływa na obniżenie ciśnienia krwi i tętna, działa relaksująco – dodaje.

Fitoncydy to odpowiedniki antybiotyków wytwarzanych przez bakterie, grzyby i porosty, wydzielane przez kwiaty, liście i korę. Te naturalne związki chemiczne są częścią systemu obronnego drzew, które wytwarzają je, żeby ochronić się np. przed owadami. Największymi producentami owych związków obecnych w różnych olejkach eterycznych są drzewa iglaste. Japońscy naukowcy, którzy od lat 80. ubiegłego wieku badają wpływ przyrody na nasze zdrowie, dowiedli, że to właśnie zmysł zapachu ma najistotniejszy wpływ na nasze samopoczucie. Jak wykazały m.in. badania Qinga Li, profesora nadzwyczajnego tokijskiej Nippon Medical School, wdychanie związków z olejków eterycznych znacząco zwiększa liczbę i aktywność komórek NK (natural killers) i białek przeciwnowotworowych, obniża poziom hormonów stresu, wydłuża sen i poprawia jego jakość, redukuje poczucie niepokoju, gniewu czy znużenia.

Drzewa, które leczą

Dlaczego to dla nas takie dobre? Zgodnie z hipotezą biofilii ludzie odczuwają biologiczną potrzebę kontaktu z przyrodą. Taki pogląd pod koniec minionego stulecia głosił amerykański biolog Edward Osborne Wilson. Twierdził, że ludzka potrzeba więzi z naturą wynika z procesu ewolucji – przez większą część istnienia naszego gatunku żyliśmy blisko dzikiej przyrody i to umożliwiało nam przetrwanie. Nic dziwnego, że kontakt z nią ma pozytywny wpływ zarówno na naszą psychikę, jak i na stan zdrowia. Wielu naukowców przekonuje dziś, że równie duży jak regularne ćwiczenia i zdrowa dieta. W miastach żyjemy od mniej więcej 200 lat. Nasze ciała wciąż jeszcze nie zdążyły się przyzwyczaić do wielogodzinnego siedzenia przed komputerem, bombardowania siatkówki oka jasnym promieniowaniem monitorów, wyjałowionego powietrza, jakim oddychamy w pomieszczeniach. Remedium na cywilizacyjny postęp jest proste – powrót do lasów. Spokojnie! Mieszkańcy miast nie muszą od razu przeprowadzać się na wieś. Badania wskazują, że aby osiągnąć dobroczynny wpływ shinrin-yoku na nasz organizm, wystarczą nawet dwie godziny w miesiącu spędzone w lesie. Podobną funkcję może też spełnić odwiedzenie miejskiego parku. Warto wybrać się więc na pobliski skwerek choćby w czasie przerwy obiadowej i zjeść lunch w otoczeniu drzew. Wspomóc się korzystnym działaniem roślin możemy także, wstawiając kilka kwiatów do naszych biur czy mieszkań. Pomogą ujemnie najonizować otaczające powietrze, co działa na nas pobudzająco i orzeźwiająco. Jony ujemne łączą się z cząsteczkami kurzu i pleśni, niwelując ich szkodliwość.

Terapia lasem i leśne kąpiele są coraz popularniejsze na całym świecie. Tylko w Japonii – kolebce shinrin-yoku – w dwóch trzecich pokrytej lasami, znajdują się 62 ośrodki i trasy przeznaczone do tej praktyki. Żeby poprawić stan zdrowia i obniżyć stres, każdego roku leśne szlaki przemierza od 2,5 do 5 mln osób. Coraz częściej także medycy z Europy i Stanów Zjednoczonych zalecają pacjentom przyrodnicze kuracje. Na Szetlandach lekarze oficjalnie przepisują „naturę” – długie spacery czy podglądanie ptaków – pacjentom cierpiącym na choroby przewlekłe. Amerykańska inicjatywa ParkRx od 2009 roku namawia lekarzy, żeby przepisywali chorym wycieczki w plener. Pacjenci coraz częściej wychodzą z gabinetów lekarskich nie z receptą na leki, ale z jednodniowym zwolnieniem i wskazaniem spędzenia go na rehabilitacji przyrodniczej w jednym z parków stanowych. Działa tam 150 programów promujących aktywność na łonie natury. Z kolei rząd Korei Południowej wydał 14 milionów dolarów na Narodowe Centrum Terapii Leśnej, zakładając
37 państwowych lasów rekreacyjnych. Na ich terenie znajdują się szkoły rodzenia, przedszkola, a nawet domy pogrzebowe. Ideą jest stworzenie „zielonego państwa opiekuńczego, w którym lasy niosą radość wszystkim”.

W lesie i w ogrodzie

W Polsce temat spopularyzowały dopiero wydane w 2018 r. książki, m.in. „Kąpiele leśne. Jak czerpać zdrowie z natury” M. Amosa Clifforda, założyciela kalifornijskiego Stowarzyszenia Przewodników i Programów Przyrodniczych oraz Terapii Leśnej, i „Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych” profesora Qinga Li.

Sukcesy przyrodniczej rekreacji zdrowotnej zainspirowały jedno z nadleśnictw w województwie zachodniopomorskim, które stworzyło pierwszą w Polsce ścieżkę edukacyjną kąpieli leśnych. Mniej więcej dwukilometrowa trasa powstała w Puszczy Bukowej, w nadleśnictwie Gryfino. Na tablicach informacyjnych znajdziemy wskazówki pomocne w praktyce „kąpieli w leśnej łaźni”, np.: „Nie myśl, jak niepoważnie wyglądasz, spacerując po lesie boso lub głaszcząc pień drzewa…”. Pierwszą edycję warsztatów terapii lasem poprowadził tam licencjonowany przewodnik terenowy i certyfikowany w Wielkiej Brytanii przewodnik shinrin-yoku Jacek Gawroński. Po wyprawie jeden z uczestników napisał na jego facebookowym fanpage’u: „To relaks, odprężenie i oddech od naszej zgubnej cywilizacji”.

Zaledwie kilkanaście kilometrów na południe od miejscowości Gryfino powstał Szlak Steklińskiej Strefy Wyciszenia. Jego pomysłodawcami są członkowie Stowarzyszenia „Nasza Mała Ojczyzna” ze Steklna. Na stronie internetowej piszą: „Wykorzystując potencjał natury, można trenować uważność, doskonalić pracę umysłu”. Na opatrzonym opisowymi tablicami szlaku trafimy m.in. do strefy refleksji, uważności i medytacji, rozładowania emocji i wykorzystania energii drzew.

Leśne Spacery Rozwojowe odbywają się również na terenie Warszawy. Adam Markuszewski prowadzi je od 2015 roku. Od tego czasu wzięło w nich udział ponad 200 osób. „Dzięki spacerowi człowiek wraca do ciała, do siebie, do teraźniejszości. Oddala się od głowy, żeby wrócić z odpowiedziami, które pochodzą z innego źródła” – pisze Markuszewski na poświęconym spacerom blogu.

Silwoterapię rozumianą jako terapię poprzez przyrodę stosują niektóre domy opieki społecznej w Polsce. – Wychodzimy z mieszkańcami do ogrodu, o który razem z nami dbają, sadząc, podlewając i pielęgnując rośliny. Spacerujemy wokół stawów na terenie ośrodka, karmimy zwierzęta w minizoo: kucyki, owce, przygarniętego po powodzi koziołka. Mieszkańcy dają im marchew, mogą je pogłaskać. Po takiej przechadzce nawet ci najbardziej niesforni się wyciszają, potrafią zasnąć – opowiada jedna z fizjoterapeutek w Domu Pomocy Społecznej w Zochcinku. Za poprawę naszego samopoczucia, kiedy grzebiemy w ziemi, odpowiada m.in. bakteria Mycobacterium vaccae, która ma działanie antydepresyjne, pobudza nasz mózg do wytwarzania serotoniny i noradrenaliny, stymuluje również nasz układ immunologiczny. To podstawy polegającej na pracy w ogrodzie coraz powszechniejszej hortiterapii.

Nic dziwnego, że niektórzy utuleni dobrostanem zasypiają. Przyroda i wszechobecna w niej zieleń koi stres. – Układ współczulny odpowiedzialny za reakcje ucieczki czy walki wyhamowuje i pozwala nam odebrać informację: „Skoro są tu rośliny i zwierzęta, jest woda, nie zabraknie ci jedzenia i picia. Skoro są drzewa, rozpalisz ogień albo zbudujesz szałas. Tu jest optymalnie, nie zginiesz, możesz się odprężyć” – przekonuje Kasia. Kojąco działają na nas także odgłosy natury, szczególnie śpiew ptaków i szum wody.

Chociaż w Europie powstaje coraz więcej leśnych ośrodków odnowy dla zapracowanych mieszkańców miast, w Polsce oferta kąpieli leśnych w hotelach czy SPA wciąż jest rzadkością. Mnożą się za to propozycje różnego rodzaju grupowych wypraw do lasu, szamańskich i surwiwalowych obozów, odosobnienia na łonie przyrody, kursów zielarstwa, pszczelarstwa czy uprawy roślin.

Zielona pedagogika

Potencjał drzemiący w przyrodzie dostrzegają też osoby pracujące z młodzieżą. W Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii czy Norwegii coraz powszechniejsza staje się edukacja outdoorowa, adventure education czy zapoczątkowana w USA już w latach 20. minionego wieku wilderness therapy. W Polsce z tych dwóch pierwszych korzystają twórcy Pracowni Nauki i Przygody – praktykują edukację, której podstawą są doświadczenie i przygoda w naturze, na świeżym powietrzu. Wilderness therapy to wyprawy młodych ludzi w dzicz, gdzie w grupie uczą się m.in. innych modeli relacji i odpowiedzialności. – Wykorzystujemy element związany z wyzwaniem, bo kiedy jesteśmy w dzikiej przyrodzie, wychodzimy poza strefę komfortu. Musimy się dostosować do warunków pogodowych i klimatycznych – wyjaśnia jedna z pionierek WT w Europie Jo Robert z Wilderness Foundation w Wielkiej Brytanii. – Poradzenie sobie z odnalezieniem drogi w lesie czy rozbiciem obozowiska sprawia, że czujesz się kompetentna i samodzielna.
– Przyroda daje przestrzeń do tego, żeby się otworzyć. Są w niej cisza i spokój, nie rozprasza nas obecny w mieście natłok bodźców, dzięki temu łatwiej wejść w kontakt ze sobą i z drugim człowiekiem. Bardzo boimy się oceny, a przyroda nie ocenia – tłumaczy pracujący z młodzieżą poprzez WT psycholog Artur Świtalski. Kasia Simonienko dodaje: – Las jest jak podświadomość, można w nim znaleźć skarby, różne zasoby, ale i potwory: lęki, wyparte przekonania. Działa jak wielka kraina archetypów, ale kiedy dobrze się go pozna, okazuje się, że nie ma się czego bać. To wzmacnia poczucie wewnętrznej siły.