1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Czy świat jest sceną

Czy świat jest sceną

Dziś, by uzyskać przepustkę do świata gwiazd, ludzie są gotowi poświęcić wszystko: prywatność, godność własną i swoich bliskich. Najmniej istotny detal z życia tak zwanych celebrities staje się tematem numer jeden w wielu domach, plotkarskie magazyny i portale internetowe święcą triumfy. Czy sława to współczesny narkotyk?– rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

 

Po co ludziom sława? K.M.: Dziś widać raczej histeryczną pogoń za szybką popularnością, sława to zdecydowanie coś trwalszego. Dzieje się tak dlatego, że coraz więcej ludzi choruje na duszy, ma więc coraz większe parcie na to, by karmić się czymś z zewnątrz, coś ćpać. Czy to będzie kupowanie, alkohol, narkotyki, adrenalina pochodząca z ekstremalnych sportów, władza czy właśnie popularność.

W.E.: Badania wykazują, że tak zwany poziom szczęśliwości na półkuli północnej, czyli tam, gdzie kwitną materializm i konsumeryzm, spada w szybkim tempie. Okazuje się, że praca ponad siły i nabywanie kolejnych przedmiotów nie wiążą się z poczuciem szczęścia i satysfakcji. Ale nasza kultura obiecuje nam to od dziecka, więc w posiadaniu i w popularności widzimy remedium na towarzyszącą nam wewnętrzną pustkę i samotność. Wydaje nam się, że receptą na samotność jest bycie przedmiotem zainteresowania jak największej liczby ludzi. Wierzymy, że postacie z okładek nurzają się w szczęściu i są otoczone tłumem oddanych przyjaciół.

Jaki człowiek marzy najbardziej o popularności? K.M.: Narcyz.

W.E.: Czasami trudno rozróżnić osobowość narcystyczną od psychopatycznej. Obie mogą szukać ratunku w popularności. Jednak każda bierze sobie z niej co innego. Dla osobowości psychopatycznej atrakcyjny będzie zawarty w popularności element górowania i władzy nad ludźmi – rząd dusz. Dla osobowości narcystycznej ważniejsze będą pozory uwielbienia ze strony innych. Reprezentanci obu tych postaw potrafią dążyć do popularności, nie licząc się ani z innymi, ani ze sobą.

Czym więc narcyz różni się od psychopaty? W.E.: Psychopatia jest obroną przed bólem głęboko urażonego poczucia godności, a narcyzm – przed bólem zranienia poczucia własnej wartości. Typowe psychopatyczne myślenie: „Ja jestem w porządku, a świat i inni nie. Ja mam moralną rację, jestem zbawcą pokrzywdzonych. Ci, którzy nie są ze mną, są przeciwko mnie, są moimi wrogami. Mam prawo ich nienawidzić i nimi gardzić. Domagam się hołdów, wiem lepiej, co jest dobre”. Łatwo zauważyć, że takie przekonania na własny temat stwarzają silne złudzenie bycia osobą szczególną i godną szacunku. Natomiast, gdy zranionego poczucia wartości bronimy narcyzmem, dążymy przede wszystkim do tego, by czuć się pożądanymi i kochanymi. Narcyzm karmi się podziwem i uwielbieniem.

Jak wyhodować „narcyza” albo „psychopatę”? W.E.: Gdy rodzice nie potrafią kochać bezwarunkowo, zmuszają dziecko do nieustannego starania się o ich miłość. Takie dziecko jest przekonane, że i tak nigdy nie będzie wystarczająco dobre. Można powiedzieć, że to jest dziś nagminne, dlatego mamy coraz więcej narcyzów. Obrona psychopatyczna jest natomiast odpowiedzią na dorastanie w upokorzeniu, strachu i pogardzie. Inteligencja i klasa średnia to warstwy społeczne częściej produkujące narcyzów. Dostałeś piątkę? Dlaczego nie szóstkę? A ile było szóstek? Dzieci żyją pod presją wygórowanych oczekiwań, a uwaga i przychylność rodziców jest nagrodą za bycie najlepszym. Wyrastają na ludzi, którzy bez przerwy się starają i nigdy ani nie są z siebie zadowoleni, ani nie potrafią uwierzyć, że inni są z nich zadowoleni i że ich kochają.

K.M.: W narcyzmie najważniejszy jest aspekt niespełnionej miłości i uwagi za to, że się po prostu jest. Że rodzice nas chcieli i cieszą się nami niezależnie od naszej urody czy zdolności. Ponieważ tego nie było, ekwiwalentem ma się stać wyjątkowość, bycie lepszym. Narcyz za wszelką cenę chce być w centrum uwagi. Szczególnie nadaje się do tego scena. Wygląd jest tu ważną kartą przetargową. Muszę być zgrabniejsza, ładniejsza, młodziej wyglądać, mieć mniej zmarszczek, lepsze ciuchy. Byle się jakoś wyróżnić. Niekoniecznie pozytywnie. Można też żyć tym, że „takiej szmaty, takiego pijaka jak ja nie ma nigdzie!”.

W.E.: Inni ludzie są potrzebni jedynie w roli lustra – nadrzędnym celem życia jest ujrzenie w ich oczach zachwytu i uznania. Ale nigdy nie jest tego wystarczająco dużo, by przyjąć, że zasłużyliśmy na bliskość i miłość, której tak pragniemy.

K.M.: Spójrzmy od innej strony. Oglądacie „Taniec z gwiazdami”? W ostatniej odsłonie rewelacyjnie tańczyli moim zdaniem Damięcki i Steczkowska. Ale publiczność wybrała miłą Annę Guzik, też nieźle sobie radzącą, ale bez porównania. Publiczność głosowała na kogoś „swojego”, a nie na profesjonalizm i sztukę. Taka jest różnica między sławą a popularnością. Nie jest istotne, czy ktoś ma do zaproponowania coś wartościowego. Ważne, by miał to coś, co akurat w tej chwili jest potrzebne masom, by mogły się tym karmić.

W.E.: Publiczność w dużej części pasjonuje się tym, kto zajdzie wysoko, a kto odpadnie, w drugiej kolejności tym, jak uczestnicy tańczą. Wybiera tych, z którymi się identyfikuje. I w ten sposób wreszcie czuje się lepiej, dowartościowuje się.

K.M.: Bo wygrał ktoś taki jak ja. Więc co z tego, że to jest taniec, który ma być profesjonalnie oceniany, są jacyś eksperci, skoro publiczność mówi: „Możemy zrobić tak, żeby ten gorszy wygrał, bo nam się bardziej podoba”. Ten mechanizm sprawia, że dewaluują się wartości. Przez lata ceniliśmy ludzi, którzy do czegoś dążą, mają jakiś talent i go doskonalą. Ktoś pokazywany w telewizji umiał coś, czego nie umie każdy. To była właściwa osoba na właściwym miejscu. Teraz coraz częściej to, że ktoś coś umie, czymś się szczyci, denerwuje tych ludzi, którzy tego nie robią, nie potrafią. A to oni jako publiczność się liczą, bo liczy się oglądalność, więc to oni będą rozdawali karty. Na tym właśnie polega pauperyzacja kultury. Liczy się tylko to, co większość „demokratycznie” uzna za ciekawe. Zasłużona sława jest efektem ubocznym tego, że człowiek coś wnosi do kultury i popycha ludzkość do przodu. I mamy takich ludzi także dzisiaj, ale oni toną w zalewie tandety. To grozi zanikiem mistrzostwa. Kiedyś uczeń miał szansę przerosnąć mistrza, ale dopiero, gdy dojrzał. Dziś błyszczą, a właściwie rozbłyskują na chwilę, 20-latkowie.

 
A może to myślenie starej daty? Może teraz nie ma miejsca na dawne mistrzostwo? I naprawdę gwiazdą sztuki nowoczesnej może być 20-latek? K.M.: Tak może być. Ale to nie tylko kwestia wieku, raczej podejścia do tego, co się tworzy, i motywacji. Jeśli tą motywacją jest jedynie popularność, nic dobrego z tego dla kultury nie będzie. Masowość mediów wymaga wciąż nowych bohaterów. Czymś trzeba zapełnić te 24 godziny programu, kilkanaście kanałów. W dodatku trzeba mieć coś nowego, chwytliwego. Publika szybko się nudzi. Śmialiśmy się kiedyś z piosenki „Śpiewać każdy może” w wykonaniu Stuhra. Teraz to już nie jest żaden dowcip. To nasza rzeczywistość. Zmieniają się tylko twarze, nazwy, głosy podkręca się za pomocą komputera, żeby uszy nie więdły... To nasze gwiazdy.

Dlaczego więc tak wielu ekscytują? K.M.: Mamy poczucie małej atrakcyjności własnego życia. Praca, dom, praca, dom, wstać, umyć się, coś ugotować, iść spać. To mało. Rzadko kto patrzy wtedy na chmury, liście, czyta albo pisze haiku. A skoro tak, ludzie nie mają poczucia, że uczestniczą w tworzeniu czegokolwiek. Rozglądają się wokół i szukają czegoś, co przyciąga wzrok, co się błyszczy, jest zmienne, inne, ciekawsze. Od tego są gwiazdy. Gwiazda to obiekt, który spełnia nasze wyobrażenia, wizje, żyje naszym „lepszym” życiem. Fajnie jest też swoją gwiazdę skrytykować. O, proszę, gruba się zrobiła, ale się uczesała beznadziejnie.

Z jednej strony lepsza wersja nas, a z drugiej strony cieszymy się, gdy ma wady? K.M.: Jeśli się chce być na ustach wszystkich, trzeba być przygotowanym na to, że nie wszyscy będą chwalić. Niektórzy będą wyładowywać na tobie frustracje. Gwiazdki się często dziwią, jak ludzie mogą tak źle o nich mówić. Mogą, bo chcą się na kimś wyżyć. Taka jest cena popularności, trzeba umieć znieść to, że jedni chcą cię zniszczyć, wmawiają ci niestworzone historie, a inni się za ciebie modlą. Bywa, że ci sami się modlą, a potem zabijają. Nawet dosłownie, jak Lennona. To mój idol – powiedział zabójca. Kto to jest mój idol? To jestem ja, gdybym wreszcie mógł robić to, na co według siebie zasługuję, albo gdybym się ośmielił robić to, na co mam ochotę. Czyli gdyby mnie zobaczyli takim, za jakiego się w głębi duszy uważam. Więc jest to jednocześnie mój wróg, bo zajmuje moje miejsce. Stąd ta ambiwalencja.

W.E.: Stosunek do gwiazdy jest zawsze ambiwalentny. Jest w nim bałwochwalczy podziw, ale silnie podbarwiony zawiścią. Dlaczego nie ja? Ten pełen tłumionej pasji aspekt jest uśpiony, ale wychodzi na jaw, gdy idolowi powinie się noga. Satysfakcję daje to, że ktoś spada z tak wysoka, że publicznie przeżywa uczucia poniżenia, odrzucenia, wstydu, strachu, rozpaczy. Uczucia, które w dzieciństwie były naszym udziałem. Mało tego, wreszcie to my możemy poczuć się sędziami, skazać idola na publiczną śmierć. Odreagowujemy naszą traumę. Idol nie ma prawa zawieść, nie ma prawa do empatii, zrozumienia, współczucia czy wybaczenia. Tak jak my nie mieliśmy ich w dzieciństwie, będąc albo idolami, albo kozłami ofiarnymi swoich rodziców.

Mówi się, że gwiazda co prawda spada, ale miała swoje pięć minut. Warto dla tego żyć? K.M.: To straszne określenie. Że dobre już było, życie skończyło się, choć nadal trwa. Przecież trzeba wykorzystać całe swoje życie. Robić coś, co cieszy, rozwija...

W.E.: To pokazuje, że popkultura traktuje ludzi przedmiotowo. Karmią sobą tę medialną maszynę, która potrzebuje dramatów, wzlotów i upadków, więc produkuje i niszczy kolejne gwiazdki, bo dzięki temu wszyscy mogą zarobić i żyć. W slangu popularnych mediów nazywa się to strzelaniem do rzutków. Wystrzeliwuje się kogoś wysoko w niebo, a potem czeka na moment, żeby spektakularnie go zestrzelić. Publiczność się cieszy, a tym, co się stało z tak potraktowanym człowiekiem, nikt się już nie interesuje.

Skoro popularność to ciężar, dlaczego tak trudno zejść ze sceny? W.E.: Jakoś znoszą to ci, dla których popularność jest jedynie produktem ubocznym talentu, determinacji w dążeniu do celu. Nie zabiegali o popularność, nie muszą się nią karmić. Ale sława może stać się narkotykiem, celem samym w sobie. Wtedy, gdy gaśnie, wraz z nią znika poczucie sensu istnienia i trudno sobie poradzić. Bo będąc u szczytu sławy, możemy ulec złudzeniu, że nie musimy już się rozwijać, dalej uczyć i pracować. Trudno wrócić do znoju normalności.

K.M.: Ludzie się śmiertelnie boją, że stracą tę wyjątkowość. Mamy tego jaskrawe przykłady. Np. Presley, który był utalentowanym chłopakiem, a nagle stał się bogiem i tego nie uniósł. Zaćpał się, stał się lekomanem. Żeby unieść sławę, trzeba wielkiej siły wewnętrznej, by nie zacząć wierzyć, że jest się naprawdę kimś niezwykłym, kimś ekstra, boskim. To jest możliwe tylko w przypadku kogoś, kto wie, kim jest naprawdę. Człowiek, który utrzymuje poczucie własnej zwyczajności, mimo że go noszą na rękach i stoją do niego w kolejce, zwykle potrafi temu sprostać. Pozostaje sobą, nawet gdy schodzi ze sceny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze