1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Zwierciadło
  4. >
  5. Budujmy arkę przed potopem

Budujmy arkę przed potopem

Trudno zaprzeczyć temu, że jako gatunek jesteśmy odpowiedzialni za katastrofalny stan Ziemi. Od lat ekolodzy biją na alarm, jednak dopiero teraz po raz pierwszy ruch Zielonych zaczyna się liczyć na arenie międzynarodowej. Co się zmieniło, a co wciąż nie pozwala nam realnie zadbać o Ziemię? – rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergerem.

 

Dlaczego po długim czasie ignorowania bądź wyśmiewania tematu dziś przywódcy tak wielu państw zaczynają otwarcie mówić o konieczności ochrony środowiska? W.E.: Czynnikiem najskuteczniej wpływającym na zmiany w naszym zachowaniu jest strach. Niechętnie robimy coś, co wymaga wysiłku albo łączy się z rezygnacją z jakichś dóbr – chyba że zmuszą nas do tego groźne okoliczności. Najnowszy raport o stanie środowiska, wraz z nasilającymi się katastrofami naturalnymi, tak właśnie zadziałał i zmusił elity polityczne do myślenia. Ale polityka jest zwykle koniunkturalna. Widocznie sondaże pokazują, że „na ekologię” można złapać coraz więcej wyborców albo coś na niej zarobić.

K.M.: Nigdy w historii nie było tak szybkiego wzrostu liczby ludności, w ciągu jednego stulecia przybyło nas na Ziemi więcej niż od początku istnienia ludzkości. Ta liczba podwoi się w najbliższych dziesięcioleciach. Tych ludzi trzeba jakoś wykarmić, ubrać, muszą gdzieś mieszkać. Ziemia nie jest w stanie tego wytrzymać przy obecnym rabunkowym systemie eksploatacji jej dóbr naturalnych, zabraknie energii, wody... Uspokajające argumenty, że już w przeszłości były podobne wahnięcia klimatyczne, to mydlenie oczu. Niebezpieczeństwo staje się realne. A jak trwoga, to do Boga. Ten sam mechanizm widać w terapii. Ludzie przychodzą pracować nad zmianą, nie kiedy coś ciśnie i robi się niewygodnie, tylko jak już nie ma innego wyjścia.

Dlaczego? W.E.: Możemy mieć jakąś świadomość, coś rozumieć, ale realna zmiana zachowa  następuje dopiero, gdy czegoś doświadczymy na własnej skórze.

K.M.: Ludzie poszli w swoim rozwoju w stronę natychmiastowych korzyści osobistych, szybkich karier, bogacenia się. Po nas choćby potop. To właśnie perspektywa jednostki. Ja jestem ważny, inni się nie liczą. Najbiedniejsi zaczynają ten łańcuszek zależności. Zabiją słonia, by mu uciąć kły, załatwią całe stado dla paru rupii, za które kupią coś do jedzenia na kilka dni i papierosy. Wzbogaci się pośrednik, który te kły sprzedaje. A my, konsumenci na końcu łańcuszka, kupujemy wyroby z kości słoniowej i nie chcemy widzieć, że się bezpośrednio przyczyniamy do wyginięcia słoni.

Tęsknimy za czystym powietrzem, a kopcimy, śmiecimy, przetwarzamy i emitujemy. Chcemy jeść zdrowe ryby, a zanieczyszczamy wodę. Trujemy siebie. Zachowujemy się tak, jakbyśmy tak jak dawne plemiona mogli się przenosić z miejsca na miejsce, gdy już jedno wykorzystamy i zużyjemy.

W.E.: W tej kwestii panuje powszechna zmowa milczenia. W skali globalnej ludzkość, by przetrwać, czyni mnóstwo rzeczy, które każdy z nas z osobna w głębi duszy uznaje za złe i szkodliwe. Ze zbiorowej świadomości jednak to wszystko wypieramy. Ten mechanizm wyparcia działa tak silnie, że nawet współczesna edukacja religijna – wbrew swojej misji czynienia ludzi i świata lepszymi – ciągle lekceważy palącą konieczność ratowania planety.

Pierwotne systemy religijne podkreślały związek człowieka z ziemią, były zbudowane na szacunku, wdzięczności za jej dary. K.M.: W kulturach tradycyjnych ludzie kłaniali się słońcu, wiatrowi, ziemi, wodzie, przodkom, zwierzętom. Bóstwo zamieszkiwało całą Ziemię, każdą istotę, dlatego nadużywanie tego było występowaniem przeciwko boskości, stawianiem się powyżej bogów. Nasza kultura jest antropocentryczna, człowiek jest na pierwszym miejscu. To kluczowa różnica. Bóg tak naprawdę jest stworzony na podobieństwo człowieka, a nie odwrotnie. Wystarczy popatrzeć na wizerunki.

W.E.: Czynimy sobie ziemię poddaną. Antropocentryzm to wiara w realność, znaczenie i wielkość ludzkiego ego. Pysznie i arogancko stawiamy siebie ponad wszystkim, nasze prawo do życia ponad prawem do życia innych. Krocząc po trupach „mniejszych braci”, nie widzimy dalej niż czubek własnego nosa. Dokonujemy stopniowej autodestrukcji, bo żadne zaklęcia nie są w stanie sprawić, że przestaniemy być częścią ekosystemu Ziemi. Nasze ciała są i będą częścią jej macierzy. A jaki stosunek do ciała proponuje nam dominujący nurt naszej kultury i religii? Nasze czujące i myślące ciało jest traktowane przedmiotowo, jest siedliskiem zła i nieposkromionych żądz, które trzeba poddawać rygorystycznej kontroli – czyli czynić je sobie poddanym. Wprawdzie powinniśmy kochać bliźniego swego jak siebie, ale jak, skoro obawiamy się własnego ciała i w konsekwencji podświadomie nienawidzimy samych siebie?

 
Foto: fotochannels.com

Co to znaczy, że nie kochamy siebie i swojego ciała? Przecież dbamy o nie, karmimy witaminami, depilujemy, perfumujemy... K.M.: Właśnie, nadużywamy go, próbujemy sprostać narzuconym kulturowo wizerunkom, pracujemy, aż padniemy... Powód tego braku miłości do siebie jest prosty: nie wita nas u progu naszego życia radość, szczęście i akceptacja. Wita nas napięcie, niepewność, przychodzimy nie tacy, jak trzeba, za wcześnie albo za późno. Dorastając, nieustannie dowiadujemy się, że jesteśmy nieudani. Trudno siebie kochać, trudno kochać takich rodziców. Trudno kochać siebie jako rodzica. A jak z rodzicami, tak z matką nas wszystkich, czyli Ziemią.

W.E.: Ciało daje nam żyć, ale my nie dajemy żyć ciału. Najpierw nadużywamy go, ignorujemy jego sygnały, a gdy już biedne nie daje rady i próbuje się z tego wymiksować, nie pozwalamy mu umrzeć. To zastanawiające, że ciało jest dla nas świętym życiem tylko przed poczęciem i w stanie agonii.

Ciało jest siedzibą pokus, nośnikiem brudu, zarazków... W przeciwieństwie do ducha czy duszy. K.M.: Więc mamy dezodoranty, myjemy się dwa razy dziennie, kupy w ogóle nie robimy, a już na pewno o tym nie rozmawiamy. Bardzo długo szukałam sedesu z półką – naturalna medycyna diagnozuje stan zdrowia między innymi na podstawie stolca. Kto się tym teraz w ogóle zajmuje? Przecież to fuj. Sami sobą manipulujemy, żeby o tym zapomnieć, żeby tego nie widzieć. Robimy wiele, by nasze ciało było odrealnione albo jak z plastiku.

W.E.: Ciało się nam urealnia dopiero, gdy zaczyna chorować. Choroby i śmierć nie istnieją dla nas, dopóki nie zachorujemy sami albo nasi bliscy. Analogicznie jest z przyrodą. Słyszymy, że giną całe gatunki i klimat się ociepla, ale nas to nie dotyczy, bo to gdzieś daleko, nie na naszym podwórku. Takie, a nie inne widzenie ciała i Ziemi może być efektem odcięcia się od natury. Dawniej cykl odtwarzany w naturze i człowieku nadawał sens temu, co się działo. Również umieraniu. Ale człowiekowi się zachciało być ponad to, chce nieśmiertelności, więc często wypiera istnienie śmierci do ostatniej chwili, chce czuć się Bogiem...

Postęp cywilizacyjny sprawia, że można się poczuć ponad tymi rytmami. Pewnej zimy ze zgrozą uświadomiłam sobie, że przez miesiąc nie byłam na dworze. Z domu zjeżdżałam do garażu windą, jechałam samochodem do pracy, wjeżdżałam do podziemnego garażu i jechałam windą do pracy... K.M.: A na zakupy jechałaś do centrum handlowego, gdzie też jest podziemny garaż i wszystkie sklepy w jednym budynku. Można tak spędzić życie. Tam nawet stoi palma i szemrze jakaś fontanna – smutna namiastka przyrody.

W.E.: To jest ludzkie terrarium. Bóg stworzył świat, a człowiek centrum handlowe...

K.M.: Więc po co ta Matka Ziemia, z czym my mamy mieć kontakt? Z chodnikiem? Nic dziwnego, że tracimy poczucie, czym ta przyroda, natura, Ziemia jest, że my jesteśmy jej częścią. To przestaje być konkret. Jakieś tam bagna czy kolonie ptaków? Abstrakcyjne pojęcia.

W.E.: Nie tylko feministki zwracają dziś uwagę na to, że Ziemia jest traktowana tak, jak w naszej cywilizacji traktowane jest ciało kobiety. To szczególny aspekt tego, o czym mówimy: patriarchat fetyszyzuje i wykorzystuje kobiety podobnie jak Ziemię. Oczywiście czynią tak nie tylko mężczyźni. Patriarchalnym stosunkiem do kobiet i do Ziemi zarażone są również kobiety.

K.M.: Można powiedzieć, że rodzaj ludzki stał się w sensie duchowym chorym mężczyzną. Kobieca energia, duchowość, która jest naturalnie związana z Ziemią, życiem, cyklami życia i śmierci, była przez tysiące lat niszczona, nadużywana, deprecjonowana. Dominuje męska energia i duchowość, ale w krzywym zwierciadle. Nie ma więc rycerskości, odwagi, kreatywności, otwartości, które wydawałoby się, powinny być cechami męskiej duchowości. Zamiast tego mamy wielkie ego, chęć władzy, okrucieństwo, ambicję, arogancję, bezmyślność i zapatrzenie w technologię.

 
Pojawiają się próby odrodzenia duchowości związanej z Ziemią. K.M.: Takie jak ruchy holistyczne, szamanizm czy odradzający się kult Wielkiej Bogini. To próby powrotu do źródeł naszej naturalnej mocy. Próba leczenia chorej ludzkości. Jeśli pytasz, gdzie jest szansa, to tu.

W.E.: Idea ducha oderwanego od ciała i zakorzeniona w tym iluzja wyższości i szczególnej pozycji człowieka we wszechświecie to już nawet nie antropocentryzm, lecz zbiorowy narcyzm. Tym bardziej uporczywy i hermetyczny, że pobłogosławiony przez wypaczony religijny przekaz. Wprawdzie w chrześcijaństwie mamy wspaniałą metaforę ekologicznego myślenia w opowieści o arce Noego, ale obawiam się, że dzisiaj interpretacja tego wydarzenia jest daleka od tej, że Noe zabrał na arkę zwierzęta dlatego, że są dla istnienia Ziemi tak samo istotne jak ludzie, a może nawet istotniejsze. Choć wszystko wskazuje na to, że czas najwyższy na budowanie nowej, duchowej arki, na ratowanie naszego wspólnego życia – to na „Titanicu” dalej gra orkiestra.

Przemawia do mnie argument, że globalność się składa z indywidualności. Gdy u mnie się pali jedna żarówka niepotrzebnie, to zużycie prądu jest minimalne. Ale w całej Warszawie pali się najpewniej milion niepotrzebnych żarówek. To kolosalne zużycie energii. K.M.: Wyrzucam kilka torebek plastikowych dziennie. Ale jestem częścią systemu – każdy to robi. Ile to dziennie torebek może się zapaść pod ziemię? Wylewam przy zmywaniu naczy  kilka litrów wody niepotrzebnie, bo nie zakręcam kranu. Ale nie tylko ja to robię. Moja odpowiedzialność liczy się w miliony kilowatów, miliardy ton plastiku, hektolitry wody, której brakuje. Dbanie o Ziemię jest naturalnym rozszerzeniem patriotyzmu. Niestety, u większości ludzi dbanie kończy się na sobie i własnej rodzinie.

W.E.: Podział: ja – reszta świata, ja – Ziemia, jest sztuczny. Ten wyłącznie myślowy konstrukt jest skrajnie niebezpieczny, stanowi pożywkę dla wojen i wykluczeń. Jest też źródłem fundamentalnej rozpaczy i samotności człowieka. Nie doświadczając jedności ze światem, zaczynamy się go bać, a od strachu do nienawiści mniej niż jeden krok.

Wracając do ciała: jakie byłyby konsekwencje pomnożone przez owe miliardy ludzi na Ziemi, gdyby każdy człowiek zaczął traktować swoje ciało z szacunkiem, jak prawdziwą świątynię ducha, z uwagą, czułością? Gdybyśmy o swoim ciele zaczęli myśleć jak o ukochanym dziecku? Spadłaby popularność używek i ilość pochłanianego jedzenia. Wyobraźmy sobie, że przestajemy się truć i zapychać żyły cholesterolem. Przestajemy się przepracowywać, zarywać noce, gonić za byle jakimi rozrywkami i za kopami adrenaliny. Więcej śpimy, nie palimy, wolniej i mniej jeździmy – dbamy o czyste powietrze. Zwalniamy tempo, więc nie potrzebujemy tylu pigułek, żeby wytrzymać w wyścigu szczurów. Przestajemy katować się dietami i okaleczać operacjami plastycznymi. Nie zmuszamy się do seksu, by zadowalać innych własnym kosztem itd. Ta jedna zmiana w obowiązującym systemie wartości uruchomiłaby cywilizacyjną rewolucję.

Jak mamy to zrobić, skoro nie znamy swojego ciała, nie słuchamy go, od dziecka uczą nas, że to inni wiedzą, co dla nas dobre? K.M.: W interesie dużej części dzisiejszego świata jest utrzymywanie nas w obecnym stanie. Jesteśmy konsumentami. Chodzi o to, byśmy byli zewnątrzsterowni, uzależnieni od sądów innych, od wszelkiego rodzaju konsumpcji. Reklama powie nam, jakie mamy potrzeby, zdefiniuje je i pokaże najlepsze rozwiązanie. Wyłącz myślenie, czucie, instynkt. Powiemy ci, co jest dobre. To jest hipnoza. Zahipnotyzowani dajemy się stopniowo wsadzać do tego terrarium, gdzie tworzymy sobie sztuczny, kolorowy, czysty i pachnący świat, raj na ziemi. Nie zapominajmy jednak, że każdy z nas z osobna musi dziś odpowiedzieć sobie na pytanie, która wizja świata bardziej mu odpowiada..

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze