Skoro „człowiek” w klasycznych traktatach oznaczał mężczyznę, to kim jest kobieta, której ozdobą było milczenie – według starożytnych, a pożądaną kompetencją władztwo nad igłą – zdaniem myślicieli oświecenia. Ewoluowaniu filozoficznej myśli o kobiecie przygląda się w swoim
kolejnym felietonie prof. Lilianna Kiejzik.
Artykuł pochodzi z magazynu „Sens” 03/2026.
Historia filozofii jawi się jako monumentalna konstrukcja intelektualna wzniesiona wyłącznie przez mężczyzn i dla mężczyzn. Przez stulecia pojęcie „człowiek” w klasycznych traktatach filozoficznych funkcjonowało jako synonim mężczyzny, podczas gdy kobieta była spychana w obszar tego, co „inne”, problematyczne, tajemnicze, nawet patologiczne. Fenomen kobiety w historii myśli nie jest jednak prostą opowieścią o jej nieobecności. Przeciwnie, jest to raczej historia obecności kobiety jako przedmiotu najczęściej lęku, czasem fascynacji, także istoty, której naturę próbowano zamknąć w ramach biologii, estetyki, teologii albo ekonomii.
Filozofia przez wieki budowała różnorodne i często sprzeczne obrazy kobiety. Od całkowitego wykluczenia, poprzez uznanie jej za „niepełną” lub „niewydarzoną”, aż po fundamentalne przewartościowanie w filozofii feministycznej. Zobaczmy zatem, jak ta myśl ewoluowała.
W starożytnej Grecji, kolebce filozofii, głosy kobiet filozofek były nieliczne, lecz niezwykle znaczące. Jedna z nich, Diotyma z Mantinei, przedstawiona w „Uczcie” Platona (V w. p.n.e.), występuje jako mądra kapłanka i nauczycielka samego Sokratesa. To właśnie ona wykładała o pochodzeniu miłości i namiętności – Erosie, który był synem „dostatku i biedy”. Pokazała Sokratesowi drogę stopniowego wznoszenia się od piękna cielesnego do kontemplacji Piękna samego w sobie, czyli idei Piękna. Choć nie wiadomo, czy Diotyma była postacią historyczną, to umieszczenie jej przez Platona w roli filozoficznej mentorki mężczyzny stanowi wyjątkowe uznanie dla kobiecej mądrości.
Mogłoby się wydawać, że Platon jest zwolennikiem równouprawnienia, gdy powiada, że idealne państwo powinno być rządzone przez osoby o odpowiednich kwalifikacjach, niezależnie od płci. Argumentował jeszcze, że skoro natura duszy nie ma płci, to kobiety o odpowiednich predyspozycjach powinny otrzymywać takie samo wykształcenie jak mężczyźni, włączając w to gimnastykę i rzemiosło wojenne. Ten platoński profeminizm miał jednak drugie dno.
Kobiety miały być strażniczkami nie ze względu na swoje prawo do samorealizacji, lecz ze względu na optymalizację zasobów państwa. Platon wciąż uważał kobiety za „słabszą płeć” (w sensie fizycznym i ogólnym), a ich włączenie do elity władzy wiązało się z drastycznymi krokami, takimi jak zniesienie rodziny, wspólnota żon i dzieci. W tej utopii kobieta została wyzwolona z domu, ale tylko po to, by stać się własnością państwa.
Nie dajmy się zwieść. W starożytności dominowała postawa mizoginiczna i Platon nie był żadnym wyjątkiem. W innym swoim dialogu, „Timajosie”, umieścił kobietę w hierarchii bytów tuż nad kamieniem. Być może teoretycznie uznawał kobiece możliwości za równe męskim, ale praktycznie był niechętny ich udziałowi w życiu publicznym.
Tę postawę mizoginii, czyli eksploatacji i pogardy w stosunku do kobiet, najbardziej jasno wyraził Arystoteles (IV w. p.n.e.). W traktacie „O rodzeniu się zwierząt” sformułował teorię, że kobieta jest „niepełnym (chybionym) mężczyzną” lub „naturalną deformacją”, gdyż jest niezdolna do produkowania nasienia, a to z powodu zimna cechującego jej naturę.
Filozof przyznawał kobiecie zdolność rozumowania, ale twierdził, że jej rozum jest „pozbawiony władzy”. Albo inaczej, kobieta posiada sumienie i intelekt, ale nie potrafi panować nad emocjami, co czyni ją niezdolną do rządzenia.
Arystoteles uważał, że „milczenie jest ozdobą kobiety”, co skutecznie wykluczało ją z przestrzeni agory, gdzie liczył się donośny głos obywatela. Ta wizja kobiety jako istoty niepełnej, emocjonalnej i wymagającej męskiego nadzoru stała się kamieniem węgielnym zachodniej mizoginii.
I filozofia średniowieczna przejęła tę dziwną interpretację, choć przyznać musimy, że Święty Tomasz z Akwinu próbował pogodzić arystotelesowską tezę o kobiecie jako „błędzie natury” z chrześcijańskim dogmatem o stworzeniu człowieka na obraz Boga. I wybrnął z tego dylematu z wielką zręcznością.
Twierdził, że w odniesieniu do „natury partykularnej” (konkretnego aktu płodzenia) kobieta jest rzeczywiście wynikiem błędu, ale w odniesieniu do „natury uniwersalnej” (zamysłu Bożego) jest koniecznym elementem świata, stworzonym do celów prokreacji.
Argumentował, że kobieta jest „pomocą” dla mężczyzny, ale wyłącznie w dziele przedłużania gatunku. We wszystkich innych sprawach – intelektualnych, fizycznych czy zarządczych – mężczyzna znajdzie lepszą pomoc u drugiego mężczyzny. Kobieta w systemie tomistycznym pozostawała zatem wciąż istotą podległą. Mimo to chrześcijaństwo dawało kobiecie duszę równą duszy mężczyzny w perspektywie eschatologicznej, co było słabym, ale jednak pocieszeniem.
Żyła jednak w średniowieczu kobieta, której autorytet był tak wielki, że biskupi i cesarze zabiegali o jej względy i rady. Mowa o Hildegardzie z Bingen (1098–1179) – przeoryszy zakonu benedyktynek. Kiedy była już cenioną nauczycielką młodych dziewcząt, ujawniła, że od dziecka miała wizje i komunikowała się z Bogiem. Zostały one spisane i tak powstały dzieła zaliczane do filozofii mistycyzmu. Rozwijała w nich wątki eschatologiczne i teologiczne.
Nie bała się też pisać o medycynie, muzyce, także o tajemnicach kamieni, ludzkich charakterach oraz zasadach zdrowego żywienia. Spotykała się z ludźmi świeckimi, dyskutowała o filozofii, prowadziła coś na kształt wykładów. Zyskała szacunek i uznanie. Zmarła w wieku 81 lat, w czasach średniowiecza była to cała epoka.
Za swoje zasługi Hildegarda została beatyfikowana. Ale proces kanonizacyjny, który rozpoczął się w 1227 roku, nie został zamknięty. Stało to się w niewyjaśnionych okolicznościach i do dziś nie wiemy dlaczego. Być może jej sława komuś zagrażała?
Kolejne wieki – szczycące się rozumem nowożytność oraz hasłami równości, wolności i braterstwa oświecenie – okazały się w kwestii kobiecej zdumiewająco niekonsekwentne. Rozum, który miał być uniwersalnym narzędziem emancypacji, w rękach wielu filozofów XVII i XVIII wieku stał się narzędziem ponownego uwięzienia kobiety, tym razem nie w biologii, ale w systemie edukacji.
Francuski filozof Jean-Jacques Rousseau (1712–1778), piewca wolności i autor słynnej „Umowy społecznej”, w swoim dziele pedagogicznym pt. „Emil, czyli o wychowaniu” (1762), pokazał postać Zofii, partnerki dla swojego głównego bohatera, Emila. Wizja ta jest jednym z najbardziej szkodliwych konstruktów w historii wychowania.
Otóż Rousseau twierdził, że „kobieta jest po to stworzona, aby się podobać mężczyźnie”. Podczas gdy Emil ma być uczony samodzielności, krytycznego myślenia i wolności, Zofia ma być przyzwyczajana do uległości i cierpliwości. I jeszcze argumentował, że nierówność jest prawem natury! Kobieta ma być bierna i słaba, aby mężczyzna mógł czuć się czynny i silny.
Intelekt kobiety określał jako „na wskroś praktyczny”, ma ona przede wszystkim władać igłą. W jego wizji małżeństwo miało być „organizmem moralnym”, w którym kobieta była „oczami”, a mężczyzna „rękami”, ale to mężczyzna mówi kobiecie, na co ma ona patrzeć. Ironią pozostaje fakt, że ten wielki nauczyciel cnoty sam oddał swoje dzieci do przytułku, bo przeszkadzały mu w pisaniu wielkich dzieł.
Nawet największy umysł oświecenia, czyli Immanuel Kant (1724–1804), nie potrafił wyjść poza granice estetycznego uprzedzenia. Mężczyznom przypisywał bowiem domenę „wzniosłości”, a kobietom domenę „piękna”.
Twierdził też, że nauka kobiet powinna być ograniczona do tego, co piękne i miłe. W innym wypadku – gdyby niewiasta zechciała studiować matematykę lub mechanikę, straci kobiecy czar i siłę oddziaływania na mężczyzn.
Biedny Kant! Jego słynne wahania małżeńskie to jedna z najbardziej wdzięcznych anegdot biograficznych, która doskonale ilustruje naturę człowieka bez reszty oddanego rygorowi intelektualnemu. Choć Kant nigdy się nie ożenił, historia odnotowuje dwie sytuacje, w których „poważnie” rozważał zmianę stanu cywilnego.
Pierwsza dotyczyła młodej wdowy, którą darzył afektem. Wierny swojej metodzie krytycznej postanowił sporządzić rachunek zysków i strat wynikających z małżeństwa. Wyliczenia trwały tak długo, że zanim myśliciel się zdecydował oświadczyć, dama poślubiła kogoś innego.
Druga sytuacja miała miejsce jakiś czas później, gdy serce filozofa zabiło mocniej dla pewnej damy, która towarzyszyła rodzinie odwiedzającej Królewiec. Kiedy po długich wahaniach zdecydował się wreszcie sformułować propozycję, młoda dama zdążyła wrócić do swojej ojczyzny.
Dopiero wiek XX przyniósł fundamentalną zmianę: kobiety przestały być jedynie przedmiotem refleksji filozoficznej i same stały się twórczyniami nowych kierunków myślowych.
Nie sposób wymienić wszystkich, powiedzmy zatem, że to Simone de Beauvoir (1908–1986) w fundamentalnym dziele „Druga płeć” wypowiedziała słowa, które na zawsze zmieniły sposób myślenia o tożsamości płciowej: „Nikt nie rodzi się kobietą, a staje się nią”.
To teoria totalitaryzmów Hannah Arendt (1906–1975) stanowi dziś klasykę myśli politycznej. To Edyta Stein (1891–1942), filozofka i zakonnica, zapisała się w historii jako przedstawicielka zarówno fenomenologii, jak i tomizmu.
Wreszcie, kobiety współtworzyły polską szkołę filozoficzną Kazimierza Twardowskiego. Było ich co najmniej kilkanaście, a wśród nich: Irena Pannenkowa (1879–1969) – pierwsza doktorantka Twardowskiego; Daniela Gromska (1889–1973) – redaktorka „Ruchu Filozoficznego”; Maria Ossowska (1894–1974) – autorka oryginalnego programu badań nad moralnością; Helena Słoniewska (1897–1982) – pionierka polskiej psychologii; Janina Kotarbińska (1901–1997) – logiczka; Izydora Dąmbska (1904–1983) – wszechstronna uczona; i wiele innych.
Obraz kobiety w filozofii przeszedł dramatyczną ewolucję – od mizoginii Arystotelesa przez paradoksy rozumu w oświeceniu aż po radykalną zmianę w XX wieku. Ta ewolucja nie była ani prosta, ani liniowa.
Historia filozofii o kobiecie jest historią stopniowego uznawania kobiecej podmiotowości intelektualnej i moralnej. Jest jednocześnie historią walki o prawo kobiet do własnego głosu, własnego rozumienia świata i samych siebie. Pewnie się jeszcze nie zakończyła, ale wiele już mamy za sobą.
Lilianna Kiejzik – prof. nauk humanistycznych, filozofka i tłumaczka. Obszar jej kompetencji badawczych to historia filozofii, szczególnie zagadnienia religijnej filozofii rosyjskiej, francuskiego strukturalizmu, problematyki „kwestii kobiecej” w filozofii. Pracuje na Uniwersytecie Zielonogórskim. Miłośniczka jamników, pomaga Fundacji „Jamniki Niczyje”