1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. „Pokot” Agnieszki Holland już w kinach

„Pokot” Agnieszki Holland już w kinach

R.Palka/mat. pras. filmu POKOT
R.Palka/mat. pras. filmu POKOT
Kilka dni temu „Pokot”  został uhonorowany Srebrnym Niedźwiedziem na 67. Festiwalu Filmowym w Berlinie, dziś trafia do kin. Najnowszy film kryminalno-ekologiczny Agnieszki Holland na podstawie powieści Olgi Tokarczuk jest mocno zaangażowany politycznie i społecznie.  

Mieszkająca w malowniczej Kotlinie Kłodzkiej emerytowana inżynier Janina Duszejko (Agnieszka Mandat) odkrywa razem ze swoim przyjacielem Matogiem (Wiktor Zborowski) martwe ciało znajomego kłusownika. To tutaj zaczyna się krwawa batalia o władzę w pięknej i dzikiej okolicy, batalia między ludźmi a zwierzętami. Wraz z kilkorgiem innych ekscentrycznych postaci bohaterka staje zdecydowanie po stronie tych drugich i wszczyna własne, niezależne od policji śledztwo w sprawie kolejno popełnianych morderstw.

Pierwszą rzeczą, która rzuca się w oczy, są piękne zdjęcia autorstwa Jolanty Dylewskiej i Rafała Paradowskiego. Oglądamy dwa różne rodzaje kadrów, choć nieodstające od siebie formalnie ani jakościowo: główne – pokazujące akcję filmu oraz dokumentalne, wykonane przez Czechów, prezentujące zwierzęta i sceny polowań. Główne zdjęcia zajęły ponad rok i objęły wszystkie cztery pory roku, co w filmie odgrywa dużą rolę i jest wyraźnie zaznaczone. 

Dobrze spisali się aktorzy, którzy podjęli się niełatwego zadania: wymienieni już Agnieszka Mandat i Wiktor Zborowski oraz Jakub Gierszał, Borys Szyc czy Marcin Bosak. Styl gry jest typowy dla reżyserii Agnieszki Holland – dość teatralny, co może się bardzo podobać bądź przeszkadzać. Ja należę raczej do tych drugich i być może dlatego nie potrafiłam polubić głównej bohaterki, choć doceniam kreacje aktorskie na wysokim poziomie.

„Pokot” wpisuje się w tradycję polskiego kina, jakim jest film „przyliteracki”, czyli wypływający ze słowa. Tym razem kanwą do powstania obrazu stała się powieść Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”. Scenariusz jest wspólnym dziełem pisarki i reżyserki, Tokarczuk po raz pierwszy wcieliła się w rolę scenarzystki, co okazało się doświadczeniem ciekawym, ale jednocześnie niezwykle trudnym i zgoła innym niż tworzenie beletrystyki.

Z pewnością jednak to temat jest najważniejszym aspektem filmu. Przygotowanie „Pokotu” zajęło trzy lata i premiera okazuje się dość mocno kontrowersyjna w świetle ostatnich wydarzeń politycznych. Stało się tak jednak przypadkiem, ponieważ twórcom zależało na uniwersalnym przesłaniu. Kwestie kłusownictwa i ochrony praw zwierząt są ważne i często dziś podnoszone, jednak „Pokot” jest jednym z pierwszych obrazów poruszających ten problem. Z drugiej jednak strony mam wrażenie, że temat choć istotny, nie trafi do wszystkich i nie każdego poruszy tak, jak chcieliby tego twórcy.

Film warty zobaczenia i sprawiedliwie nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem z uwagi na zaangażowanie społeczne. Trudno jasno go zaklasyfikować jako kryminał, choć na podstawowym poziomie tak należałoby go nazwać. Nie jest to pewnością kino gatunkowe, a bardziej autorskie – oryginalne stylistycznie. Mam duży problem z główną bohaterką, na której zdecydowanie skupiona jest w fabuła. Bardzo trudno mi ją polubić, ale w wielu kwestiach rozumiem jej opinie i mimo że chwilami irytujący, obraz wydaje mi się świeży i istotny.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

"Szarlatan" Agnieszki Holland czeskim kandydatem do Oscara

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)
Zobacz galerię 6 Zdjęć
Oparty na faktach "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland został wybrany jako czeski kandydat do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. O statuetkę powalczy m.in. z obrazem "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta.

We wtorek 13 października, Czeska Akademia Filmu i Telewizji wybrała swojego kandydata do Oscara w kategorii najlepszy pełnometrażowy film międzynarodowy. Reprezentantem Czech został dramat "Szarlatan" w reżyserii Agnieszki Holland. Obraz polskiej reżyserki zadebiutował podczas tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Filmowego w Berlinie, gdzie uznano go za jeden z najlepszych tytułów tegorocznej edycji, a od 9 października film można również oglądać na ekranach polskich kin. To czwarta, po "Gorzkich żniwach" (1985), "Europa, Europa" (1990) i "W ciemności" (2011), szansa Agnieszki Holland na Oscara.

"Szarlatan" to znakomita, nieszablonowa i niesłychanie zmysłowa opowieść o mężczyźnie, który zapragnął okiełznać naturę. Twórczyni „Obywatela Jonesa” i „Pokotu” gromadzi tu najważniejsze wątki swojej twórczości: bierze na warsztat postać geniusza, obserwuje relacje człowieka z przyrodą, przygląda się wierze, która czyni cuda i po raz kolejny jest naszą przewodniczką po paradoksach XX wieku. A kreśląc zaskakującą love story, przypomina, jak łatwo miłość może zmienić się we własne przeciwieństwo.

Choć rozgrywa się w przeszłości, „Szarlatan” jest filmem jak najbardziej współczesnym – podobnie jak jego bohater, zielarz Jan Mikolášek, dla którego remedium na ludzkie cierpienie jest natura. Jej potężne moce zdolne są uzdrowić ciało, ale w filmie Holland to także przestrzeń prawdziwej wolności dla ducha. Tylko w łączności z nią możemy zrozumieć i zaakceptować to, kim naprawdę jesteśmy. Alchemiczna niemal wiedza o właściwościach ziół, jaką posiadł Mikolášek, i jego zdumiewający dar przenikania do ludzkiego wnętrza sprawiają, że do jego kliniki ciągną tysiące potrzebujących. Ale ten dar ma także swoją ciemną stronę.

Przywołując legendarną postać czeskiego zielarza, reżyserka wydobywa na światło dzienne jego tajemnice, emocje i pragnienia, na które jedynym lekarstwem jest fanatyczne oddanie pracy. „Szarlatan” pokazuje, że talent bywa przekleństwem, a władza zawsze łączy się z pychą. Tworząc fascynującą, pełną sprzeczności postać uzdrowiciela, Agnieszka Holland ucieka od odpowiedzi na pytanie, czy był ludowym lekarzem czy zwykłym oszustem. Prawda, która ją interesuje, dotyczy naszej wiary w cuda, tęsknoty za autorytetem, pragnienia, by żyć w zgodzie z naturą – także naszą własną.

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

Kadr z filmu 'Szarlatan' (Fot. materiały prasowe Gutek Film) Kadr z filmu "Szarlatan" (Fot. materiały prasowe Gutek Film)

W walce o statuetkę Akademii Filmowej "Szarlatan" zmierzy się m.in. z polskim kandydatem, czyli "Śniegu już nigdy nie będzie" Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta. 93. ceremonia wręczenia Oscarów zaplanowana jest na 25 kwietnia 2021 roku. Nominowanych poznamy natomiast 15 marca.

  1. Kultura

Amerykańska poetka Louise Glück z Literacką Nagrodą Nobla 2020

Literacka nagroda Nobla 2020 trafiła do amerykańskiej poetki  Louise Glück. (Fot. screen Instagram @apeksha.news)
Literacka nagroda Nobla 2020 trafiła do amerykańskiej poetki Louise Glück. (Fot. screen Instagram @apeksha.news)
W tym roku Nagrodę Nobla w dziedzinie literatury otrzymała amerykańska poetka Louise Glück. Akademia Szwedzka wyróżniła ją za "niemożliwy do pomylenia poetycki głos, którego surowe piękno przekształca indywidualną egzystencję w uniwersalne doświadczenie". 

Louise Glück to amerykańska poetka i eseistka. Jest laureatką wielu najważniejszych nagród literackich w Stanach Zjednoczonych, m.in.: National Humanities Medal, Pulitzer Prize, National Book Award, National Book Critics Circle Award i Bollingen Prize. Dziś do jej kolekcji dołączyła ta najważniejsza - Literacka Nagroda Nobla.

https://www.facebook.com/nobelprize/posts/10157747426519103

Louise Glück urodziła się w Nowym Jorku, obecnie mieszka w Cambridge w stanie Massachusetts. Oprócz pisania, jest adiunktem na Uniwersytecie Yale w New Haven w Connecticut. Literacko debiutowała w 1968 roku tomem "Firstborn" i wkrótce została uznana za jedną z najwybitniejszych poetek amerykańskiej literatury współczesnej. W Polsce jej wiersze ukazały się w antologii "Dzikie brzoskwinie" (2003, Wydawnictwo Sic!), pierwszej w naszym kraju antologii poezji amerykańskiej pisanej przez kobiety.

77-letnia amerykańska poetka opublikowała dotąd dwanaście zbiorów poezji i kilka tomów esejów o poezji. W swojej twórczości podnosi ważne tematy związane z wsłuchiwaniem się w samego siebie, wpływem dzieciństwa na dorosłe życie, życiem rodzinnym, samoakceptacją. Inspiracje czerpie z mitów i motywów klasycznych. Jej poezja jest szczera, bezkompromisowa, bez zbędnego koloryzowania rzeczywistości, a „komizm łączy z kąśliwym dowcipem”. Louise Glück odbierze nagrodę Nobla jako 16 kobieta oraz druga, po nagrodzonej w 1993 roku Toni Morrison, amerykanka.

W ubiegłym roku literacką nagrodę Nobla dzieliło dwoje laureatów. Za 2018 rok otrzymała ją Olga Tokarczuk za „narracyjną wyobraźnię, która z encyklopedyczną pasją ujawnia przekraczanie granic jako formę życia”. Natomiast za rok 2019 uhonorowano Austriaka Petera Handke „za wpływową pracę, która z językową pomysłowością badała peryferie i specyfikę ludzkiego doświadczenia”.

  1. Kultura

Olga Tokarczuk założyła swoją fundację

Olga Tokarczuk na oficjalnej inauguracji działalności swojej fundacji. (Fot. Krzysztof Zatycki/Forum)
Olga Tokarczuk na oficjalnej inauguracji działalności swojej fundacji. (Fot. Krzysztof Zatycki/Forum)
Olga Tokarczuk zainaugurowała działalność swojej fundacji. Jej głównym celem będzie wspieranie twórczości kobiet, a także ochrona podstawowych praw człowieka i praw zwierząt. Noblistka zdradziła również datę premiery swojej najnowszej książki. 

"Fundacja Olgi Tokarczuk powstaje w niespokojnych i zaskakujących czasach, w których na naszych oczach zmienia się rzeczywistość: znikają znane drogowskazy i stałe punkty orientacyjne, ale też otwierają się inne perspektywy i możliwości. Potrzebne stają się nowe pomysły i idee. Chcemy stworzyć przestrzeń do międzynarodowej rozmowy o nadchodzących latach; miejsce umożliwiające łączenie tych dziedzin i energii życia, które na pozór wydają się być od siebie niezależne i odległe. Będziemy wspierać takie inicjatywy kulturalne, artystyczne, naukowe i obywatelskie, które pokazują odmienne punkty widzenia, szukają nowych formuł dla życia społecznego, tworzą pionierskie rozwiązania" - czytamy na stronie Fundacji Olgi Tokarczuk.

Działanie fundacji zainaugurowała sama Olga Tokarczuk w sobotę, 4 października, podczas konferencji prasowej we Wrocławiu. Noblistka przedstawiła członków zarządu oraz główne cele fundacji i jej pierwsze inicjatywy.

Do zarządu Tokarczuk wybrała "ludzi, którym ufa, których szanuje i których kocha". Zatem prezesem został Grzegorz Zygadło, prywatnie mąż noblistki. Funkcję wiceprezeski objęła jej przyjaciółka, Izabella Kaluta. Członkiem zarządu jest także syn Olgi Tokarczuk, Zbyszko Fingas. Natomiast w radzie fundacji zasiadają m.in. Agnieszka Holland i Irek Grin, dyrektor Wrocławskiego Domu Literatury. Przyszła siedziba fundacji będzie mieściła się we Wrocławiu, w willi przy ulicy Krzyckiej 29.

Działalność fundacji Olgi Tokarczuk ma opierać się na czterech filarach: „Przyszłość”, „Równość”, „Twórczość” i „Czułość”. Szczególnie ważne dla noblistki kwestie to otwartość myślenia i działania, dlatego polityka kulturalna fundacji jest nieodłącznie związana z zasadami demokracji, wolności słowa, swobodnej wymiany myśli i solidarności społecznej. Dlatego też fundacja w szczególny sposób wspiera twórczość kobiet, m.in. poprzez programy stypendialne: „Kosmiczna odyseja” – wspierający przyszłość artystyczną, naukową, zawodową młodych dziewcząt oraz „What if women made films…”– program rezydencji dla scenarzystek 40+.

Inne inicjatywy Fundacji to m.in. projekt "Ex-centrum", w którym Agnieszka Holland, Marian Turski, Anda Rottenberg, Ewa Bińczyk, Urszula Zajączkowska i Zbigniew Mikołejko zaproponują – zgodnie z najlepszymi tradycjami futurologii - nowe pojęcia dla opisania zbliżającej się zmiany. Ich teksty są publikowane na łamach tygodnika „Polityka”, a rozmowy z nimi można obejrzeć w Internecie. W przyszłej siedzibie Fundacji wystartuje „Własny pokój”, program międzynarodowych rezydencji dla ludzi pióra, w tym pisarzy, scenarzystów, reporterów, tłumaczy czy naukowców. „Jak zdobyć Nagrodę Nobla?” to projekt, na który złożą się m.in: konkursy dla uczniów, scenariusze lekcji i materiały dydaktyczne dla nauczycieli, a także poradnik z dobrymi praktykami czytelniczymi. Pod hasłem „Zezwierzęcej” odbędzie się cykl debat poświęconych prawom zwierząt – pierwsza pt. "Prawo ludzi/prawa zwierząt".

Podczas spotkania we Wrocławiu Olga Tokarczuk poinformowała również, że 12 listopada ukaże się jej pierwsza książka po otrzymaniu literackiej Nagrody Nobla. "Czuły narrator" ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego. Na książkę składa się 12 esejów i wykładów, m.in. mowa noblowska Tokarczuk, które mają być pewnego rodzaju zaproszeniem za kulisy twórczości noblistki.

  1. Kultura

Olga Tokarczuk z kolejną nagrodą literacką

Olga Tokarczuk na ceremonii wręczenia Nagród  Nobla za rok 2018. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk na ceremonii wręczenia Nagród Nobla za rok 2018. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk dostała nagrodę „La storia in un romanzo 2020” na włoskim festiwalu książki Pordenonelegge. W poprzednich latach laureatami tej nagrody byli między innymi: Umberto Eco, Art Spiegelman, Ian McEwan i Swiatłana Aleksijewicz.

Jak podaje Polska Agencja Prasowa, polska noblistka została wyróżniona za "wykraczające poza ramy, wspaniałe i zaskakujące powieści" oraz wprowadzanie tematów historycznych do literatury pięknej. Jury festiwalu doceniło również, że w swojej twórczości nie unika tematów związanych z bolączkami współczesnego świata - prawami zwierząt, feminizmem, prawami mniejszości, a jednocześnie podkreśla, że "zmiana jest bardziej szlachetna niż stabilność".

"Jestem szczęśliwa, dlatego że ta nagroda pokazuje, że literatura działa. To, co napisałam wiele kilometrów stąd, w lasach na północy Polski, nagle jest rozumiane, docenione na południu we Włoszech i czytelnicy są w stanie zrozumieć to, co próbowałam wyrazić w swoim języku innym niż wasz. Dziękuję wszystkim tłumaczom świata, że potrafią, niczym posłannicy Hermesa, przewodzić, przekazywać informacje z jednego języka, jednej kultury na drugą" - powiedziała Olga Tokarczuk 19 września, podczas odbierania nagrody.

Festiwal książki „La storia in un romanzo” odbywa się od 13 lat, a główna nagroda jest przyznawana dla najwybitniejszych współczesnych pisarzy i dziennikarzy. W ubiegłym roku nagrodę przyznano Swiatłanie Aleksijewicz, autorce książek: "Czarnobyl", "Afganistan", "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Laureatami poprzednich edycji byli między innymi Umberto Eco, Art Spiegelman, Ian McEwan.

  1. Kultura

Antonia Lloyd-Jones - kim jest tłumaczka książek Olgi Tokarczuk?

Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Jest jedną z najwybitniejszych tłumaczek polskiej literatury. Antonia Lloyd-Jones przekładała na angielski m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Pawła Huelle, Olgę Tokarczuk. Podarowała światu Polskę w jej najlepszym wydaniu. Tłumacząc, staje się agentką autorów. A także w jakimś sensie każdym z nich.

Jak poznałaś Olgę Tokarczuk?
Na progu jej domu w Krajanowie. Powitała mnie, wręczając szczoteczkę do zębów, piżamę i jednorazowe papierowe majtki, bo straciłam w podróży walizkę. Do dzisiaj te majtki są dla nas zagadką. Był rok 1996. Ad van Rijsewijk, założyciel holenderskiego wydawnictwa De Geus – ma żonę Polkę, mówi po polsku, bardzo dużo wie o polskiej literaturze i był agentem kilku polskich autorów – zaprosił mnie do domu w Kotlinie Kłodzkiej, który niedawno kupił. Niewinnie pomyślałam: „Jadę”. Odebrał mnie z Wrocławia, ale w drodze wyjaśnił, że dom nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Zawiózł mnie pod dom Olgi, bo mieszkała w pobliżu. Zorganizowała mi nocleg u sąsiadów, sama akurat miała pełno gości. Nie wiedziałam jeszcze, jak ważny okaże się ten adres, że będę tłumaczyła jej książkę „Dom dzienny, dom nocny”, inspirowaną i tym domem, i okolicą. Mieszkałam u bardzo fajnych ludzi, mieli burego kota Czesława. Bardzo się z nim polubiłam. Kiedy wróciłam do nich po latach, już nie żył, ale pojawił się kolejny, identyczny, również Czesław. Prawie co roku przyjeżdżałam do Olgi. Na jej wiejskiej klaczy, która nazywała się Halina, jeździłam po okolicy. Wspaniale było. Wieczorami z Olgą, jej rodziną, ich przyjaciółmi gadaliśmy, piliśmy, śpiewaliśmy. Któregoś wieczora Olga mówiła po angielsku taki śmieszny wiersz Gelletta Burgessa o fioletowej krowie: I never saw a Purple Cow,/I never hope to see one;/But I can tell you, anyhow,/I’d rather see than be one [Nie widziałam fioletowej krowy/I nie liczę na widok takowy,/Ale mogę już teraz dać słowo:/Wolę widzieć niż sama być takową.]. Nazajutrz dosiadłam Halinę i pokłusowałyśmy po łagodnych wzgórzach. Nagle widzę fioletową krowę. Była posmarowana jodyną. W domu nikt mi nie uwierzył.

W Polsce czujesz się jak w domu?
O, to musi być długa opowieść. Mając 18 lat, jechałam pociągiem z Londynu do Moskwy, gdzie w czasie igrzysk olimpijskich pracowałam jako opiekunka do dzieci u pewnego dyplomaty. Jechałam w wagonie sypialnym. Obudziłam się wcześnie rano, za oknem pola, płasko, mgła. Wyobrażałam sobie, że z tej mgły wyłonią się zaraz polscy kawalerzyści, galopując na koniach. Bardzo romantyczny obraz mglistego pola bitwy. Kiedy wracałam, Polacy postawili na torach traktor, żeby wykoleić radziecki pociąg. Doszło do wypadku. Straciłam przytomność, bo nie można było otwierać okien z jednej strony. Na korytarzu było otwarte tylko jedno, małe. Było potwornie duszno. Przypadkowo byli tam irlandzcy mistrzowie olimpijscy. Jechali pociągiem, bo jeden z nich bał się latać. Zaopiekowali się mną. Mówili: „Potrzebujesz tabletki z solą, jak nasz biegacz, też stracił przytomność”. To było moje pierwsze doświadczenie z Polską, kiedy Polacy wykoleili pociąg.

Brzmi symbolicznie. Kiedy tu przyjechałaś?
Pierwszy raz latem 1983 roku, był jeszcze stan wojenny. Miałam we Wrocławiu znajomych, to byli bracia, którzy w czasie karnawału Solidarności wyjechali do Berlina, do pracy. Tam ich poznałam. Maciek był trochę starszy ode mnie, Piotrek młodszy. Korespondowaliśmy, wiedziałam, co się w Polsce dzieje. Przesyłałam im płyty, ciuchy, czasami ginęły na granicy. Nie mówiłam po polsku, tylko po rosyjsku, bo studiowałam rusycystykę. Tu stan wojenny, ja jadę do Polski, mogąc się porozumieć wyłącznie po rosyjsku, bardzo się krępowałam. Nikt nie chciał uwierzyć, że jestem Angielką. Bo co by tu miała robić Angielka? Polacy byli pewni, że jestem Rosjanką, jeszcze te moje kości policzkowe! Kolega studiował rolnictwo, miał z kumplami opiekować się stadem krów w Kotlinie Kłodzkiej. Wyjechaliśmy na wieś. Usiadłam w polu z podręcznikiem „Naucz się polskiego”. Pierwszym słowem, jakiego Anglik miał się z niego nauczyć, było „kochać”. Słuchaliśmy muzyki. Piotrek miał obsesję na punkcie Stinga i The Police. Dali mi kasety, na których były nagrane ich ulubione polskie hity. Wśród nich Martyny Jakubowicz „Żagle tuż nad ziemią”: Lokomotyw dym senne żagle wzdyma/Tuż nad ziemią/świat udaje kolorowy film/A tutaj tylko ciemność. Piosenki Maanamu, Lady Pank. Pamiętam koncerty na wyspach we Wrocławiu. Chłopaki mieli też obsesję na punkcie reggae. Oszaleli, kiedy zagrał brytyjski zespół Misty in Roots. W pociągach parowych w Kotlinie Kłodzkiej ciągle śpiewaliśmy Boba Marleya: Rastaman vibration, yeah, positive. Piotr chciał zostać rastamanem, ależ to były fajne czasy! Chcieliśmy się upijać, imprezować, kochać. To, co inni młodzi.

Ilustracja Studio ABC Ilustracja Studio ABC

Uczyłaś się Polski? 
To był dar od losu, że trafiłam do tej rodziny. Pochodzili z Kresów – mama z Pińska, ojciec z Łucka, był AK-owcem. Mając 14 lat, wyszedł z domu bez butów ze starą zepsutą bronią, by walczyć na Wołyniu. Jego starszy brat też był partyzantem, utopił się w rzece podczas ucieczki. On to widział. Po wojnie umiał pisać o swojej walce, ale przez wiele lat nie mógł opisać śmierci brata… Był pierwszym Polakiem, który tłumaczył mi historię Polski.

Rozumiałaś stan wojenny, to, co się wtedy działo?
U nas wszyscy wiedzieli, kim jest Wałęsa. Byłam uprzywilejowaną, bardzo dobrze wykształconą Angielką, ale to był inny świat. Mimo to instynktownie rozumiałam, co się dzieje. Pamiętam, chciałam przedłużyć wizę. Musiałam chodzić po urzędach, pójść na komisariat milicji, dużo papierów, pieczątek... Kolega pokazał więzienie, w którym siedział. Wszyscy walczyli z milicją na ulicy i siedzieli w jakimś więzieniu. Spotkaliśmy Amerykanina. Krzyczał: „Ci głupi ludzie nic nie rozumieją!”. Tłumaczyłam, że to on powinien zrozumieć kraj, który ma swoje kłopoty, że dla Polaków nic nie jest proste. Ale on był wściekły. Gdyby Piotrek go zrozumiał, toby go pobił. Stale pytał: „Co on mówi, co on mówi?!” „Za chwilę ci powiem”. Kiedy wyszliśmy z tego biura, wyjaśniłam. Chciał wracać. W innym spotkaliśmy drugiego Amerykanina, bardzo Polakom współczuł. Opowiadał, że nauczył się polskiego na statku… Tak więc w tamtym czasie spotkałam we Wrocławiu dwóch obcych – wściekłego i sympatycznego. Co tam robili, nie wiem.

Ale dlaczego Polska?
Olśnienie? Intuicja? Poczucie, że odnalazłam nareszcie to, czego szukałam, że jestem w domu i tu powinnam być. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Jak wyglądało twoje życie wcześniej?
Wyrosłam w Oksfordzie. Mój ojciec był profesorem literatury starogreckiej, słynnym badaczem. Zdobyłam prawdopodobnie najlepsze możliwe wykształcenie. Najpierw uczyłam się w męskiej Dragon School w Oksfordzie, na 500 chłopaków było pięć dziewczyn. Byłam jedyną dziewczyną na roku. Grałam w rugby, krykieta, piłkę. Kiedy trafiłam do szkoły dla dziewcząt, nie umiałam się odnaleźć, w ogóle ich nie rozumiałam. No, a potem była druga ważna po Eton szkoła w kraju, bardzo stara, Westminster, znów męska, dziewczyny uczą się w niej ostatnie dwa lata.

Co by było, gdyby ojciec nie czytał ci Turgieniewa?
Zawsze dużo razem czytaliśmy, na głos. Do śmierci ojca. „Pierwszą miłość” Turgieniewa czytał mi, kiedy miałam 11 lat, byłam pod wielkim wrażeniem, bo domyślałam się, kto naprawdę miał romans z Zinaidą. W Dragon School była klasa, w której można było się uczyć rosyjskiego. Chciałam tę książkę przeczytać kiedyś w oryginale, więc poszłam na lekcje. Mój ojciec był wspaniałym lingwistą. Mówił płynnie w kilku językach.

Ale nie po polsku?
Ani po polsku, ani po rosyjsku. Urodziłam się z talentem do języków, ale podświadomie wybrałam te, których nie znał. Mógł być ze mnie dumny, bez krytykowania. Miał wysokie standardy i zawsze wszystkich poprawiał. To zniechęcające dla dziecka. A z drugiej strony – ośmielał: „Po prostu mów, zrobisz błędy, trudno, ale jeżeli nie będziesz mówić z obawy, że zrobisz błędy, nigdy się nie nauczysz. Ludzie cię polubią, jak będziesz robiła błędy w ich języku”. Zrozumiałam to, kiedy na przyjęciu u Antoniego Libery rozmawiałam z pewną Amerykanką, nie mówiła po polsku. Wyjęła z torebki papierosa, ale nie miała zapalniczki. Zapytałam, czy poprosić kogoś o ogień. Zwróciłam się do mężczyzny, który siedział najbliżej, a ponieważ tego dnia słuchałam na iPadzie piosenek Okudżawy po rosyjsku, nałożyły mi się języki. „Czy mogę pana prosić o ogon?” – zapytałam. Był zachwycony.

Słyszałem cię czytającą po angielsku „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Słusznie myślę, że czytasz głośno przekłady, pracując nad nimi?
Tłumacz powinien słyszeć tekst. Kiedy zaczynam przekładać, często słucham audiobooka. Bywa, że więcej można z niego zrozumieć. W tej chwili tłumaczę opowiadania Lema, są arcytrudne. Całe szczęście jest wspaniały audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Odnalazłam go na Facebooku i chciałam podziękować, niestety, dowiedziałam się, że ciężko choruje. Życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia.

Nie chciałaś być pisarką?
Marzyłam o dziennikarstwie, nie o tłumaczeniu. Ale lubię swoją pracę. Czasem mówię pisarzowi, którego tłumaczę: „Widzę, że dla ciebie ważne jest to słowo…” „Tak? Naprawdę?”. Zdarza się, że pytam Olgę, co znaczy coś, co napisała. Odpowiada: „No, to moja poezja”. „Ale musi coś znaczyć” – drążę. Teraz wspólnie z Zosią Krasodomską-Jones tłumaczę „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzaty Rejmer. To bardzo literacki reportaż, miejscami poezja. Głos tej książki jest mocny. Trzeba go poczuć. Nie lubię tłumaczyć dwóch książek równocześnie, bo chcę czuć jeden głos.

Kiedy przyjeżdżałaś do komunistycznej Polski, myślałaś, że się kiedyś zmieni?
Byłam przekonana, że do końca mojego życia będzie arcyponura komuna. Chciałam zostać dziennikarką, by pisać o tym, co się w Polsce dzieje, i w ten sposób pomóc znajomym. Nikt u nas wtedy nie rozumiał, jak wiele pokolenie rodziców moich polskich przyjaciół straciło przez wojnę i komunizm i jak beznadziejne jest życie moich rówieśników. Mogli wyjechać do Kanady, tak w pewnym momencie zrobił Maciek, albo zostać bez perspektyw. Dlatego tak mnie teraz rozczarowuje to, co się w Polsce dzieje.

Co robiłaś po powrocie do Anglii?
Chciałam zostać na uniwersytecie i uczyć się polskiego, nie dostałam na to pieniędzy. Moje pierwsze słowniki były rosyjsko-polskie, czytałam polskie powieści, mając otwarte ich przekłady, porównywałam. Polskiego nauczyłam się sama. Kiedy masz 21 lat, wszyscy zadają ci głupie pytanie: „A czym się zajmujesz?”. Nie miałam pracy, odpowiadałam: „Uczę się polskiego”. Zatrudniłam się we wspaniałej księgarni Mandarin Books w Notting Hill Gate w Londynie. Przychodzili do niej pisarze. Była niedaleko BBC, więc filmowcy, producenci telewizyjni zaglądali, szukając książek do adaptacji. Mavis, właścicielka księgarni, miała wielki wpływ na to, jakie seriale oglądali Anglicy.

Kiedy zaczęłaś przekładać?
Po pięknych czasach Solidarności jakby się znów wszystko cofnęło. Dostałam pracę u wspaniałego Polaka, Leopolda Łabędzia, wyjechał z Rosji z wojskiem Andersa, studiował we Włoszech i zamieszkał w Londynie. Był bliskim znajomym Zbigniewa Brzezińskiego. Prowadził pismo o polityce świata komunistycznego. „Trochę znasz polski, przełóż to” – mówił, dając mi teksty. Próbowałam tłumaczyć ze słownikiem. Przez niego poznałam Janka Chodakowskiego, prowadził wydawnictwo Polonia i założył wydawnictwo Puls. W 1988 roku pojechałam do Glasgow na festiwal kultury polskiej, w kawiarniach były takie okrągłe stoliki; „O, to jest Polsce potrzebne” – mówiłam. Przyjechali Antoni Libera, Paweł Huelle, Bronisław Maj, byli jak niewolnicy egipscy w operze, jakby wyszli z jaskini do świateł, bo w końcu mogli wydostać się z kraju. Janek miał świetny pomysł – wydać dobre powieści z centralnej Europy w tłumaczeniu na angielski. W Polsce dopiero co wyszedł „Weiser Dawidek” Pawła Huellego, zyskał rozgłos. Poznałam słynnego tłumacza z rosyjskiego Michaela Glenny’ego, uczył mnie przygotowywania materiałów o książce tak, by chciał ją kupić brytyjski wydawca. Przełożyłam fragmenty „Weisera...”, to był mój pierwszy przekład. Michael przekonał Liz Calder, królową brytyjskich wydawców, do zakupu praw. Zaproponowała mi przełożenie całej książki. „Ale skąd, nie jestem tłumaczką. Nie za dobrze znam polski” – broniłam się. „Ale świetnie przełożyła pani fragmenty”. Moja współlokatorka namawiała: „Co ty?! Spróbuj”.

Twoi znajomi mówią, że jesteś jak Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego”, ciągle w podróży.
No i mam rudego kota. Rok zaczęłam w Portugalii, potem byłam w Polsce, ale przez epidemię nie podróżowałam od lutego. Tęsknię za Polską, bo prawie co miesiąc przyjeżdżam. Dużo podróżuję do Stanów. Jestem energiczna. Po przejściach, więc trochę wytarta. Może już nie tak energiczna jak dawniej, ale w ruchu.

Jakie światło jest w Polsce, a jakie na Alasce? Jak tam w ogóle trafiłaś?
Mieszkałam na Alasce pięć lat. Miałam partnera biologa. Mieszkaliśmy też w Nowej Zelandii. Ale… To inny rozdział mojego życia. Na początku, nikogo nie znając, bałam się. Zaraz ci powiem, jak sobie można poradzić na świecie. Po pierwsze, wszędzie są Polacy. Na Księżycu są Polacy. Na Marsie też. Na Alasce student mojego partnera miał żonę Polkę, Ewę. Poznała mnie ze środowiskiem polskich biologów. Poznałam też Polaków, którzy mieli parafie wśród Eskimosów, Inuitów, latali między tymi parafiami małymi samolotami. Po drugie, przydaje się jazda konna. Bardzo łatwo zaprzyjaźnić się z koniarzami. Na Alasce jest dużo koni. Po trzecie, robienie na drutach. W każdym nowym mieście szukam sklepu z wełną. Nie muszę znać języka. Naszym wspólnym językiem są druty. Wielu ludzi tak poznałam. Na Alasce jest wspaniała wełna z piżmowołu. Mieszkaliśmy w lesie, pod miastem. Zimą światło księżyca pada między drzewa, jest niebieskie, niesamowite. Latem… Osiki, których rośnie tam tak wiele, mają małe liście, szeleszczą na wietrze. Przekładałam „Brzezinę” Iwaszkiewicza, jest tam obłędny opis szelestu liści. Usłyszałam go na Alasce. Wreszcie dokładnie zrozumiałam, co opisał.

To dla ciebie ważny pisarz?
Uwielbiam go. „Brzezina” napisana jest jak koncert. Są różne tony, crescenda, diminuenda. Jest dwóch braci – ponury Bolesław, zmarła mu żona, nie wie, co począć, ale fizycznie jest w pełni sił; i Staś, który uwielbia życie, ale fizycznie umiera. Jest kontrast między słowami „pokój” i „niepokój”. Nawet nie zauważamy, jak na nas działają. Miałam trudność, aby w angielskim znaleźć odpowiednie słowa. Chciałam, żeby ich echo było niezauważalne.

Jaki masz plan, kiedy już uda ci się przyjechać do Polski?
Natychmiast pojadę do Puszczy Białowieskiej, do Adama Wajraka. Chcę tłumaczyć jego wspaniałą książkę o wilkach. Reklamuje mi puszczę jako małą Alaskę. Przysyła filmiki z wilkami, żubrami, zdjęcia. Wszystko, co pisze o tym miejscu, bardzo mnie przyciąga. To w tej chwili moje marzenie. Mam kolejkę wspaniałych książek do tłumaczenia. Pewni polscy pisarze piszą jak anioły. A przy tym są tacy różni. Nie tylko ich książki są w moim życiu, również oni. Ta praca to wielka odpowiedzialność, i jaka frajda! Mogę być trochę każdym z nich.

Antonia Lloyd-Jones, przekładała również: Jacka Dehnela, Mariusza Szczygła, Joannę Olczak-Ronikier, Wojciecha Tochmana, Wojciecha Jagielskiego, Jacka Hugo-Badera, Witolda Szabłowskiego, Żannę Słoniowską, kryminały Zygmunta Miłoszewskiego i Maryli Szymiczkowej (czyli duetu Jacek Dehnel–Piotr Tarczyński), Janusza Korczaka, Ryszarda Kapuścińskiego, Józefa Czapskiego, Józefa Wittlina, Juliana Tuwima. Laureatka nagród: Found in Translation (dwukrotnie), Stowarzyszenia ZAiKS, Transatlantyku. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk w jej przekładzie był na krótkiej liście Man Booker Prize 2019. Mieszka w Londynie.