1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Maria Peszek: Muzyka mnie zasysa

Maria Peszek: Muzyka mnie zasysa

Maria Peszek, fot. Warner Music
Maria Peszek, fot. Warner Music
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Ze sceny śpiewa o sprawach, o których rzadko kiedy śpiewa się popowe piosenki. Maria Peszek opowiada o tym, jak rodzi się nienawiść i skąd w człowieku bierze się potrzeba niszczenia. 

Kim jest „samotny tata” z jednej z twoich piosenek?
Tam, gdzie chodzę na spacery po parku, niedaleko mojego mieszkania, zobaczyłam ogłoszenie na słupie „Samotny tata szuka samotnej mamy”. Plus kilka słów, że Internet zawodzi, trudno poznać kogoś wartościowego, może uda się w ten sposób. Bardzo mnie to wzruszyło, pomyślałam, że to piękny pomysł na piosenkę. I ją napisałam. A parę tygodni później ta historia miała swój ciąg dalszy. Znowu szłam tamtą drogą, patrzę, jest odpowiedź: „Nie jesteś sam!”.

A „Żołnierzyk”? „To, co z niego zostało, w worku mi przysłali, w worku na śmierci. Jak mięso. Jak śmieci”. To o Ukrainie?
Widziałam zdjęcie z wystawy World Press Photo, zatytułowane – jeśli dobrze pamiętam – „Wdowa” – młoda dziewczyna szaleje z rozpaczy, a u jej stóp leży worek na ciało ze skrawkami, „worek na śmierci”. Ale to nie jest piosenka o Ukrainie. Ani o Syrii, ani o Iraku, bo to byłaby publicystyka, coś bardzo doraźnego, a mnie jednak chodzi o poezję. Publicystyka jest doraźna i wywołuje agresję, a poezja porusza i trwa. Śpiewam o bezsensowności zabijania w ogóle. Piosenkę „Krew na ulicach” napisałam jeszcze przed atakami w Paryżu. Napisałam, a potem stało się to, co się stało, i mnie samą to przeraziło.

Przyzwyczaiłaś publiczność, że każdy twój kolejny album to zupełnie inna bajka, inna odsłona. Mam wrażenie, że "Karabin" to ciąg dalszy „Jezusa Marii Peszek”. Sama zresztą nawiązujesz do tytułu poprzedniego albumu – śpiewasz „Jaka ze mnie gwiazda? Chyba że Dawida. Jezus Maria Peszek, syn i córka Żyda”.
Ktoś mi zwrócił uwagę, że na „Karabinie” jest zdecydowanie mniej „ja”. Wcześniej śpiewałam: „nie ogarniam”, „śni mi się”, a teraz poza tą jedną piosenką prawie nie używam czasowników w pierwszej osobie. Ale moje płyty nie powstają dlatego, że wychodzę z założenia, że oto teraz pokażę wam coś zupełnie innego niż dotychczas. Cały proces twórczy bierze się z potrzeby wypowiedzi na tematy, które nie dają mi spokoju. I musi to być coś na tyle mocnego, żebym chciała na półtora roku wpakować się w proces produkcji płyty. Kieruję się intuicją, daję się jej prowadzić. Myślę, że w ogóle na tym polega rola artysty – to taki trochę przeczuwacz, ktoś, kto odbiera podskórne drżenia, a potem przekłada to na swój język, swoimi środkami wyrazu. Mnie wciągnął temat nienawiści. Skąd się bierze w człowieku taka ogromna, nieprzeparta potrzeba niszczenia? W tym sensie moja nowa płyta to może faktycznie kontynuacja, bo zaczęło się od percepcji „Jezusa...”. Niektóre reakcje na tamten materiał do dzisiaj trudno mi pojąć, skala emocji była niewyobrażalna. Jak to się już przetoczyło, na zimno próbowałam zrozumieć, co się takiego stało, jak działa ten mechanizm, jak się nakręca.

„Boję się słów jak naboje” – ale przecież ty też potrafisz celnie strzelać. Ci, których oburzył „Jezus Maria Peszek”, zarzucali ci bluźnierstwo. Że opluwasz tradycyjne wartości, burzysz porządek rzeczy. 
A mnie się wydaje, że bardziej chodzi o zgrzyt. Niezbyt często zdarza się, żeby ktoś śpiewał popowe kawałki na takie tematy. Przypisuje się mnie do alternatywy, ale to jednak w jakimś sensie pop, piosenki z dobrymi melodiami. Pozostaje kwestia, czy kobieta w ogóle może mówić takie rzeczy. Że nie chce mieć dzieci. Czy Polka może deklarować, że nie chce ginąć za ojczyznę? Ale jeśli ktoś uważnie wsłucha się w słowa, to będzie wiedział, że śpiewam do ludzi, uzmysławiając im, że wszystko zależy od nich samych. Każdemu zostawiam wybór. Jeśli śpiewam „Ej, Polacy katolicy”, to dodaję „zapominamy”, a nie „zapominacie”. A zapominamy o tym, że słowo może stać się ciałem, ale i może zabijać. I chodzi o nas, a nie jakichś was, nawet jeśli sama jestem ateistką. Mam poczucie, że to bardzo pacyfistyczna wypowiedź. Chciałam zrobić płytę o nienawiści, rzuciłam się na łeb na szyję w ten temat, a wyszła mi płyta o wolności. Pilnowałam się, żeby nie było w tym wszystkim agresji.

Tylko że kiedy śpiewasz o polskim hejcie, kiedy cytujesz fragmenty postów na twój temat, ta agresja i tak wylewa się z każdego słowa.
To też jest wypowiedź pacyfistyczna, ale środki są dostosowane do naszych czasów. O ile 40 lat temu można było protestować wobec agresji, wsadzając kwiaty w lufy karabinów, o tyle teraz, i to wiem na pewno, takie gesty już nie zadziałają. Żyjemy w czasach, kiedy codziennie odcinane są setki głów i jeszcze się to filmuje. Gdybym zaśpiewała: „Ktoś mi dzisiaj powiedział, że jestem nieładna”, to kogo by to obeszło, kto by tego wysłuchał? Nie ten język, nie ten przekaz. Zdecydowanie wolę prawdę. I skoro ktoś pisze mi, że mnie spali czy że mnie zatłucze, to trudno mi nie sięgać po te drastyczne środki.

Internet to ściek.
Kiedy wyszedł singiel, natychmiast rozdzwoniły się telefony z pogróżkami. Do mojego menedżera [i partnera życiowego - przyp. red.], czyli do Edka. Jak można do kogoś zadzwonić i grozić mu śmiercią? Bardziej mnie to zadziwia, niż dotyka.

Edkowi dedykujesz wzruszające „Tu i teraz”. Prosisz, żeby obiecał ci, że nie umrze przed tobą. W branży muzycznej uchodzicie za idealną parę. Zaprzeczeniem tego, o czym pisze szwedzka feministka Maria Sveland, że „za każdym odnoszącym sukcesy mężczyzną stoi kobieta ze zmęczonymi nogami i migreną, a za każdą odnoszącą sukcesy kobietą jest rozwód”.
To może tak z daleka wyglądać, że za mną, osobą rozpoznawalną, stoi mój partner. Są takie klisze, że ktoś w związku musi być bliżej ziemi, jest bardziej odpowiedzialny za stronę organizacyjną. Albo to kwestia środowiska, w którym się obracam, albo zmieniających się czasów, ale nie widzę wokoło samych takich jednostronnych układów. Przeciwnie. Chociaż Edek sam siebie nazywa człowiekiem cieniem, on także jest artystą, współtworzy płyty. Odpowiada za ich stronę wizualną. I kiedy przychodzi jego kolej, moment, w którym to on włącza się w proces twórczy, ja wtedy stoję za nim, muszę ogarniać to, co bliżej ziemi.

Maria Peszek, fot. Warner Music Maria Peszek, fot. Warner Music

Deklarujesz, że chodzisz na wybory, że dla ciebie to właśnie jest postawa patriotyczna. Ale czy są politycy, którzy rzeczywiście reprezentują twoje poglądy? A może głosujesz na mniejsze zło?
Nie rozumiem tych, którzy tłumaczą, że zostają w domu, bo nie ma kogo wybrać, to jest dla mnie jakaś dziwaczna postawa, dowód niedojrzałości: na złość mamie odmrożę sobie uszy. Patrzysz z założonymi rękami, co się dzieje w twoim kraju. Zawsze głosuję, nawet jak jestem na drugim końcu świata, ostatnio głosowałam w Wietnamie, w Hanoi. Mam wyraźne, sprecyzowane poglądy, o tym też mówią moje piosenki, ale jednocześnie bardzo źle znoszę, jak ktoś naciska mnie w sprawie poparcia dla jakiegoś ruchu, idei, akcji. Odpowiadam: „Absolutnie nie”. I jeśli pytasz, na kogo głosuję, to nie odpowiem. To bardzo intymna sprawa.

To są twoje granice intymności? Rozmawiam z Marią Peszek, która ze sceny śpiewa, że nie chce być mamą. Niektórzy latami nie są w stanie się do tego przyznać w zaciszu własnego domu.
Wiem, że mój wizerunek sceniczny może mieszać się z prywatnym. Że uchodzę za kogoś totalnie otwartego, kogo można zapytać o wszystko. Chociaż muszę ci powiedzieć, że odczuwam to bardziej ze strony dziennikarzy. Ludzie, których spotykam na koncertach, ale też ci, którzy podchodzą do mnie na ulicy, nie przekraczają tych granic. Bo to jasne, że mam swoje granice i że wyznaczam je sama. I też mogę je sama zmieniać. A polityka to brudna sprawa, jak zacznę się na ten temat wypowiadać, stracę wiarygodność jako artystka. To droga bez powrotu.

Nie brakuje ci teatru?
Dziesięć lat nie zajmuję się teatrem, ale rozumiem, skąd się bierze to pytanie. Z byciem aktorem jest trochę tak jak z byciem księdzem, nie można nim ot tak, przestać być. Ale na aktorstwo nie mam czasu ani energii. Muzyka mnie zasysa.

Co działa na jej korzyść?
I tu zataczam koło, bo znowu chodzi przede wszystkim o wolność. W teatrze byłam odtwórcą, puzzlem wyobraźni reżysera. Wspaniałe doświadczenie, ale w pewnym momencie przestało mi wystarczać. Teraz stwarzam swój własny świat. Wychodzę na scenę i robię, dosłownie, swoje. Poza tym na koncertach jestem bliżej ludzi. Niby z teatrem też wyjeżdżaliśmy na spektakle gościnne, ale to absolutnie nie to samo.

Jeździsz po kraju. Po miejscach, do których być może nigdy byś nie trafiła, gdyby nie wykupione bilety na twoje koncerty.
To jedna z bardziej niesamowitych stron tego, co robię. Mam do czynienia z ludźmi czasem z bardzo odległych i bardzo małych miejscowości. Żywy, dobry osobisty kontakt. Podpisuję płyty, gadam, patrzę.

I co widzisz? Jaka jest ta Polska A, B, C i D, o której śpiewasz?
Ludzie uśmiechają się znacznie częściej niż parę lat wcześniej. Takie przynajmniej miałam odczucia, kiedy jeździliśmy z poprzednią płytą, zobaczymy, jak będzie teraz. Ale mam też na myśli te najbardziej podstawowe rzeczy. Kiedyś musieliśmy w ogóle inaczej planować trasy, bo potrzeba było więcej czasu na dojazdy, hotele były inne niż teraz. Ale też otwartość ludzi była mniejsza. Ostatnim razem zagraliśmy sto paręnaście koncertów. Z początku myśleliśmy, kurczę, co to będzie, takie poważne tematy, a to był mój największy sukces koncertowy. Tak że „Don’t judge a book by its cover” [z ang. „nie oceniaj książki po okładce”, to także cytat z piosenki z nowego albumu – przyp. red.]. Publiczność jest wspaniała i coraz wspanialsza. Ja zresztą mam niezachwianą wiarę w ludzi.

Kiedy piszą o tobie „znana polska skandalistka”, to...
Wiem, że to fajnie brzmi, że wygodnie przyczepić komuś taką etykietkę i że dzięki temu lepiej się sprzeda gazeta.

A ty jak o sobie myślisz?
Ja myślę, że jestem Marią Peszek.

 

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Śpiewające siostry Szydłowskie spełniają marzenia

Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Siostry Szydłowskie: (od lewej) Jolanta, Elżbieta i Krystyna. (Fot. Nat Kontraktewicz)
Jolanta, Elżbieta i Krystyna – trzy siostry, jak u Czechowa. Ale w przeciwieństwie do bohaterek dramatu swoje marzenie o wspólnym śpiewaniu zrealizowały bez oglądania się na innych. Co poza satysfakcją dało im zwycięstwo w programie „The Voice Senior”?

Wygrały panie pierwszą edycję „The Voice Senior”. Czym dla was był występ w tym talent show?
Ela:
Dla mnie to wyjątkowy czas. Podczas przygotowań i prób czułam się tak, jakbym wróciła do okresu dzieciństwa, kiedy razem śpiewałyśmy w domu. To był nasz pierwszy wspólny występ po latach nieśpiewania razem, ale też wyzwanie – musiałyśmy włożyć dużo pracy, żeby nasze głosy zabrzmiały tak jak kiedyś. Co nie zmienia faktu, że było to niezwykle wzruszające i przyjemne przeżycie.

Kiedy ostatni raz panie razem śpiewały?
Jola: Od zawsze śpiewałyśmy na imieninach, podczas wszystkich świątecznych uroczystości, ale to były występy towarzyskie, a nie estradowe. Wspólnie zaśpiewałyśmy też w 1973 roku podczas eliminacji do Festiwalu Piosenki Radzieckiej. To było wtedy rzeczywiście duże wydarzenie, ale jednocześnie ostatni nasz poważny występ. Dla mnie rok 1973 i 2019 dzieli ogromna przepaść.

Nie chciała pani występować przed publicznością?
Jola: Na początku upierałam się, żeby sobie odpuścić, ale gdy się zdecydowałam, rzeczywiście było to wzruszające. W pewnym momencie uświadomiłyśmy sobie, że spełniłyśmy marzenia naszej mamy, żeby śpiewać w tercecie. Kto mógł przewidzieć, że coś takiego wydarzy się po tylu latach nieśpiewania?

Ela: To, że się zdecydowałyśmy wystąpić w trójkę, było spontaniczne i nieoczekiwane. Pojechałyśmy z Krysią i każda wystąpiła jako solistka, ale po drodze dogadałyśmy się, żeby zrobić duet, a potem może tercet.

Był stres?
Ela: Ogromny. To było wielkie wyzwanie i przygoda, bo szybko zdałyśmy sobie sprawę z tego, że znalazłyśmy się w programie, który będzie oglądany przez miliony widzów. Miałyśmy momenty paraliżu, który u mnie powodował niepokój, czy w ogóle wydobędę z siebie głos. Ale to przede wszystkim były silne emocje, bo zdarzały się nieporozumienia między nami, nerwy, płacz, no i włożyłyśmy naprawdę ogromny wysiłek we wspólną pracę.

Jola: Właśnie z tego powodu nie chciałam występować, bo pamiętałam, ile to wymaga pracy, pomijając potrzebną do tego odwagę. Zdawałyśmy sobie sprawę, że to nie będzie poziom występów na imieninach, tylko musimy spełnić warunki śpiewu estradowego, zwłaszcza w telewizji, gdzie oczekiwania są ogromne. Poza tym umówmy się, jest jakiś poziom ambicji, który chce się zrealizować. Nie po to decydujemy się na taki stres, żeby śpiewać na pół gwizdka, tylko po to, żeby dać z siebie sto procent, a przy tym wszystkim śpiewanie w grupie nie jest łatwe. Trzeba zgrać głosy, które były w tzw. uśpieniu przez tyle lat, a czasu nie było zbyt wiele.

Ela: Dla mnie stres był podwójny, bo bałam się o siostry, żeby się nie pomyliły podczas występu, ale jeszcze bardziej bałam się, że sama mogę się pomylić, a w końcu siostry na mnie liczyły. Czułam ogromną odpowiedzialność, więc musiałyśmy tak się przygotować, żeby być z siebie zadowolone. Zwłaszcza że nie chciałyśmy zawieść oczekiwań publiczności. Nawet Krysia, artystka z ponad 40-letnim doświadczeniem, która już nie powinna mieć tremy, też się denerwowała.

Jola: Ale z każdym kolejnym występem stawałyśmy się pewniejsze, uwierzyłyśmy też w siebie i to nas utwierdziło w przekonaniu, że warto było zaryzykować.

Jak się pracowało paniom razem? Fakt, że jesteście siostrami ułatwiał czy utrudniał pracę?
Jola: Ułatwiał, bo miałyśmy wspólny cel, świadomość, że spełniłyśmy swoje marzenia, ale przed wszystkim marzenia naszej mamy, która chciała, żebyśmy śpiewały razem, i zawsze nas w tym wspierała. Ale też wiele ułatwiał fakt, że się dobrze znamy, mamy podobne barwy głosu. Pewnie, że każda miała swoją wizję występów i tego, co i jak zaśpiewamy, ale udało nam się porozumieć.

Ela: Jola ma największy staż, jeśli chodzi o umiejętność śpiewania w grupie, więc ona przejęła nad nami pieczę. Wiedziała, jak ustawić wszystkie głosy, jak je zaplanować i stworzyć, bo musiałyśmy dla każdej z nas stworzyć odpowiedni głos. I bardzo dobrze sobie poradziła.

Pani Krysiu, czy czuła się pani – jako profesjonalistka – mentorką dla sióstr podczas przygotowań?
Krysia:
W teatrze reżyser zawsze obsadza aktorów w konkretnej roli, ma wobec nich wymagania i jest dla nich jak lustro. Oczywiście aktor ma swoją wizję, ale to reżyser ma głos decydujący. A w naszym tercecie najważniejsza jest wspólna decyzja. Nawet jeśli jedna z nas ma pomysł, to wspólnie go rozważamy. Razem pracujemy, ćwiczymy i eksperymentujemy, ale musimy wszystkie być przekonane, że jest dobrze..

Jakie były reakcje rodziny na to, że panie postanowiły wystąpić w talent show?
Ela:
Zaczęło się od mojej córki, Justyny. To ona namawiała nas do wzięcia udziału w programie. Dzieci i wnuki wspierały nas bardzo, powtarzając, że mamy się zgłosić, bo to jest w zasięgu naszych umiejętności, a potem oglądały nasze zmagania w telewizji, słuchały nagrań z prób, dodawały otuchy.

Jola: To właśnie młodsi uwierzyli w nas, jak moi dwaj synowie. Z kolei mój mąż, który jest muzykiem i ma duże doświadczenie zawodowe, powiedział, żebym dała sobie spokój, bo co to za pomysł. I wtedy uznałam, że skoro on we mnie nie wierzy, to tym bardziej pójdę i zrobię mu na złość. Ale też kierowała mną zazdrość, że siostry mogą dać sobie radę, a ja to będę z kanapy oglądać. A gdy przyszły pierwsze sukcesy, to mężowi też się spodobało (śmiech).

To było marzenie waszej mamy czy także wasza potrzeba, żeby razem występować?
Jola:
I jej, i nasze, chciałyśmy razem występować, ale kiedyś nie było tak wielu możliwości jak teraz.

Ela: Mama pragnęła, żebyśmy zawsze wspierały się, pomagały sobie, i to nas zbliżało do siebie. Uważam też i mogę powiedzieć to z czystym sumieniem, że to ona, prosto z nieba, załatwiła nam występ i sukces w „The Voice Senior”. Nasza mama była bardzo ciepłym człowiekiem. Zawsze nas wspierała, obdzielała wielką miłością. Dlatego naszą debiutancką (jak to cudownie brzmi!) płytę zatytułowaną po prostu „Siostry Szydłowskie” zadedykowałyśmy mamie.

Krysia: Mama byłaby przeszczęśliwa, trzymając ją w rękach – bo te osiem swingujących piosenek w naszej interpretacji, z kobiecymi tekstami od Alibabek, przez Siostry Andrews po Joli ukochaną „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, to dowód spełnienia marzeń jej i naszych.

Mama uczyła panie śpiewu?
Jola: W jakimś sensie tak było, sama występowała w tercecie, z koleżankami, pięknie śpiewała, miała sopran koloraturowy. A gdy śpiewała w domu, to zawsze razem z nami, nauczyła nas wielu piosenek. Wspólne śpiewanie było dla nas naturalne. Z czasem przejęłyśmy po niej pałeczkę i stałyśmy się rozrywkowym punktem programu imienin, komunii, uroczystości rodzinnych. Potem zaczęłyśmy uczęszczać na zajęcia do ognisk muzycznych w domach kultury, na naukę śpiewu i gry na instrumentach. Ale tata także nas wspierał, zwłaszcza finansowo, bo kupił nam pianino i mandolinę.

Mama była waszą mentorką?
Ela:
Zdecydowanie tak. Ale przede wszystkim była sercem naszej rodziny, towarzyszyła nam i w trudnych, i dobrych chwilach. Szczerze mówiąc, brakuje mi tego, żeby ktoś powiedział do mnie tak jak mama: „Ela, wszystko będzie dobrze, zobaczysz, dziecko”. Bardzo mi brakuje, że nie mogę tego od niej usłyszeć.

Jola: Rodzice lubili się nami pochwalić, zwłaszcza że tata nie był zadowolony, że ma trzy córki, bo zawsze marzył o synu, ale nasze sukcesy mu to rekompensowały.

Ela: Nie chodziłyśmy z nim na piłkę, ale mu śpiewałyśmy.

Jola: Ale nauczył nas miłości do sportu, trenował w klubie jako siatkarz, ćwiczył ze mną i Krysią siatkówkę. Można śmiało powiedzieć, że on też przekazał nam swoje pasje.

Jakie są wasze marzenia muzyczne?
Ela:
Przede wszystkim, żebyśmy mogły znowu koncertować, żeby pandemia skończyła się jak najszybciej, no i żebyśmy wszyscy wrócili do normalności, bo bardzo brakuje prostych codziennych rzeczy, do których wcześniej nie przywiązywaliśmy wagi. Choćby pójścia do kawiarni na kawę.

Jola: I marzymy o własnym hicie. Nigdy nie chciałyśmy nagrywać płyt, ale teraz chcemy – najpierw singla z nowym materiałem, a potem płytę. Fajnie, że możemy tego doświadczać w wieku, w jakim jesteśmy, i przyjmiemy z radością to, czym nas wszechświat obdarzy.

  1. Kultura

Malta Festival Poznań powraca. "Będzie kolorowo i nostalgicznie"

W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
W ramach tegorocznej edycji Festiwalu Malta Poznań na plenerowej scenie wystąpi m.in. Karolina Czarnecka z dziewczęcym chórem Skowronki. (Fot. Dawid Grzelak/materiały prasowe)
Festiwal Malta wraca do korzeni. W tym roku między 18 a 29 czerwca Poznań ponownie zmieni się w plenerową scenę zasilaną energią widzów i zaproszonych artystów i artystek – cyrkowców, tancerzy, performerek, muzyków. Tegoroczne hasło brzmi „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta zaprasza w czerwcu do parku Wieniawskiego w Poznaniu. 31. edycja odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”. Powraca teatr plenerowy i Generator Malta, który przygląda się społecznym kontekstom ziemi. Nowym nurtem programowym jest „Portret”, który w tym roku będzie poświęcony szwajcarskiemu reżyserowi Milo Rau. W programie m.in. konferencja o wizji teatru jako przestrzeni oporu wobec kapitalizmu, jako praktyki solidarnościowej i emancypacyjnej, spotkania publicystyczno-literackie „Ruchy oporu” oraz przegląd spektakli wyprodukowanych przez Komunę Warszawa.

31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.31. edycja Festiwalu Malta Poznań odbędzie się w terminie 18-29.06.2021 pod hasłem „Powrót na ziemię / Back to the Ground”.

Festiwal Malta powstał w 1991 roku, gdy po dekadach komunizmu wolność odżywała i nabierała nowych znaczeń. Sztuka stawała się przestrzenią wolnej ekspresji i wspólnego świętowania. Maltańskie projekty, pokazywane najpierw nad Jeziorem Maltańskim, a później na ulicach, placach i skwerach całego miasta, były dostępne dla każdego widza.

Pandemia na nowo wyzwoliła potrzebę wspólnego świętowania i celebrowania bycia razem. Z wirtualnych przestrzeni powróćmy na ziemię, odzyskajmy grunt pod nogami. Będzie kolorowo i nostalgicznie - na Maltę powrócą siedzenie na trawie, piknikowanie, a także żonglerka, pantomima, klaunada i akrobacje. Szaleństwo znów przejmie kontrolę nad miastem. Zaplanowano też poranny rozruch na trawie, aby zadbać o ciała, o których istnieniu zapomnieliśmy w czasie pandemii. W ramach rozgrzewek cyrkowych będzie można nauczyć się podstaw akrobatyki, operowania frisbee czy hula-hoop. Taneczne rozgrzewki poprowadzą uznani artyści i artystki tańca współczesnego - będzie to ostatnia odsłona działań ekipy Starego Browaru Nowego Tańca na Malcie.

Na plenerowej scenie będzie można zobaczyć wyprodukowane przez Komunę Warszawa spektakle w reż. Agnieszki Smoczyńskiej, Cezarego Tomaszewskiego, Agnieszki Jakimiak i Anny Smolar oraz „Morderstwo (w) Utopii” Grzegorza Laszuka w Teatrze Polskim. W programie muzycznym prezentacja trzech europejskich scen: Berlina (Laura Lee & the Jettes), Poznania (Izzy and the Black Trees, Shyness!), Kijowa (Gurt O, Ofliyan), koncert Karoliny Czarneckiej z dziewczęcym chórem Skowronki, występ Meli Koteluk i Bartka Wąsika z poezją K. K. Baczyńskiego oraz finałowy koncert odwołujący się do tradycji polskich orkiestr jazzowych międzywojnia Jazz Band Młynarski-Masecki.

Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)Mela Koteluk i Bartek Wąsik zaprezentują poezję K. K. Baczyńskiego. (Fot. Ksawery Zamoyski/materiały prasowe)

Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)Na scenie muzycznej zagrają przedstawiciele trzech europejskich scen. Poznań reprezentować będą zespoły Izzy and the Black Trees (na zdjęciu) oraz Shyness!. (Fot. materiały prasowe)

„Portret” to nowy, międzynarodowy nurt kuratorski Malty, w tym roku wokół twórczości szwajcarskiego reżysera Milo Rau, który jest dyrektorem teatru w Gandawie, NT Gent. Krytycy nazywają go „najambitniejszym” artystą naszych czasów. Teatr Milo Raua jest jednocześnie teatrem wspólnotowym, solidarnościowym, działającym na rzecz dobra wspólnego i symbolicznego Innego, a także teatrem kontrowersji, emocji i artystycznego ryzyka. W spektaklach przywołuje przede wszystkim historyczne i współczesne konflikty, zbrodnie, niesprawiedliwości, rozprawia się ze współczesnymi tabu. Reżyser wykorzystuje materiały archiwalne, stara się poznać jak najwięcej punktów widzenia: powołuje świadków, oddaje głos ofiarom albo ich bliskim, a także ekspertom. Aktorzy i aktorki (profesjonalni i nieprofesjonalni, pochodzący z różnych środowisk i kultur, mówiący różnymi językami) uczestniczą w poszukiwaniach, zbierają informacje, są zawsze współtwórcami scenariusza spektaklu. Na Malcie zaprezentowany będzie głośny spektakl o pierwszym w Belgii morderstwie na tle homofobicznym.

Wyjątkowym wydarzeniem będzie premiera koncertu Projekt Krynicki, który tworzy trzech wybitnych i uznanych kompozytorów – Paweł Mykietyn, Alek Nowak i Paweł Szymański. Każdy z nich przygotowuje muzykę do wierszy Ryszarda Krynickiego – prawykonanie utworów usłyszymy 24 czerwca na Międzynarodowych Targach Poznańskich. Jedną z kompozycji wykona Sinfonia Varsovia pod batutą Bassema Akiki.

Festiwal ogłosił również dwa konkursy dla środowisk artystycznych – Chodźmy w plener / Let’s hit the outdoors na działania plenerowe – od krótkich form teatralnych i muzycznych po formy nowocyrkowe oraz nabór Zaklepane / Ground Rules na projekty artystyczne do Generatora Malta skupione wokół społecznych kontekstów ziemi. Jury wyłoniło łącznie 17 projektów, które zobaczymy na festiwalu.

Malta zaprezentuje twórców, zespoły teatralne i instytucje kultury z Poznania i Polski. W programie premiera widowiska Teatru Biuro Podróży „Eurydyka”, spektaklu o Grzegorzu Ciechowskim „Kombinat” Teatru Muzycznego, spektaklu Polskiego Teatru Tańca z Moniką Błaszczak i performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego.

W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)W programie m.in. premiera performansu „Cienie. Eurydyka mówi” w wykonaniu Kamili Baar wyprodukowanego przez Fundację Teatru Śląskiego. (Fot. Fundacja Teatru Śląskiego)

Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)Widzowie obejrzą również spektakl „Morderstwo (w) Utopii” w reżyserii Grzegorza Laszuka. (Fot. Pat Mic/materiały prasowe)

To dopiero początek ogłoszeń – całość programu zostanie opublikowana na konferencji prasowej pod koniec maja. W programie m.in. teatr w przestrzeni publicznej, teatr krytyczny i teatr familijny, koncerty na świeżym powietrzu, działania dla dzieci, joga na trawie, taneczne rozgrzewki, premiery sztuki zaangażowanej, koncert finałowy, instalacje i interwencje artystyczne, warsztaty, spotkania i debaty. „Wciąż jesteśmy w sytuacji pandemii. Wierzymy, że odpowiedni dystans, przestrzeganie reżimu sanitarnego pozwolą nam oglądać sztukę na żywo. Zapiszcie daty w kalendarzu 18-29.06.2021 – do zobaczenia na Malcie!” - informują organizatorzy Festiwalu.

  1. Kultura

Kina otwarte – polecamy filmy, które warto zobaczyć na dużym ekranie

"Ojciec" z oscarową rolą Anthony'ego Hopkinsa to jeden z najbardziej wyczekiwanych filmów tego roku. U boku aktora podziwiać możemy również znaną z serialu "The Crown" Olivię Colman. (Fot. materiały prasowe)
Mamy dobre wieści dla wszystkich kinomaniaków. Od 21 maja będziemy mogli ponownie odwiedzić kinowe sale. Na spragnionych filmowych doznań widzów czeka masa wyśmienitych premier. Na dużym ekranie pojawią się m.in. nagrodzony trzema Oscarami dramat "Nomadland", disneyowska "Cruella" z Emmą Stone oraz reżyserski debiut Floriana Zellera "Ojciec". Podpowiadamy, na które filmy warto zwrócić szczególną uwagę.

”Nomadland”

Powstały na podstawie głośnego reportażu Jessiki Bruder "Nomadland" to opowieść o 60-letniej kobiecie, która z powodu pogarszającej się sytuacji finansowej zmuszona jest spakować cały dobytek do starego kampera i ruszyć w trasę po Stanach Zjednoczonych w poszukiwaniu sezonowych prac. Dramat w reżyserii Chloé Zhao z fenomenalną rolą Frances McDormand nagrodzono w tym roku trzema Oscarami, w tym za najlepszy film.

W kinach od 29 maja.

„Ojciec”

Wyśmienite recenzje krytyków, znakomite nazwiska twórców i doskonała obsada aktorska to główne powody, dla których warto zobaczyć reżyserski debiut Floriana Zellera. Film „Ojciec” opowiada o utracie tożsamości w wyniku choroby oraz nieustannej walce o siebie. W rolach głównych nagrodzony Oscarem Anthony Hopkins ("Milczenie owiec") oraz Olivia Colman ("Faworyta", "The Crown"). To historia, który zapada w pamięć i zostaje z widzem na długo po seansie.

W kinach od 21 maja.

„Minari”

Zaskakująca i zawadiacka, a jednocześnie pełna czułości opowieść o sztuce zapuszczania nowych korzeni. Jakob, którego marzeniem jest posiadanie własnej farmy, przeprowadza swoją koreańską rodzinę do Arkansas. Bliscy nie są zadowoleni ze zmiany, zwłaszcza, gdy okazuje się, że ich nowy dom ma kółka i jest tak wątły, że może sobie nie poradzić z tornadami. Do rodziny dołącza też nieco szelmowska babcia z Korei, która uczy bliskich jak tworzyć nową więź z Ameryką, pielęgnując równocześnie własną tradycję.

W kinach od 18 czerwca.

„Na rauszu”

Kolejny laureat Oscara, tym razem w kategorii „najlepszy film międzynarodowy”. Istnieje teoria, że skromna dawka alkoholu podtrzymywana w organizmie otwiera umysł na otaczający nas świat. Kilku nauczycieli z duńskiej szkoły średniej postanawia sprawdzić, jak owa teoria ma się w praktyce. Film "Na rauszu" ukazuje nie tylko negatywne, ale też pozytywne skutki spożywania napojów wysokoprocentowych. Prosty w przekazie, ale jakże poruszający obraz uzupełnia rewelacyjna kreacja Madsa Mikkelsena.

W kinach od 11 czerwca.

„Cruella”

Pamiętacie demoniczną projektantkę z filmów o dalmatyńczykach? Cruella De Mon od początku stanowiła niezły materiał na niezależną produkcję. Aż w końcu stało się. Najnowsze dzieło wytwórni Walta Disneya wyjaśni widzom, dlaczego Cruella tak naprawdę stała się zła. W rolach głównych zobaczymy Emmę Stone, Emmę Thompson oraz Marka Stronga. Obraz wyreżyserował natomiast Craig Gillespie, twórca "Miłości Larsa" z Ryanem Goslingiem oraz "Jestem najlepsza. Ja, Tonya" z Margot Robbie.

W kinach od 29 maja.

„Proste rzeczy”

Błażej i Magda spełniają marzenie o spokojnym życiu poza miastem. Samodzielnie remontują dom w malowniczej wiosce, korzystając raczej ze swojego sprytu i dobrych pomysłów niż z dużych zasobów finansowych. Pewnego dnia w ich domu pojawia się wuj Błażeja. Między bohaterami rozpoczyna się emocjonalna gra, w której obaj próbują zbliżyć się do prawdy o bliskich osobach. Nagła obecność krewnego wytrąca chłopaka z realizacji powziętych celów i zmusza go do zmierzenia się z bolesną przeszłością.

W kinach od 4 czerwca.

„Śniegu już nigdy nie będzie”

Najnowszy film Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta to historia pochodzącego ze wschodu Żeni, który zatrudnia się jako masażysta na bogatym podmiejskim osiedlu. Pracując dla ludzi odgrodzonych murem od "gorszego" świata, poznaje ich historie i osobiste dramaty, aby wkrótce odmienić życie każdego z nich. W roli głównej zobaczymy znanego z serialu "Stranger Things" Aleca Utgoffa, któremu towarzyszyć będą m.in. Maja Ostaszewska, Agata Kulesza, Weronika Rosati, Katarzyna Figura i Andrzej Chyra.

W kinach od 4 czerwca.

„Niepamięć”

Absurdalny humor i melancholia - tak można podsumować komediodramat „Niepamięć”, którego fabuła przenosi nas do opanowanej przez wirus amnezji Grecji, gdzie ludzie masową chorują na nagły zanik pamięci. Mieszkający w Atenach Aris zostaje objęty programem leczenia, który ma pomóc mu zbudować nowe życie. Terapia polega na wykonywaniu czynności przepisanych przez lekarzy na kasecie magnetofonowej i uchwycenie nowych wspomnień za pomocą polaroidu. Zapowiada się arcyciekawy seans.

W kinach od 25 czerwca.

  1. Kultura

Nowości muzyczne – płyty, których warto posłuchać

Fot. iStock
Fot. iStock
Nasza płytoteka powiększyła się o kilka pozycji. Sprawdźcie, co polecamy w tym miesiącu.

Na równych prawach

Ta bardzo przyjemna płyta dowodzi, że żywiołem Stinga są duety. „Nie spotkaliśmy się, pracowaliśmy na odległość, śpiewając w różnych studiach, więc to była taka pandemiczna relacja aż do czasu kręcenia teledysku” – tak Sting opowiada o nagrywaniu wspólnie z Melody Gardot singla „Little Something”. To akurat nowość na „Duets”, które zasadniczo jest płytą wspominkową.

Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)Jeden z utworów na płycie Duets Sting nagrał z Zucchero. (Fot. materiały prasowe)

69-letni muzyk zebrał tu swoje ulubione duety z ostatnich dwóch dekad. Pojawiają się więc i Mary J. Blige, i Annie Lennox, Herbie Hancock i Eric Clapton, Julio Iglesias i Charles Aznavour, Zucchero, Shaggy… To zarazem festiwal różnych oblicz Stinga: jazzowego, soulowego i popowego, w stylu reggae, włoskim i latynoskim. No i algierskim w „Desert Rose”, które nagrał z pieśniarzem Chebem Mamim. Wszystkie te duety pokazują też, że Sting nie ma w zwyczaju w nich dominować, pozostawiając odpowiednią przestrzeń swoim drugim połówkom.

Sting, 'Duets' (Fot. materiały prasowe)Sting, "Duets" (Fot. materiały prasowe)

Niemal debiutanci

Gitara, fortepian, głos i blues. Pola Chobot i Adam Baran znają się już z grupy Jabłonka, ale dwa lata temu zadebiutowali w parze, a innych muzyków dopraszają w miarę potrzeb. Na minialbumie „Trzeba mi” snują tajemnicze, senne opowieści, a prowadzi nas przez nie niebywale nastrojowy wokal Chobot. Wciąż są na tym etapie, gdy cieszą się każdą nową słuchaczką i każdym nowym słuchaczem, serdecznie więc zachęcam, żeby dołączać do tego grona.

Pola Chobot&Adam Baran 'Trzeba mi'. (Fot. materiały prasowe)Pola Chobot&Adam Baran "Trzeba mi". (Fot. materiały prasowe)

Wreszcie

Premierę opóźniła najpierw pandemia, potem był problem, żeby zdążyć z wytłoczeniem wersji winylowej. Ale wreszcie poznaliśmy siódmy już album dopiero 35-letniej Amerykanki, która nigdy nie lubiła opuszczać studia na zbyt długo. Nie lubi też podwójnych standardów w show-biznesie, porusza tu więc podobne kwestie co Brytyjka z recenzji po prawej. A muzycznie? Trwa przy nienachalnym popie z folkową podszewką, to ostatnie akcentując na koniec coverem „For Free” Joni Mitchell.

Lana Del Ray 'Chemtrails over the country club'. (Fot. materiały prasowe)Lana Del Ray "Chemtrails over the country club". (Fot. materiały prasowe)

Przejąć kontrolę

„To płyta o zyskiwaniu kontroli nad własnym życiem” – deklaruje jasno wokalistka London Grammar Hannah Reid. Bo gdy inni gratulują ci sukcesów, ty wciąż sama siebie pytasz: kto tym wszystkim kieruje? I zastanawiasz się, jak przetrwać w kranie mizoginii, jaką jest pop. O tym, jak się z tym czuje, postanowiła powiedzieć światu z pomocą kolegów z zespołu – i tak trzecią płytę angielskie trio potraktowało jako swego rodzaju terapię. Co nie kłóci się z tym, że ten album to zestaw solidnych przebojów.

London Grammar 'Californian Soil'. (Fot. materiały prasowe)London Grammar "Californian Soil". (Fot. materiały prasowe)

  1. Kultura

62. sezon Koncertów Chopinowskich w Łazienkach Królewskich po raz drugi online

(Fot. materiały prasowe)
(Fot. materiały prasowe)
Niebywały sukces Koncertów Chopinowskich w wersji online z ubiegłego roku oraz trwające ograniczenia dotyczące organizacji imprez skłoniły organizatorów wydarzenia do kontynuowania recitali w formie online.

Koncert inauguracyjny odbędzie się w niedzielę 16. maja, tradycyjnie o godz. 12:00. Transmisja będzie dostępna na www.facebook.com/koncertychopinowskie, a także na Youtube i stronach internetowych www.koncerty-chopinowskie.pl i www.estrada.com.pl. Spacerujący w Łazienkach Królewskich będą mogli wysłuchać muzyki Chopina z głośników rozstawionych w głównych miejscach królewskiego parku w każdą niedzielę w południe.

W koncercie inauguracyjnym wystąpi amerykański pianista Kevin Kenner, uznawany za jednego z najwybitniejszych wykonawców muzyki Chopina. Zdobył najwyższą nagrodę na XII Międzynarodowym Konkursie Pianistycznym im. Fryderyka Chopina w Warszawie. Jest również laureatem Międzynarodowego Konkursu im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie i wielu innych.

Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)Kevin Kenner (Fot. materiały prasowe)

Ten pochodzący z Kalifornii pianista wcześnie miał okazję zapoznać się z polskimi tradycjami muzyki klasycznej – w wieku kilkunastu lat studiował pod kierunkiem wybitnego polskiego profesora Ludwika Stefańskiego w Krakowie. Kenner jest również wybitnym pianistą studyjnym – czasopismo „Grammophone” określiło wszystkie jego interpretacje utworów Paderewskiego i Chopina mianem nagrań miesiąca. Inne jego nagrania zostały wyróżnione przez „Diapason”, „Fanfare” i Polskie Radio. Przez ponad dziesięć lat Kevin Kenner był zatrudniony na stanowisku profesora w Royal College of Music w Londynie. Obecnie pracuje na wydziale muzycznym Uniwersytetu Miami (Frost School of Music), gdzie przygotowuje młodych, utalentowanych pianistów do występów na scenach świata. Zasiadał w jury wielu międzynarodowych konkursów pianistycznych, w tym Konkursu im. Ferruccio Busoniego we włoskim Bolzano i Konkursu im. Fryderyka Chopina w Warszawie.

(Fot. materiały prasowe)(Fot. materiały prasowe)

Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)Sala Balowa w Pałacu na Wyspie, Łazienki Królewskie (Fot. materiały prasowe)

Plenerowe koncerty muzyki Chopina zorganizowano po raz pierwszy w 1959 r., po zrekonstruowaniu pomnika kompozytora. Z biegiem czasu wielokrotnie zmieniały swoją formułę. W tym roku, po raz kolejny pianiści nie zagrają pod pomnikiem Chopina, lecz wystąpią dla słuchaczy online. Recitale zarejestrowane zostały w wyjątkowym wnętrzu Sali Balowej w Pałacu na Wyspie, zbudowanej pod koniec XVIII wieku, z dekoracyjnymi marmurowymi kominkami z rzeźbą Herkulesa i Apolla Belwederskiego. Koncerty w tej formule będą kontynuowane w każdą niedzielę o godz. 12:00, a jeżeli sytuacja na to pozwoli Stołeczna Estrada powróci do organizacji koncertów w tradycyjnej formie – na żywo.

Kalendarz najbliższych koncertów:

MAJ

16 maja – koncert inauguracyjny, godz. 12.00 - Kevin Kenner (USA)

23 maja – Łukasz Byrdy

30 maja – Aleksandra Hortensja Dąbek

CZERWIEC

6 czerwca – Mateusz Tomica

13 czerwca – Viet Trung Nguyen (Wietnam/Polska)

20 czerwca – Maciej Wota

27 czerwca – Edward Wolanin

LIPIEC

4 lipca – Mateusz Krzyżowski

Wszystkie koncerty dostępne będą bezpłatnie.

Cykl koncertowy finansowany jest ze środków Miasta st. Warszawy.

koncerty-chopinowskie.pl