1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Reżyser „Mojego pięknego syna” opowiada o wątkach autobiograficznych w filmie

Reżyser „Mojego pięknego syna” opowiada o wątkach autobiograficznych w filmie

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Mój piękny syn". (Fot. materiały prasowe dystrybutora)
Zobacz galerię 12 Zdjęć
Oparty na podstawie wspomnień ojca i syna film "Mój piękny syn", ze szczegółami pokazuje powolny, naznaczony smutkiem i traumą, niepewny powrót nastolatka do normalnego życia. O wątkach autobiograficznych, poświęceniu dla roli, dyskretnym magnetyzmie Timothée Chalameta oraz wsparciu Brada Pitta, opowiada reżyser filmu Felix van Groeningen.

W nominowanym do Oscara filmie „W kręgu miłości” zajmował się pan głównie kryzysem rodziny, którego główną przyczyną była choroba dziecka. Podobnie w „Moim pięknym synu” – osią tej historii jest znowu rodzina, znowu chore dziecko. Ale teraz bohater jest już starszy, a uzależnienie od narkotyków nie pozwala mu wydobrzeć i wrócić do normalnego życia. Oswaja pan w ten sposób kryzys w relacjach rodzinnych? Jakąś osobistą tragedię?
Coś w tym jest. Sam pochodzę z rozbitej rodziny, moi rodzice rozstali się dość wcześnie, a ojciec umarł, kiedy wciąż byłem bardzo młody, ledwo skończyłem dwadzieścia lat. Wydaje mi się, że całe zawodowe życie staram się wypracować wizerunek rodziny idealnej, coś za czym od lat w gruncie rzeczy tęsknię. Proszę mnie źle nie zrozumieć: wszystko to, czego doświadczyłem po rozstaniu rodziców było dla mnie cenną lekcją i doceniam każde wydarzenie, choćby nawet było traumatyczne. Te wszystkie sytuacje mnie ukształtowały i sprawiły, że jestem dzisiaj tym, kim jestem. Dotychczas moje życie było bardzo interesujące, robiłem różne rzeczy. W „Moim pięknym synu” odwołuję się do różnych momentów: złych i dobrych, a więc zupełnie jak w życiu, także moim. Członkom rodziny Sheffów wydaje się, że są w stanie uniknąć nieszczęść i problemów, bo są razem, są jednością. Z kryzysów ludzie często wychodzą silniejsi, pokazują ile są naprawdę warci i jak potrafią sobie radzić z codziennymi trudnościami. Niestety te historie nie zawsze kończą się happy endem.

„Mój piękny syn” powstał na podstawie dwóch opowieści, dwóch perspektyw – ojca i syna. Od początku chciał pan pokazać je obie? Nie czuł pan pokusy, żeby ułatwić sobie zadanie i skupić się tylko na jednej?
Firma Plan B, producenci filmu, zadzwonili do mnie z pomysłem ekranizacji i od początku mowa była o obu perspektywach. Wystarczyło kilka zdań wyjaśnienia, żebym od razu nabrał ochoty na tę współpracę. Byłem gotowy. Potem przeczytałem książki i byłem już absolutnie pewien. Oczywiście książki i wsparcie producentów to nie wszystko. Bardzo wiele rzeczy mogło wciąż pójść nie tak. Przede wszystkim na samym początku bałem się, czy uda mi się wiarygodnie pokazać ojca oczami syna i syna oczami ojca, do tego w jednym, spójnym obrazie. Na szczęście nie musieliśmy się zbytnio spieszyć, a właściwe rozwiązania w końcu same przyszły. To pierwszy aspekt tej historii. A drugi to taki, że cały czas miałem wrażenie, że już oglądałem filmy o dzieciakach uzależnionych od narkotyków, widziałem też filmy o zatroskanych rodzicach. Przyszła nareszcie pora połączyć te wyobrażenia. Tylko w ten sposób mogłem pokazać coś naprawdę swojego i wyjątkowego.

Ekranizacje książek rządzą się swoimi prawami, ale czy ekranizacja dwóch naraz wymusiła na panu wprowadzenie jakichś szczególnych reguł? Wyjątkowych wyrzeczeń?
Cóż, kilkakrotnie musieliśmy dokonać bardzo drastycznych cięć, co nigdy nie jest łatwe. Osią tej historii był ojciec, to było jasne od początku. Ale jednocześnie musieliśmy znaleźć drogę do przedstawienia tej smutnej opowieści z perspektywy Nica - syna. Dlatego między innymi pokazujemy chłopaka nie tylko wtedy, kiedy jest z nim naprawdę źle, ale też te dobre momenty. Tragedia nigdy nie jest przecież wyłącznie jednopłaszczyznowa. Zresztą, pokazanie szczęśliwych chwil wzbogaca dramaturgię, emocjonalny skok jest większy, bardziej przeżywamy te nieuchronne upadki.

W którym momencie zdecydował pan, że to będzie pana anglojęzyczny debiut?
W zasadzie w momencie, kiedy dostałem książki z Planu B wiedziałem, że jedyną możliwością jest zrealizowanie filmu po angielsku. Był taki moment, kiedy zamierzałem podjąć się śmiałego zadania przetłumaczenia opowieści Nica i Davida Sheffów na mój język ojczysty. Myślałem, że dzięki temu uczynię tę historię prawdziwie moją. Ostatecznie zdecydowałem się na skok na głęboką wodę i nie żałuję.

Ale nie zamierza się pan przeprowadzać na stałe do Stanów?
Nie, nic takiego się w najbliższej przyszłości nie wydarzy, przynajmniej tego nie planuję. Mieszkałem w Stanach przez ostatnie półtora roku i była to wspaniała przygoda, ale w tej chwili należy mi się odpoczynek. Niedawno zostałem po raz pierwszy ojcem i chociaż nie wiem, gdzie rzuci mnie los w poszukiwaniu nowego fascynującego projektu, na razie trzymam się blisko domu.

Czy Brad Pitt, założyciel i szef firmy producenckiej Plan B, która się zwróciła do pana z pomysłem ekranizacji, próbował w jakiś sposób wpłynąć na pański sposób realizacji tej opowieści? Poza językiem, oczywiście?
Nie, Brad ma od tego ludzi (śmiech). Ale kilkakrotnie się spotkaliśmy. Miałem poczucie, że naprawdę zależy mu na naszym powodzeniu, był bardzo żywo zainteresowany postępami prac, zjawił się też na planie, udzielił mi kilku bardzo cennych rad. Mam wrażenie, że nie traktuje swojej firmy przedmiotowo, wyłącznie jak maszynki do zarabiania pieniędzy, ale każdy osobny projekt ma dla niego duże, osobiste znaczenie. Bardzo doceniam takie podejście.

Podobno zdecydował pan w głównej roli obsadzić Timothée Chalameta w momencie, kiedy zobaczył go pan w ubiegłym roku w filmie „Tamte dni, tamte noce” Luki Guadagnino. Miał pan przeczucie, że ten chłopak zrobi w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy taką karierę?
Kompletnie się nie zastanawiałem nad tym, czy jest czy dopiero będzie gwiazdą. Miałem przede wszystkim świadomość, że rola w tym filmie, ta konkretna rola, może sprawić, że odtwarzający ją aktor stanie się gwiazdą pierwszej wielkości. Po drugie – byliśmy w tej komfortowej sytuacji, że wcale nie musieliśmy zatrudniać bardzo znanego nazwiska. Przeczucie mi podpowiadało, że właśnie „Mój piękny syn” pozwoliłby umieścić odtwórcę roli Nica na mapie. Traf chciał, że w międzyczasie Timmy sam wystrzelił. Ale ta rola sama w sobie ma niezwykłą siłę, mierzący się z nią aktor musi wykonać niebywałe, bardzo wymagające zadanie.

Od ponad roku opisuje się go w samych superlatywach. Nie są to opinie choć trochę przesadzone?
Timothée jest naprawdę niesamowity, wszystko co pani o nim słyszała jest zapewne prawdziwe. Uroczy, skupiony, inteligentny, profesjonalny. Prawdziwy talent. Zdałem sobie z tego sprawę, kiedy zaczęliśmy kręcić, wystarczyły mi dosłownie sekundy.

Przy okazji jego występu w „Moim pięknym synu” dużo się mówiło o znacznej utracie wagi, a Timothée i tak jest przecież bardzo szczupły. Rzeczywiście zmiana była bardzo widoczna. Przed rozpoczęciem zdjęć poprosiłem Timmy’ego, żeby trochę zrzucił, zależało mi na wyraźnym efekcie. Nic jest przecież uzależniony od narkotyków, żyje na ulicy. Kiedy jednak zaczął zrzucać wagę, nie mógł przestać. Zrzucił ze trzy kilo więcej niż planowaliśmy, razem jakieś 9 kilo. Mam wrażenie, że oprócz zmiany fizycznej, Timothée zmienił się także psychicznie, wydoroślał, dojrzał. Kilka razy mi o tym mówił. Dla osób postronnych zmiana pewnie będzie niezauważalna, ale dla wszystkich, z którymi pracował przy „Moim pięknym synu” to prawdziwa rewolucja. 

Siłą napędową tej opowieści jest dynamika relacji ojca i syna. Od początku miał pan na myśli Steve’a Carella do roli ojca Nica?
Nie, nie od początku. Tę kwestię zostawiliśmy sobie otwartą do samego końca. Wydaje mi się, że gdybym za wcześnie wyobraził sobie Steve’a jako Davida Sheffa i przyporządkował jego twarz do postaci, która dopiero powstawała w mojej głowie, mógłbym za wcześnie dojść do jakichś wniosków. Tego chciałem za wszelką cenę uniknąć. Dopiero gdy byliśmy prawie gotowi do wejścia na plan i rozpoczęcia zdjęć, zaczęliśmy się rozglądać za odpowiednią osobą do roli. Ktoś podsunął Steve’a, a ja miałem okazję przyjrzeć się jego poprzednim wcieleniom, wywiadom, występom publicznym. Dopiero potem z nim porozmawiałem w cztery oczy. Bardzo szybko zgodził się przyjąć rolę, co tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mamy w ręku coś naprawdę wyjątkowego. Steve jest w ogóle bardzo ciekawą osobowością. Publicznie funkcjonuje raczej jako wesołek, ma naprawdę fenomenalne poczucie humoru, ale też doskonale rozumie dramat i potrafi wydobyć z siebie całe niesamowicie rozległe spektrum emocji.

„Mój piękny syn” momentami wcale nie jest taki piękny. Wiarygodnie i szczerze pokazuje najbardziej mroczne strony uzależnienia. Do tego stopnia wiarygodnie, że wydaje się, że dla Nica nie ma już odwrotu.
Kiedy czytałem książki, cały czas się zastanawiałem, na czym polega tego typu uzależnienie. Bardzo chciałem to pojąć, ale nigdy mi się to chyba do końca nie udało. W tej historii dużo elementów wcale nie pasowało do układanki. Sheffowie to rodzina przynależąca do białej klasy średniej, nie jakaś patologia, dlatego tym trudniej było mi zrozumieć wybory Nica. To pewnie jeden z powodów, dlaczego ta historia tak mocno we mnie siedzi i dlaczego widzowie tak żywo na nią reagują. Gdzieś na końcu łamie przecież stereotypy dotyczące uzależnienia, bo pokazuje, że każda rodzina, niezależnie od statusu, koloru skóry, finansów, może mieć mroczne sekrety. Drugim powodem jest absolutnie zachwycająca relacja ojca i syna, sposób w jaki próbują się nawzajem zrozumieć, choć żyją w kompletnie innych światach. Dla takich historii chcę nadal kręcić filmy!

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.

  1. Kultura

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” – nowa wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Nad morzem , 1886, olej, tektura , Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Jedyna pociecha, 1891, pastel, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie; Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Ulica Unter den Linden w Berlinie 1890, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (Fot. Piotr Safjan, Piotr Ligier, Krzysztof Wilczyński; Muzeum Narodowe w Warszawie)
„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893” - to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość będzie można podziwiać niebawem na wystawie w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) to pierwsza polska artystka, która osiągnęła międzynarodową sławę. Jej twórczość była prezentowana na najważniejszych europejskich wystawach i doceniania przez krytyków sztuki z wielu krajów. Także dziś obrazy i fascynujące losy malarki wzbudzają duże zainteresowanie publiczności, a wiele dzieł Bilińskiej trafiło do kanonu polskiej sztuki. Jednak całokształt twórczości i biografia artystki wciąż czekają na opracowanie.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893) Portret własny, 1887, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Krakowie. (fot. Pracownia Fotograficzna Muzeum Narodowego w Krakowie)

Celem wystawy jest prezentacja możliwie najszerszego wyboru prac malarskich i rysunkowych Bilińskiej (w tym dzieł do tej pory nieznanych), pochodzących z polskich i zagranicznych muzeów oraz kolekcji prywatnych. Głównym wątkiem wystawy będzie artystyczna kariera Bilińskiej, wiodąca od pierwszych prób malarskich w Warszawie poprzez naukę w paryskiej Académie Julian ku udziałowi w międzynarodowych wystawach sztuki.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), W oknie, 1890, pastel, płótno, Musée d’art modern et contemporain de Saint-Etienne Métropole (fot. Joëlle Villa, Musée d’art modernę et contemporain de Saint-Etienne Métropole)

Prezentacja będzie poruszać zagadnienia natury artystycznej, takie jak akademizm w twórczości Bilińskiej, portret jako preferowany przez nią temat malarski czy technika pastelu, w której wypowiadała się równie często jak w malarstwie olejnym. Inne kwestie, które zamierzamy podjąć, to samoświadomość artystki i jej widzenie pozycji twórcy w świecie, wyrażające się m.in. w kreowaniu własnego wizerunku w autoportretach.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Fort Boyard, 1889, olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Krzysztof Wilczyński, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Niezwykle interesujące są również wątki biograficzne: pokonywanie przez malarkę materialnych i osobistych trudności na drodze do zawodowego sukcesu czy jej relacje towarzyskie i uczuciowe. Twórczości Bilińskiej nie sposób przedstawić bez zarysowania ograniczeń, jakich w XIX wieku doświadczały kobiety w ramach instytucji sztuki i kształcenia artystycznego oraz ze względu na normy i oczekiwania społeczne.

Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)Anna Bilińska-Bohdanowiczowa (1854–1893), Autoportret niedokończony, 1892 olej, płótno, Muzeum Narodowe w Warszawie. (fot. Piotr Ligier, Muzeum Narodowe w Warszawie)

Ta znakomita malarka i jednocześnie silna kobieta może być interesującą postacią. Kobieta, która zmagała się z przeciwnościami losu (w niedługich odstępach czasu zmarł ojciec artystki, jej przyjaciółka i narzeczony), poważna choroba serca i w rezultacie przedwczesna śmierć uniemożliwiła realizację jej marzenia – planowała otworzyć w Warszawie szkołę malarstwa dla kobiet, wzorowaną na uczelniach paryskich. Bilińska obsypana za życia nagrodami, zapomniana po śmierci, ostatnio cieszy się coraz większym zainteresowaniem. W dobie coraz intensywniejszych badań nad twórczością kobiet artystek końca XIX wieku malarka jawi się jako jedna z najlepszych reprezentantek pokolenia artystek wychodzących z zapomnienia.

„Artystka. Anna Bilińska 1854–1893”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 25 czerwca – 10 października 2021

  1. Kultura

Serial "Cień i kość" powróci z drugim sezonem

Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu
Archie Renaux jako Malyen Oretsev i Jessie Mei Li jako Alina Starkov w serialu "Cień i kość". (Fot. materiały prasowe Netflix)
Gratka dla miłośników fantasy, których tej wiosny zachwycił nowy serial Netflixa "Cień i kość". Produkcja, oparta na bestsellerowych powieściach Leigh Bardugo o uniwersum Griszów, doczeka się drugiego sezonu.

Pierwsza część opowieści o uniwersum Griszów w ciągu 28 dni od premiery została obejrzana w ponad 55 milionach gospodarstw domowych. Serial znalazł się w zestawieniu TOP 10 w 93 krajach na całym świecie i zajął pierwsze miejsce w 79 krajach, w tym w Australii, Brazylii, Niemczech, Rosji, Hiszpanii, RPA i USA. Po jego premierze trylogia "Cień i kość" oraz składająca się z dwóch części powieść "Szóstka wron" powróciły na listy bestsellerów na całym świecie i przez ponad miesiąc utrzymywały się na pierwszym miejscu listy bestsellerów "New York Timesa". Niewątpliwy sukces wróżył kontynuację serialu - teraz jest to już oficjalne. „Cień i kość” doczeka się drugiego sezonu, a poinformowali o tym członkowie jego obsady.

- Piszę o uniwersum Griszów już od prawie dziesięciu lat, więc jestem zachwycona, że będziemy mogli kontynuować tę przygodę. Jest tak wiele miejsc, które ledwo zdążyliśmy odwiedzić i nie mogę się doczekać, aby przedstawić widzom więcej świętych, żołnierzy, bandytów, złodziei, książąt i szeregowców, którzy sprawiają, że ten świat jest tak zabawny do odkrywania. To będzie prawdziwa magia widzieć, jak nasza genialna, utalentowana obsada się powiększa - mówi autorka książek i producentka wykonawcza serialu Leigh Bardugo.

Drugi sezon serialu „Cień i kość” ma składać się z ośmiu godzinnych odcinków. Jessie Mei Li (Alina Starkov), Archie Renaux (Malyen Oretsev), Freddy Carter (Kaz Brekker), Amita Suman (Inej), Kit Young (Jesper Fahey), Ben Barnes (Generał Kirigan), Danielle Galligan (Nina Zenik) i Calahan Skogman (Matthias Helvar) ponownie wcielą się w swoje role. Dodatkowe szczegóły dotyczące castingu zostaną podane w późniejszym terminie.

"Cień i kość" miał swoją premierę na platformie Netflix w kwietniu tego roku. Serial jest osadzony w rozdartym wojną świecie, a jego główną bohaterką jest osierocona w dzieciństwie Alina Starkov, szeregowa żołnierka, która odkrywa w sobie nadzwyczajną moc mogącą być kluczem do wyzwolenia jej kraju. Ogromne zagrożenie ze strony Fałdy Cienia wisi nad krajem, a Alina zostaje odcięta od wszystkiego, co znała do tej pory, aby odbyć szkolenie wojskowe jako żołnierka elitarnej armii władających magią Griszów. Opanowanie nowych zdolności przychodzi jej z trudem i stopniowo zdaje sobie sprawę, że sojusznicy i wrogowie są dwiema stronami tej samej monety i nic nie jest tym, na co wygląda w tym niezwykłym świecie. Toczy się konflikt między niebezpiecznymi przeciwnikami, wśród których znajduje się także szajka charyzmatycznych przestępców. Przetrwanie będzie wymagało czegoś więcej niż tylko magii.

  1. Kultura

Festiwal Młodzi i Film – przegląd filmów, które warto zobaczyć

Kadr z filmu
Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)
Młodzi i Film to najstarszy w Polsce festiwal, podczas którego można zobaczyć tylko debiuty. Debiutowali na nim m.in. Krzysztof Zanussi, Agnieszka Holland, Xawery Żuławski, Łukasz Palkowski, Katarzyna Rosłaniec, Maria Sadowska, czy Jan P. Matuszyński.

Koszaliński Festiwal Debiutów Filmowych Młodzi i Film na stałe wpisał się już na mapę filmowych festiwali Polski, i jako jedyny w takim zakresie skupia się na najnowszych dokonaniach debiutujących reżyserów. Impreza obejmuje dwa konkursy: Pełnometrażowych i Krótkometrażowych Debiutów Filmowych, a także pokazy pozakonkursowe w sekcjach: Debiut zagraniczny, Na dłuższą metę (Debiut dokumentalny), Retrospektywy, czy pokazy filmów jurorów oraz pokazy specjalne, ale też spotkania Szczerość za szczerość z ekipami filmów konkursowych, spotkania branżowe dla uczestników festiwalu, czy klub festiwalowy, w którym odbywają się koncerty oraz autorskie spotkania Macieja Buchwalda pod hasłem "Zawód: aktor”. Wstęp na wszystkie wydarzenia otwarte festiwalu jest bezpłatny.

Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.Plakat 40. edycji Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film. Jego twórcą jest Wilhelm Sasnal.

Każdego roku liczba zgłoszonych filmów do dwóch konkursów wzrasta - w tym to około 200 tytułów. Festiwal stał się też miejscem spotkań młodych twórców filmowych oraz aktorów. Gośćmi w ostatnich latach byli m.in.: Agata Buzek, Sylwia Chutnik, Jacek Borcuch, Zofia Wichłacz, Karolina Czarnecka, Bartosz Gelner, Marcin Kowalczyk, Bartosz Bielenia, Eliza Rycembel, Dorota Masłowska, Agnieszka Grochowska, Ewa Kasprzyk, Andrzej Grabowski, Katarzyna Herman, ale też Wojciech Pszoniak, Jerzy Bończak i Anna Dymna.

W tym roku szczególnej uwadze polecamy sekcję Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne, która powraca po rocznej przerwie. W jej ramach zobaczymy aż siedem pełnometrażowych filmów dokumentalnych:

„Furia”, reż. Krzysztof Kasior

Ola ma 25 lat, pracuje w call center w małym miasteczku. Nie dogaduje się z rodzicami, a w pobliżu nie ma nikogo naprawdę bliskiego. Kiedy problemy przybierają na sile, dostaje skierowanie na terapię. Jednak zamiast na kozetkę, zaczyna chodzić na treningi MMA, brutalne walki w klatce... Dokumentalna opowieść o Aleksandrze Roli, wyjątkowej i bezkompromisowej zawodniczce MMA, która ku zdumieniu całego środowiska, w ciągu roku pokonała wszystkie przeciwniczki w Polsce, mimo że trenować zaczęła niewiele wcześniej. Opowieść o marzeniach i spełnianiu wyznaczonych celów oraz cenie, jaką za to płacimy.

Kadr z filmu 'Furia'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Furia". (Fot. materiały prasowe)

„Krafftówna w krainie czarów”, reż. Maciej Kowalewski, Piotr Konstantinow

Po seansie spotkanie z twórcami i Barbarą Krafftówną

„W tej chwili nie wiem kim jestem. Wiedziałam kim byłam rano” – to zdanie zostaje w sercu na zawsze. Jak i spojrzenie, łagodnych zielonych oczu Barbary Krafftówny. Niech was to nie zmyli – w zaskakującym portrecie bohaterka bez wieku opowiada o sobie i świecie wyobraźni, który był dla niej ratunkiem (w trudnych chwilach) i inspiracją (na scenie). Jej świadectwo wzrusza: mądrej, czułej, na wskroś nowoczesnej i bystrej obserwatorki. Ale też osoby samotnej, która w zmieniającej się rzeczywistości co chwilę musiała definiować własną niezależność, aktorstwo, kobiecość. Krafftówna opowiadając o sobie przekracza granice realizmu, jest najmłodsza z nas wszystkich.

Kadr z filmu 'Krafftówna w krainie czarów'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Krafftówna w krainie czarów". (Fot. materiały prasowe)

„Między nami”, reż. Dorota Proba

Program Pierwszy Dokument

Intymny portret trzech związków. Trzy bardzo różne pary decydują się podjąć szczerą rozmowę, zainicjowaną zestawem pozornie prostych pytań. Powoli tworzy się przestrzeń dla wymiany skrywanych emocji i wyznań, nieoczywistych pragnień. Nie ma przepisu na udany związek, podobnie jest z filmem – coś co mogłoby wypaść jak zestaw truizmów, tutaj staje się prostolinijnym, dowcipnym, ale nade wszystko zaskakującym zapisem kilku wariantów tej samej historii o miłości. Cóż z tego, że opowiadamy cały czas to samo, pytanie jak to robimy. W życiu podobnie jak w kinie – warto się zaskakiwać.

Kadr z filmu 'Między nami'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Między nami". (Fot. materiały prasowe)

„Pollywood”, reż. Paweł Ferdek

Podróż do źródeł kina. Czym jest film? Skąd się wzięło to marzenie, by snuć opowieść na ekranie, by mamić innych swoimi wizjami? Czy kino to iluzja, czy prawda? Co nam daje, a co rekompensuje samym twórcom? I co tak naprawdę oznacza w tym środowisku sukces, jak go osiągnąć, a jednocześnie pozostać wiernym sobie? Autotematyczny film drogi, podczas której reżyser z Polski stara się odpowiedzieć na te najważniejsze z punktu widzenia filmowca pytania. Bo niezależnie od tego skąd pochodzisz, jeśli czujesz magię kina, to stajesz się częścią pewnej społeczności – ludzi światłoczułych.

Kadr z filmu 'Pollywood'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Pollywood". (Fot. materiały prasowe)

„Po złoto. Historia Władysława Kozakiewicza”, reż. Ksawery Szczepaniak

Po seansie spotkanie z twórcami i Władysławem Kozakiewiczem

Władysław Kozakiewicz podczas Igrzysk Olimpijskich w Moskwie w 1980 roku nie dość że zdobył złoto i pobił rekord świata, to jeszcze, pod wpływem emocji i presji, wyprowadzony z równowagi przez sowiecką publiczność, pokazał jej tzw. wała. Niesportowy gest miał swoje symboliczne i polityczne znaczenie. Film w dynamiczny i dowcipny sposób opowiada o drodze jaką przebył słynny tyczkarz, stawia pytania o kryzys formy „Kozaka”, o emigrację, ale też o istotę sportu. Narratorem jest sam Władysław Kozakiewicz, a twórcom udało się wzbogacić jego wypowiedzi o unikatowe materiały archiwalne. Świetny montaż to kolejny atut tej produkcji.

Kadr z filmu 'Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Po Złoto. Historia Władysława Kozakiewicza". (Fot. materiały prasowe)

„Toomanykicks”, reż. Dawid Wawrzyszyn

Pierwszy polski dokument o kolekcjonerach butów sportowych. Wnikliwa analiza pasji jedenastu bohaterów oraz przemian kulturowo-społeczno-gospodarczych, jakie zaszły w Polsce od 1989 roku. Pytanie o to, ile par to już za dużo, w świecie prawdziwych sneakerheadów nie istnieje. Dzięki nim poznajemy historię rozkwitu polskiego designu w ostatnich trzech dekadach wolności, ale dowiadujemy się też wiele o znaczeniu sportu i muzyki w ich życiu. Wielu bohaterów filmu osiągnęło sukces nie tylko w Polsce, ale także na arenie międzynarodowej.

Kadr z filmu 'Toomanykicks'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Toomanykicks". (Fot. materiały prasowe)

„Xabo, Ksiądz Boniecki”, reż. Aleksandra Potoczek

To nie jest hołd, pomnik, laurka na cześć. To intymny dziennik, który wyraża naszą wspólną, wielką tęsknotę – za pięknym i mądrym przewodnikiem, za doradcą, za człowiekiem, który wie więcej i zachowuje spokój mimo wszystko. Ksiądz Boniecki, który jest solą w oku instytucji kościoła i ma zakaz publicznych wypowiedzi do prasy – poza „Tygodnikiem Powszechnym” – cały czas jeździ na spotkania, rozmawia, pyta, słucha, daje odczyty, przynosi nadzieję. Podczas trzyletniej wędrówki wraz z księdzem Bonieckim ekipa przemierzyła 50 tys. kilometrów.

Kadr z filmu 'Xabo. Ksiądz Boniecki'. (Fot. materiały prasowe)Kadr z filmu "Xabo. Ksiądz Boniecki". (Fot. materiały prasowe)

Blok Na dłuższą metę. Debiuty dokumentalne będzie miał osobne otwarcie: w poniedziałek 14.06 o godzinie 16.30 tuż przed galowym otwarciem całego festiwalu. Sekcję dokumentalną zainauguruje w tym roku film „Krafftówna w krainie czarów” – piękny, kreacyjny filmowy portret dokumentalny w reżyserii Macieja Kowalewskiego i Piotra Konstantinowa. Barbara Krafftówna będzie Gościem honorowym wieczoru i wraz z twórcami po seansie spotka się z publicznością. Po rozmowie autorzy i Bohaterka filmu będą obecni na Gali otwarcia Koszalińskiego Festiwalu Debiutów Filmowych Młodzi i Film 2021.

  1. Kultura

Niewidzialna rzeźba włoskiego artysty została sprzedana za 15 tys. euro

Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Salvatore Garau. (Fot. Instagram @salvatore_garau)
Dzieło sztuki, które istnieje tylko w wyobraźni włoskiego artysty. Niematerialna i niewidzialna rzeźba stworzona przez Salvatore Garau została sprzedana na aukcji za 15 tys. euro.

"Io sono" (po włosku „Jestem”) – tak Salvatore Garau nazwał swoje wyjątkowe dzieło. Wyjątkowe, bo... niewidzialne. Rzeźba to tak naprawdę próżnia, która według włoskiego artysty jest „niczym innym jak przestrzenią pełną energii”. „Nawet jeśli ją opróżnimy i nic nie zostanie, to zgodnie z zasadą nieoznaczoności Heisenberga, nic nie ma wagi. Dlatego ma energię, która jest skondensowana i przekształcona w cząsteczki, czyli w nas" – tłumaczył Garau hiszpańskiemu serwisowi informacyjnemu Diario AS.

(Screen: art-rite.it)(Screen: art-rite.it)

Rzeźba została wystawiona na sprzedaż w maju we włoskim domu aukcyjnym Art-Rite. Szacowano, że osiągnie cenę pomiędzy 6-9 tys. euro. Ostatecznie rzeźba „Io sono” została sprzedana za 15 tys. euro, a szczęśliwy nabywca jako fizyczny dowód otrzymał jedynie certyfikat autentyczności, podpisany przez samego Garau, oraz wytyczne, według których dzieło musi zostać wystawione w prywatnym domu, na wolnej przestrzeni o wymiarach około pięć na pięć stóp (1,5 x 1,5 metra).

Nie jest to pierwsze tego typu dzieło w dorobku Garau. W lutym tego roku na Piazza Della Scala w Mediolanie artysta wystawił „Budda im contemplation”, podobnie niewidoczną rzeźbę, której granice wyznaczał kwadrat taśmy na brukowanym chodniku. Z kolei przed nowojorską giełdą zainstalował „Afrodite cries”, o którym świadczył pusty biały okrąg - projekt wsparł Włoski Instytut Kultury.