1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. "Stulecie Winnych". Poznajcie autorkę słynnej powieści

"Stulecie Winnych". Poznajcie autorkę słynnej powieści

Ałbena Grabowska, fot. Weronika Ławniczak
Ałbena Grabowska, fot. Weronika Ławniczak
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Ałbena Grabowska - to od niej zaczęła się ta historia. A ściślej od jej powieści "Stulecie Winnych". Teraz jest też telewizyjny serial pod takim samym tytułem, przedstawiający losy rodziny Winnych splecione z losami Polski. Za serialem stoi pisarka, ale i czynna zawodowo lekarka, Polka i Bułgarka. A także marka trojga dzieci i... niedoszła aktorka. 

Pomysł „Stulecia Winnych” pojawił się z okazji stulecia odzyskania niepodległości?
Nie. Poczułam, że po napisaniu trzeciej powieści obyczajowej, po debiucie dla dzieci jestem gotowa na większą formę. Pomyślałam o sadze, bo właściwie od czasów Nurowskiej nie napisano polskiej sagi. Był wtedy 2014 rok, sto lat po wybuchu pierwszej wojny światowej. Potem wymyśliłam, że w każdym pokoleniu będą rodziły się bliźniaczki. Następnie szukałam tytułu, który byłby grą słów, co jest dla mnie nietypowe, bo do tej pory o tytule myślałam dopiero w trakcie pisania. I pewnego dnia mnie olśniło: „Stulecie Winnych!”.

Miejsce akcji było oczywiste? Brwinów to pani rodzinne miasto.
Na początku myślałam o Kazimierzu, Sandomierzu, ale szybko z tego pomysłu zrezygnowałam. I dobrze, bo jak zaczęłam zgłębiać historię Brwinowa, zobaczyłam, że tu przebiegała linia demarkacyjna podczas wojny, najpierw weszli tu Niemcy, potem Rosjanie ich wyparli, potem wrócili Niemcy. To miejsce okazało się dobrym symbolem losów Polski.

Powieść jest inspirowana pani życiem?
W ogóle nie jest. Moja rodzina ze strony mamy pochodzi z Bułgarii, a taty z Dorohuska. Jeżeli już są jakieś inspiracje, to literackie. Na przykład Bronia wydaje się bardziej Urszulą ze „Stu lat samotności” Márqueza niż kimkolwiek z moich przodków.

Pani bohaterowie nie są jednoznacznie dobrzy ani źli. To również mocne osobowości, zwłaszcza kobiety. Potrafią podnieść się po każdej klęsce.
Zależało mi na pełnokrwistych bohaterkach, nie lukrowanych, tylko prawdziwych. Bo takie jesteśmy. Składamy się z siły, odwagi, ale i ze zmęczenia, błędów, wad. W tamtych trudnych czasach, kiedy rodziny traciły domy, bliskich, to kobiety zaczynały organizować życie od nowa. Dzisiaj jesteśmy bardziej rozedrgane, zestresowane, ale też dajemy radę.

Moja ulubiona bohaterka, Ania, na pytanie, co jest dla niej najważniejsze, odpowiada – a ma wtedy sto lat – że miłość. Czym dla pani jest miłość?
Oddaniem się drugiej osobie bez oczekiwania, że coś się dostanie w zamian. Uważam, że dążenie do miłości jest naszą najważniejszą powinnością.

A dążenie do samorealizacji, spełnienia? 
O spełnieniu będę mogła ewentualnie mówić u schyłku życia. Mam teraz pootwieranych dużo ścieżek, które staram się połączyć w jedną drogę, co nie jest łatwe, ale możliwe, jak się bardzo tego pragnie. Gdybym nie pragnęła napisać książki, nic by się w moim życiu nie zmieniło. Ale ja bardzo tego chciałam. I nie myślałam, co będzie za ileś lat, tylko skupiałam się na napisaniu zdania, rozdziału, książki. Mój ulubiony bohater literacki, Beppo Zamiatacz Ulic z „Momo” Michaela Endego, pytany o sens tego, co robi, odpowiadał, że przy pracy myśli tylko o następnym machnięciu miotłą i tak udaje mu się zamieść całą ulicę.

Która z bohaterek „Stulecia…” jest pani najbliższa?
Bronia. Miała pojawić się tylko na chwilę, przyjechać, pomóc synowi po tym, jak jego żona zmarła przy porodzie, urodziwszy bliźniaczki. Ale została. Była pierwszą bohaterką, która nade mną zapanowała. To mnie zaskoczyło, bo ja zawsze panuję nad bohaterami, nie ma tak, że zmieniam ich historie.

Najpierw pani wszystko obmyśla, a potem wypełnia szczegółami?
Tak, akcja nie płynie mi sama. Mam dużo zajęć, więc muszę być zdyscyplinowana. Jak coś wymyślę, to się tego trzymam. Wszystko musi być logiczne i pod kontrolą.

„Stulecie Winnych” liczy prawie 700 stron. Ile czasu zajęło pani pisanie, a ile research, bo w książce roi się od faktów, historycznych szczegółów?
Pisałam rok, a przygotowywałam się krótko, bo to moja pierwsza książka tego typu, więc nie zdawałam sobie sprawy, ile faktów trzeba posprawdzać. Mam taką metodę pracy, że robię research przed pisaniem i w jego trakcie.

Co było najtrudniejsze w pisaniu tak wielowątkowej powieści? 
To, żeby nie uśmiercać bohaterów seryjnie. Bo wprowadzając w pierwszej części dużo postaci, trzeba je w drugiej i trzeciej jakoś z życiem pożegnać, ale nie tak, żeby zrobiła się z tego kronika zapowiedzianej śmierci. Tak więc nie tworzenie postaci było dla mnie wyzwaniem, tylko wymyślanie, jak sprawić, żeby odchodziły w sposób niesztampowy i naturalny.

A która z bohaterek najbardziej przypomina panią? Ania?
Ania jest moją dumą. Pełna ciepła, wrażliwości, mądrości, siły. Ale najwięcej szczegółów z mojego życia użyczyłam bliźniaczkom z najmłodszego pokolenia, Julii i Uli, one urodziły się tego samego dnia, miesiąca i roku co ja, chodzą do tej samej szkoły, trenują koszykówkę. Julia brała ślub dokładnie tego samego dnia co ja.

Pani nie uciekła sprzed ołtarza jak ona.
Nie, nigdy bym tego nie zrobiła, nie cofam się, nawet jak czegoś żałuję. Julia ma wrażliwość podobną do mojej, ale to nie jest tak, że się z nią utożsamiam.

Rodzina Winnych nie jest idealna, ale trzyma się razem bez względu na wszystko. Na tym polega siła rodziny?
Myślę, że tak. Tworzymy rodziny, żeby być razem na dobre i na złe. Rodzina jest po to, żeby czerpać z niej siłę, akceptację, miłość i z takim bogactwem iść w świat i go zmieniać.

Pisanie zmieniło pani życie?
Zmieniło absolutnie wszystko. I postrzeganie mnie przez świat i postrzeganie świata przeze mnie. Byłam nieznaną osobą, nie wzbudzałam zainteresowania. A teraz ludzie chcą mnie poznawać, rozmawiać ze mną. Kiedyś byłam wycofana, zmuszałam się do publicznych wystąpień. Nawet kiedy zaczęłam pisać, to traktowałam to jako takie zajęcie dodatkowe. Teraz uważam się za pisarkę, nie stronię od spotkań z czytelnikami.

A jak ono wpłynęło na pani życie rodzinne? 
Pisanie nie zmieniło zasadniczo mojego życia rodzinnego. Przynajmniej na początku. Trzy lata temu rozstałam się z mężem, sama wychowuję dzieci. Bardzo długo uważały, że mama nie robi nic szczególnego, a jak były małe, to nawet wstydziły się, że jestem pisarką, bo w podręczniku szkolnym znalazł się fragment mojej książki i nauczyciele zapraszali mnie do szkoły. Teraz są ze mnie dumne. Wspierają mnie, jestem z nimi bliżej, niż byłam ze swoimi rodzicami, bo też i pokolenie rodziców było inne, miało inne problemy.

W powieści widać, jak dużo czerpie pani z zawodu lekarza. Czy bywa odwrotnie – doświadczenie pisarki pomaga w leczeniu ludzi?
Staram się oddzielać te dwa zawody. Jak przyjmuję pacjentów, to nie ma znaczenia, że jestem pisarką. Kiedy pracowałam w szpitalu, zawsze dużo czasu poświęcałam na rozmowę z rodziną pacjenta. Pozwalało mi to dowiedzieć się o nim więcej, a rodzinie dawało poczucie bycia zaopiekowaną. Może właśnie ta potrzeba rozmów z pacjentami pochodzi ze świata pisarskiego?

Nadal pani pracuje jako neurolog?
Tak, przyjmuję w przychodniach. Wcześniej pracowałam w Klinice Neurologii i Epileptologii w Warszawie, do niedawna w szpitalu w Dziekanowie, ale zrezygnowałam z tej pracy ze względu na dzieci, a mam trójkę: 17-letniego Juliana, 15-letnią Alinkę i dziesięcioletniego Franka. Franek jest dzieckiem autystycznym i wymaga terapii. Wożę go na zajęcia terapeutyczne od siedmiu lat, ostatnio tylko dwa razy w tygodniu, bo na szczęście terapia przynosi efekty.

Jak pani to wszystko ogarnia?
Przeszłam wcześniej niezły trening – ciężkie studia, gdzie kolokwia i egzaminy zaliczało się na okrągło. Potem uczyłam się do pierwszego stopnia specjalizacji, następnie do drugiego, zrobiłam doktorat. Pracowałam w klinice, pisałam prace naukowe, jeździłam z wykładami po Polsce, co bardzo lubiłam. Kiedy odeszłam z kliniki do szpitala w Dziekanowie, byłam rozdarta. Ale ta nowa praca okazała się o wiele spokojniejsza, choć też trudna i odpowiedzialna.

To jak w tym wszystkim znalazła pani czas na pisanie?
Zaczęłam pisać właśnie wtedy, gdy odeszłam z kliniki, wreszcie miałam nieco więcej czasu.

Potrzeba pisania dała o sobie znać nagle?
Nie, już w szkole lubiłam pisać. W podstawówce wygrałam olimpiadę polonistyczną i dzięki temu dostałam się do liceum bez egzaminów. Przez pierwsze trzy lata studiów zarabiałam pisaniem opowieści o miłości, historii z życia wziętych, porad lekarskich. Od dziecka czytałam mnóstwo książek. Cieszę się, że zadebiutowałam późno, bo teraz mam mało czasu na czytanie, a kiedyś czytałam bardzo dużo.

Tyle wysiłku, pracy włożyła pani w tę książkę, a potem oddała pani to swoje dziecko twórcom filmu. Z jakimi uczuciami?
Z absolutną radością.

Bez obaw, co zostanie z książki?
Bez obaw. Konsultowano ze mną scenariusz i kiedy go czytałam, przekonałam się, jak to dobrze, że moją powieść wziął na warsztat ktoś, kto zna się na pisaniu scenariuszy, bo moja historia została pięknie przełożona na język filmowy. Pokazanie w filmowych scenach uczuć, myśli bohatera wymaga innych środków niż w powieści, czasem trzeba wprowadzić nowe postaci, sceny.

Mimo to film pozostaje wierny książce? 
Uważam, że to bardzo wierna ekranizacja. Oddałam swoją historię w fachowe ręce i teraz to nie ja mam decydujący głos. Zawsze ceniłam sobie współpracę, może dlatego, że wywodzę się ze świata naukowego, w którym trzeba umieć współdziałać. Rozumiem, że każdy ma swoją rolę do odegrania, ale to nie jest tak, że wszyscy mają role równoważne. Czasem ktoś ma nadrzędną, a reszta powinna się podporządkować. A poza tym uważam, że powstanie filmu ze znakomitą obsadą po czterech latach od ukazania się powieści to wielki sukces!

Wielopokoleniowa rodzina Winnych, w produkcji grają m.in. Kinga Preis, Katarzyna Kwiatkowska i Jan Wieczorkowski, fot. H. Komerski Wielopokoleniowa rodzina Winnych, w produkcji grają m.in. Kinga Preis, Katarzyna Kwiatkowska i Jan Wieczorkowski, fot. H. Komerski

Była pani na planie?
Oczywiście. Zostałam konsultantką medyczno-historyczną, o co prosiłam, bo nie wyobrażałam sobie, że jakiś inny lekarz będzie ustawiał sceny wymagające wiedzy medycznej, na przykład podpowiadał, jak pacjent ma leżeć, okazywać ból, umierać. Podpatrywałam też pracę aktorów, ich metody koncentrowania się, wchodzenia w rolę, a potem wychodzenia z niej, i były to bardzo ciekawe obserwacje. Marzyłam kiedyś o aktorstwie, a nie o byciu lekarzem. Przygotowywałam się do egzaminu do szkoły aktorskiej, jednak do niego nie przystąpiłam, bo uznałam, że nie jestem na tyle śmiała, żeby dać sobie radę. Pamiętam wycieczkę szkolną do Krakowa, dotknęłam wtedy dzwonu Zygmunta i pomyślałam: „Chcę być aktorką”. No i marzenie się spełniło, zagrałam w serialu w dwóch epizodach. To mi wystarczy.

Ałbena Grabowska była nie tylko konsultantką medyczno-historyczną serialu, zagrała także w dwóch epizodach, fot. archiwum prywatne Ałbena Grabowska była nie tylko konsultantką medyczno-historyczną serialu, zagrała także w dwóch epizodach, fot. archiwum prywatne

Sukces pisarski dał pani pewność siebie? 
Jako pisarka jestem inna niż jako kobieta, matka. Prywatnie składam się z niepewności, wątpliwości. Natomiast jako pisarka mam silne poczucie pewności, wiem, co chcę zrobić, jestem nieugięta, nie poddaję się żadnej presji.

Co dalej? Pisarstwo czy praca lekarki?
I jedno, i drugie. Mam dużo pomysłów na książki. To, co kiedyś wydawało się ucieczką w świat wyobraźni dziecka, okazało się moją pasją. A z zawodu lekarza nie zrezygnuję. Bardzo dużo osiągnęłam na tym polu, dużo zawdzięczam moim nauczycielom i mentorom, nie mogę tego wszystkiego zaprzepaścić. Jestem optymistką. Moje bohaterki sobie radzą. Dlaczego mnie ma się nie udać?

Książki można kupić w naszym sklepie internetowym

Stulecie Winnych Ałbena Grabowska Zobacz ofertę promocyjną
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Zwierciadło poleca

"Stulecie Winnych" wraca na ekrany

"Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)
Zobacz galerię 7 Zdjęć
Serial „Stulecie Winnych” niezbicie pokazuje, że Polacy uwielbiają produkcje kostiumowe, historyczne i patriotyczne. Odcinki emitowane w TVP jak i udostępniane w Internecie obejrzało średnio 2,6 mln widzów. Adaptację II tomu powieści Ałbeny Grabowskiej będzie można oglądać już od niedzieli 15 marca w telewizyjnej Jedynce.

Serialowa wersja I tomu bestsellerowej trylogii Ałbeny Grabowskiej pt. „Stulecie Winnych. Ci, którzy przeżyli” cieszyła się ogromną popularnością wśród fanów. Produkcja opowiada o dramatycznych losach rodziny Winnych, mieszkających w małym Brwinowie na początku XX w. Widzowie serialu będą mogli cieszyć się nowymi odcinkami już od 15 marca na antenie TVP, a jak zapowiada Ilona Łepkowska, trwają już prace nad scenariuszem do trzeciego sezonu.

„Stulecie Winnych” odcinek 1, sezon 2 – co się wydarzy? Kiedy w TVP? Kiedy online? O której godzinie pierwszy odcinek?

Akcja drugiego sezonu entuzjastycznie przyjętego serialu pt. „Stulecie Winnych” toczy się w podczas burzliwych lat 1939-1952  na ziemiach polskich. Życie Winnych biegnie dalej, bohaterowie muszą się zmierzyć nie tylko z własnymi słabościami i dramatami, ale także z okrutną rzeczywistością wojenną i powojenną. Na ekranie ponownie zobaczymy większość dobrze nam znanych z poprzednich odcinków bohaterów, w których wcielili się m.in. Kinga Preis (Bronisława Winna), Jan Wieczorkowski (Stanisław Winny), Roman Gancarczyk (Antoni Winny), Katarzyna Kwiatkowska (Kazia Winna), Arkadiusz Janiczek (Władysław Winny), Karolina Bacia (Mania Winna) i Weronika Humaj (Ania Winna).

Pierwszy odcinek zostanie wyemitowany w niedzielę 15 marca 2020 roku o godz. 20.15. Podobnie jak w pierwszym sezonie TVP zaprezentuje 13 odcinków serialu „Stulecie Winnych”.

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

'Stulecie Winnych' (fot. materiały prasowe) "Stulecie Winnych" (fot. materiały prasowe)

https://youtu.be/1cvjRKtj3Io

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial, dostępna jest w naszym sklepie internetowym.

  1. Kultura

Kinga Preis - poszukująca, przenikliwa, przebojowa

Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Kinga Preis marzy o życiu blisko przyrody. (Fot. Marta Wojtal)
Zobacz galerię 4 Zdjęcia
Kinga Preis każdą rolę gra tak, jakby była pierwsza, a żadna wcześniejsza nie zostawiła śladu. Wybitna osobowość aktorska. Mogliśmy oglądać ją w serialu „Stulecie Winnych” (według wydanej przez Wydawnictwo Zwierciadło sagi Ałbeny Grabowskiej), w którym grała Bronisławę, „szefową” rodu Winnych. TVP potwierdziła, że powstanie drugi sezonu serialu - w lipcu ruszają prace na planie. 

Bronia mało mówi, ale trzyma w karbach tę rodzinę, tę historię… Przy niej nic nie może się rozpaść?

Mężczyźni w tej opowieści są delikatni, nie mają odwagi zawalczyć o miłość. Mąż Broni dużo pije, traktuje się go, jakby nie umiał poradzić sobie z życiem. To Bronia jest „szefową” rodziny. Przeżywa niepowodzenia swoich dzieci. To prosta kobieta, chłopka, ale z głodem wiedzy. Chce, aby jej dzieci się uczyły, chce je otworzyć na świat. Sama nie miała szansy wyruszyć poza Brwinów, który pewnie bardzo kocha.

Bronia ma w rodzinie respekt. Widać, że kiedy na coś reaguje, powie dosadniej słowo, wszyscy się wycofują.

Autorytetu nie zdobywa się histerią, narzucając coś. Zdobywa się go spokojem i determinacją. Bronia chce wszystkim pomagać. Opiekuje się chorymi w szpitalu. Walczy o prawa kobiet. Wyrastałam w domu, w którym ważną rolę odgrywały kobiety.

Miała pani w głowie kobiety ze swojej rodziny, grając tę rolę?

Moja mama i babcia były związane z Wrocławiem, ze środowiskiem artystycznym. Babcia Marysia tańczyła w Zespole Pieśni i Tańca „Śląsk”, a potem przez wiele lat pracowała w Operze Wrocławskiej, gdzie większość zawodowego życia przepracowała też moja mama. Nie mogę więc powiedzieć, żeby to były proste kobiety. Każda z nas wychowała jedno dziecko. Nie wyobrażam sobie posiadania drugiego, a co dopiero czwórki własnych dzieci, i do tego gromady wnuków. Dla mnie Antoni był ogromnym wyzwaniem i jest pępkiem świata. Bronia tych światów miała dużo więcej. Życie na wsi zależało od przyrody, pór roku, od Boga, wiary, w której została wychowana. My tak nie postrzegamy własnego losu. Inaczej też walczymy z melancholią, depresją. Bronia na smutek duszy czytała książkę przy świecy, rozmawiała z bliskimi. Tak naprawdę wszystko nas różni. Moje życie jest prostsze, nie muszę podejmować wyborów ostatecznych, żyję szybciej, intensywniej. Ale czy jestem przez to szczęśliwszym człowiekiem?

Grając, sięga pani do intuicji?

Nigdy nie staram się kopiować, odwzorowywać. Na pewno do roli dostają się jakieś okruchy z mojego życia, ale z mojej strony nie jest to działanie z premedytacją. Lubię być zaskakiwana w trakcie sceny czymś, co się nagle pojawia albo co proponuje partner. Sama również lubię zaskakiwać. W „Stuleciu Winnych” kimś szczególnym i bliskim był dla mnie reżyser Piotrek Trzaskalski. Mam różne doświadczenia na tym polu. A tu spotkałam człowieka, który mając przed sobą blisko sto dni zdjęciowych, na każdej stronie scenariusza narysował kadry do poszczególnych scen, był dociekliwy i czuły wobec wszystkich aktorów. Niezwykłym partnerem dla mnie był również operator Witold Płóciennik. To jest wielki artysta, który dzięki swojej wrażliwości za pomocą kamery namalował świat z początku XX wieku. Scena, w której Kasia, synowa Broni, rodzi, jest jak z Rembrandta. Uwielbiam obserwować operatorów w pracy. Jesteśmy w tym samym miejscu, patrzymy na to samo, ale operator widzi świat, jakiego ja nie jestem w stanie dostrzec. Każdy artysta, z którym się spotykam, buduje swoją przestrzeń, przekracza ją, nawzajem z siebie czerpiemy, i tak powstaje Bronia Winna.

Jak wyglądałaby pani saga rodzinna?

Moi pradziadkowie Jan i Michalina Pieszkowie pochodzili ze Lwowa. Uciekli z kresów, kiedy moja babcia Marysia była malutka. Przyjechali najpierw do Wojcieszowa na Dolnym Śląsku, a potem do Wrocławia. Prawie nie pamiętam swoich  pradziadków. Na różnych uroczystościach rodzinnych wtrącało się coś bałakiem [lwowska gwara uliczna – przyp. red.], śpiewało piosenki ze Lwowa, ale nikt mnie nie wychowywał w kulcie tego miasta. Dopiero dzisiaj się zastanawiam, czym musiało być dla moich bliskich wysiedlenie bez możliwości powrotu…

Jacy byli pani dziadkowie?

Mam superbabcię i bardzo opiekuńczą mamę, one się wspaniale uzupełniały.

W domu rządziła babcia czy mama?

Babcia chciała rządzić, ale słuchałam mamy. Marzeniem babci był śpiew, ale ponieważ los płata figle, to całe życie przetańczyła. Najwyższą ze sztuk była dla niej zawsze muzyka. Moja mama skończyła liceum w klasie fortepianu, ale dalej tą drogą nie poszła. Potem była próba zachęcenia mnie do pójścia w tym samym kierunku. Równie nieudana. W domu stało pianino, babcia goniła mnie do lekcji. Kiedy poszłam do szkoły podstawowej, były różne akademie ku czci. Pamiętam mój pierwszy występ. Miałam zagrać fragment piosenki „Czy pozwoli panna Krysia, młody ułan pyta...”. Z nerwów nie trafiłam w żadną czystą nutę. To była kakofonia. A potrafiłam ten utwór zagrać. Ale i tak najpełniej realizuję artystyczne ambicje swojej babci.

Pamięta pani ojca?

Nie. Mam jedno wspomnienie z tatą… zostawmy. Jak ważny jest ojciec, wiem, bo patrzę na więź mojego Piotra z Antonim. Sama tego nie doświadczyłam. Trudno jest żałować uczucia, którego się nigdy nie przeżyło.

Nigdy nie chciała się pani dowiedzieć czegoś o ojcu?

Miałam taką potrzebę, kiedy miałam kilkanaście lat, ale szybko zgasła, ponieważ do niczego się nie dokopałam.

A jego rodzina?

Nie utrzymywaliśmy żadnego kontaktu.

Nie myślała pani, że może opowiedzieliby coś ważnego?

Więzy krwi nie powodują, że ktoś jest dla nas ważny.

Nie miała pani czasem poczucia, że przez brak ojca…

…coś mnie ominęło? Mam syna i myślę, że wychowanie syna jest naprawdę czymś innym niż wychowanie córki. Kiedy byłam w ciąży, mówiłam do swojego brzucha: „Marysiu”. Marzyłam o urodzeniu dziewczynki. Niefrasobliwy lekarz powiedział mi na tydzień przed porodem, że jednak będzie syn. Przeżyłam jeden z najpoważniejszych kryzysów w swoim życiu. Dziś, oczywiście, się z tego śmieję. Krzyczałam do mojego męża: „Za co to wszystko?! Po co te dziewięć miesięcy udręki? Żeby syna urodzić?!”. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłabym mieć córkę.

Ale skąd to w pani było?

Klasyka stereotypu. Tak jak większość mężczyzn chce mieć syna, by grać z nim w piłkę i móc po męsku pogadać, tak większość kobiet pragnie córeczki, z którą będzie się wspólnie bawić w domek i rodzinkę. Ja się ze swoim synem świetnie dogaduję. To spokojny, fajny facet. Zawsze był taki. A u dziewczynek zauważam feerię niezdrowych ekscytacji. Mam ukochaną sąsiadkę Stenię. Kiedy coś razem oglądamy i występuje mała dziewczynka, porozumiewawczo spoglądamy na siebie, a w oczach: „Gardzę różem”. Wiem, to okropna klisza, ale utrwalił ją mój zawód. Dziewczynki na planie bywają szalenie rezolutne, takie stare malutkie.

Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal) Kinga Preis najbardziej ceni pracę w teatrze (Fot. Marta Wojtal)

W zawodzie od razu trafiła pani na mistrza. Na trzecim roku studiów zagrała pani główną rolę u Jerzego Jarockiego w „Kasi z Heilbronnu”, dzisiaj opisywaną jako legendarna. Czym to dla pani było?

Nie umiem odpowiedzieć, na czym polegała technika prof. Jarockiego. Nie czułam, że to lekcja, jakiś konkretny przekaz. Byłam jedną z osób, którymi w umiejętny sposób poruszał. Umiał znakomicie użyć aktora. Myślę, że brał z tego, kim byłam. Przecież Kasia jest łatwowiernym, nieświadomym, zaczarowanym człowiekiem. Dokładnie taka byłam. Chciałam kochać teatr. Jeśli wyobrażałam sobie zawodowe życie, to tylko w teatrze. W ogóle nie myślałam o graniu w kinie.

Czym dzisiaj jest dla pani teatr?

Miejscem, z którego w porę uciekłam, myślę o Teatrze Polskim we Wrocławiu, gdzie pracowałam 17 lat. Odeszłam, zanim doprowadzono do jego zniszczenia. Mówiło się, że jest to teatr zespołowy, nie gwiazdorski. Byliśmy skupieni na pracy, tam w pewnym odizolowaniu nie chcieliśmy uciekać do Warszawy, gdzie czekało zapewne więcej propozycji. Był miejscem dla tak różnych twórców, jak Jerzy Jarocki, Krystian Lupa, Jan Klata. Wystarczyła chwila, żeby to wszystko zniweczyć. W ubiegłym roku byłam w Teatrze Polskim. Śpiewałam podczas gali piosenek Wojciecha Młynarskiego. Niewielu moich kolegów tam zostało. Weszłam do smutnego miejsca, gdzie ludzie siedzący w bufecie niespecjalnie się lubią. Dzisiaj nie mam żadnej potrzeby wejścia w spektakl teatralny. Koledzy mówią: „Przestań, na pewno żałujesz”. Nie żałuję. Mam dużo więcej wolnego czasu i to uwielbiam. Jestem wolnym człowiekiem. Może kiedyś zatęsknię.

To co pani właściwie robi, kiedy nic nie robi?

Czytam, rozmawiam z mężem, mam dużo więcej czasu dla syna albo idę na spacer, albo nie idę i po prostu sobie siedzę. Wyjeżdżam, chodzę do kina, takie tam.

I marzy pani?

Jestem człowiekiem, którego uruchamia wyobrażenie o wygranej w totolotka. Gram bardzo rzadko, ale w momencie obstawienia liczb już stąd wyjeżdżam, już pakuję walizkę, już jestem na drugim końcu świata. Marzenia? Nie pracować. Albo nie pracować w tym zawodzie. Teraz marzę już o przeprowadzce, bo niebawem przeniosę się na wieś. Potrzebuję przyrody.

Kupiła pani dom?

Buduję. Nie potrafię czerpać przyjemności z miasta. Mając wolny dzień, pakowałam plecak i jechałam z rodziną w góry. Wychowałam się na Sępolnie. To dzielnica jak z programów Davida Attenborough. Dzieciństwo było bez telewizora, bez iPhone’a, więc miałam wyrobione inne części ciała niż kciuk. Jako dzieciaki wariowaliśmy na ogródkach działkowych, zakładaliśmy się, kto po zmroku przejdzie po cmentarzu…

Gdzie pani buduje dom?

Na wsi pod Wrocławiem. Dom jest otwarty na przyrodę.

A co przed oknem?

To, co nam wyrośnie. Mąż namawiał, żebyśmy kupili duże drzewa. „Piotrusiu – mówię – chcę patrzeć, jak rosną”. Wczoraj pojechaliśmy z mężem do lasu pod Trzebnicą i byliśmy tam siedem godzin. To mi sprawiło autentyczną przyjemność.

Siedmiogodzinny spacer?

Idziemy, zatrzymujemy się, obserwujemy. Drogę przebiegł nam piękny byk. Potem podglądaliśmy łanie daniela. Pierwsza szóstka stała na polanie. To były dosyć drobne łanie, szarobrązowe. Mąż mówi: „Pójdę lasem i wypłoszę ci je, żeby na ciebie wyszły”. Zrobił to tak skutecznie, że jak doszłam do granicy polany, to już tylko widziałam ich lusterka, czyli zadki, gdy stały w rządku, by przeskoczyć przez rzekę. W pewnym momencie żuraw z polany wyleciał tak nisko, jakby spod nas. Widzieliśmy też cztery orły. Tam są ogromne stawy i jest coraz więcej orłów. Przed samym zmrokiem mąż zauważył następne daniele. „Są na mojej czternastej” – powiedział. Jak się na nie spojrzy, to udają, że nie patrzą. Chociaż wiem, że cały czas nas obserwują. Czy to nie jest fascynujące, taki spacer po lesie?

Syn zajął się kinem?

Tak, przechodzi swoją drogę w tej branży. Przez półtora roku miał zaszczyt i szansę pracować z wybitnymi ludźmi kina, reżyserami, operatorami i aktorami. Aż mu zazdroszczę.

Wyobrażała sobie pani, że syn staje za kamerą, a pani gra? W jaki sposób patrzyłby na panią?

Uważa pewnie, że jesteśmy z Piotrem takie „wariatuńcie”, jak to się u nas w domu mówiło. Ale rodzina zawsze ma dyskomfort, oglądając najbliższych na ekranie. Myślę, że kiedy mój syn zobaczył scenę gwałtu w „Pod Mocnym Aniołem”, to nie było pozytywne przeżycie.

Rozmawialiście o tym?

Myślę, że Antoni docenia ten film, bardzo mu się podoba, ale nie komentuje mojego w nim udziału. Bardzo mnie kocha jako mamę i ceni jako aktorkę, ale zobaczyć rodzica w takiej roli to duże wyzwanie. Mój mąż też jest z tej branży, ale nie sądzę, że nie pika mu serce, gdy gram tego typu sceny. Zabrałam kiedyś moją mamę na premierę spektaklu Teatru Telewizji „Stygmatyczka”. Były tam sceny, kiedy Wandzie Boniszewskiej, zakonnicy, którą grałam, otwierają się rany na rękach, stopach, na czole. Moja mama przeżyła to bardzo dramatycznie. Myślę, że nie widziała w tej bohaterce zakonnicy, tylko córkę. Staram się wejść na sto procent w sytuację i w jakimś sensie wyzbyć się siebie, zatracić w tym, co robię. Grając, nie jestem Kingą Preis, aktorką wcielającą się w filmie „Pod Mocnym Aniołem” w postać Mani, która jest gwałcona. W tym momencie jestem tą Manią. To się dzieje w mojej świadomości, w mojej psychice, w moim ciele. Czuję tak, jakby to było naprawdę. Widz, mam nadzieję, też w to wierzy.

Co dzieje się w pani po zagraniu ekstremalnie trudnej sceny?

Czuję przyjemność, że coś przeżyłam. Na pewno nie czuję tego, co człowiek zgwałcony, czyli zbrukania, raczej zmęczenie, utratę ogromnej energii. I wbrew pozorom niechęć powrotu do realności, do świata. Pewnie, że nie czuję się dobrze po scenie gwałtu ani po tym, jak w „Domu złym” mąż zabił mnie siekierą. Leżałam w błocie, półnaga, było potwornie zimno. Ale był to dla mnie zarazem koniec zdjęć. Pojawił się żal, jaki mają dzieci, kiedy odbiera im się coś najcenniejszego. Odebrano mi coś, co już nigdy się nie przydarzy. Nigdy już nie zagram w „Domu złym” i nie przeżyję podobnych emocji. Nie umiem tego inaczej powiedzieć. Wielu aktorom ciężko jest się rozstać z rolą. Kiedy patrzę na dobrych aktorów, nie myślę jedynie o ich fizycznej zmianie, ale że zostaje jakiś ślad tego, co zagrali. Czasem, kiedy kończę zdjęcia, jest mi żal, czasem się cieszę, że już koniec, a czasem nic mnie to nie obchodzi. Bywa, że za role, które są lżejsze do udźwignięcia, widzowie kochają nas najbardziej. Kiedy to słyszę, myślę: „Fajnie, miło”. Ale czekam na nowe wyzwania.

Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal) Kinga Preis, grając, lubi uciekać od samej siebie. (For. Marta Wojtal)

Na reżysera, który widzi panią inaczej niż wszyscy?

Teraz pracuję z Piotrem Domalewskim. Zmusza mnie do wydobycia czegoś zupełnie innego. A ja lubię uciec samej sobie.

Jest pani w zawodzie nienasycona?

Zna pan serial „Gdzie jest mój agent?”. Każda z postaci jest wspaniale napisana. Tego naprawdę zazdroszczę – dobrze napisanych ról. U nas albo trzeba się zrzygać do umywalki, albo być korpo-glamour. Tak bym chciała w telewizji odwagi. Nie tylko u aktorów.

 

Saga obyczajowa Ałbeny Grabowskiej, na motywach której powstał serial "Stulecie Winnych", dostępna jest w naszym sklepie internetowym:

  1. Kultura

Isadora Weiss – płynąć pod prąd

Isadora Weiss:
Isadora Weiss: "Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego". (Fot. Bartosz Bobkowski/Agencja Gazeta)
W swoich spektaklach Izadora Weiss staje po stronie słabszych i odrzuconych. Jest jedyną Polką, która znalazła się w tegorocznym prestiżowym przewodniku prezentującym 50 najważniejszych choreografów świata „Fifty Contemporary Choreographers”.

Nie brakuje pani tańca, wejścia w rolę?
Nie. Od wielu lat jestem choreo­grafem. Decydując się na to, zrezygnowałam z bycia tancerką. Moje choreografie są wielo­warstwowe, to nie tylko kroki, które można powtórzyć i wykonać na scenie, to teatr tańca. Kocham teatr i chcę, aby mnie wyrażał. Jestem w nim szczera. Moja choreografia to zawsze opowieść. Staram się ją opowiadać perfekcyjnie, z szacunkiem dla odbiorcy. Zależy mi, żeby ją rozumiał.

W „Darkness” opowiadała pani o przemocy i o tym, jak na nią reaguje środowisko. Podjęła pani temat, zanim wybuchła fala #MeToo.
Staję zawsze po stronie słabszych. Nie chodzi o moralizowanie, raczej o pokazanie, gdzie jest zło, a gdzie dobro. Życie nie jest czarno-białe, ma wiele odcieni, ale są takie tematy jak przemoc wobec kobiet, której granica jest wyraźna. Miałam potrzebę ponownie wypowiedzieć się na ten temat, podobnie jak w mojej interpretacji „Święta wiosny” Strawińskiego. Myślałam wówczas o eskalacji przemocy, jaka odbywa się, kiedy kobieta mówi: „nie”. Nasza niezgoda często wywołuje agresję i przemoc. Pokazywaliśmy „Święto wiosny” na wielu festiwalach i zawsze była długa cisza po ostatnim, straszliwym dźwięku. W Bangkoku kobiety kuliły się na widowni, były przerażone, zapewne przeżywając coś, co widziały albo czego doświadczyły. Podobnie w Niemczech i w Polsce. Ten spektakl nigdy nie zostawiał ludzi obojętnymi.

Margaret Atwood mówiła, że w „Opowieści podręcznej” nie ma ani jednej zmyślonej sceny. Zrobiła research o agresji wobec kobiet w różnych sektach, miejscach wypaczonych ideologiami, aby nikt nie powiedział: „To fikcja”. Jej książka odgrywa ważną rolę protestu społecznego. Dla pani teatr jest czymś więcej niż spotkaniem z widzem?
Tak było ze „Świętem wiosny” – czytałam o morderstwach i zaginięciach kobiet w meksykańskim Juárez, przymusowych obrzezaniach dziewczynek, samobójstwach dziewczyn blisko mnie, na przykład w Gdańsku. Teraz tabu się przełamało, więcej kobiet zaczyna mówić, walczyć o swoje prawa, bezpieczeństwo, poczucie sprawiedliwości. Ale przemoc się nie kończy. W „Darkness” dotyczyła osób płynących pod prąd powszechnych norm i zachowań. Teatr powinien pozostawiać emocje na dłużej niż tylko na czas spektaklu. Wierzę, że widzowie potrzebują duchowej przemiany.

„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)„Darkness”, autorski projekt Izadory Weiss, na scenie Teatru Wielkiego – Opery Narodowej w Warszawie (Fot. materiały prasowe)

Coraz głośniej o przemocy w szkołach artystycznych. Jak było w szkole baletowej?
Do szkoły przychodzą dzieci szczęśliwe, pełne pasji, ale często ona zostaje w nich stłamszona. Zaczęłam naukę w szkole baletowej, mając dziesięć lat, i do matury mieszkałam w internacie. W pierwszej klasie w sali 12-osobowej. A byłam właściwie jedynaczką, bo moja siostra dopiero się urodziła. Od razu pobiłam się z jedną dziewczynką, bo zabrała mi ulubioną maskotkę. Nie mogłam tego wytrzymać i walczyłam o swoje, o moje terytorium. To mi zostało do dziś. Pamiętam wspaniałych nauczycieli, ale są też tacy, których chciałabym zapomnieć. Sama miałam taką sytuację: ćwiczyłam lekcję dyplomową na korytarzu, bo pani profesor wyrzuciła mnie z sali za pytania, które zadawałam. Nie wolno było pytać. Tak więc szkoła i internat to podwójna trauma. Zahartowały mnie na zawsze. Nic już nie jest w stanie mnie zniszczyć, zatrzymać ani mi zaszkodzić.

Przemocowi nauczyciele używają takich argumentów jako usprawiedliwienia.
Sama na takiego pedagoga trafiłam, więc nie mogę zaprzeczyć, że problem nie istnieje. Może mają poczucie, że kogoś utwardzają? Ale czasem przeciąga się strunę i robi coś, co niszczy wrażliwego człowieka, bo jest nieukształtowany, nie umie się obronić, łatwo się blokuje.

Pani się buntowała?
Byłam grzeczną, sumienną uczennicą. Lekcje baletu zaczynały się o ósmej, ja przychodziłam często o szóstej, żeby się przygotować. Chciałam być doskonała. Jako dziecko z internatu nagle byłam najlepsza. To dawało mi siłę, chciałam wytrwać, skończyć szkołę, tańczyć. Dorastaliśmy bez Internetu, mogliśmy rozwijać wyobraźnię. Moje najpiękniejsze spotkanie w szkole było z Kaliną Schubert. Nauczyła mnie teatru, mówiła, że to nie tylko kroki, że muszę stworzyć postać. Nie było YouTube’a, nie można było zerknąć, jak to robią inni. Mój styl jest niepowtarzalny, bo sama wszystko wymyśliłam. Tak, chyba szkoła dała mi pewność, że jestem niezniszczalna, co pozwoliło mi przejść tak długą i ciężką drogę od debiutu w Teatrze Wielkim w Poznaniu do miejsca, w którym jestem dzisiaj. Jiří Kylián po obejrzeniu „Święta wiosny” powiedział: „Skoro zrobiłaś taki spektakl, musisz być bardzo silną osobą”.

Kylián, jeden z największych choreografów świata, pani mistrz, nauczyciel.
Posłałam mu nagranie spektaklu „I Koncert skrzypcowy” Pendereckiego. Do dzisiaj mam od niego kartkę z białą kalią. Odpisał, że nie zaprasza choreografów, ale dla mnie zrobi wyjątek, bo zobaczył niezwykłą wrażliwość i muzykalność. Czytałam to parę razy. Pojechałam na kilka tygodni do Nederlands Dans Theater, którego był dyrektorem. Miałam zaszczyt jako jedyna spoza NDT być na próbach mistrza, ćwiczyć z jego tancerzami – najlepszymi na świecie. Tworzyli teatr w przekonaniu, że tańcem wszystko można wyrazić. I ja też zdobyłam tę pewność. Z tym wróciłam do Polski. Potem wielokrotnie jeździłam na ich próby i spektakle, ostatnio ze swoją małą córeczką Weroniką, która wyrosła na wspaniałą skrzypaczkę. Drobnymi krokami dochodziłam do swojego teatru, budowałam swój język choreograficzny.

Kiedy mówi pani o Kyliánie, cała pani twarz się uśmiecha.
Bo jestem szczęśliwa, że dane mi było spotkać go na swojej artystycznej drodze. Po zobaczeniu „Święta wiosny” i „Czekając na…” zgodził się przekazać dwie swoje choreografie i połączyć z moim spektaklem „Windows”, do którego muzykę skomponował Leszek Możdżer. Po tym sukcesie przekazał kolejne choreografie, łącząc je tym razem z moim „Body Master” na jego cześć. Spotkania z nim na pewno mnie ukształtowały. Nauczyłam się od niego szlachetności wypowiedzi. Umiłowałam opowieść i precyzję, dbałość o ludzi, ich relacje i wiarę w to, że mówimy coś ważnego.

Bo to pozwala uratować piękno?
Szkodliwe jest równanie piękna z kiczem. Mówi się: to takie ładne, takie kiczowate. Dzisiaj łatwo wyśmiać piękno. Nie promuje się go w mediach. Ale ja zawsze będę piękna bronić na scenie. Dzisiaj deprecjonuje się zawodowców, artystów, którzy dbają o precyzję i jakość. Panuje zasada, żeby wszystko było brzydkie, destrukcyjne i pozbawione sensu.

Piękno jest wstydliwe?
Każdy pragnie miłości, chce kogoś kochać i być kochanym. A to właśnie jest wstydliwe piękno. Deprecjonowanie tego powoduje, że na scenie mówi się o tym wulgarnie i cynicznie, co daje fałszywe wrażenie, że tylko tak jest między ludźmi.

Pani nie wstydziła się miłości, nawet kiedy plotkowano?
Nie. Mój mąż [Marek Weiss, reżyser – przyp. red.] jest drugim obok Kyliána człowiekiem, który nauczył mnie teatru, wiele mu zawdzięczam. Plotkowano o nas w złej wierze, również z powodu znaczącej różnicy wieku. Ludzie lubią oceniać, nie wiedząc, jak jest naprawdę. A my się zakochaliśmy i musieliśmy być razem. Naprawdę, w czasach, kiedy umierają kultura, szacunek, wartości, powinniśmy zostawić innych ludzi w spokoju. Cudze życie to ciemny las, bo nic o nim nie wiemy.

Pani tańczyła u męża po raz pierwszy, mając 15 lat.
Do szkoły baletowej przyszedł reżyser wybrać dziewczynkę, która zatańczy w „Traviacie”. Stałam przy drążku i w ogóle nie patrzyłam. Reżyser powiedział, że ta, i mnie wybrał. A ja wcale nie chciałam być wybrana. Zatańczyłam w tym spektaklu. Moi rodzice byli na premierze. Bardzo im się podobało. A potem chodziłam do szkoły, skończyłam ją, poszłam do pracy w Teatrze Wielkim [w Warszawie]. Tutaj spotkaliśmy się po raz drugi, już jako ludzie dorośli. Tańczyłam w jego „Salome” z choreografią Emila Wesołowskiego. To w czasie tej realizacji nagle przyszła miłość.

Dlaczego wtedy nie chciała pani być wybrana?
Nigdy nie chciałam być wybrana. Byłam chorobliwie nieśmiała od dziecka.

Tak mówią wszyscy artyści.
Wiem, ale w moim przypadku to autentyk. Zawsze byłam osobna, miałam swój świat, w którym czułam się bezpiecznie, i nie podlegałam żadnym wpływom i trendom.

Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)Spektakl Eurydyka w wykonaniu Białego Teatru Tańca. (Fot. materiały prasowe)

Franz Kafka mówił, że w imieniu zapisany jest cały los człowieka…
Ludzie podejrzewają, że to pseudonim. Kiedy się urodziłam, tata podał w urzędzie imię Izadora, a urzędnik bez zastanowienia zapisał, chociaż takiego imienia nie było w kalendarzu. Teraz się śmieję, że musiałam pójść drogą Isadory Duncan, niezależnej outsiderki, promotorki tańca.

Artysta ma powinności?
Ja tak uważam. Odpowiedzialnością zawodowców jest potraktowanie widza poważnie, uczciwa z nim rozmowa. Tymczasem często jest kalkulacja – a teraz coś z krwią, a teraz ktoś przejdzie na golasa, dla szybkich emocji, tak pod publiczkę. Staram się za wszelką cenę unikać takich pokus i bronić światła prawdy.

Prospero w pani „Burzy” jest czystym światłem.
Tak, jest parafrazą dzisiejszego artysty, który musi dokonywać wyborów i w pewnym momencie zostaje sam. To konsekwencja jego bezkompromisowości. Rzeczywistość zmusza nas do coraz większych kompromisów, co jest niebezpieczne dla sztuki, dla jakości. Holoubek powtarzał, że gdzieś tam, w ciemności widowni, jest nasz brat, który rozumie, i to wystarczy. Ważne, aby być szczerym w swojej pracy i wierzyć, że jest nas więcej. Jeżeli próbuje się odgadywać, czego chce większość, to już jest się zgubionym, to koniec.

Potwierdzenie światowego uznania dla pani pracy, choćby miejsce w rankingu najważniejszych choreografów, przychodzi w chwili, kiedy nie ma pani już swojego zespołu. Z Bałtyckim Teatrem Tańca żegnała się pani w 2016 roku „Tristanem i Izoldą”. Jacek Marczyński pisał, że to „poruszający spektakl zespołu, który stał się tak dobry, że postanowiono go zlikwidować”. Stworzyła pani Biały Teatr Tańca, musiała go pani zawiesić na początku 2019 roku. Prospero to pani?
Do Opery Bałtyckiej przyszedł nowy dyrektor i powiedział, że chce mieć balet klasyczny. Odpowiedziałam, że się nie zgodzę na klasykę. Bałtycki Teatr Tańca miał konkretny profil, nad którym wiele lat pracowałam i nadal zamierzałam pracować. Całe swoje życie poświęciłam, żeby zbudować zespół, który liczył się na świecie. Pamiętam, jak przyjechała Natalia Metelitsa z International Festival of Arts „Diaghilev. P.S.” z Sankt Petersburga i zobaczyła „Burzę” i „Fedrę”. Od razu nas zaprosiła, mówiąc, że zrzuci z programu inny zespół, bo tak jej zależy na naszym udziale. Dowiedziała się o nas od recenzentów ze świata. Kiedy radziła się, kogo zaprosić, usłyszała, że musi zobaczyć Bałtycki Teatr Tańca.

Myśli pani, że zdecydował styl, a nie fakt, że nowy dyrektor zastąpił na tym stanowisku pani męża?
To typowe w Polsce, że kiedy obejmuje się stanowisko, wszystko, co było wcześniej, uznaje się za złe. Nie chodziło o mojego męża.

Mogła pani na kogoś liczyć?
Planując „Tristana i Izoldę”, wiedziałam, że chcę to zrobić do muzyki Krzysztofa Pendereckiego. Przyjechał z Elżbietą na próby, był zachwycony. Mówił: „Jak tyś to dobrała, przecież to fantastyczne! Ja to napisałem?!”. Potem przyjechał na premierę. Kłanialiśmy się z nim na scenie, nigdy tego nie zapomnę. Po odejściu z Opery Bałtyckiej Pendereccy przygarnęli nas do Lusławic. Myśmy w tej świątyni sztuki przez dwa miesiące ćwiczyli, spali, jedli. Musieliśmy przygotować spektakle na wyjazd do Petersburga. Udało nam się przygotować również „Fedrę” i „Śmierć i dziewczynę”. Tymczasem zadzwoniła Metelitsa, że ściąga do Ermitażu obraz Vermeera „Mleczarka”, o którym wcześniej zrobiłam spektakl, prosiła, żeby go przywieźć. Niezwykłe było pokazanie „Light” na scenie Ermitażu, w takim odrealnionym miejscu. Pozostałe trzy spektakle pokazaliśmy w Teatrze Aleksandryjskim, był również Krzysztof Penderecki. Kwiaty sypały się z nieba w czasie stojącej owacji, ale po tym sukcesie zespół się rozjechał.

Jednak wskrzeszała go pani.
Udało się to przy okazji spektaklu „Eros Thanatos” inspirowanego obrazami Jacka Malczewskiego. Pomógł nam Andrzej Seweryn, goszcząc w Teatrze Polskim. Znowu się rozjechaliśmy. Odwiedziłam chyba wszystkie warszawskie teatry, błagając o jakąś możliwość. Jedyne miejsce, które mogło nas przyjąć, to Teatr Komedia. Tyleż samo nam pomógł, co zaszkodził. Nie da się pogodzić „Śmierci i dziewczyny” z hasłem teatru: „Śmiej się z nami”. Ale przetrwaliśmy dzięki miastu Warszawa dziewięciomiesięczny kontrakt, pokazaliśmy wiele spektakli Białego Teatru Tańca. Byłam technicznym, nosiłam buty, kostiumy, bo wszystko było w mojej piwnicy, robiłam światła, próby, rozgrzewki, byłam inspicjentem i prowadziłam każdy spektakl. Byłam wieloma osobami po to, aby dziesięciu tancerzy miało jak najlepszą pracę i możliwość pokazania się na scenie. Pod koniec roku dyrektor Komedii powiedział, że jednak jest konflikt, bo mamy różne wizje teatru. Zderzyliśmy się ze ścianą biurokracji. W konkursie na dotację zabrakło nam półtora punktu. Nasz dorobek ani uznanie świata się nie liczyły. Byliśmy w środku sezonu, robiliśmy próby, wierząc, że dostaniemy szansę. Tancerze, którzy byli z różnych części świata, mieli powynajmowane mieszkania w Warszawie. Rozmawiałam z władzami. Nic. Musiałam zawiesić działalność zespołu. Zapłaciłam za to zdrowiem.

Jak pani myśli, za co pani zapłaciła?
Zapłaciłam za bycie sobą, za silną osobowość, dążenie do doskonałości, brak kompromisu. Ale mam poczucie, że otacza mnie miłość. Nigdy nie straciłam świeżości i naiwności, że wszystko jest możliwe, że coś potrafię, nie mylę się. Wiem, czego chcę. Tylko tak można zrobić coś naprawdę ważnego. Nie mam poczucia osamotnienia, bo artysta jest sam ze swoją twórczością. Pamiętam rozmowę z Borisem Eifmanem (założyciel i szef St. Petersburg Eifman Ballet). Kiedy wyznałam, że planujemy przenosiny do Warszawy, odpowiedział: „Za dobra jesteś, nie wpuszczą cię”. Kiedy mówiłam, że stanę do konkursu, tylko pokręcił głową, uśmiechnął się, przytulił mnie i tak się rozstaliśmy. Wiedział, co mówi, bo przeszedł taką drogę w Petersburgu. Był zwalczany, ale kiedy osiągnął sukces za granicą i wrócił, to się zmieniło. Zastanawiam się, dlaczego warszawska publiczność nie może mieć takiego teatru tańca jak BTT.

Niedługo zrealizuje pani w Teatrze Wielkim – Operze Narodowej spektakl „Bieguni – Harnasie”. O czym tym razem pani opowie?
Dyrektor Polskiego Baletu Narodowego Krzysztof Pastor zaproponował mi realizację kolejnego spektaklu autorskiego. Uwielbiam Olgę Tokarczuk, więc nie mogłam nie sięgnąć do jej twórczości. Wybrałam książkę „Bieguni”. Połączyłam ją z „Harnasiami” Szymanowskiego. Bieguni to ludzie, którzy tańcem, ruchem oswajają zło. Czy może być piękniejsza metafora ludzi tańca?

Izadora Weiss, tancerka, choreografka. Zrealizowała choreografie wielu spektakli operowych i blisko 30 spektakli autorskich. Stworzyła i prowadziła Bałtycki Teatr Tańca i Biały Teatr Tańca, sięgając po muzykę między innymi: Bacha, Mozarta, Mahlera, Szymanowskiego, Pendereckiego, Glassa, Hendrixa, Bregovicia, Kennedy’ego.

  1. Kultura

"Na rauszu" już w kinach – o filmie rozmawiają Grażyna Torbicka i Martyna Harland

Oscarowy film
Oscarowy film "Na rauszu" w kinach od 11 czerwca. (Fot. materiały prasowe)
Thomas Vinterberg, odbierając tegorocznego Oscara za „Na rauszu”, zadedykował nagrodę córce, która zginęła tragicznie kilka dni po rozpoczęciu zdjęć. Może więc dlatego w jego filmie wszyscy bohaterowie znajdują się na skraju rozpaczy. O tym, co mogłoby ich z tego wyciągnąć, zamiast alkoholu, rozmawiają psycholożka Martyna Harland i filmolożka Grażyna Torbicka.

Martyna Harland: Jako psycholożka uważam, że najnowszy film Thomasa Vinterberga może być niebezpieczny. Szczególnie dla byłych alkoholików, osób uzależnionych czy nastolatków.
Grażyna Torbicka:
A nie uważasz, że bardziej niebezpieczna jest obecność małpek z alkoholem na wszystkich stacjach benzynowych?

Zgadza się, bo mamy kulturowe przyzwolenie na „męskie picie” – to również pokazuje ten film.
Żona głównego bohatera Martina mówi do niego: „Cała Dania pije i ty też w to wszedłeś? Ty, który zawsze chciałeś być indywidualistą?”.

Co ciekawe, Dania wśród krajów nordyckich, gdzie alkohol jest kontrolowany przez państwo i sprzedawany w określonych sklepach na obrzeżach miasta, jest wyjątkiem. Nigdy nie było tam prohibicji, może dlatego że to, co zakazane, jednak bardziej kusi. Statystycznie Polacy piją alkohol podobnie do Duńczyków, ponad 12 litrów na głowę rocznie. Czyli alkohol u nas i u nich jest wszechobecny. Kiedy spotykałam filmowców i ludzi z tego regionu, widziałam, że alkohol jest stałym elementem codziennej diety. Słynny reżyser Aki Kaurismäki, który pochodzi z Finlandii, ostentacyjnie wchodził na czerwony dywan w Cannes ze szklaneczką whisky w ręku.

Ten film jest lustrem dla alkoholików, ale nie takim jeden do jednego, które pokazuje chorobę. Vinterberg przedstawia nam tu pewną zabawę, w którą wchodzą dorośli mężczyźni. Mają świadomość tego, jak łatwo uzależnić się od alkoholu, a pomimo to bawią się w nią.

W filmie 'Na rauszu' widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)W filmie "Na rauszu" widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi. (Fot. materiały prasowe)

Zainteresował mnie ten kontrowersyjny eksperyment psychologiczny, który jest podstawą zabawy. Zgodnie z teorią norweskiego psychiatry Finna Skårderuda człowiek urodził się z niedostatkiem alkoholu w organizmie, który stale trzeba uzupełniać. Jego zdaniem jesteśmy bardziej otwarci i mamy większą kreatywność w momencie, gdy znajdujemy się pod wpływem poniżej promila alkoholu.
Jednak nasi bohaterowie szybko pokonują tę granicę i tracą kontrolę nad swoim ciałem i umysłem, jak zawsze, gdy w grę wchodzą używki.

To było przecież do przewidzenia...
Wiedziałam, że to skończy się alkoholizmem, ale właśnie to jest ciekawe – nawet przy pełnej świadomości nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, co się z nami dzieje. W filmie występuje alkohol, ale to może dotyczyć każdej innej używki.

Eksperyment Skårderuda opierał się na badaniu zwierząt – gadów i wodnych stworzeń, które nie oddychają tlenem, a alkohol produkuje ich organizm. Nie uzupełniają tego niedoboru jak my, ludzie, z zewnątrz. Moim zdaniem nie ma żadnych naukowych podstaw, by twierdzić, że niedobór alkoholu dotyczy także człowieka.
Bohaterowie potrzebowali pretekstu, żeby zacząć zabawę. Bo dlaczego oni się na to decydują? Są znudzeni swoim życiem, rutyną, nie widzą dla siebie perspektyw, są nauczycielami z długim stażem, w wieku średnim i właściwie niczego większego w życiu nie osiągnęli... Wciągają w ten eksperyment głównego bohatera Martina, granego przez Madsa Mikkelsena, który ma pewne opory, bo nie pije alkoholu.

Kiedy przychodzą na lekcje na lekkim rauszu, rzeczywiście są bardziej rozluźnieni. Prowadzą wykłady w interesujący sposób, są odważni w formułowaniu tez, interesują się młodzieżą. Widzą, że eksperyment działa, więc brną dalej. Jednak trudno się im w porę zatrzymać, bo używka przejmuje kontrolę nad życiem.

Ten film pokazuje mężczyzn w kryzysie, emocjonalnym i związkowym. A nawet, powiedziałabym, męską depresję.
Masz rację, ważny jest tu także męski bohater zbiorowy. Widzimy mężczyzn, dla których rodzina nie jest wystarczającym argumentem do tego, żeby się w sobie zebrać i stanąć na nogi.

Mam wrażenie, jakby Mads Mikkelsen, który gra nauczyciela historii, był martwy za życia. W przeciwieństwie do bohaterki filmu „Nomadland” Chloé Zhao, o której rozmawiałyśmy ostatnio.
Fern, czyli główna bohaterka filmu „Nomadland”, jest w ciężkiej sytuacji, wiele straciła, do tego jest samotna. A jednak potrafi odnaleźć sens życia w drobnych sprawach, codziennych kontaktach, uśmiechach i relacji z innymi ludźmi.

Bohaterowie filmu „Na rauszu” nie są samotni, mają rodziny. Wchodząc w kryzys wieku średniego, zamykają się w sobie i nie dostrzegają tego, że rodzina przecież to wszystko widzi. Nie zauważają możliwości, jakie daje im codzienne życie. To pokazanie mocno egoistycznej natury mężczyzny, który potrzebuje nieustającego potwierdzania swojej wartości przez innych. Martin ma przecież fantastyczną żonę, fajne dzieciaki i młodzież w szkole…

'Na rauszu' pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)"Na rauszu" pokazuje, że życie wrzuca nas w systemy, które przejmują nad nami panowanie: schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi. (Fot. materiały prasowe)

No coś ty! Ten związek jest w ogromnym kryzysie.
Każdy z pokazanych w filmie związków jest w jakimś stopniu w kryzysie. Dlaczego? Myślę, że kluczowy jest fakt, że Duńczycy raczej nie mają wiary w związki i miłość. Tam nie przywiązuje się większej wagi do stałych relacji, uważa się, że to naturalne, że po jakimś czasie miłość się wypala. Rzadko też biorą śluby.

Moje pokolenie trzydziestoparolatków ma podobne podejście do związków.
A w Danii tak jest od dawna. I teraz pytanie, na które każdy musi odpowiedzieć sobie sam: „Czego oczekujesz od życia? Co chcesz zrobić ze swoim życiem?”.

Myślę, że główni bohaterowie filmu „Na rauszu” nie zadali sobie tego pytania.
A do tego kompletnie się poddali. Znaleźli najprostsze rozwiązanie na to, żeby zalać alkoholem swoje frustracje. Nie potrafili rozluźnić się w inny sposób. Moim zdaniem mają masę możliwości, nic nie jest w stanie ich usprawiedliwić.

Widzę, że raczej z nimi nie empatyzujesz. Ja wręcz przeciwnie, akurat głęboko rozumiem ich ból codzienności, rutyny i powtarzalności. A nawet kibicuję głównemu bohaterowi w jego finałowym tańcu.
Nie rozumiem ich, bo rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy ją przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w tym filmie, jest pójściem na łatwiznę, bo nic nie jest dane raz na zawsze: ani miłość, ani radość.

Jeżeli po kilkunastu latach zaczyna ci się nudzić i rozwalasz swój związek, bo niby wszystko już wiesz o swoim partnerze czy partnerce, to może jednak warto spojrzeć na to z dystansu, ale wspólnie, żeby zobaczyć, jak możecie się sprawdzić w nowej sytuacji.

To jak według ciebie przełamać tę monotonię i rutynę w życiu?
Może nam pomóc zachłyśnięcie się przepięknym widokiem, cudownym zjawiskiem czy zapachem, które potrafią być tak samo odurzające jak kieliszek alkoholu!

Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie 'Na rauszu', jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)Rutyna jest obecna w życiu każdego człowieka. Ale tylko od nas zależy, czy potrafimy to przełamać. Wszystko zależy od naszej woli, kreatywności i wysiłku. To, co widzimy w filmie "Na rauszu", jest pójściem na łatwiznę - komentuje Grażyna Torbicka. (Fot. materiały prasowe)

Bohaterom „Na rauszu” tego zabrakło. Mam wrażenie, że psychologicznie kobietom przychodzi to jednak łatwiej niż mężczyznom...
Mój mąż Adam bardzo pięknie mówi o jednym z darów człowieka, jakim jest dar zachwytu. Za rzadko z niego korzystamy.

Mnie w tym filmie najbardziej dotknęło motto z Kierkegaarda: „Czym jest młodość? Snem. Czym miłość? Treścią tego snu”. Apetyt na życie z wiekiem się zmniejsza. Zderzamy się z realem, pojawia się coraz więcej „muszę”, a coraz mniej „chcę”.
Niestety życie wrzuca nas w systemy, które przejmują panowanie nad nami. I to nawet nie chodzi o rutynowe czynności życiowe, tylko schematy działania związane z karierą zawodową czy normami społecznymi i obyczajowymi.

Poza tym nie zgadzam się, że bycie nauczycielem to monotonna praca. Przecież codziennie spotyka się tam grupę młodych ludzi, którzy są w permanentnym rozwoju, ale też proteście, niezgodzie czy odkrywaniu siebie. W tak młodym człowieku stale się coś dzieje. To fascynujące!

To prawda, z kontaktu z młodością również można czerpać energię.
A skoro mówimy o młodości, to przypomniał mi się teraz portugalski reżyser Manoel de Oliveira, który w wieku dziewięćdziesięciu paru lat powiedział: „młodość przychodzi z wiekiem”. Bo odkrywasz w sobie możliwości, nad którymi możesz już panować, możesz się nimi bawić i dzielić się z innymi.

Dla kogo ten film jest terapeutyczny? Moim zdaniem, może być ciekawy dla osób w kryzysie wieku średniego, którzy wiodą monotonne życie. Na zasadzie: co może mnie jeszcze dobrego spotkać, skoro wszystko już było? Może niektórym z nas wzrośnie apetyt na życie po tym filmie, bo pomoże nam nie przegapić tego momentu, po którym wpadamy już w dół. Bo nie możemy zapominać o przyjemności w życiu.
Ja nie znoszę rutyny, dlatego często coś w życiu zmieniam, a to czasem wymaga ode mnie również umiejętności kończenia czegoś definitywnie, żegnania się z tym, a nawet niszczenia. Po to, by zacząć wszystko od nowa. Takie zaczynanie od nowa wcale nie jest łatwe, musimy być przygotowani na pewien wysiłek.

Martin finalnie jednak odnajduje sens życia. Bo życie samo w sobie jest już wielkim powodem do szczęścia. I tańca. I jak się okazuje, Mads Mikkelsen to nie tylko świetny aktor, ale też zawodowy tancerz...

Grażyna Torbicka, dziennikarka, krytyk filmowy, dyrektor artystyczna Festiwalu Filmu i Sztuki „Dwa Brzegi” w Kazimierzu Dolnym, w latach 1996–2016 autorka cyklu „Kocham Kino” TVP2.

Martyna Harland, autorka projektu Filmoterapia.pl, psycholożka, wykładowczyni Uniwersytetu SWPS, dziennikarka. Razem z Grażyną Torbicką współtworzyła program „Kocham Kino” TVP2.

Więcej o filmoterapii na stronie filmoterapia.pl.

  1. Kultura

Znamy 20 tytułów nominowanych do Nagrody Literackiej Nike

Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Finał tegorocznej edycji konkursu o Nagrodę Literacką Nike odbędzie się 3. października. (Ilustracja: FB @Nagroda Literacka Nike)
Ogłoszono listę 20 nominowanych książek do Nagrody Literackiej Nike 2021. Jakie tytuły w tym roku mają szansę zdobyć polski odpowiednik literackiego Nobla?

Nagroda Literacka Nike to nagroda za książkę roku. Przyznawana jest corocznie, od 1997 roku, za najlepszą książkę roku poprzedniego, a jej pierwszym laureatem był Wiesław Myśliwski. Celem nagrody jest promocja literatury polskiej, ze szczególnym zwróceniem uwagi na powieść, choć w konkursie startować mogą wszystkie gatunki literackie (w tym autobiografie, eseje, pamiętniki) i humanistyka o wybitnych wartościach literackich.

Podstawowym warunkiem udziału w konkursie jest samodzielne autorstwo książki oraz wydanie książki w roku minionym. Zwycięzca otrzymuje nagrodę pieniężną w wysokości 100 tys. złotych i statuetkę zaprojektowaną przez Gustawa Zemłę. Wśród laureatów poprzednich edycji byli między innymi: Czesław Miłosz, Tadeusz Różewicz, Jerzy Pilch, Dorota Masłowska, Olga Tokarczuk i Mariusz Szczygieł. Natomiast w zeszłym roku, wyborem jury, laureatem nagrody został Radek Rak za książkę „Baśń o wężowym sercu albo wtóre słowo o Jakóbie Szeli”, a Nagrodę Nike Czytelników dostała Joanna Gierak-Onoszko, za reportaż „27 śmierci Toby'ego Obeda”.

Nagroda Literacka Nike 2021 - nominacje

W czwartek, 10 czerwca, na łamach tradycyjnego i cyfrowego wydania "Gazeta Wyborcza" przedstawiła nominacje do Literackiej Nagrody Nike 2021. W jubileuszowej, 25. edycji konkursu, o nagrodę powalczą książki:

  • „Panny z Wesela” Monika Śliwińska
  • „Kajś” Zbigniew Rokita
  • Zastrzał albo trochę” Robert Pucek
  • Podwójne wahadło” Jacek Podsiadło
  • „Najlepsze miasto świata” Grzegorz Piątek
  • Sztuka bycia niepotrzebnym” Edward Pasewicz
  • Bezmatek” Mira Marcinów
  • Książka o śmieciach” Stanisław Łubieński
  • Bestiariusz nowohucki” Elżbieta Łapczyńska
  • Lajla znaczy noc” Aleksandra Lipczak
  • Ludowa historia Polski” Adam Leszczyński
  • Tab_s” Justyna Kulikowska
  • Długie spacery nad Olzą” Jerzy Kronhold
  • Odmieńcza rewolucja” Joanna Krakowska
  • Skrywane” Michał Komar
  • Strażnicy fatum” Bożena Keff
  • Halny” Igor Jarek
  • „Zaświaty” Krzysztof Fedorowicz
  • Pomarli” Waldemar Bawołek
  • „Fuerte” Kasper Bajon

Wyboru dokonało jury, w którym w tym roku zasiedli: Teresa Bogucka, Przemysław Czapliński, Maryla Hopfinger, Inga Iwasiów, Dariusz Kosiński, Iwona Kurz, Tadeusz Nyczek, Magdalena Piekara i Szymon Rudnicki.

Finał tegorocznej edycji konkursu odbędzie się 3. października, natomiast listę siedmiu finalistów poznamy na początku września. Decyzję o przyznaniu nagrody jury podejmuje w dniu jej ogłoszenia i wręczenia. Jej fundatorami są „Gazeta Wyborcza” i Fundacja Agory.