1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Jennifer Aniston: "Przyjaźń jest trwalsza niż miłość"

Jennifer Aniston: "Przyjaźń jest trwalsza niż miłość"

Courtney Cox i Jennifer Aniston - przyjaciółki w życiu i na ekranie. Na zdjęciu: na planie serialu
Courtney Cox i Jennifer Aniston - przyjaciółki w życiu i na ekranie. Na zdjęciu: na planie serialu "Cougar Town". (fot. BEW PHOTO)
Najpierw wszyscy zazdrościli jej sukcesu, sławy i Brada Pitta. Potem – z tych samych powodów – okazywano jej współczucie. Jednak Jennifer Aniston nigdy nie postrzegała siebie jako ofiary. „Rozwód nie jest życiową porażką, a posiadanie dzieci nie musi być powołaniem każdej kobiety” – deklaruje. I dodaje, że to, co najlepsze, dostała od przyjaciół.

Niedawno sama, z lekką nutą goryczy, zauważyła, że Ameryka jej potrzebuje. Uczyniła z niej archetyp skrzywdzonej dziewczyny z sąsiedztwa, by mieć kogoś, komu można współczuć, ale też o kim można ciągle plotkować. Od lat 90. aż do dzisiaj jej twarz jest jedną z najczęściej goszczących na okładkach sensacyjnych tygodników, które bez skrupułów rozpisują się o życiu prywatnym aktorki. „Jen jest cała we łzach” – pisało „Vanity Fair”, gdy jej małżeństwo z Bradem Pittem skończyło się po pięciu latach. „Czy Jen wróci do Brada?” – krzyczały nagłówki po tym, jak aktor kilkanaście lat później znów był wolny. „Jen wreszcie w ciąży!” – insynuują co chwila tabloidy, publikując jej zdjęcia z nowym mężczyzną u boku. Jak wyznała w jednym z ostatnich wywiadów, najbardziej wkurzające są nagłówki robiące jej publiczną psychoanalizę w stylu „Jen nie potrafi zatrzymać przy sobie mężczyzny” albo „Nie chce mieć dzieci, bo jest samolubna i woli skupić się na karierze”. Tak jakby w XXI wieku rola żony i matki była obowiązkiem każdej kobiety.

Kiedyś znana ze swojej otwartości i niechęci do sprzeczek aktorka starała się spokojnie odpowiadać na aroganckie pytania dziennikarzy (patrz słynny telewizyjny wywiad z Diane Sawyer). Albo zaciskała usta i powstrzymywała łzy, kiedy dziennikarka „Vanity Fair” raczyła ją sensacjami z życia Brada Pitta, który szybko po ich rozstaniu układał sobie życie na nowo. Dziś, tuż przed 50. urodzinami, jest jednak silniejsza i pewniejsza siebie niż kiedykolwiek. Mówi własnym głosem i nie daje innym kierować swoim życiem. No bo spójrzmy na realia – Jennifer Aniston jest nie tylko najbardziej popularną aktorką w Stanach Zjednoczonych (podobno rozpoznaje ją 94 proc. Amerykanów), ale też najbardziej lubianą (w rankingu wyprzedzają ją jedynie Michelle Obama i księżna Kate). Do tego w 2017 roku magazyn „Forbes” umieścił ją na drugim miejscu najlepiej zarabiających aktorek na świecie – jest też producentką i twarzą wielu firm (w tym linii lotniczych Emirates). No i wreszcie, co kilka lat zdobywa tytuł „najpiękniejszej” lub „najseksowniejszej”, a jej nogi i włosy uchodzą prawie za wzór wyglądu tych części ciała, umieszczony w Sevres pod Paryżem. Jej nie trzeba współczuć, ją trzeba podziwiać i brać z niej przykład. W tym sensie nie tylko Ameryka jej potrzebuje, ale potrzebujemy jej wszyscy – zwłaszcza dziś, kiedy zmagamy się definiowaniem tego, co jest

męskie, a co kobiece, kiedy rozbijamy szklane sufity i burzymy mury podwójnych standardów. Sama aktorka trafia w punkt: „Żyjemy w społeczeństwie, które nakazuje kobietom: w tym wieku powinnaś wyjść za mąż, a w tym powinnaś mieć dzieci. Sądzę, że używanie tych dwóch wyznaczników jako definicji naszego szczęścia jest kolejnym sposobem na to, by podcinać skrzydła i odbierać pewność siebie kobietom, które odniosły sukces w innych dziedzinach”.

Genialna przyjaciółka

Gdyby wyjść poza oczywiste kryteria, sukcesem Jennifer są nie tylko popularność i mierzalne profity związane z zawodem, jaki wykonuje. Jej wygrana polega na tym, że jest wzorem do naśladowania dla wielu kobiet. Sympatyczna i zabawna, atrakcyjna, ale w nieoczywisty sposób. Nie ukrywa emocji, nie  zadziera nosa, ale też go nie operuje. Ciężko pracuje na swój status zawodowy i prowadzi bardzo zdrowy tryb życia (joga, boks, zrównoważona dieta plus terapia). Łatwo się z nią utożsamić, łatwo uwierzyć w to, że jest dokładnie taka, jaka wydaje się być. Po prostu genialna przyjaciółka. Do tego właśnie przyjaźń jest wartością, jaką stawia w życiu na pierwszym miejscu. „Nie ma niczego cenniejszego niż lojalny, godny zaufania, dobry przyjaciel” – mówi.

W środowisku filmowym uchodzi za osobę, która bardzo dba o swoje przyjaźnie – pielęgnuje nawet te z czasów szkolnych. „Mój dom jest jak najlepszy klub w mieście dla moich bliskich. Uwielbiam patrzeć, jak ludzie się dobrze bawią. Zawsze mam świetne jedzenie i muzykę” – przyznała w niedawnym wywiadzie dla amerykańskiego „Elle”. Wiele z grona jej najbliższych i najwierniejszych przyjaciółek, w którym prym wiodą aktorka Courteney Cox i reżyserka Kristin Hahn, jest przy niej już od 20 lub 30 lat. „My praktycznie siebie wychowałyśmy – byłyśmy dla siebie matkami, siostrami, a nawet córkami” – mówiła. „Moi przyjaciele to moja rodzina. Oni tworzą mój dom. Ja właściwie nigdy nie marzyłam o wielkim weselu, białej sukni i idealnym mężczyźnie. Najbardziej zależało mi na tym, by mieć dom i czuć się w nim bezpiecznie. Ponieważ małżeństwo moich rodziców zakończyło się rozwodem, a mój rodzinny dom był polem walki między nimi, to był chyba kolejny powód, dla którego nigdy nie wpadałam w zachwyt nad tym, jaka to cudowna instytucja”.

O tym, że ojciec – popularny w tamtych czasach aktor John Aniston – odchodzi od jej matki, byłej modelki Nancy Dow, Jennifer dowiedziała się w wieku 9 lat, kiedy wróciła ze swojego przyjęcia urodzinowego. Bardzo przeżyła rozwód rodziców. Ojciec wyprowadził się z Kalifornii do Nowego Jorku i związał się z koleżanką z planu opery mydlanej „Days of Our Lives”. Jennifer wychowywała matka, która zaszczepiała jej nieufność do mężczyzn, wrogość do ojca i krytycyzm wobec własnego wyglądu. Jako nastolatka postanowiła, że nie chce już tego znosić. Poszła w ślady ojca – wybrała aktorstwo i przeprowadziła się do niego, by zacząć karierę. I choć początki były trudne, to Nowy Jork ostatecznie przyniósł jej szczęście. Po wielu dorywczych pracach (głównie kelnerowaniu) w końcu  dostała przełomową rolę w sitcomie „Przyjaciele”. I kolejny raz w jej życiu sprawdziła się zasada, że komu jak komu, ale przyjaciołom może zaufać. Serial okazał się sukcesem na światową skalę, Jennifer i cała ekipa aktorów pracowali razem przez 10 lat, zaprzyjaźniając się ze sobą i wychowując kolejne pokolenia w wierze, że „i'll be there for you” (czyli „zawsze będę przy tobie”), którą to frazę pochodzącą z czołówkowej piosenki potrafi z pewnością zaśpiewać każdy fan „Przyjaciół”. Być może dzisiejsi 40- i 30-latkowie to właśnie temu serialowi zawdzięczają przekonanie, że nawet kiedy zwalniają cię z kolejnej pracy, a twoja miłość, która miała być tą „na zawsze”, zostawia cię bez słowa – nie jest tak źle, bo masz ludzi, którzy lubią cię za to, jaki jesteś. Jennifer Aniston wiarygodnie ukazała rozwój swojej bohaterki, która z całkowicie zależnej finansowo od swojego ojca beztroskiej dziewczyny zmienia się w pewną siebie i samodzielną kobietę sukcesu. Mimo to i tak widzowie najbardziej śledzili jej perypetie sercowe, wzdychając z ulgą, gdy wreszcie znalazła bezpieczną przystań w ramionach Rossa. I chyba tego samego oczekują od Jennifer...

Definicja sukcesu

Dwukrotna rozwódka – to nie brzmi dumnie. Jednak Jennifer Aniston, mimo że jej małżeństwa z Bradem Pittem i Justinem Theroux zakończyły się rozstaniem, nie uważa ich za swoją porażkę. Co więcej, w ogóle nie uważa, by rozwód był porażką. „To po prostu koniec relacji” – tłumaczy. „Moim zdaniem oba moje małżeństwa były udane” – mówiła na łamach „Elle”. „Ich zakończenie było naszą wspólną decyzją. Postanowiliśmy być szczęśliwi. Oczywiście nie wszystko było idealne, mieliśmy swoje wzloty i upadki, ale ostatecznie każdy jest odpowiedzialny za swoje życie. Nigdy nie chciałabym tkwić w relacji z lęku przed samotnością. Jeśli wkładasz dużo pracy w to, żeby coś uratować, ale mimo twoich starań nie udaje się – to nie jest porażka”.

Jak twierdzi, z byłymi mężami pozostaje w przyjaźni. Jest też w bliskich stosunkach ze swoją pierwszą teściową. Nawet tuż po rozstaniu z Bradem Pittem, który w trakcie ich małżeństwa rzekomo miał romans z Angeliną Jolie, stawała w jego obronie przed żądnymi sensacji mediami. „Nie sądzę, by Brad chciał mnie skrzywdzić” – mówiła na łamach „Vanity Fair”. „On nie jest tego typu człowiekiem”. Kiedy prowadząca z nią rozmowę dziennikarka sugerowała, że paparazzi mają dowody na jego zdradę, odpowiedziała: „Chcę ufać mojemu mężowi”. Po latach obserwatorzy mediów przyznali, że swoją postawą aktorka udowodniła, że nawet w Hollywood można się rozstać z klasą. „Nieustannie koncentrując się na moim statusie małżeńskim czy rodzinnym, ludzie przekreślają wszystko, czego dokonałam i do czego doszłam w życiu. To bardzo wypaczona perspektywa. Wygląda to tak, jakbym miała jedną poważną wadę, skazę, która przekreśla mnie jako kobietę sukcesu – tak jakbym jako niematka nosiła na

sobie szkarłatną literę” – mówi. „ A może rozmnażanie się nie jest moją życiową misją?! Może są inne rzeczy, które powinnam robić?” – pyta dobitnie w innym wywiadzie. I dodaje, że nadal w tych kwestiach obowiązują podwójne standardy. Mężczyzna, który się rozstał z żoną i nie ma dzieci, nie jest określany jako stary kawaler czy życiowy nieudacznik, nikt się nad nim nie lituje. Podczas gdy kobiety wiecznie muszą udowadniać, że wszystko z nimi w porządku. I niestety – często są surowo oceniane właśnie przez inne kobiety, które „nie odkryły jeszcze, że

mają siłę i prawo do tego, by odkrywać sens życia na swój własny sposób”. Jak na razie Jennifer jest świetną matką chrzestną dla dzieci swoich przyjaciół i zaangażowaną opiekunką dwóch psów: półteriera Normana i suczki, którą nazwała na cześć swojej idolki – Dolly Parton.

Kocham to, kim jestem

Skoro mówimy już o Dolly Parton, to z miłości do niej – między innymi – powstał najnowszy film „Kluseczka”, wyreżyserowany przez przyjaciółkę Jennifer – Kristin Hahn. Aktorka gra rolę Rosie, matki nastolatki z nadwagą. Jako była miss piękności – ma własne wyobrażenie na temat idealnego piękna, co powoduje, że jej córka nie czuje się pewnie w swoim ciele. Na szczęście młoda Willowdean miała ukochaną ciocię, wielką fankę Dolly Parton, która starała się jej przekazać, że to sami wyznaczamy własne standardy piękna. W wywiadzie dla „The Sunday Telegraph” Jennifer wyjaśniła, dlaczego ten film jest dla niej tak ważny: „Jednym z powodów, dla których naprawdę spodobał mi się wątek matki i córki, było to, że okazał się bardzo podobny do tego, jaki związek łączył mnie i moją matkę. Jako modelka była piękna, zjawiskowa. Ja nigdy taka nie byłam, o czym często mi przypominała. Nie byłam dzieckiem, jakiego chciała, i to coś, co naprawdę na mnie wpłynęło. Ten film jest tak wyjątkowy, ponieważ mówi o pozbywaniu się wyobrażeń o pięknie, próbach stania się sobą i pozbyciu się poczucia, że musimy sprostać wyidealizowanym kanonom, którym karmi nas społeczeństwo”. Presja piękna to kolejny temat, któremu aktorka oficjalnie się sprzeciwia. Cieszy ją, że z konkursów piękności znika kategoria „swimsuit body”, w której kondydatki miały prezentować się w kostiumach kąpielowych. Bo – jak zresztą pada w filmie „Kluseczka” – „swimsuit body”, czyli w wolnym tłumaczeniu: sylwetka bikini – to po prostu sylwetka w bikini. Każda sylwetka w bikini.

Być może siła Jennifer Aniston, by stawać w swojej obronie, bierze się stąd, że najpierw musiała wykazać się nią wobec własnej matki. Ich relacja od zawsze była trudna – do śmierci Nancy Dow trzy lata temu obie wielokrotnie zrywały kontakty. A raczej robiła to Jennifer, zwłaszcza po tym, jak matka, nie konsultując tego z nią, wydała książkę, w której opowiadała bardzo intymne historie z dzieciństwa aktorki. Córka nie zaprosiła jej na oba swoje śluby, choć był na nich obecny ojciec. Ale, jak mówiła w wywiadzie: „Nie zmieniłabym mojego dzieciństwa, nie zmieniłabym tych wszystkich momentów, kiedy złamano mi serce, nie zmieniłabym też moich sukcesów. Nie zmieniłabym niczego z tego, co mnie spotkało. Ja naprawdę kocham to, kim jestem i kim jeszcze mogę się stać”.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Psychologia

Przyjaźń w dorosłym życiu – ważniejsza jest jakość niż liczba

Co charakteryzuje dobrą relację? Badacze wyodrębnili kilka elementów, które uważa się za kluczowe w nawiązywaniu bliskich przyjaźni. (fot. iStock)
Co charakteryzuje dobrą relację? Badacze wyodrębnili kilka elementów, które uważa się za kluczowe w nawiązywaniu bliskich przyjaźni. (fot. iStock)
W ciągu ostatnich dwudziestu lat opublikowano wiele wyników badań potwierdzających pogląd, że przyjaźń stanowi jeden z najistotniejszych elementów ludzkiego zdrowia, samopoczucia i szczęścia. Jeśli się nad tym zastanowić, to takie stwierdzenie ma sens! – pisze Hope Kelaher w swojej książce „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu”.

Pogawędka, aby nadrobić zaległości lub błyskawiczne znalezienie ponownie wspólnego języka ze starym przyjacielem, z którym nie widzieliśmy się od lat, znakomicie wpływa na samopoczucie, podobnie jak zaśmiewanie się do łez z osobistych żartów lub wstydliwych historii z osobą, z którą łączy nas poczucie humoru. Wywołują one uczucie, którego nie da się porównać z żadnym innym, a przy tym są dobre dla zdrowia! Dowiedziono, że przyjaźń i więź emocjonalna z innymi pomagają zmniejszyć ryzyko śmierci i skrócić czas trwania chorób fizycznych i psychicznych, mogą również korzystnie wpływać na zdrowie, przyczyniając się do wydzielania endorfin.

Przyjaciele nie tylko udzielają wsparcia emocjonalnego i społecznego, ale też, z perspektywy ewolucyjnej, zapewniają ochronę, wsparcie praktyczne, a w niektórych przypadkach także pomoc finansową. Przyjaźń stanowi element rozmaitych intymnych relacji, w tym między partnerami i członkami rodziny, ważne jednak, aby odróżnić zaprzyjaźnione osoby z rodziny (krewnych) od przyjaciół. Za przyjaciół uznaje się osoby znajome, z którymi łączy nas więź oparta na emocjonalnej bliskości i wzajemności (czyli dawaniu i braniu w relacji). W przeciwieństwie do przyjaźni rodzinnej, taka przyjaźń jest wynikiem wyboru i może zakończyć się w każdej chwili. W rezultacie poświęcamy więcej czasu i energii na nawiązywanie i podtrzymywanie przyjaźni z osobami niespokrewnionymi.

Liczba a jakość

Dla wielu osób kolejne oczywiste pytanie brzmi: co jest ważniejsze, liczba przyjaciół czy jakość przyjaźni? Wyniki badań wskazują wprawdzie, że zarówno wielkość kręgów społecznych, jak i jakość relacji z ich członkami mają istotne znaczenie dla zdrowia i samopoczucia, jednak biorąc pod uwagę zobowiązania ciążące na współczesnych dorosłych, nie zawsze da się zachować równowagę między tymi dwoma czynnikami. Co ciekawe, wyniki badań przeprowadzonych przez antropologa i psychologa Robina Dunbara wskazują, że istnieje maksymalna liczba znajomości, jaką każdy z nas jest w stanie podtrzymać w danym momencie. W swoich pracach Dunbar stwierdza, że zdolności poznawcze ludzkiego mózgu wystarczają na utrzymanie jednocześnie relacji ze 150 osobami. Nie wszystkie z nich są naszymi bliskimi przyjaciółmi: część to przygodni znajomi. Wyniki badań wskazują, że z około 50 spośród tych 150 osób mógłbyś znaleźć na proszonej kolacji lub imprezie u wspólnego znajomego. Znacznie mniejszą liczbę ludzi – około 15 – uważamy za przyjaciół, którym możemy w razie potrzeby się zwierzyć lub poprosić ich o wsparcie. Badania Dunbara wykazały też, że każdy z nas ma plus minus 5 osób, które uznajemy za najbliższych przyjaciół i którym możemy wyznać najskrytsze tajemnice, pragnienia i problemy. Granice tej grupy są płynne, a poszczególne osoby mogą przemieszczać się między kręgami przyjaciół i najlepszych przyjaciół.

Cyfrowe platformy, takie jak: Facebook, Snapchat, Twitter czy Instagram doprowadziły wprawdzie do poszerzenia sieci przyjaźni, ale jedno pozostało bez zmian: siła długotrwałych relacji zależy od osobistych kontaktów.

Spotkania twarzą w twarz sprzyjają powstawaniu więzi, jakiej nie da się nawiązać poprzez media społecznościowe.

Udostępnienia i polubienia w internecie nie mogą równać się z pozytywnymi doświadczeniami, takimi jak: osobiste powitania, jedzone razem posiłki czy wspólny śmiech. Takie przeżycia częściej doprowadzają do wydzielania endorfin – hormonów wiązanych z przyjemnością, redukcją stresu i tworzeniem więzi społecznych. Z badań wynika, że co prawda znajomości w mediach społecznościowych łatwo jest nawiązywać i dokumentować, ale wirtualne kontakty nie mogą skutecznie zastąpić przyjaźni w prawdziwym życiu. Najłatwiej wyjaśnić to faktem, że wartościowe relacje wynikają z czasu, a interakcje z wirtualnymi znajomymi zmniejszają ilość czasu i energii, jakie możemy poświęcić na dbanie o osobiste relacje.

Aspekty dobrej przyjaźni

Świadomość, że jesteśmy w stanie utrzymywać kontakty jedynie z ograniczoną liczbą osób, może dodawać otuchy, zwłaszcza tym z nas, dla których zbieranie internetowych znajomości stanowi hobby. Wiąże się jednak z pytaniem, czy nasze przyjaźnie są wystarczająco dobre, a ich jakość –wysoka. Zdaniem wielu osób, odpowiedź na to złożone pytanie ma subiektywny charakter. Większość badaczy zajmujących się tym tematem twierdzi, że wysokiej jakości relacje wyróżniają się wysokim poziomem wzajemnych zachowań pomocowych, współzależności, intymności emocjonalnej i konstruktywnego rozwiązywania konfliktów.

Wzajemność

Wyniki nowszych badań wskazują jednak, że istnieje wiele aspektów i wskaźników jakości relacji. Dobre przyjaźnie, zarówno w dzieciństwie, jak i w wieku dorosłym, charakteryzuje wzajemność pochlebstw – przyjaciele często wzajemnie chwalą się za sukcesy, wspierają w przypadku porażek i pomagają wzmacniać poczucie własnej wartości.

Współzależność

Kolejnym aspektem dobrej przyjaźni jest współzależność. Podobieństwo pomiędzy dwiema osobami zapewnia skoordynowaną relację, pozwalającą każdej ze stron czerpać więcej przyjemności i korzyści. Nawet jeśli każda z osób zyskuje na przyjaźni co innego, jest to równie przydatne jak to, co daje drugiej osobie. Na przykład Jen może otrzymywać od Kit wsparcie w swoim związku i udzielać jej wsparcia w sprawach rodzinnych.

Intymność emocjonalna

Trzeci najważniejszy i najlepiej opisany aspekt wysokiej jakości przyjaźni to intymność emocjonalna –pozytywna komunikacja i wzajemne dzielenie się tajemnicami w relacji. Badania nad bliskimi przyjaźniami wśród dzieci wykazały, że te z nich, które określiły poziom intymności w relacji jako wysoki, wskazywały również na wysoki poziom innych pozytywnych cech, co sugeruje, że intymność może stanowić najistotniejszy czynnik w wysokiej jakości relacjach.

Rozwiązywanie konfliktów

Przyjaźń idealna nie istnieje, a nawet najlepsza wykazuje cechy negatywne, warto zatem zbadać również, w jaki sposób rozstrzyga się konflikty w wysokiej jakości relacjach i jak może to przyczynić się do ich dalszego zacieśniania. Wysokiej jakości przyjaźnie zwykle charakteryzują się minimalnym poziomem konfliktów, nie są od nich jednak całkowicie wolne. W gruncie rzeczy taka sytuacja byłaby niepokojąca, a nawet szkodliwa dla relacji. Konflikty rozwiązywane w zdrowy sposób mogą prowadzić do większej intymności i mocniejszej więzi w relacji, zwłaszcza przyjacielskiej. Przypomnij sobie nieporozumienie pomiędzy tobą a jednym z twoich przyjaciół. Zapewne doświadczałeś obaw i niepokoju, zastanawiając się, jak podejść do sprawy, ale kiedy podjąłeś ryzyko i udało ci się ją rozwiązać, poczułeś ulgę wynikającą z rozstrzygnięcia.

Wyobraź sobie na przykład, że od jednego z najbliższych przyjaciół dostajesz esemesa i nie rozumiesz jego wymowy. Druga osoba zwraca się do ciebie w nietypowy sposób, wskazujący, że coś jest nie tak. Być może wyczuwasz gniew przyjaciela. Choć boisz się zaognienia sytuacji, wykonujesz ważny krok i mówisz mu o swoich obawach, a on wyznaje, że rozczarowało go coś, co powiedziałeś lub zrobiłeś. Nie rozstrzyga to konfliktu ani kwestii twojego zachowania, ale możecie teraz otwarcie porozmawiać o napięciu, które wcześniej kryło się pod powierzchnią. Każde z was zna perspektywę i uczucia drugiej strony. Możecie odetchnąć z ulgą i przejść do rozwiązywania problemu. Wynik badań nad konfliktami w relacjach nastoletnich sugerują, że z wiekiem sposób rozwiązywania konfliktów zmienia się z wymuszającego na konstruktywny. W okresie dojrzewania rozwija się empatia – zdolność do rozumienia stanu emocjonalnego drugiej osoby – dzięki której przyjaciele mogą lepiej zrozumieć nawzajem swoje uczucia i punkt widzenia.

Przyjrzyjmy się, jak może wyglądać rozwiązywanie konfliktów w wysokiej jakości przyjaźni. Shay i Jen zaplanowały wspólne wyjście, ale dzień przed nim Shay pracowała do późna i źle się czuje. Wie, że Jen bardzo zależy na realizacji planów, ale jej samej brak do tego energii i motywacji. Wyjaśnia przyjaciółce, że jest bardzo zmęczona, ale obawia się, że rozczaruje ją, rezygnując z wyjścia. Jen istotnie jest zawiedziona, ale mówi Shay, że rozumie sytuację i że na pewno będą jeszcze miały okazję się spotkać. Jen nie ma pretensji do Shay, ich przyjaźń wraca do normy i rozwija się dalej. Bez empatii konflikt w tej sytuacji mógłby rozstrzygnąć się w zupełnie inny sposób, a obie strony czułyby się niewysłuchane, niedostrzeżone i lekceważone. Przyjaciółkom udało się jednak porozmawiać otwarcie, bezpiecznie i konstruktywnie, a rozwiązanie wzmocniło ich relację.

Mam nadzieję, że dotychczasowa lektura uświadomiła ci, że liczy się nie liczba, a jakość relacji. Zwykle mamy około 5 najbliższych przyjaciół, 15 przyjaciół orbitujących wokół nich, 50 znajomych, przy których czujemy się swobodnie na imprezach, i 150 dalszych znajomych. Aby przyjaźnie i więzi były jak najgłębsze, nie należy skupiać się na rozszerzaniu zewnętrznego kręgu znajomych, ale poświęcać czas i energię osobom z najbliższych kręgów społecznych. Trzeba również pamiętać, że najbliżsi przyjaciele mogą w różnych momentach życia przemieszczać się z jednego kręgu do drugiego. Na przykład bliski przyjaciel ze studiów może przestać należeć do kręgu najbliższych przyjaciół po twojej przeprowadzce do innego miasta, ale pozostać wśród piętnaściorga przyjaciół. Takie przejścia pomiędzy kręgami są naturalne, a jeśli znów zdarzy się wam zamieszkać w tym samym mieście, może się okazać, że przyjaciel w naturalny sposób powróci do najbliższego kręgu.

<!--jt:related class="left" src="https://zwierciadlo.pl/js/tiny_mce/plugins/jtinfobox/img/related.png" />

Fragment pochodzi z książki Hope Kelaher „Jak zdobyć i pielęgnować przyjaźń w dorosłym życiu. Porady i ćwiczenia”

  1. Psychologia

Dla nastolatków najważniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania

Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Zamiast odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać im, jak być dobrym przyjacielem. (Fot. iStock)
Ten fakt może zasmuci rodziców, ale dla nastolatków najistotniejsze są relacje przyjacielskie. To naturalny etap dojrzewania, który przygotowuje ich do dorosłego życia i zdrowych relacji rodzinnych w przyszłości. Zamiast zatem odciągać syna czy córkę od rówieśników, lepiej pokazywać, jak być dobrym przyjacielem – przekonuje pedagożka Ewa Nowak.

Z powodu epidemii coraz więcej nastolatków spędza czas wolny w domach. I to, że mają rodzeństwo, nie rozwiązuje problemu, bo brat czy siostra – tak samo jako rodzice – nigdy nie zastąpią przyjaciół. Krewni, w tym właśnie rodzeństwo, zazwyczaj obracają się w tym samym kręgu, nie oferują więc niczego nowego. Przyjaźń zaś otwiera człowiekowi oczy na nowe światy. Czasem są to mroczne światy, ale przejście przez nie to proces rozwojowy.  W końcu, jak wynika z badań, na które powołują się autorki książki „Przyjaźń jako wartość w relacjach społecznych dzieci i młodzieży” – to przyjaciele zajmują pierwsze miejsce wśród zmiennych decydujących o stanie naszego ducha, przed pieniędzmi, wykształceniem i innymi zasobami indywidualnymi.

Siła równa grawitacji

Przyjaźń w okresie nastoletnim działa na zasadzie „my i reszta świata” – nawet jeśli przyjaciele są z punktu widzenia rodziców nieodpowiednim towarzystwem. Jak ogromna jest siła tej relacji, wie każdy rodzic, którego nastoletnie dziecko wróciło spóźnione, wzięło samochód bez pozwolenia czy pierwszy raz wypiło alkohol z kolegami. Dla przyjaciół młody człowiek sprzeniewierza się nawet kluczowym wartościom domu rodzinnego. Nastolatki bez trudu łączą skrajny altruizm wobec przyjaciela ze skrajnym egoizmem wobec wszystkich innych. To normalny i bardzo ważny etap rozwoju osobowości.

Kiedy wracasz po weekendzie do domu, a stan mieszkania wskazuje, że przez dwa dni trwała w nim nieustająca domówka, wiedz, że twoje dziecko testuje, jak bardzo chce się zaangażować w przyjaźń. Sprawdza, ile warte jest poświęcanie relacji z rodzicami na rzecz aktualnych przyjaciół. Psycholog i psychoterapeutka Agnieszka Binkul radzi, by wznieść  się wtedy ponad gniew i rozczarowanie swoimi metodami wychowawczymi i popatrzeć na sprawę z szerszej perspektywy. „Każ oczywiście posprzątać, wyraź swoje niezadowolenie, ale pamiętaj, że to przyjaciele pomogą twojemu dorastającemu dziecku uwolnić się od ciebie, przeciąć pępowinę i ruszyć z domu w świat. Dziecko musi symbolicznie zniszczyć rodziców, żeby później mogli oni zaistnieć w jego życiu na nowych warunkach. Musi się buntować, bo inaczej się od nich nie oddzieli” – wyjaśnia w książce Hanny Rydlewskiej „Po prostu przyjaźń”.

Przyjaźń to miłość okresu dojrzewania

Robin Dunbar, profesor antropologii ewolucyjnej z University of Oxford, w książce „Ilu przyjaciół potrzebuje człowiek?” przekonuje, że grono naszych znajomych nie powinno przekraczać 150 osób – jeśli jest ich więcej, tracimy orientację. W ramach tej grupy najważniejsze jest 5 najbardziej zaufanych przyjaciół i członków rodziny, do których zwracamy się w potrzebie. Kolejne 15 osób to ci, których śmiercią bardzo byśmy się przejęli. Z pozostałymi łączy nas dużo mniejsza zażyłość.

Nastolatek, owszem, lubi mieć setki lajków, ale w odróżnieniu od rodziców wcale nie chce, żeby go wszyscy lubili i byli jego przyjaciółmi, bo czuje, że temu nie podoła. Woli, żeby lubiła go jedna ważna dla niego osoba. Utrata złudzenia, że zawsze będziemy przez świat lubiani, jest jednym z filarów dojrzewania.

W okresie nastoletnim przyjaźń ma siłę miłości. Jest tak samo ufna, zazdrosna i zaborcza. Gdy twoje dorastające dziecko traci przyjaciela, pęka mu serce. Dowód? Siedemnastoletni syn znajomych dokonał samookaleczenia. Po wielu dniach wyznał, że dwaj koledzy odtrącili go podczas lockdownu. Mieszkają blisko siebie, a on gdzie indziej.

Specyfika okresu dojrzewania sprawia, że w piramidzie stresu utrata przyjaciela jest punktowana równo ze śmiercią rodzica. Nie bagatelizuj tego i zrezygnuj z płytkich pocieszeń, tzw. dobrych rad typu: „Każda przyjaźń przecież się kończy. To była taka szkolna znajomość, ale zostaną ci piękne wspomnienia”, „A może zadzwonisz do Helenki? Może pójdziesz do Stasia?”. A zwłaszcza nie podsuwaj rozwiązań w stylu: „Weź się lepiej do nauki, zamiast wymyślać głupoty”.

Przypomnij sobie, jak ty się czułeś, kiedy zostałeś pozbawiony tak ogromnego emocjonalnego oparcia, jakim był przyjaciel. Zasmuć się razem z nastolatkiem. Potwierdź, że ma prawo czuć się parszywie, bo przyjaźń to ogromna wartość w życiu. A żadna inna relacja nie pozwala mu się czuć równie autentycznym. Nastolatek nie oczekuje od ciebie, że dokonasz cudu ani że obrzucisz jego przyjaciela błotem. On chce tylko, żeby rodzice dali mu prawo poczuć się skrajnie źle.

Bezpośrednio po porzuceniu przez przyjaciela nie należy tego robić, ale gdy emocje nieco opadną, warto zwrócić uwagę nastolatka na to, że on też rani, też porzuca, też odchodzi i na pewno kogoś już rozczarował. Warto uświadomić mu, że ludzie mają prawo do odmawiana, w tym do odmówienia dalszej przyjaźni. Przyjaźń to bardzo dobry temat na rozmowy o przemijaniu i tym, że to, co się kończy, nie przestaje być wartościowe, że trzeba doceniać to, co się nam przytrafia, a nie zakładać naiwnie, że zdrowie, młodość i przyjaciół uda nam się utrzymać do końca życia.

Ewa Nowak, pedagog, terapeutka, autorka książek dla dzieci i młodzieży; najnowsza nosi tytuł „Orkan. Depresja”.

Lekcja przyjaźni

  • Staraj się, żeby twoje dziecko, na ile tylko się da, spędzało czas wśród rówieśników. Zapisuj je na zajęcia, woź i przywoź, zapraszaj do domu jego kolegów, zabieraj ich na działkę, na ferie, pozwalaj nocować razem i robić imprezy.
  • Nie neguj pozytywnych uczuć dziecka do drugiej osoby. Czasem możesz być o nie zazdrosny, ale to ty musisz sobie z tym poradzić.
  • Podkreślaj wagę posiadania przez twoje dziecko przyjaciół. Mów z dumą: „To jest przyjaciółka mojej córki, wspaniała dziewczyna”.
  • Miej swoich przyjaciół i szanuj ich. Niech nastolatek widzi, że przyjaźń jest w waszej rodzinie ceniona i może trwać mimo różnic poglądów.
  • Podkreślaj, że cenisz ludzi, którzy mają przyjaciół. Niech to będzie czynnikiem pozytywnie świadczącym o twoich znajomych i w ogóle o ludziach.
  • Naucz swoje dziecko autorefleksji. Zadawaj mu pytania: „Jakim ty jesteś przyjacielem? Co ty dajesz od siebie? Co robisz dla przyjaciół?”.

Matka czy przyjaciółka?

Pyta dziennikarka Beata Pawłowicz. Odpowiada dr Tomasz Srebnicki, certyfikowany terapeuta poznawczo-behawioralny, starszy asystent w Klinice Psychiatrii Wieku Rozwojowego WUM.

Czy to dobrze czy źle, gdy rodzice i dzieci nazywają się przyjaciółmi? Zacznę od tego, że kiedy rodzi się twoje dziecko, razem z nim rodzisz się nowa ty – ty jako rodzic. A więc masz dorosnąć! Ale też pojawia się wtedy na nowo stara ty, czyli ty jako dziecko, którym byłaś. Bo wiele rzeczy z twojego dzieciństwa zacznie ci się teraz przypominać. Świadomie lub nie będą one wpływały na to, jaką okażesz się matką. I dla przykładu, jeśli z rodzicami kojarzą ci się: surowość, nadmierne wymagania, krytyka, to prawdopodobnie nie zechcesz być taką matką dla swojego dziecka.

Mogę wówczas chcieć być jego przyjaciółką? Możesz, możesz też nie stawiać mu żadnych wymagań. Odrzucisz je razem z tym, co bywa w nich dobre, jak nauka definiowania i rozwiązywania problemów. Zapewne też będziesz unikać jakiejkolwiek krytyki twojego dziecka. Ale nazywanie dobra i zła po imieniu jest mu potrzebne. Podobnie jak akceptacja błędów jako niezbędnego elementu uczenia się życia. Możesz też traktować dziecko tak, jakby było twoim rówieśnikiem: zwierzać się mu, nosić podobne ubrania, czy kolegować się z jego przyjaciółmi ze szkoły. Jeśli tak się stanie, niech to będzie dla ciebie znak, że być może sama jeszcze nie wyszłaś z dziecięcego pokoju. Siedzisz w nim i, co gorsza, jest ci tam źle. Szukasz więc sobie towarzysza w niedoli. Taka postawa, taka niedojrzałość mamy stwarza ryzyko, że dziecko nie będzie miało takiego rodzica, jakiego potrzebuje.

To poproszę o porady dla zagubionych, niedojrzałych mam i ojców, którzy chcieli do tej chwili, by ich córki czy synowie stali się ich przyjaciółmi. Rodzic, o którym da się powiedzieć, że jest udany, nie może podszywać się pod przyjaciela swojego dziecka. Podobnie jak nie może stać się ojcem tyranem czy przybrać maskę „poświęcającej się” matki. Bo każdy z tych rodziców przyjmuje wobec dziecka niedobrą dla jego rozwoju postawę. I to niezależnie od tego, jakie jest to jego dziecko, nie stwarza mu odpowiednich warunków rozwojowych.

Fragment pochodzi z książki "Niezwykły rodzic" (do kupienia na zwierciadlo.pl/sklep).

  1. Psychologia

"Smutek dzielony z drugą osobą jest połową smutku,  radość dzielona z kimś jest podwójną radością". O sztuce przyjaźni

Niezachwianym filarem prawdziwej przyjaźni zawsze była i jest życzliwa wymiana uczuć. (Fot. iStock)
Niezachwianym filarem prawdziwej przyjaźni zawsze była i jest życzliwa wymiana uczuć. (Fot. iStock)
Budowanie przyjaźni jest jak misterne wyplatanie koszyka. Musisz umieć się zatrzymać, poświęcić czas, mieć cierpliwość i zaangażować się w szczegóły, by powstało coś pięknego. Najpierw jednak… otwórz serce. Bo czasem nic plus twoi przyjaciele równa się mnóstwo czegoś. Oni stają się fragmentem twojej biografii jak data urodzenia czy imiona rodziców.

Czy masz choć jedną, a maksymalnie trzy osoby, z którymi podzieliłbyś się uczuciami w chwili załamania? A takie, którym możesz złożyć niespodziewaną wizytę bez potrzeby usprawiedliwiania się? Potrafisz wskazać ludzi, z którymi spędzasz czas na rekreacji i zabawie? Istnieje ktoś spoza rodziny, kto pożyczy ci pieniądze, gdy będziesz potrzebować, lub pomoże w sposób praktyczny, gdy zajdzie konieczność? Pomysłodawcą tych pytań, diagnozujących kondycję bliskich relacji, jest autor książki „Sztuka przyjaźni”, psychoterapeuta i pastor Alan Loy McGinnis. Warto je sobie zadać.

Należysz do szczęśliwców, którzy na większość pytań odpowiedzieli twierdząco? Zachowałeś więc umiejętność pielęgnowania związków, obdarzania ich troską i uwagą. Jednak jeśli dominują u ciebie negatywne odpowiedzi, straciłeś zręczność w sztuce przyjaźni. Być może skupiłeś się na samorozwoju, zarabianiu pieniędzy, zbawianiu świata. Może schowałeś się w domu w lęku przed innymi albo poświęciłeś się obowiązkom rodzinnym, nie bacząc na przyjaciół. A to właśnie oni pomogą ci dostrzec chwile szczęścia, pokazując ci, czym jest bliskość. Zapewnią odpoczynek od zwyczajności. Zaakceptują wszystko, co chciane w tobie i niechciane.

Sednem przyjaźni jest wzajemna życzliwość, możliwość polegania na sobie, dzielenia się przeżyciami i wzajemna odpowiedzialność za siebie dwóch osób. Wszystkie te aspekty – już zdaniem starożytnych epikurejczyków – niosły potencjał uniesienia, nieporównywalny z inną rozkoszą. Amicycja – bo tak o niej mówili – to wcale nie koleżanka z dużym biustem, jak żartował Leszek Niedzielski w kabarecie Elita. To jedna z najbardziej cenionych w historii, szczęściodajnych cnót. Chciałbyś się w niej zrealizować? Jak wszystko, co wartościowe, nie spadnie ci z nieba.

Przyjaźń według badań CBOS-u jest istotną wartością tylko dla co dziesiątego Polaka. Bo pojawiło się na świecie wiele wartości konkurencyjnych. Rozwój, rozrywka, wygoda nie są niczym zdrożnym. Potrafią nadać życiu rytm i treść. Mogą uszczęśliwiać. Ale nie są to wartości więzotwórcze. Bo zamiast pobyć z kimś razem, idziesz na zakupy. Zamiast poświęcić czas czyjejś sprawie, zamykasz się w wyścigu po doktorat, podwyżkę czy awans. Wspaniale. Tyle że robisz to solo, więc na końcu ścieżki też zostaniesz sam. Będziesz świętował we własnym towarzystwie, bo gdy nie masz przyjaciół, twój sukces nikogo oprócz ciebie nie ucieszy.

– Uczucia szczęścia nie da się na dłuższą metę generować samodzielnie – twierdzi psycholog Violetta Nowacka z poradni SELF Przyjazne Terapie w Poznaniu. – Jeśli o naszym powodzeniu wie przyjaciel, a my mamy świadomość, że cieszy się nim, odczuwamy radość na znacznie głębszym poziomie. Kilkakrotnie dłużej też utrzyma się ona w naszym ciele.

Może więc zanim pozostawimy przyjaźń na trzecim planie życia, warto wejrzeć w swój system wartości, nazwać każdą z nich i uszeregować je według kryterium ważności. A potem zadać sobie pytanie, które z nich rzeczywiście są dla mnie istotne. Z ręką na sercu przyznać, w jakim stopniu faktycznie odzwierciedlamy je w życiu. Zdecydowałeś, że chcesz przyjaźni? Przypomnij sobie, jak ją uprawiać. Panuje obiegowa opinia, że podwaliną bliskich relacji są wspólne rozrywki, poglądy, zainteresowania. Słyszymy wokół, że wielkie znaczenie ma ilość wspólnie spędzanego czasu, wzajemne obdarowywanie się przysługami czy prezentami. Tymczasem to tylko dodatki do autentycznej przyjacielskiej relacji. Bo jej niezachwianym filarem zawsze była i jest życzliwa wymiana uczuć.

Wiążę się, bo czuję

Od początku dziejów przyjaźń uważana była przez filozofów za niezbędną do życia. Arystoteles wyróżniał jej trzy rodzaje. Pierwszą – opartą na przyjemności, drugą – na pożytku i trzecią – na tzw. dzielności etycznej, czyli na cnocie. Ten trzeci rodzaj relacji przyjacielskiej szanował i uznawał za właściwy, bo tylko ukierunkowana na dobro drugiego człowieka, a nie na korzyści wynikające z obcowania z nim, miała dla niego wartość. Współczesna psychologia wniosła do tej definicji jeszcze jeden aspekt. Emocjonalną naturę przyjaźni. Staje się ona bowiem autentyczną więzią wtedy, gdy potrafimy dedykować ją uczuciom. Mówi się, że smutek dzielony z drugą osobą jest połową smutku, a radość dzielona z kimś jest podwójną radością. To instrukcja, jak budować rusztowanie dla przyjaźni.

Wbrew pozorom mniej ważne, jak często się spotykacie i czy lubicie te same filmy. Drugoplanowe, czy blisko siebie mieszkacie i czy zaliczyliście w życiu podobne doświadczenia. Nie zaprzyjaźnisz się z nikim naprawdę, jeśli nie zaczniesz dzielić się swoimi dobrymi i złymi uczuciami. Ani jeśli nie nauczysz się być odbiorcą dobrych i złych uczuć, którymi ktoś zechce się z tobą podzielić. Wszystkie dobre nawyki przyjaźni, które warto kultywować, wynikają z tej prawdy.

Otwarcie po wsparcie

Kobiety i mężczyźni zapytani o definicję przyjaźni określają ją, używając różnych słów. I tak… panie mówią o powiernictwie i zaufaniu, panowie zaś o towarzystwie osoby, którą lubią. Panie o dzieleniu się troskami i sprawami dnia codziennego, panowie – o tych, z którymi od czasu do czasu zagrają w tenisa.

– Dzielenie się uczuciami kobietom przychodzi łatwiej. Przekonanie o tym, że troski warto trzymać w sobie i nie obciążać innych, nie służy przyjaźni – mówi Violetta Nowacka. – Jeśli chcemy ćwiczyć umiejętność kształtowania bliskich związków, nauczmy się prosić o wsparcie. Zgłośmy się do przyjaciela i zapłaczmy. To właściwa reakcja. Rzucanie się w wir zakupów, morderczej pracy, ekstremalnych przygód, zamykanie się w sobie w kącie i czekanie, aż sam się zorientuje – to błąd. Przyjaciel nie czyta w twoich myślach. Otwarte zwracanie się do niego ze swoim bólem… to cnota.

Nie chcesz odreagowywać złych emocji na innych? Samo odreagowanie nie jest niczym złym. Najważniejsze, by robić to w kontakcie z drugą osobą, a nie jej kosztem. „Zaproś przyjaciela do swojej złości, do swojego smutku. Pozwól, by się w nich rozgościł, pobył z nimi. Z tobą. Zrozumiał, współodczuł. Powiedz mu, jak ci źle, patrząc mu prosto w oczy. Bez oporów, wstydu, owijania w bawełnę. A przyjdzie ulga”, pisze Alan Loy McGinnis w „Sztuce przyjaźni”.

A kiedy załamany przyjaciel zapuka do ciebie? Ważne są dwie rzeczy. Pierwsza – znajdź czas dla niego, gdy tego potrzebuje, a nie po pracy, w sobotę, za dwa dni. Druga – gdy już dojdzie do spotkania, nie przechodź od razu do znajdywania gotowych rozwiązań.

Uprawianie cnoty przyjaźni to przede wszystkim wewnętrzna zgoda, że część twojego życia oddajesz bliskiej osobie. Określony czas, energię, uwagę, które nie będą już należeć do ciebie. To gotowość do bycia dla drugiego człowieka. Cena za stabilność i szczęście w bliskości. Sztuką jest też współtworzenie z kimś przestrzeni, w której powie wszystko, co zechce. Wyrazi uczucia, z którymi do ciebie przyszedł. Zwerbalizuje je, a zarazem wypowie je ciałem w postaci łez czy zaciśniętych pięści. Prawdziwy przyjaciel nie przerwie drugiemu, wysłucha. I dopiero potem zdecyduje się powiedzieć: „Bardzo ci współczuję”. Przytuli. Pocieszy.

– Czasem popełniamy błąd, przechodząc od razu do praktyki pomagania, wymyślania rozwiązań. A umiejętność uważnego słuchania, okazywanie zrozumienia dla wszelkich uczuć, nieprzerywanie czy dotyk, bywają cenniejsze. Dają poczucie uwolnienia. To realna pomoc – uważa Violetta Nowacka. – Podrzucanie przedwcześnie gotowych recept nie pomaga rozładować emocji. Ale gdy to już się stanie, podpowiadanie rozwiązań bywa niezbędnym etapem spotkania z przyjacielem w potrzebie, szczególnie gdy jest mężczyzną. Dla panów pomysł na „następny krok” bywa warunkiem koniecznym, by spełnili się w bliskim kontakcie. Paniom wystarcza czasem ukojenie.

Za rękę po jasnej stronie

Od lat krąży przysłowie, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Tymczasem oddany kompan zjawi się przy tobie w każdej sytuacji. Zapraszanie go do swojej radości, odnajdywanie energii i czasu, żeby z nim świętować własne sukcesy, to element praktyki dobrej przyjaźni. Istotą więzi są emocje, więc wspólne oblewanie podwyżki, zmiany pracy, zażegnania zmartwień nie spełnią swojej roli, jeśli na tym poprzestaniesz. Spełni, jeśli wyrazisz radość ze swojego sukcesu w obecności towarzysza. I jeśli zadedykujesz mu ten sukces.

Dzielenie się dobrymi uczuciami bywa tak trudne jak wyrażanie tych uważanych za złe. Doceniaj więc siebie, pokaż, jak cieszy cię twój sukces. I jak ważne jest, że możesz go dzielić z taką osobą. Twój przyjaciel poczuje się jego współtwórcą. Okaż mu wdzięczność za to, kim się dla ciebie stał, i doceń jego wkład w twój dobrostan. Wiele poradników o przyjaźni rozpisuje się na temat rytuałów, jak konieczność regularnych spotkań czy sprawianie bliskim dziękczynnych upominków. Jak twierdzi Violetta Nowacka, tak jak żaden rytuał pozbawiony emocjonalnego przeżycia, tak i sam prezent nie zacieśni więzów przyjaźni. Uczyni to zaś wypowiedzenie podziękowań z otwartym sercem i patrzenie towarzyszom w oczy.

A jeśli to przyjaciel jest tym, któremu się powiodło, i zaprosił cię do świętowania? Sztuką, którą możesz ćwiczyć, jest zaangażowanie w jego radość. Umiejętność kibicowania mu, cieszenia się jego szczęściem, gratulowania, okazywania podziwu. Bez żalu. Udawania. Ale jeśli zamiast dobrych uczuć poczujesz wtedy zawiść czy złość, znaczy to, że mógłbyś najpierw zmienić siebie, zanim sięgniesz po praktykę bliskości. Bo nic bardziej nie zniszczy plonów przyjaźni niż twoje złe myślenie o sobie samym.

  1. Psychologia

Gdy przyjaciel staje się wrogiem

W przyjacielu możesz się przejrzeć jak w lustrze. To, co drażni cię w nim, znajdziesz też w sobie. (Fot. iStock)
W przyjacielu możesz się przejrzeć jak w lustrze. To, co drażni cię w nim, znajdziesz też w sobie. (Fot. iStock)
Ponoć pokrewne dusze zawsze znajdą do siebie drogę. I tkwi w tym głęboka prawda. Druga brzmi mniej optymistycznie, bowiem tylko ci, którym ufasz, mogą cię zdradzić czy zranić. Trzecia pozbawia złudzeń, bo najszybciej to właśnie przyjaciel przyczyni się do twojego upadku, skaże na samotność. A czwarta prawda… budzi nadzieję.

Wyrzuty, pretensje, szkalowanie w sieci, na koniec list do zwierzchnika, po którym Adę zwolniono ze stanowiska konsultanta w urzędzie pracy. Kłopotami zakończyła się jej blisko siedmioletnia przyjaźń z Gosią, zabawną i gadatliwą badaczką wschodnich kultur. Poznały się na pokazie filmów arabskich. Małgosia powiedziała dowcip, po którym śmiały się do łez. Rozumiały świat podobnie, inaczej żyły. Uzupełniały się i wzajemnie podziwiały w sobie to, co było mocną stroną każdej. Ada, stabilna mężatka, zmęczona monotonią pracy. Postrzelona Gosia, pochłonięta pasją naukową, sypiąca anegdotami z rękawa, była dla Ady odskocznią od szarości. Z kolei przeżywająca zawody miłosne Gosia mogła liczyć na jej wsparcie. Wiedziała o Adzie wszystko. O konflikcie z szefem na wiecznym rauszu, marzeniu o własnej poradni. Po pięciu latach Gosia wyjechała na stypendium do Belgii.

Pewnego dnia po powrocie do domu Ada znalazła na Skypie wiadomość: „Mam raka. I tylko Ciebie. Małgorzata”. Zaczęło się szukanie pomocy, doktorów, szamanów. – W ciągu 18 miesięcy byłam u Gosi osiem razy. Stałam się opiekunką, kasą zapomogowo-pożyczkową, matką i ojcem. Następnie wybawcą, wróżką i księdzem. Operacja zwróciła Gosi siły, emocjonalnie nie mogła do siebie dojść – mówi Ada. – Zatraciły się granice. Jej apetyt na wsparcie eskalował tak, że stał się nie do przejścia. Nie było próśb, ale roszczenia. Bo prawdziwy przyjaciel „musi”, „ma obowiązek…”. Powiedziałam: „Mam swoje życie. Będę cię wspierać, ale nie pięć razy dziennie. Nie przyjadę w tym roku więcej. Wykorzystałam cały urlop. Masz się lepiej, więc usłysz własne myśli. Zostań z nimi choć na chwilę sama”.

Wściekłość na „odrzucenie chorej i samotnej w najgorszej chwili”. Taka była reakcja Gosi. Ada starała się tłumaczyć. Na próżno. Na portalu ZnanyLekarz.pl znalazła wpis, że jest niekompetentnym doradcą i psychologiem. Że krzywdzi ludzi. Po adresie IP ustaliła autora. Miesiąc później na dywaniku z ust przełożonego usłyszała to, co mówiła o nim przyjaciółce. Wraz z określeniami, jakich w emocjach użyła. „Frajer” i „moczymorda” nie przedłużył jej więc umowy. Ada zablokowała kontakty z Gosią.

Wyjątkowo bolesny finał? Przeciwnie. Historia jakich tysiące. W ankiecie przeprowadzonej na jednym z portali internetowych „Czy zdarzyło się wam kiedykolwiek, by największy przyjaciel stał się waszym największym wrogiem?” aż 61 procent odpowiedzi okazało się twierdzące. To prawie dwie trzecie korzystającej z Internetu populacji. Reszta? Ma takie doświadczenie przed sobą lub jest siebie na tyle świadoma, by wiedzieć, jak zarządzać kryzysem, nim wróg sięgnie po nóż. Bo z racji natury głębokiej zażyłości przynajmniej raz w życiu bratnia dusza staje się naszym antagonistą, rywalem, adwersarzem, balastem, zaborcą czy napastnikiem.

Cudownie z bratnią duszą

Potrzeba przyjaciół jest naturalnym pragnieniem na każdym etapie życia. Ich brak zaś bywa tak niebezpieczny dla zdrowia jak palenie i złe odżywianie. Osoby utrzymujące relacje społeczne mają o połowę więcej szans na przeżycie niż samotnicy lub ci, którzy ograniczają kontakty do małżeńskich. Czym to tłumaczyć? Z badań amerykańskiej terapeutki dr Samanthy Linenburg wynika, że przyjaciel daje więcej sygnałów akceptujących i wspierających niż kolega z pracy czy współmałżonek. Zaobserwowała też, że hojniejsze są panie, bo gdy rozmawiają z mężem, mogą liczyć, że pokiwa on głową raz na 5 minut. A przyjaciółka zrobi to średnio co 43 sekundy. Zwroty „rozumiem” albo „tak, oczywiście” padną z ust męża co 7 minut. Ona wypowie je w rozmowie co półtorej minuty. Czyżby więź z bratnią duszą była głębsza niż więzy krwi? Mówi się, że „przyjaźnie to rodzina z wyboru”. Bo nie zawieramy ich z przypadkowymi osobami, które staną na drodze. Bliskich kolegów… właśnie wybieramy. Otaczamy się ludźmi do nas podobnymi. Na początku idealizujemy ich, uważamy za niepowtarzalnych. Ale oczarowanie na pierwszych spotkaniach, wspólnota doświadczeń czy zainteresowań, jaka nas wtedy cieszy, to sprawa drugorzędna.

Jak uważa Anna Lissewska z gabinetu psychoterapii psychoanalitycznej w Olecku, pracująca również online, głównym motorem do poszukiwania przyjaciół są deficyty z dzieciństwa i wynikające z nich sposoby radzenia sobie w dorosłym życiu. Bo szukamy osób, które zaspokoją nasze emocjonalne głody, np. potrzebę opieki czy akceptacji. Zawierając przyjaźń, pokładamy w niej więc konkretne, nieświadome oczekiwania.

– Problem w tym, że wybrana osoba czuje ten sam głód, tylko inaczej próbuje go zaspokoić, np. dając innym to, czego sama potrzebuje. Stąd częste układy ratownik i ofiara, zaradna i niezaradna, odpowiedzialna i niefrasobliwa. Nietrudno się domyślić, że głodny w roli karmiciela długo nie wytrzyma, więc konflikt to kwestia czasu – mówi. – Pokrewna dusza jest do nas podobna zwłaszcza w tych negatywnych aspektach, których nie jesteśmy w stanie w sobie zaakceptować, a nawet ich tam dostrzec. Przyjaciel służy więc do tego, by męczyć się z nim, a nie ze sobą. A gdy już mamy dość, nadzieja, że pozbędziemy się trudnego kawałka siebie, wyrzucając go z życia razem z kimś bliskim, popycha nas do zerwania znajomości.

O ile łatwiej zastanawiać się nad niezaradnością koleżanki, niż mierzyć się z tym deficytem w sobie. Nasze poczucie wszechmocy ucierpiałoby przecież. O ile wygodniej nie zajmować się własną agresją, tylko mieć za kumpla furiata. Będzie złościł się „za nas”, byśmy mogli w tym czasie odgrywać przed własną osobą ostoję spokoju. O ile prościej spędzać czas z kimś odrobinę chciwym, niż dostrzec, że sami większość dnia skupiamy się na pieniądzach. Musielibyśmy przyznać się do nikczemnej natury, a my wolimy myśleć o sobie, że jesteśmy szlachetnymi altruistami.

– Przyciągamy konkretne osoby. Jeśli ktoś nie dysponuje „właściwym zapleczem”, to między nami nie kliknie – kwituje Anna Lissewska.

Wciąż doktor Jekyll czy już pan Hyde

„W jednej chwili zmieniła oblicze o 180 stopni. Ze skupionej, rzeczowej osoby zrobił się rozkojarzony potwór”. „Zostawiła mnie samą! Sadystka!”, „Nie zniżyłabym się do podrywania faceta koleżanki. Mam chęć oblać kwasem jej piękną buzię”. Przez chwile, w których przyjaciel staje się wrogiem, przebija zaskoczenie. Ale też rozczarowanie i złość. Czasem potrzeba okrutnej zemsty albo… odcięcia się od obiektu niechęci. Gdy przychodzi moment niespełnienia oczekiwań przez osobę bliską, pojawiają się opór i agresja. Czasem próba manipulowania jej poczuciem winy.

Jak mówi poznańska psycholog i psychoterapeutka Monika Osakiewicz, zapłonem takiej sytuacji bywa kropla przelewająca czarę goryczy. Np. zbyt przesadne roszczenie strony, która uważa, że druga nie sprostała „obowiązkom prawdziwego przyjaciela”. – Do konfliktu prowadzić też może zwlekanie z postawieniem komuś granic. Dajemy sobie wejść na głowę, nie chcąc urazić bratniej duszy. Ale poczucie bycia wykorzystanym i złość kumulują się. Stajemy się bombą zegarową z opóźnionym zapłonem – wyjaśnia. – Czasem do waśni dochodzi po latach świetnych stosunków. Bo nie aktualizujemy własnych map. Brak nam uważności na kogoś, z kim znamy się przecież jak łyse konie. I pewnego dnia zdziwieni orientujemy się, że to ktoś całkiem inny niż ta cudowna osoba sprzed lat. Zmiana budzi sprzeciw. Znacznie łatwiej wtedy zobaczyć kogoś w negatywnym świetle, źle go ocenić, przypisać mu całe zło.

– Podświadomość nie zna słówka „nie”. Gdybyśmy przyjrzeli się z bliska sytuacji pomstowania na wroga, dostrzeglibyśmy, że mówiąc: „Nigdy bym czegoś takiego nie zrobiła”, „nie zniżyłabym się do…”, „nie rozumiem, jak można być tak…”, odżegnujemy się od własnych, niechcianych przywar czy pobudek. Po to, by toczyć z nimi walkę. Ale nie w sobie, tylko w kimś – tłumaczy Anna Lissewska. – Takie radzenie sobie z niechcianymi aspektami nas samych jest lżejsze. Nie wymaga gorzkiej konfrontacji z prawdą o sobie. Im bardziej zależy nam na tym, by jej nie zobaczyć, tym bardziej „wpychamy” ją komuś i nie potrafimy go znieść. Pojawia się wrogość, eskaluje konflikt, wybucha wojna. Najczęściej zrywamy wtedy kontakt z ekstowarzyszem. Mamy nadzieję, że wraz z nim odejdą z naszego życia słabość, złośliwość, interesowność, okrucieństwo, brak wyczucia itd. Całe zło, przez które nie moglibyśmy spać, gdybyśmy je u siebie zobaczyli. Ale czy to skuteczna strategia? Nie bardzo. Bo po śmiertelnym wrogu nie ma śladu. A nasze ja… wciąż paskudne.

Dzięki wrogom zdrowiejemy

Jak wynika z badań TNS, Polacy wolą więzi towarzyskie z osobami tej samej płci. Co więcej, zapytani o trzech najlepszych przyjaciół, w 58 procentach wskazują same kobiety, a tylko w 3 procentach samych mężczyzn. Czy łamie to stereotyp o silniejszej męskiej przyjaźni i płytszych relacjach między kobietami? Według prof. Janusza Czapińskiego tak. Ale w badaniu najciekawsze jest to, że co czwarty Polak w ogóle nie ma przyjaciela. Wzajemna niechęć wrogów eskaluje i padają słowa, po których trudno odbudować więź. Zapiekły konflikt z czasem blednie, a my… nie potrafimy wyciągnąć do siebie ręki. Przyjaciel maluje się w naszej pamięci jako życiowa pomyłka, największy zawód. Nie potrafimy wybaczyć. To przepis na samotność. Trudno nam zbudować kolejną relację w obawie przed powtórką z rozrywki. Co jest rozwiązaniem? Obłaskawić wroga, odzyskać przyjaciela. Bo konflikt służy czemuś dobremu. Rozwojowi naszej wspaniałości, wewnętrznemu zdrowieniu, pogłębianiu związków.

– Od wroga możemy wziąć więcej niż od przyjaciela. Pod warunkiem że umiemy przyjąć do siebie „zło”, które mu przypisaliśmy. Zobaczyć je w sobie. A gdyby to było proste, nie mielibyśmy wojen – mówi Anna Lissewska. – Po pierwsze, nasz przyjaciel-wróg musi być na tyle dla nas ważny, byśmy chcieli o niego walczyć. Zebrać w sobie moc pokory, odpuścić, zadzwonić i powiedzieć: „Wiesz, poniosło mnie, wybacz mi, przepraszam”. Po drugie, musimy wszystkiemu, czego w nim nienawidzimy, przyjrzeć się jako swojemu. Ego schować do kieszeni i przełknąć gorzką pigułkę wiedzy na swój temat. Wróg rozpoznany w sobie chroni przyjaźń przed konfliktem, bo przestajemy nieświadomie popychać bratnią duszę do odegrania roli nieprzyjaciela.

– Niska samoocena nie pomoże przejść z otwartym sercem przez urazę – mówi Monika Osakiewicz. – Zdarza nam się myśleć, że hołubienie niechęci to zadawanie bólu wrogowi. Ale pielęgnując negatywne emocje do innych, osłabiamy własne siły. Wieloletnia zadra czyni spustoszenia w naszej zdolności do szczęścia i w układzie odpornościowym.

Gdy przyjaciela-wroga przestajemy traktować źle, nie prowokujemy go, nie ma na co reagować. Konflikt słabnie. Nasze serdeczne słowa rozbrajają jego napięcie. Tworzy się przestrzeń do zgody. Ale czy nasz eksprzyjaciel poda nam rękę?

Zażegnanie konfliktu wymaga skruchy dwóch stron. Obopólnego przyznania się do błędu. Rozprawienia się z własną niedoskonałością. Jednak nad pokrewną duszą nie mamy kontroli. Jak pisał amerykański autor bestsellerów dla młodzieży David Levithan: „Masz wpływ na wybór swoich przyjaciół. Masz wpływ na kształt swojego nosa. Ale nie masz wpływu na kształt nosa swoich przyjaciół”.  Jeśli zdecydują się odejść, życz im szczęścia.

  1. Psychologia

Urlop ze znajomymi - jak wyjechać i wrócić w przyjaźni?

Jadąc na urlop z przyjaciółmi, nie zakładajmy, że będzie świetnie, bo znamy się tyle lat. (Fot. iStock)
Jadąc na urlop z przyjaciółmi, nie zakładajmy, że będzie świetnie, bo znamy się tyle lat. (Fot. iStock)
Jadąc na urlop z przyjaciółmi, nie zakładajmy, że będzie świetnie, bo znamy się tyle lat. Ustalmy wcześniej zasady, a potem dajmy sobie trochę wolności. Wtedy czas spędzany razem będzie nam bardziej smakować – radzi psychoterapeutka Bianca-Beata Kotoro.

Przyjaźnili się dopóty, dopóki nie pojechali razem na wakacje. Często słyszysz takie historie? Oczywiście, wiele osób jedzie na wakacje w przyjaźni i wraca w przyjaźni, ale bywa też, że ludzie znają się od lat, zwierzają się sobie, znają swoje mocne i słabe strony, sądzą, że wspólny urlop będzie wspaniały, będzie ukoronowaniem ich relacji, a on okazuje się katorgą.

Dlaczego? W stosunku do wakacji tak jak do świąt Bożego Narodzenia mamy zwykle ogromne i nierealistyczne oczekiwania. Spodziewamy się idylli. Nawet partnerzy, którzy od miesięcy ze sobą nie rozmawiali, liczą, że kiedy tylko zmienią strefę czasową, ich związek rozkwitnie, a od dawna odkładane sprawy same się załatwią. Rzeczywistość nie jest w stanie sprostać temu magicznemu myśleniu. Poza tym urlop to czas, kiedy nareszcie możemy pozbyć się tych wszystkich masek, które na co dzień w różnych sytuacjach zakładamy. Wreszcie możemy być sobą, robić to, na co mamy ochotę, żyć według swojego rytmu. I może się okazać, że ten nasz rytm różni się od rytmu znajomych. My o 6:00 jesteśmy gotowi do działania, a oni stwierdzają: „Jakie śniadanie? I co z tego, że je opłaciliśmy?!”. Problem zaczyna się, gdy nie potrafimy zaakceptować tych różnic i oczekujemy, że druga strona się dopasuje.

Wcześniej nie widzieliśmy, że się różnimy? Widzieliśmy, ale łudzimy się, że nie będzie nam to przeszkadzać. Zwłaszcza jeśli nieraz wyjeżdżaliśmy razem na weekend i było świetnie. Ludzie często są zdziwieni, że mają takie dobre wspomnienia ze wspólnych wypadów, a urlop razem się nie udaje. Ale tu nie ma prostego przełożenia. W trakcie weekendowego wypadu jesteśmy na wysokich obrotach, nie zdążymy się sobą zmęczyć, sytuacji konfliktowych jest mniej, a my jesteśmy bardziej skłonni do współpracy. Jakoś idzie. Co innego, jeśli mamy spędzić ze sobą tydzień, dwa. Te wszystkie drobiazgi: „Mieliśmy pojechać na wycieczkę, ale wy nie wstaliście”; „Łazienka za długo jest zajęta” itd., zaczynają się nawarstwiać i stają się nie do wytrzymania. Na co dzień między przyjaciółmi też dochodzi do różnych konfliktów, bo przecież w przyjaźni nie chodzi o to, by głaskać się po głowie, ale potem wracamy do domu, mamy czas, by od siebie odpocząć, emocje opadają. Kiedy w czasie urlopu dzielimy ze sobą apartament, często nie ma na to miejsca.

Zwłaszcza gdy wierzymy, że z przyjaciółmi wszystko musimy robić razem. To częsty mit. Zrozumienie i zaakceptowanie tego, że nawet jeśli kogoś bardzo lubię, nie muszę być z nim 24 godziny na dobę, wielu osobom bardzo by pomogło. Nawet najwspanialszy tort czekoladowy przestanie nam smakować, jeśli będziemy go jeść przez tydzień bez przerwy. Oczywiście, jedziemy razem po to, by ze sobą być, ale jeśli damy sobie trochę wolności, to czas spędzany wspólnie będzie nam bardziej smakować, będzie jak wisienka na torcie.

Łatwo mówić. Poznałam kiedyś dziewczynę, która skarżyła się, że gdy pojechała ze swoją koleżanką z pracy na wycieczkę, ale nie spędzała z nią każdej chwili, nowi znajomi wciąż pytali ją: „To wy się  wcześniej znałyście? Dlaczego nie trzymacie się razem?”. My musimy bardzo dużo o sobie wiedzieć, żeby umieć oprzeć się temu, że komuś nie pasujemy do jakiegoś stereotypu. Jeżeli mamy silne poczucie własnej wartości i świadomość tego, co nam służy, to jesteśmy w stanie się obronić. Są jednak osoby, dla których ta presja będzie problemem. Nawet jeśli przez chwilę byli zadowoleni ze swojego wyboru, to otoczenie zasieje wątpliwości.

Niektórzy mogą też poczuć się odrzuceni. Pomyśleć: „Jak to? Znajomi nie chcą spędzać  nami czasu?”. Takie myślenie może wynikać z niskiego poczucia własnej wartości. Wtedy to, że przyjaciel chce spędzić czas sam, odbieramy osobiście i emocjonalnie. Myślimy: „Musiałam zrobić coś takiego, że ma mnie dość”. Najczęściej jednak jest to konsekwencja braku wcześniejszych ustaleń.

Warto przed wyjazdem zaproponować znajomym rozmowę o tym, jak sobie wyobrażamy nasze wakacje, jakie przyjmujemy zasady? Oczywiście.

Nie usłyszymy: „Zwariowałaś?! Przecież wakacje mają być na luzie, mamy robić to, co chcemy, a nie trzymać się jakiegoś planu!”? Pewnie usłyszymy. Można wtedy odpowiedzieć, że właśnie po to, by nie zwariować na wakacjach, wcześniej trzeba pewne rzeczy omówić. Powiedzmy np. „Ja na wakacjach czasem lubię zejść na śniadanie, a czasem zjeść w pokoju i nie chcę być do niczego zobligowana”. Jeśli druga strona ma tak samo, to świetnie. Ale jeśli np. chce od rana pływać na windsurfingu, ustalmy na przykład, że pierwszą połowę dnia spędzamy osobno, a drugą razem. Nie twierdzę, że mamy być sztywni, pewna elastyczność też jest potrzebna, ale omówmy podstawy, będziemy wiedzieć, na czym stoimy. Nie jedźmy z założeniem: „Będzie świetnie, bo znamy się tyle lat”.

Co trzeba omówić przed wyjazdem? Finanse. To, czy wykupujemy jedzenie w hotelu, czy będziemy gotować sami, czy się na coś składamy i na jakich zasadach. Pieniądze bardzo często są źródłem konfliktów, np. wyjeżdżają dwie pary, ustalają, że będą przygotowywać jedzenie razem i dzielić wszystkie koszty na pół. Potem się okazuje, że jedna osoba odlicza jedną czwartą wina, bo go nie piła, i podczas zakupów wyjmuje z koszyka zbyt drogie w jej mniemaniu produkty, bo „nie są niezbędne”, a druga nie zamierza odmawiać sobie lokalnych, nawet drogich, przysmaków. Jedni mówią „Miało być najtaniej”. Drudzy pytają: „A kto to powiedział?”.

Może lepiej nie mieć wspólnej kasy? Ja mogę tylko powiedzieć, że taki wniosek wyciąga po fakcie wiele osób. Można przygotowywać razem jedzenie, można chodzić razem do sklepu, ale do koszyka lepiej wkładać to, na co my mamy ochotę i za co sami zapłacimy. Możemy zaprosić przyjaciół na kolację, ale też bez oczekiwania, że się odwdzięczą.

A co zrobić, gdy nic wcześniej nie omówiliśmy, wyjechaliśmy i na miejscu nie możemy  się dogadać – znajomi narzucają swoją wolę albo irytują nas swoim zachowaniem? Jak najszybciej trzeba usiąść przy stole i powiedzieć np. „Nie ustaliliśmy tego wcześniej, więc chcemy zrobić to teraz. Dla nas tempo zwiedzania jest zbyt szybkie i jutro chcemy poleżeć nad basenem, zamiast jechać na wycieczkę”. Wiem, że to może być trudne, bo zwykle, kiedy mówię, że w takich sytuacjach ważna jest szczera rozmowa, słyszę: „A jakieś inne rozwiązanie?”. Tyle że to jest najlepsze. Pozbądźmy się magicznego myślenia: „Jeśli teraz odpuszczę i spędzę czas tak, jak chce moja koleżanka, to następnym razem ona nie narzuci swojej woli”.

Bo tym bardziej narzuci. Oczywiście, wyciągnie wniosek, że jeśli nie protestowałam, to mi się podobało. Może być nawet przekonana, że powinnam jej być wdzięczna.

Jak to? Na przykład ustaliliśmy, że wracamy na piechotę do hotelu, i dla nas to oznaczało przejście od punktu A do B, a dla niej zwiedzenie wszystkich kościołów po drodze, odwiedzenie dwóch kawiarni i kilku sklepów. Ona może być dumna z siebie, że tak świetnie zorganizowała wszystkim czas, a reszta może być zmęczona i wściekła. Nie mówię, że nie trzeba się dostosowywać, tylko że warto zadbać o siebie. Jeśli nie jesteśmy w stanie powiedzieć o naszych oczekiwaniach, to liczmy się z konsekwencjami, miejmy świadomość, że możemy mieć nieudane wakacje. Niestety, niektóre osoby nie są w stanie zdobyć się na taką szczerą rozmowę. To dla nich zbyt trudne.

Może one powinny pojechać z dalszymi znajomymi, z którymi łączy ich np. tylko pasja nurkowania? To dobry pomysł. Na wakacjach, inaczej niż w codziennym życiu, to, czy nam się z kimś ułoży, zależy mniej od jego osobowości, a bardziej od tego, czy lubi tak samo spędzać czas. Poza tym w towarzystwie dalszych znajomych dajemy sobie zwykle większą przestrzeń, nie mamy poczucia, że musimy się sobą zajmować, co zdarza się np. kiedy jadą dwie przyjaciółki, zwłaszcza gdy jedna z nich nie potrafi spędzać czasu sama.

Są osoby, które nie umawiają się w kawiarni, tylko przed nią, żeby nie musiały same  siedzieć przy stoliku. Wyjazd z osobą, która nie jest w stanie nic robić osobno, przypomina wyjazd z dużym dzieckiem. Nie mówię, że to zły pomysł, ale trzeba mieć świadomość tego, na co się piszemy, koleżanka na wakacjach się nie zmieni. Świetnie, że na co dzień się dogadujemy, ale czy musimy jechać razem na wakacje? Obawiam się, że byłoby to trochę poświęcenie ich w imię tego, by komuś było dobrze. Zresztą to tak samo działa w drugą stronę. Ktoś może być świetnym kumplem na wakacjach, ale żyć z nim na co dzień? O nie!

A co sądzisz o wspólnym wyjeździe pary i singielki? Zakładam, że jeśli dwie osoby są razem, to nikt ich do tego nie zmusza, a ta singielka też nie będzie się naszemu partnerowi narzucała. A jeśli nawet do tego dojdzie, to on nie jest przecież bezwolny. Jeśli jesteśmy w dobrym związku, nie widzę problemu. Chyba że między nami się nie układa, jestem zazdrosna czy czuję się zagrożona, ale wtedy w ogóle wyjazd z kimkolwiek może być ryzykowny. To nie jest tak, że jeśli my mamy kryzys w małżeństwie i pojedziemy ze szczęśliwą parą, to my się tym ich udanym związkiem zarazimy, nasze brudy nie wyjdą, problemy same się załatwią.

A co zrobić, gdy dojdzie do wielkiej kłótni ze znajomymi? Postarajmy się jakoś dotrwać do końca urlopu, nie wracając do tematu.

Mamy to tak zostawić? Do powrotu z wakacji. Potem warto porozmawiać o tym, co zaszło. Ale już bez silnych emocji czy nadinterpretacji. Odwołajmy się do konkretów, faktów. Nie zostawiajmy tego, co się wydarzyło, bez komentarza, bo znajomość się rozpadnie. Mam poczucie, że jeśli chodzi o relacje, zbyt często się poddajemy. Myślimy: „Jak nie ci, to będą inni”. To błąd. Jeśli wiele lat łączyło nas coś ważnego, nie rezygnujmy tak łatwo, bez próby walki o naprawę i zrozumienie.

Uwaga, pole minowe!

Dzieci są na wakacjach jak tykające bomby. mogą zagrozić nawet najlepszej relacji między dorosłymi. Oto zasady, których warto przestrzegać, by nie doszło do wybuchu.
  • Nigdy nie krytykuj dzieci znajomych i nie rób im uwag. Od tej zasady nie ma wyjątków.
  • Nie rozmawiaj z partnerem o waszych przyjaciołach (a zwłaszcza ich nie krytykuj) w obecności swoich dzieci. Nie łudź się, że nie słyszą, bo się bawią, oglądają telewizję czy grają w grę. Słyszą. Każde słowo!
  • Jeśli twoje dzieci nie lubią dzieci przyjaciół, zrezygnujcie ze wspólnych wakacji. To, że wy – dorośli – uwielbiacie swoje towarzystwo, w niczym nie pomoże. Już prędzej sprawdzi się odwrotna sytuacja, czyli wyjazd z niezbyt lubianymi znajomymi, których dzieci przyjaźnią się z naszymi (chociaż też daleko jej do ideału).
  • Jeśli dzieci się pokłócą, nie panikuj. To dla nich okazja, by ćwiczyć umiejętności społeczne. Zamiast pytać, kto zaczął, pytaj, jak mogą rozwiązać sytuację. Staraj się nie załatwiać niczego za nich. Jeśli jednak nie są w stanie dojść do zgody, np. kłócąc się o zabawkę, zaproponuj, że będą się po kolei nią bawić. Każde przez pięć minut.
  • Staraj się wyjeżdżać ze znajomymi, którzy mają dzieci w podobnym wieku do twoich. Jeśli zdarzy się inaczej, nie wymagaj, by starsze dziecko zajmowało się młodszym. A jeśli już użyjesz argumentu: „Ustąp, bo jest młodszy” (lepiej tego unikać), daj też starszemu związane z wiekiem przywileje.
Bianca-Beata Kotoro, psycholożka społeczna, terapeutka, psychoseksuolożka, psychoonkolożka, dyrektorka Instytutu Psychologiczno-Psychoseksuologicznego Terapii i Szkoleń „Beata-Vita” w Warszawie.