1. Zwierciadlo.pl
  2. >
  3. Kultura
  4. >
  5. Paszporty Polityki 2019 rozdane - oto lista laureatów

Paszporty Polityki 2019 rozdane - oto lista laureatów

Gala rozdania Paszportów Polityki 2019. Na zdjęciu: Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Weronika Gęsicka i Olga Tokarczuk. (Fot. Agencja Forum)
Gala rozdania Paszportów Polityki 2019. Na zdjęciu: Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Weronika Gęsicka i Olga Tokarczuk. (Fot. Agencja Forum)
Tegoroczna gala Paszportów Polityki za nami. Nagrody przyznano w siedmiu osobnych kategoriach, a ceremonia wręczenia odbyła się we wtorek 14 stycznia w Teatrze Wielkim. Kogo w tym roku wyróżnił tygodnik "Polityka"? Oto pełna lista laureatów. 

Paszporty Polityki to prestiżowa nagroda kulturalna przyznawana rokrocznie przez tygodnik "Polityka". Wyróżnienia te otrzymują wybitni Polacy, których działalność przyczynia się do rozwoju polskiej kultury i sztuki. Nagroda przyznawana jest twórcom w siedmiu kategoriach: literatura, film, teatr, muzyka popularna, muzyka poważna, sztuki wizualne i kultura cyfrowa. Pierwsze Paszporty wręczono w 1993 roku.

"Paszport został wymyślony dla artystów, których talent przekracza średnie polskie normy i przestaje się mieścić w naszych geograficznych granicach"
Zwycięzcami 27. edycji Paszportów Polityki zostali Bartosz Bielenia, Weronika Szczawińska, Dominika Słowik, Weronika Gęsicka, Jakub Józef Orliński, Błażej Król, Dawid Ciślak. Nagrodę specjalną "Kreatora kultury" otrzymała noblistka Olga Tokarczuk.

Paszporty Polityki 2019 - pełna lista zwycięzców

Kreator kultury: Olga Tokarczuk. Nagroda za siłę płynącą z literatury. Za książki wyprzedzające swój czas – tak jak powieść „Bieguni”, która w przekładzie angielskim po 10 latach stała się ważnym głosem o współczesności. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” także święci triumfy na świecie po kilku latach od wydania w Polsce. Za sposób pisania, który sprawia, że książki o historii stają się zarazem opowieściami o naszym świecie. Za patrzenie w przyszłość, nie tylko samej literatury, ale naszej planety. I za „czułego narratora” oraz radość z Nagrody Nobla, która była dla nas w Polsce wielkim prezentem w trudnym czasie.

Film: Bartosz Bielenia. Ukończył Akademię Sztuk Teatralnych w Krakowie. Niepokojący, androgyniczny, niezdefiniowany, osobny. Trudno opisać fenomen tego młodego aktora. Znany był do tej pory z drugoplanowych ról kinowych. Dopiero brawurowy występ w „Bożym Ciele” Jana Komasy w pełni ujawnił jego ogromny potencjał. Mówi się o nim "aktorski kameleon". Jest laureatem nagród na festiwalach w Sztokholmie i Chicago.

Teatr: Weronika Szczawińska. Absolwentka reżyserii w warszawskiej Akademii Teatralnej, posiadaczka doktoratu obronionego w Instytucie Sztuki PAN. Jest reżyserką, dramaturżką i performerką, ale też wykładowczynią Akademii Teatralnej, kuratorką sezonu w Komunie Warszawa i współzałożycielką kolektywu działającego w ramach Instytutu Sztuk Performatywnych. Szczawińska to artystka-instytucja. Nagrodę otrzymała za „Nigdy więcej wojny”, „Rozmowę o drzewach” oraz „Po prostu”.

Literatura: Dominika Słowik. Jedna  z najciekawszych pisarek młodego pokolenia. Zadebiutowała, mając 26 lat, powieścią „Atlas: Doppelganger”. Po 4 latach od debiutu nominację do Paszportu Polityki przyniosła jej powieść „Zimowla” (Wyd. Znak). Ten thriller z elementami opowieści grozy to ciekawy obraz historii najnowszej – lat 80. i 90. Polska jest tu krainą cudów i oczekiwania na cuda, a myślenie magiczne okazuje się zasadą istnienia całego kraju. Przewrotność tej książki polega też na tym, że za zagadkami niekoniecznie kryją się siły nadprzyrodzone.

Muzyka popularna: Błażej Król. Kompozytor, autor tekstów, gitarzysta i wokalista. Jest dziś najbardziej znaną postacią ważnego w ostatnich latach gorzowskiego środowiska muzycznego. Był laureatem Nagrody im. Grzegorza Ciechowskiego (2015 r.), do którego wielokrotnie go porównywano. Podobnie jak do Lecha Janerki, do którego stylistyki nawiązywał w albumie „Wij”. Pisze utwory o zwartej formie, lekkim i melodyjnym charakterze, z surrealistycznymi, często niepokojącymi tekstami. Słowa jego piosenek biorą się, jak sam mówi, z kartek, które zbiera i przechowuje jego żona Iwona.

Muzyka poważna: Jakub Józef Orliński. Studiował na Uniwersytecie Muzycznym Fryderyka Chopina w Warszawie. Uczęszczał do Akademii Operowej przy Operze Narodowej, a dzięki stypendium otrzymanym od Fulbright Polska odbył studia podyplomowe w nowojorskiej The Juilliard School of Music. Laureat wielu międzynarodowych konkursów. Właśnie ukazała się druga jego płyta – „Facce d’amore”. Otrzymał tytuł Młodego Artysty Roku od brytyjskiego „Gramophone” oraz Koryfeusza Muzyki Polskiej w kategorii Osobowość roku.

Kultura cyfrowa: Dawid Ciślak (Polyslash). Ukończył produkcję filmową i telewizyjną na Wydziale Radia i Telewizji Uniwersytetu Śląskiego. Tam zaczęła się przygoda z kinem, etiudami i opowiadaniem historii poprzez formy audiowizualne. Za swoje prace otrzymał kilka nagród, ale jako absolwent postanowił utrudnić sobie życie, zmieniając branżę na gry wideo. „We. The Revolution” z małego, niezależnego studia Polyslash z Krakowa, jest grą wyjątkową. To jeden z najważniejszych komentarzy do sytuacji współczesnej Polski.

Sztuki wizualne: Weronika Gęsicka. Zawodowe podstawy zdobyła na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie oraz w Akademii Fotografii. Mijający rok był dla niej bardzo udany; jej prace pojawiły się na wystawach w prestiżowych galeriach na świecie. Laureatka prestiżowej nagrody EMOP Arendt Award. Od lat głównym motywem jej dzieł pozostaje pamięć. Interesują ją ludzkie wspomnienia, a właściwie ich zaburzenia i nieświadome zafałszowania. Korzysta ze starej fotografii prasowej, archiwów internetowych i policyjnych oraz z banków zdjęć. Niekiedy projektuje obiekty przestrzenne, ale jej podstawowym żywiołem artystycznym pozostaje fotografia.

ZAMÓW

WYDANIE DRUKOWANE E-WYDANIE
  • Polecane
  • Popularne
  • Najnowsze
  1. Kultura

Olga Tokarczuk z kolejną nagrodą literacką

Olga Tokarczuk na ceremonii wręczenia Nagród  Nobla za rok 2018. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk na ceremonii wręczenia Nagród Nobla za rok 2018. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk dostała nagrodę „La storia in un romanzo 2020” na włoskim festiwalu książki Pordenonelegge. W poprzednich latach laureatami tej nagrody byli między innymi: Umberto Eco, Art Spiegelman, Ian McEwan i Swiatłana Aleksijewicz.

Jak podaje Polska Agencja Prasowa, polska noblistka została wyróżniona za "wykraczające poza ramy, wspaniałe i zaskakujące powieści" oraz wprowadzanie tematów historycznych do literatury pięknej. Jury festiwalu doceniło również, że w swojej twórczości nie unika tematów związanych z bolączkami współczesnego świata - prawami zwierząt, feminizmem, prawami mniejszości, a jednocześnie podkreśla, że "zmiana jest bardziej szlachetna niż stabilność".

"Jestem szczęśliwa, dlatego że ta nagroda pokazuje, że literatura działa. To, co napisałam wiele kilometrów stąd, w lasach na północy Polski, nagle jest rozumiane, docenione na południu we Włoszech i czytelnicy są w stanie zrozumieć to, co próbowałam wyrazić w swoim języku innym niż wasz. Dziękuję wszystkim tłumaczom świata, że potrafią, niczym posłannicy Hermesa, przewodzić, przekazywać informacje z jednego języka, jednej kultury na drugą" - powiedziała Olga Tokarczuk 19 września, podczas odbierania nagrody.

Festiwal książki „La storia in un romanzo” odbywa się od 13 lat, a główna nagroda jest przyznawana dla najwybitniejszych współczesnych pisarzy i dziennikarzy. W ubiegłym roku nagrodę przyznano Swiatłanie Aleksijewicz, autorce książek: "Czarnobyl", "Afganistan", "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Laureatami poprzednich edycji byli między innymi Umberto Eco, Art Spiegelman, Ian McEwan.

  1. Kultura

"Prime Time" - Bartosz Bielenia w nowym filmie twórców "Bogów"

Bartosz Bielenia na planie  filmu
Bartosz Bielenia na planie filmu "Prime Time" (Fot. Tomek Kaczor/Watchout Studio)
Zobacz galerię 3 Zdjęcia
Bartosz Bielenia, aktorskie objawienie ubiegłego roku, powraca na duży ekran w pełnym napięcia dramacie psychologicznym "Prime Time". Film opowiada o żądzy sławy i obłędzie, który rozgrywa się wprost na oczach kamer. Premiera planowana jest na jesień 2021 roku. 

W ubiegłym roku Bartosz Bielenia zachwycił nadzwyczajną kreacją w nominowanym do Oscara filmie Jana Komasy "Boże Ciało". Niebawem ponownie będzie miał okazję zaczarować publiczność, tym razem jednak wcieli się w terrorystę opanowanego żądzą sławy. Brzmi zachęcająco? O szczegółach dotyczących produkcji przeczytacie poniżej.

Jesienią 2021 roku do kin trafi debiut reżyserski Jakuba Piątka zatytułowany "Prime Time" z Bartoszem Bielenią w roli głównej. Na ekranie pojawią się również Magdalena Popławska, Cezary Kosiński, Andrzej Kłak oraz Małgorzata Hajewska-Krzysztofik. Scenariusz przygotowali Jakub Piątek Łukasz Czapski, natomiast za produkcję odpowiada Watchout Studio ("Bogowie", "Sztuka Kochania. Historia Michaliny Wisłockiej", "Ukryta gra").

"Właśnie zakończyliśmy zdjęcia do naszej najnowszej produkcji „Prime Time" z Bartoszem Bielenią w roli głównej. Reżyserem jest debiutujący Jakub Piątek, a producentem - również debiutujący Jakub Razowski. ,,Prime Time” będziecie mogli obejrzeć jesienią przyszłego roku, a na razie zapraszamy Was na pokaz pierwszych fotosów z planu" - czytamy na Facebooku Watchout Studio.

'Prime Time' (Fot. Tomek Kaczor/Watchout Studio) "Prime Time" (Fot. Tomek Kaczor/Watchout Studio)

'Prime Time' (Fot. Tomek Kaczor/Watchout Studio) "Prime Time" (Fot. Tomek Kaczor/Watchout Studio)

"Prime Time" jest pełnym napięcia dramatem psychologicznym o żądzy sławy i obłędzie rozgrywającym się wprost na oczach kamer. Akcja filmu dzieje się w sylwestra 1999 roku. Uzbrojony Sebastian (Bartosz Bielenia) dostaje się do studia telewizyjnego i bierze dwoje zakładników: prezenterkę (Magdalena Popławska) i ochroniarza (Andrzej Kłak). Ich życie pozostanie w rękach chłopaka, dopóki stacja nie spełni jego żądania i nie pozwoli mu wejść na wizję podczas największej oglądalności. Jak mówi sam reżyser, inspiracją do powstania filmu były incydenty terrorystyczne w studiach telewizyjnych, które miały miejsce w czasach przed Internetem.

Premiera zaplanowana jest na jesień 2021 roku.

  1. Kultura

Antonia Lloyd-Jones - kim jest tłumaczka książek Olgi Tokarczuk?

Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Antonia Lloyd-Jones, Rafał Dutkiewicz i Olga Tokarczuk podczas wydarzenia Booker we Wrocławiu, 2018 r. (Fot. Krzysztof Cwik/Agencja Gazeta)
Jest jedną z najwybitniejszych tłumaczek polskiej literatury. Antonia Lloyd-Jones przekładała na angielski m.in. Jarosława Iwaszkiewicza, Pawła Huelle, Olgę Tokarczuk. Podarowała światu Polskę w jej najlepszym wydaniu. Tłumacząc, staje się agentką autorów. A także w jakimś sensie każdym z nich.

Jak poznałaś Olgę Tokarczuk?
Na progu jej domu w Krajanowie. Powitała mnie, wręczając szczoteczkę do zębów, piżamę i jednorazowe papierowe majtki, bo straciłam w podróży walizkę. Do dzisiaj te majtki są dla nas zagadką. Był rok 1996. Ad van Rijsewijk, założyciel holenderskiego wydawnictwa De Geus – ma żonę Polkę, mówi po polsku, bardzo dużo wie o polskiej literaturze i był agentem kilku polskich autorów – zaprosił mnie do domu w Kotlinie Kłodzkiej, który niedawno kupił. Niewinnie pomyślałam: „Jadę”. Odebrał mnie z Wrocławia, ale w drodze wyjaśnił, że dom nie nadaje się jeszcze do zamieszkania. Zawiózł mnie pod dom Olgi, bo mieszkała w pobliżu. Zorganizowała mi nocleg u sąsiadów, sama akurat miała pełno gości. Nie wiedziałam jeszcze, jak ważny okaże się ten adres, że będę tłumaczyła jej książkę „Dom dzienny, dom nocny”, inspirowaną i tym domem, i okolicą. Mieszkałam u bardzo fajnych ludzi, mieli burego kota Czesława. Bardzo się z nim polubiłam. Kiedy wróciłam do nich po latach, już nie żył, ale pojawił się kolejny, identyczny, również Czesław. Prawie co roku przyjeżdżałam do Olgi. Na jej wiejskiej klaczy, która nazywała się Halina, jeździłam po okolicy. Wspaniale było. Wieczorami z Olgą, jej rodziną, ich przyjaciółmi gadaliśmy, piliśmy, śpiewaliśmy. Któregoś wieczora Olga mówiła po angielsku taki śmieszny wiersz Gelletta Burgessa o fioletowej krowie: I never saw a Purple Cow,/I never hope to see one;/But I can tell you, anyhow,/I’d rather see than be one [Nie widziałam fioletowej krowy/I nie liczę na widok takowy,/Ale mogę już teraz dać słowo:/Wolę widzieć niż sama być takową.]. Nazajutrz dosiadłam Halinę i pokłusowałyśmy po łagodnych wzgórzach. Nagle widzę fioletową krowę. Była posmarowana jodyną. W domu nikt mi nie uwierzył.

W Polsce czujesz się jak w domu?
O, to musi być długa opowieść. Mając 18 lat, jechałam pociągiem z Londynu do Moskwy, gdzie w czasie igrzysk olimpijskich pracowałam jako opiekunka do dzieci u pewnego dyplomaty. Jechałam w wagonie sypialnym. Obudziłam się wcześnie rano, za oknem pola, płasko, mgła. Wyobrażałam sobie, że z tej mgły wyłonią się zaraz polscy kawalerzyści, galopując na koniach. Bardzo romantyczny obraz mglistego pola bitwy. Kiedy wracałam, Polacy postawili na torach traktor, żeby wykoleić radziecki pociąg. Doszło do wypadku. Straciłam przytomność, bo nie można było otwierać okien z jednej strony. Na korytarzu było otwarte tylko jedno, małe. Było potwornie duszno. Przypadkowo byli tam irlandzcy mistrzowie olimpijscy. Jechali pociągiem, bo jeden z nich bał się latać. Zaopiekowali się mną. Mówili: „Potrzebujesz tabletki z solą, jak nasz biegacz, też stracił przytomność”. To było moje pierwsze doświadczenie z Polską, kiedy Polacy wykoleili pociąg.

Brzmi symbolicznie. Kiedy tu przyjechałaś?
Pierwszy raz latem 1983 roku, był jeszcze stan wojenny. Miałam we Wrocławiu znajomych, to byli bracia, którzy w czasie karnawału Solidarności wyjechali do Berlina, do pracy. Tam ich poznałam. Maciek był trochę starszy ode mnie, Piotrek młodszy. Korespondowaliśmy, wiedziałam, co się w Polsce dzieje. Przesyłałam im płyty, ciuchy, czasami ginęły na granicy. Nie mówiłam po polsku, tylko po rosyjsku, bo studiowałam rusycystykę. Tu stan wojenny, ja jadę do Polski, mogąc się porozumieć wyłącznie po rosyjsku, bardzo się krępowałam. Nikt nie chciał uwierzyć, że jestem Angielką. Bo co by tu miała robić Angielka? Polacy byli pewni, że jestem Rosjanką, jeszcze te moje kości policzkowe! Kolega studiował rolnictwo, miał z kumplami opiekować się stadem krów w Kotlinie Kłodzkiej. Wyjechaliśmy na wieś. Usiadłam w polu z podręcznikiem „Naucz się polskiego”. Pierwszym słowem, jakiego Anglik miał się z niego nauczyć, było „kochać”. Słuchaliśmy muzyki. Piotrek miał obsesję na punkcie Stinga i The Police. Dali mi kasety, na których były nagrane ich ulubione polskie hity. Wśród nich Martyny Jakubowicz „Żagle tuż nad ziemią”: Lokomotyw dym senne żagle wzdyma/Tuż nad ziemią/świat udaje kolorowy film/A tutaj tylko ciemność. Piosenki Maanamu, Lady Pank. Pamiętam koncerty na wyspach we Wrocławiu. Chłopaki mieli też obsesję na punkcie reggae. Oszaleli, kiedy zagrał brytyjski zespół Misty in Roots. W pociągach parowych w Kotlinie Kłodzkiej ciągle śpiewaliśmy Boba Marleya: Rastaman vibration, yeah, positive. Piotr chciał zostać rastamanem, ależ to były fajne czasy! Chcieliśmy się upijać, imprezować, kochać. To, co inni młodzi.

Ilustracja Studio ABC Ilustracja Studio ABC

Uczyłaś się Polski? 
To był dar od losu, że trafiłam do tej rodziny. Pochodzili z Kresów – mama z Pińska, ojciec z Łucka, był AK-owcem. Mając 14 lat, wyszedł z domu bez butów ze starą zepsutą bronią, by walczyć na Wołyniu. Jego starszy brat też był partyzantem, utopił się w rzece podczas ucieczki. On to widział. Po wojnie umiał pisać o swojej walce, ale przez wiele lat nie mógł opisać śmierci brata… Był pierwszym Polakiem, który tłumaczył mi historię Polski.

Rozumiałaś stan wojenny, to, co się wtedy działo?
U nas wszyscy wiedzieli, kim jest Wałęsa. Byłam uprzywilejowaną, bardzo dobrze wykształconą Angielką, ale to był inny świat. Mimo to instynktownie rozumiałam, co się dzieje. Pamiętam, chciałam przedłużyć wizę. Musiałam chodzić po urzędach, pójść na komisariat milicji, dużo papierów, pieczątek... Kolega pokazał więzienie, w którym siedział. Wszyscy walczyli z milicją na ulicy i siedzieli w jakimś więzieniu. Spotkaliśmy Amerykanina. Krzyczał: „Ci głupi ludzie nic nie rozumieją!”. Tłumaczyłam, że to on powinien zrozumieć kraj, który ma swoje kłopoty, że dla Polaków nic nie jest proste. Ale on był wściekły. Gdyby Piotrek go zrozumiał, toby go pobił. Stale pytał: „Co on mówi, co on mówi?!” „Za chwilę ci powiem”. Kiedy wyszliśmy z tego biura, wyjaśniłam. Chciał wracać. W innym spotkaliśmy drugiego Amerykanina, bardzo Polakom współczuł. Opowiadał, że nauczył się polskiego na statku… Tak więc w tamtym czasie spotkałam we Wrocławiu dwóch obcych – wściekłego i sympatycznego. Co tam robili, nie wiem.

Ale dlaczego Polska?
Olśnienie? Intuicja? Poczucie, że odnalazłam nareszcie to, czego szukałam, że jestem w domu i tu powinnam być. Nie wiem, jak to wyjaśnić.

Jak wyglądało twoje życie wcześniej?
Wyrosłam w Oksfordzie. Mój ojciec był profesorem literatury starogreckiej, słynnym badaczem. Zdobyłam prawdopodobnie najlepsze możliwe wykształcenie. Najpierw uczyłam się w męskiej Dragon School w Oksfordzie, na 500 chłopaków było pięć dziewczyn. Byłam jedyną dziewczyną na roku. Grałam w rugby, krykieta, piłkę. Kiedy trafiłam do szkoły dla dziewcząt, nie umiałam się odnaleźć, w ogóle ich nie rozumiałam. No, a potem była druga ważna po Eton szkoła w kraju, bardzo stara, Westminster, znów męska, dziewczyny uczą się w niej ostatnie dwa lata.

Co by było, gdyby ojciec nie czytał ci Turgieniewa?
Zawsze dużo razem czytaliśmy, na głos. Do śmierci ojca. „Pierwszą miłość” Turgieniewa czytał mi, kiedy miałam 11 lat, byłam pod wielkim wrażeniem, bo domyślałam się, kto naprawdę miał romans z Zinaidą. W Dragon School była klasa, w której można było się uczyć rosyjskiego. Chciałam tę książkę przeczytać kiedyś w oryginale, więc poszłam na lekcje. Mój ojciec był wspaniałym lingwistą. Mówił płynnie w kilku językach.

Ale nie po polsku?
Ani po polsku, ani po rosyjsku. Urodziłam się z talentem do języków, ale podświadomie wybrałam te, których nie znał. Mógł być ze mnie dumny, bez krytykowania. Miał wysokie standardy i zawsze wszystkich poprawiał. To zniechęcające dla dziecka. A z drugiej strony – ośmielał: „Po prostu mów, zrobisz błędy, trudno, ale jeżeli nie będziesz mówić z obawy, że zrobisz błędy, nigdy się nie nauczysz. Ludzie cię polubią, jak będziesz robiła błędy w ich języku”. Zrozumiałam to, kiedy na przyjęciu u Antoniego Libery rozmawiałam z pewną Amerykanką, nie mówiła po polsku. Wyjęła z torebki papierosa, ale nie miała zapalniczki. Zapytałam, czy poprosić kogoś o ogień. Zwróciłam się do mężczyzny, który siedział najbliżej, a ponieważ tego dnia słuchałam na iPadzie piosenek Okudżawy po rosyjsku, nałożyły mi się języki. „Czy mogę pana prosić o ogon?” – zapytałam. Był zachwycony.

Słyszałem cię czytającą po angielsku „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk. Słusznie myślę, że czytasz głośno przekłady, pracując nad nimi?
Tłumacz powinien słyszeć tekst. Kiedy zaczynam przekładać, często słucham audiobooka. Bywa, że więcej można z niego zrozumieć. W tej chwili tłumaczę opowiadania Lema, są arcytrudne. Całe szczęście jest wspaniały audiobook w interpretacji Miłogosta Reczka. Odnalazłam go na Facebooku i chciałam podziękować, niestety, dowiedziałam się, że ciężko choruje. Życzę mu szybkiego powrotu do zdrowia.

Nie chciałaś być pisarką?
Marzyłam o dziennikarstwie, nie o tłumaczeniu. Ale lubię swoją pracę. Czasem mówię pisarzowi, którego tłumaczę: „Widzę, że dla ciebie ważne jest to słowo…” „Tak? Naprawdę?”. Zdarza się, że pytam Olgę, co znaczy coś, co napisała. Odpowiada: „No, to moja poezja”. „Ale musi coś znaczyć” – drążę. Teraz wspólnie z Zosią Krasodomską-Jones tłumaczę „Błoto słodsze niż miód. Głosy komunistycznej Albanii” Małgorzaty Rejmer. To bardzo literacki reportaż, miejscami poezja. Głos tej książki jest mocny. Trzeba go poczuć. Nie lubię tłumaczyć dwóch książek równocześnie, bo chcę czuć jeden głos.

Kiedy przyjeżdżałaś do komunistycznej Polski, myślałaś, że się kiedyś zmieni?
Byłam przekonana, że do końca mojego życia będzie arcyponura komuna. Chciałam zostać dziennikarką, by pisać o tym, co się w Polsce dzieje, i w ten sposób pomóc znajomym. Nikt u nas wtedy nie rozumiał, jak wiele pokolenie rodziców moich polskich przyjaciół straciło przez wojnę i komunizm i jak beznadziejne jest życie moich rówieśników. Mogli wyjechać do Kanady, tak w pewnym momencie zrobił Maciek, albo zostać bez perspektyw. Dlatego tak mnie teraz rozczarowuje to, co się w Polsce dzieje.

Co robiłaś po powrocie do Anglii?
Chciałam zostać na uniwersytecie i uczyć się polskiego, nie dostałam na to pieniędzy. Moje pierwsze słowniki były rosyjsko-polskie, czytałam polskie powieści, mając otwarte ich przekłady, porównywałam. Polskiego nauczyłam się sama. Kiedy masz 21 lat, wszyscy zadają ci głupie pytanie: „A czym się zajmujesz?”. Nie miałam pracy, odpowiadałam: „Uczę się polskiego”. Zatrudniłam się we wspaniałej księgarni Mandarin Books w Notting Hill Gate w Londynie. Przychodzili do niej pisarze. Była niedaleko BBC, więc filmowcy, producenci telewizyjni zaglądali, szukając książek do adaptacji. Mavis, właścicielka księgarni, miała wielki wpływ na to, jakie seriale oglądali Anglicy.

Kiedy zaczęłaś przekładać?
Po pięknych czasach Solidarności jakby się znów wszystko cofnęło. Dostałam pracę u wspaniałego Polaka, Leopolda Łabędzia, wyjechał z Rosji z wojskiem Andersa, studiował we Włoszech i zamieszkał w Londynie. Był bliskim znajomym Zbigniewa Brzezińskiego. Prowadził pismo o polityce świata komunistycznego. „Trochę znasz polski, przełóż to” – mówił, dając mi teksty. Próbowałam tłumaczyć ze słownikiem. Przez niego poznałam Janka Chodakowskiego, prowadził wydawnictwo Polonia i założył wydawnictwo Puls. W 1988 roku pojechałam do Glasgow na festiwal kultury polskiej, w kawiarniach były takie okrągłe stoliki; „O, to jest Polsce potrzebne” – mówiłam. Przyjechali Antoni Libera, Paweł Huelle, Bronisław Maj, byli jak niewolnicy egipscy w operze, jakby wyszli z jaskini do świateł, bo w końcu mogli wydostać się z kraju. Janek miał świetny pomysł – wydać dobre powieści z centralnej Europy w tłumaczeniu na angielski. W Polsce dopiero co wyszedł „Weiser Dawidek” Pawła Huellego, zyskał rozgłos. Poznałam słynnego tłumacza z rosyjskiego Michaela Glenny’ego, uczył mnie przygotowywania materiałów o książce tak, by chciał ją kupić brytyjski wydawca. Przełożyłam fragmenty „Weisera...”, to był mój pierwszy przekład. Michael przekonał Liz Calder, królową brytyjskich wydawców, do zakupu praw. Zaproponowała mi przełożenie całej książki. „Ale skąd, nie jestem tłumaczką. Nie za dobrze znam polski” – broniłam się. „Ale świetnie przełożyła pani fragmenty”. Moja współlokatorka namawiała: „Co ty?! Spróbuj”.

Twoi znajomi mówią, że jesteś jak Holly Golightly ze „Śniadania u Tiffany’ego”, ciągle w podróży.
No i mam rudego kota. Rok zaczęłam w Portugalii, potem byłam w Polsce, ale przez epidemię nie podróżowałam od lutego. Tęsknię za Polską, bo prawie co miesiąc przyjeżdżam. Dużo podróżuję do Stanów. Jestem energiczna. Po przejściach, więc trochę wytarta. Może już nie tak energiczna jak dawniej, ale w ruchu.

Jakie światło jest w Polsce, a jakie na Alasce? Jak tam w ogóle trafiłaś?
Mieszkałam na Alasce pięć lat. Miałam partnera biologa. Mieszkaliśmy też w Nowej Zelandii. Ale… To inny rozdział mojego życia. Na początku, nikogo nie znając, bałam się. Zaraz ci powiem, jak sobie można poradzić na świecie. Po pierwsze, wszędzie są Polacy. Na Księżycu są Polacy. Na Marsie też. Na Alasce student mojego partnera miał żonę Polkę, Ewę. Poznała mnie ze środowiskiem polskich biologów. Poznałam też Polaków, którzy mieli parafie wśród Eskimosów, Inuitów, latali między tymi parafiami małymi samolotami. Po drugie, przydaje się jazda konna. Bardzo łatwo zaprzyjaźnić się z koniarzami. Na Alasce jest dużo koni. Po trzecie, robienie na drutach. W każdym nowym mieście szukam sklepu z wełną. Nie muszę znać języka. Naszym wspólnym językiem są druty. Wielu ludzi tak poznałam. Na Alasce jest wspaniała wełna z piżmowołu. Mieszkaliśmy w lesie, pod miastem. Zimą światło księżyca pada między drzewa, jest niebieskie, niesamowite. Latem… Osiki, których rośnie tam tak wiele, mają małe liście, szeleszczą na wietrze. Przekładałam „Brzezinę” Iwaszkiewicza, jest tam obłędny opis szelestu liści. Usłyszałam go na Alasce. Wreszcie dokładnie zrozumiałam, co opisał.

To dla ciebie ważny pisarz?
Uwielbiam go. „Brzezina” napisana jest jak koncert. Są różne tony, crescenda, diminuenda. Jest dwóch braci – ponury Bolesław, zmarła mu żona, nie wie, co począć, ale fizycznie jest w pełni sił; i Staś, który uwielbia życie, ale fizycznie umiera. Jest kontrast między słowami „pokój” i „niepokój”. Nawet nie zauważamy, jak na nas działają. Miałam trudność, aby w angielskim znaleźć odpowiednie słowa. Chciałam, żeby ich echo było niezauważalne.

Jaki masz plan, kiedy już uda ci się przyjechać do Polski?
Natychmiast pojadę do Puszczy Białowieskiej, do Adama Wajraka. Chcę tłumaczyć jego wspaniałą książkę o wilkach. Reklamuje mi puszczę jako małą Alaskę. Przysyła filmiki z wilkami, żubrami, zdjęcia. Wszystko, co pisze o tym miejscu, bardzo mnie przyciąga. To w tej chwili moje marzenie. Mam kolejkę wspaniałych książek do tłumaczenia. Pewni polscy pisarze piszą jak anioły. A przy tym są tacy różni. Nie tylko ich książki są w moim życiu, również oni. Ta praca to wielka odpowiedzialność, i jaka frajda! Mogę być trochę każdym z nich.

Antonia Lloyd-Jones, przekładała również: Jacka Dehnela, Mariusza Szczygła, Joannę Olczak-Ronikier, Wojciecha Tochmana, Wojciecha Jagielskiego, Jacka Hugo-Badera, Witolda Szabłowskiego, Żannę Słoniowską, kryminały Zygmunta Miłoszewskiego i Maryli Szymiczkowej (czyli duetu Jacek Dehnel–Piotr Tarczyński), Janusza Korczaka, Ryszarda Kapuścińskiego, Józefa Czapskiego, Józefa Wittlina, Juliana Tuwima. Laureatka nagród: Found in Translation (dwukrotnie), Stowarzyszenia ZAiKS, Transatlantyku. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk w jej przekładzie był na krótkiej liście Man Booker Prize 2019. Mieszka w Londynie. 

  1. Kultura

"Erotica 2022" - pierwszy polski film Netflixa

Premiera filmu
Premiera filmu "Erotica 2022" jest zapowiedziana na jesień 2020 roku. (Fot. materiały prasowe Netflix)
Netflix zapowiedział premierę pierwszego polskiego filmu na ich platformie streamingowej. "Erotica 2022" to film o kobietach stworzony przez kobiety - pięć reżyserek i pięć pisarek (m.in. Olga Tokarczuk) opowiedziało historię pięciu kobiet, żyjących w surrealistycznym świecie. 

"Erotica 2022" trafi na platformę streamingową Netflix już jesienią bieżącego roku. Jest to film stworzony przez pięć wyjątkowych polskich reżyserek: Olgę Chajdas ("1983", "Nina"), Annę Jadowską ("Dzikie róże"), Katarzynę Adamik ("1983", "Pokot") Jagodę Szelc ("Wieża. Jasny dzień") oraz Annę Kazejak ("Obietnica"). Reżyserki podjęły się przeniesienia na ekran historii autorstwa pięciu uznanych polskich pisarek: Gaję Grzegorzewską, Grażynę Plebanek, Joannę Bator, Ilonę Witkowskę i laureatkę Nagrody Nobla Olgę Tokarczuk.

Pierwszy polski film Netflixa to opowieść o świecie podobnym do tego, w którym obecnie żyjemy, ale znacznie bardziej opresyjnym wobec kobiet i surrealistycznym. Kobiety w nim są produktami, ich seksualność jest tłamszona, a macierzyństwo staje się obowiązkiem. Pięć bohaterek stawia czoła rzeczywistości pełnej absurdów, niezdrowych relacji, braku prawdziwych emocji i samotności. Obraz przedstawiony w filmie z jednej strony jest sztuczny, a jednocześnie niesamowicie wiarygodny.

(Fot. materiały prasowe Netflix) (Fot. materiały prasowe Netflix)

W "Erotica 2022" zagrają m.in.: Małgorzata Bela, Agnieszka Żulewska, Julian Świeżewski, Agata Buzek, Andrzej Konopka, Sebastian Stankiewicz, Monika Pikuła, Ignacy Liss, Sara Celler Jezierska i Sebastian Pawlak. Jego producentką jest Marta Lewandowska ze studia filmowego Friends with Benefits.

  1. Styl Życia

Ruszyła licytacja bestselleru Olgi Tokarczuk z jej osobistą dedykacją

Olga Tokarczuk wspiera zbiórkę na budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, zorganizowaną przez Fundację UNAWEZA. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk wspiera zbiórkę na budowę domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, zorganizowaną przez Fundację UNAWEZA. (Fot. Andrzej Hulimka/Forum)
Olga Tokarczuk postanowiła wesprzeć Fundację Martyny Wojciechowskiej UNAWEZA w zbiórce na budowę domu dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i dzieci. Noblistka przekazała na licytację swoją bestsellerową powieść z osobistą dedykacją. 

"Dobrej Duszy, która wsparła budowę domu dla matek z małym dzieckiem. Dziękuję!" - napisała laureatka Nagrody Nobla Olga Tokarczuk w dedykacji na pierwszej stronie jej powieści "Księgi Jakubowe", którą przekazała na licytację Fundacji UNAWEZA. Dochód z licytacji zostanie przeznaczony na zorganizowaną przez fundację Martyny Wojciechowskiej zbiórkę pieniędzy na wybudowanie domu dla nastoletnich matek i ich dzieci, który ma być dla nich pomocą w radzeniu sobie z trudami macierzyństwa. "Księgi Jakubowe" z dedykacją Olgi Tokarczuk można wylicytować na portalu internetowym Allegro.pl.

Choć istnieją w Polsce Domy dla Samotnych Matek, to okazuje się, że nie powstał jeszcze dom dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci. A jest to niezwykle potrzebna inicjatywa, zapełniająca istotną lukę w systemie pomocy społecznej, z której niewiele osób zdaje sobie sprawę. Dlatego też Martyna Wojciechowska wraz ze swoją Fundacją UNAWEZA postanowiła wesprzeć inicjatywę wybudowania takiego domu, która została zainicjowana przez Fundację po DRUGIE. Domu, dzięki któremu nastoletnie matki nie będą już musiały się obawiać tego, że zostaną rozdzielone ze swoim dzieckiem. Otrzymają również w nim odpowiednie wsparcie w dorastaniu do najważniejszej i najtrudniejszej roli w życiu – bycia matką.

https://www.facebook.com/podrugie/videos/553352532044157/

Te dziewczyny nie mają edukacji seksualnej, czasem nie rozumieją co się dzieje z ich ciałami, jakie są konsekwencje ich decyzji. A co, kiedy zachodzą w ciążę? Kiedy nastolatka rodzi dziecko to nie może się nim zajęć, bo nie ma władzy rodzicielskiej. A nie zawsze może liczyć na wsparcie rodziny. Wtedy noworodek trafia do rodziny zastępczej, a młoda Mama jest pozostawiona sama sobie. Napiętnowana i odrzucona. Z kolei Dziecko pozbawione jest na starcie tego, czego każdy potrzebuje najbardziej – bliskości i czułości Mamy, której nie zastąpi nic na świecie. Oboje przepadają w bezdusznym systemie. Czuję niesprawiedliwość i żal, że ten świat został przez nas dorosłych tak urządzony. I nie mam na to zgody - napisała Martyna Wojciechowska.

Według informacji podanych na stronie Fundacji UNAWEZA, nieletnia dziewczyna, która zaszła w ciążę, po urodzeniu dziecka nie ma władzy rodzicielskiej. Opiekę nad maluchem może sprawować jej rodzina. Jeśli pochodzi z patologicznego domu, na którego pomoc nie może liczyć lub została z niego wyrzucona przez ciążę, może się zdarzyć, że młoda mama straci dziecko i zostanie ono umieszczone w rodzinie zastępczej. To samo dzieje się w sytuacji, kiedy matkami zostają dziewczyny z domu dziecka lub zakładu poprawczego. Nawet jeśli matka deklaruje chęć zatrzymania malucha i jego wychowania. Jej zdanie w tej sytuacji może nie być wzięte pod uwagę.

W domu dla nastoletnich i usamodzielniających się matek i ich dzieci ma jednorazowo mieszkać maksymalnie sześć kobiet. Każda z matek będzie mogła mieć swój pokój, łazienkę oraz osobny pokój dla dziecka. Będzie tam również wspólna kuchnia, jadalnia, salon, miejsce dla opiekunów, pralnia i magazyn. Dom powstaje w Warszawie, ale będzie przyjmował dziewczęta z całej Polski.

Celem zbiórki jest zebranie 500 tys. złotych. Pieniądze można wpłacać na stronie Fundacji UNAWEZA. Fundacja UNAWEZA jest Parterem tej inicjatywy, realizowanej z Fundacją po DRUGIE, która w Warszawie pracuje z młodzieżą i młodymi dorosłymi zagrożonymi wykluczeniem społecznym.